W filmie zadebiutowała, mając prawie 50 lat. Za rolę Zofii Beksińskiej otrzymała mnóstwo nagród. Trafiła do mainstreamu. Przez następne siedem lat dostała kolejne wyróżnienia. A mimo to wraca do teatru. Czego szuka, dokąd zmierza i o jakim domu marzy Aleksandra Konieczna, sprawdzała w ciemności i szeptem Katarzyna Piątkowska.
WIDEO…
Pierwszy raz spotkałyśmy się siedem lat temu. Pamiętam to spotkanie, ale nie pamiętam dokładnie, o czym wtedy rozmawiałyśmy.
O miłości, o pracy, o piciu. O piciu, o tyciu, po prostu o życiu (śmiech).
W międzyczasie kilka Orłów na Pani półkę doleciało (śmiech).
To prawda.
Takie docenienie przez widzów, przez kolegów jest przyjemne?
Jest, ale gdy pierwszego Orła dostaje się, mając prawie 50 lat, kiedy trochę się już wie o życiu, troszkę się go najadło, troszkę na nie napatrzyło, nie można odlecieć z tego powodu, wystrzelić.
Boi się Pani ludzkiej zawiści?
W tym momencie w kawiarni, w której się spotkałyśmy, gaśnie światło. Siedzimy na antresoli, gdzie nie ma okien, więc wokół nas zapada absolutna ciemność. Aleksandra Konieczna ścisza głos…
O, jaką mamy ciemność na zawiść! Możemy sobie poszeptać, skoro o tym mowa. Wiem po sobie, że gdy inni dostają nagrody, za każdym razem muszę zrobić rachunek sumienia, czy nie jestem zazdrosna. Nie chcę, żeby mi zazdrość, zawiść, rywalizacja przysłoniły radość z tego wydarzenia i ustawiły mnie w jakichś szeregach, szrankach, szeptankach. Ćwiczę się być w radości z tymi, którzy są w radości. Sukces jest ciężarem i to jest wiadome, bo stoją za nim oczekiwania. Ta osoba, która dostaje nagrodę, wystrzela poza nawias. Zostaje na bocznicy. Nie jesteśmy społeczeństwem, które dobrze znosi nagrody innych. Stoją za tym kompleksy. To chyba wiemy o sobie? A może on, ona dostała tę nagrodę przez przypadek?
Chyba nie mówi Pani o sobie?
W moim przypadku to nie przypadek (śmiech). Przede wszystkim jestem aktorką teatralną i całe lata trenowałam u najlepszych reżyserów w tym kraju. Rozwijałam się. Mam więc w tym zawodzie spore mocowanie.
I nie pragnęła Pani grać w filmach?
Nie odczuwałam niedosytu z tego powodu, że w nich nie gram.
Czy film przyszedł do Pani w dobrym momencie życiowym?
Powiedziałabym, że w średnim. Nie chciałabym więcej o tym opowiadać, ale nagroda za rolę Zosi Beksińskiej zdarzyła się właśnie w takim słabowitym momencie. I bardzo mi pomogła. Nagle musiałam się ładnie ubrać, wyjść do ludzi, pojawić się na różnych galach i festiwalach filmowych. To nie tak, że nagle wszystko w moim życiu dzięki niej się zmieniło, ale nie mogę zaprzeczyć, że miała na mnie duży wpływ.
„Ostatnia rodzina” dostała tak dużo nagród, że dzięki temu wpłynęłam nagle do mainstreamu. Wie pani, pani Kasiu, co było zabawne? To, że dziennikarze musieli dużo szperać, żeby coś o mnie wyszperać, a potem dziwili się, że już wcześniej coś robiłam, mnóstwo ról teatralnych, sporo teatrów telewizji, reżyserie teatralne. Ach, ta moja kariera ma różne przypływy i odpływy. Teraz wracam do teatru. Za chwilę będę aktorką Teatru Powszechnego.
Przez te kilka lat brakowało Pani sceny?
Wie pani, kiedy z kolegami w czasie pierwszych prób spotykaliśmy się i mogliśmy między godziną 10 a 14 bezkarnie rozmawiać o rzeczach, o których normalnie ludzie w tych godzinach w pracy porozmawiać nie mogą, poczułam, jak bardzo mi tego świata brakowało.
Jakie to rozmowy?
Szalone jazdy wyobraźni, operowanie specyficznym językiem, szyfrem prawie. Gdyby ktoś nas posłuchał…
Pomyślałby, że zwariowaliście?
Być może (śmiech). Na pewno byłoby to dla niego zupełnie obce. A mi tak bardzo potrzebne. Świat filmowy jest świetny, ale nie ma w nim tego, co jest w teatrze. Tam zmieniamy ekipy, mijamy się, przeskakujemy z planu na plan. A w teatrze jesteśmy jak członkowie plemiennej wioski, poznajemy siebie i jesteśmy razem. Mogę powiedzieć, że aktualnie mam taki stan umysłu jak idiota Dostojewskiego, jestem w stanie zachwytu.
Wraca Pani do korzeni?
Na szczęście.
A skąd Pani idzie?
Skąd? Z gór idę. Przyszłam na świat w małym miasteczku w górach i stamtąd przywędrowałam do teatru, do kina. W liceum zaczęłam bardzo dużo czytać. Rozpływałam się w świecie i pejzażu autora. Odczuwałam to jako najbardziej intymne spotkanie z drugim człowiekiem.
Nawet chodziło za mną, żeby napisać dramat, który rozgrywa się w wielkiej czytelni. I że do jednej osoby, na przykład takiej mnie, podchodzi ktoś i przerywa czytanie. A wtedy ja do niego strzelam. Chodziłoby o sprawę sądową, w której próbowano by dojść do tego, czy byłam niepoczytalna, jaki był motyw tej zbrodni. Do tej pory za mną to chodzi. Nie znoszę, jak ktoś mi przerywa czytanie.
Wyrywa Panią z innego świata…
Wiem, że muszę się wyrabiać bezkolizyjnie w społeczeństwie, że nie mogę strzelać komuś w skroń za to, że przerwał mi lekturę…
Ale ma Pani czasem ochotę?
(Śmiech). Bardzo szybko się zagotowuję. Bardzo.
Wracając do Pani rodzinnego Prudnika… W Pani była chęć wyrwania się stamtąd do wielkiego miasta?
Gdy się do niego wyrwałam, nie uświadamiałam sobie tej chęci. Kiedyś na konkursie recytatorskim ktoś powiedział, że może powinnam pomyśleć o aktorstwie, bo jestem taka podobna do Joanny Szczepkowskiej. I chociaż chciałam zdawać na romanistykę, pomyślałam: Co mi zależy? Przecież egzaminy wstępne do szkoły teatralnej są wcześniej niż inne. Spróbowałam. I zestrzelony (śmiech).
W moim rodzinnym miasteczku starałam się o tych planach nie opowiadać nikomu, żeby mi skrzydeł nie podcinano. Muszę przyznać, że im jestem starsza, tym mam coraz większą akceptację ludzkich słabości, swoich też. Myślę, że to idzie w kierunku, że im większą mam dla siebie pobłażliwość i łagodność, tym większą mam dla innych.
Do szkoły teatralnej zdała Pani za pierwszym razem, a potem jednak pragnienie studiowania romanistyki ściągnęło Panią do Francji.
Uczyłam się teatru, patrzyłam na wielki, piękny Stary Teatr w Krakowie, do którego jeździliśmy z klasą na przedstawienia. A potem, gdy po szkole trafiłam do Warszawy, do Teatru Współczesnego, poczułam, że to wszystko jest nie takie, jak bym chciała. W Krakowie byli świetni reżyserzy, Jarocki, Wajda, był rozmach w plastyce przedstawień, były wielkie role, była magia. W Warszawie się rozczarowałam.
Musiała Pani jechać aż do Francji? Nie mogła po prostu do Krakowa?
Nie miałam takiego pomysłu, ale czułam, że potrzebuję piękna. Myślałam, że to, czego szukam, będzie albo w teatrze, albo we Francji, w Paryżu i we wszystkim, co francuskie. Moje pierwsze zderzenie z teatrem warszawskim było nieudane, wydawał mi się mały, mieszczański i nie sprostał moim wyobrażeniom.
Spróbowałam Paryża. Miałam przyjaciółkę, która w 1978 roku wygrała konkurs konserwatorski i w Paryżu właśnie założyła pracownię na Montmartrze. Wśród butików, marszandów, w najpiękniejszym miejscu tego miasta. Gdy dowiedziała się, że chcę emigrować, zaproponowała, żebym przyjechała do niej. Uczyłam się konserwacji obrazów. Nieustanne bycie wśród dzieł sztuki było dla mnie zachwycające. Od rana do wieczora.
Kocham piękno. Bez piękna wykonuję trzy histeryczne wdechy, jak ryba wyrzucona na brzeg, i mnie nie ma. Uważam, że rzeczywistość taka jeden do jednego jest trudna do zniesienia. Na szczęście mam możliwość wchodzić w świat wyobrażony. I jeszcze mi za to płacą pieniądze. Hulaj dusza!
Przeznaczenie jednak było silniejsze od francuskiego piękna.
Okazało się, że w Warszawie reżyser Szczepan Szczykno wymyślił sobie, że ściągnie mnie do Teatru Dramatycznego, żebym zagrała matkę Prousta w adaptacji siódmej części „W poszukiwaniu straconego czasu”, czyli w „Czasie odnalezionym”.
Jak przyleciałam do Warszawy i poszłam do Pałacu Kultury na spotkanie z dyrektorem Maciejem Prusem, okazało się, że on w ogóle nic o mnie nie wie i nie wie, o co chodzi. Gdy wyszłam z dyrektorskiego gabinetu, minął się ze mną na schodach reżyser Prousta, Waldemar Matuszewski. Za chwilę znów otworzyły się drzwi gabinetu i usłyszałam: „Niech pani poczeka, niech pani tu wróci”. Siedziałam, rozmawiałam, widziałam coraz bardziej rozpromienione oczy reżysera…
Ciekawe, co w Pani na tych schodach zobaczył.
Coś zobaczył, ale co?
Jak na schodach, to może się spodobało, jak się Pani porusza?
Zgrabnie się poruszam, delikatnie chodzę. To prawda. I uważnie. Nie wiem, może jakąś elegancję we mnie zobaczył.
I teatr został z Panią na lata. A Pani z teatrem.
Po premierze „Ach, Combray…” zaproponowano mi etat.
Dobrze już wtedy Pani było w warszawskim teatrze?
Trochę jednak czułam niedosyt reżyserów i przez lata w Dramatycznym było z tym słabo. Ale jak się zaczęli pojawiać Piotr Cieplak, potem Grzegorz Jarzyna, który zrobił przedstawienie „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie, czyli prawdziwa natura miłości”, w którym dał mi rolę jasnowidzki, wieszczki i narkomanki Benity, od tego czasu zaczęło jakoś hulać. Potem jeszcze pierwsze przedstawienie w Warszawie zrobił Krystian Lupa…
Marzyła Pani o rolach u wybitnych krakowskich reżyserów, ale w Warszawie?
W ogóle o żadnej roli nie marzyłam. W pewnym momencie poczułam, że się skundliłam artystycznie, wyczerpałam, zwiędłam, wpadłam w jakąś dziurę i nie rozwijałam się. I przestałam marzyć. Tak było aż do momentu, kiedy pojawili się reżyserzy, których pragnęłam. Potem związałam się z TR i Grzegorzem Jarzyną i ten związek trwał aż do „Ostatniej rodziny”.
Aktorstwo nie sprzyja macierzyństwu. Życie aktorki matki jest trudne?
Niestety bardzo trudne. Dla mnie teatr był luksusem. Odpoczynkiem. Na drugim etacie byłam mamą, która zawsze jest za późno. Nie było to łatwe.
Myśli Pani o tamtym czasie, tamtych wyborach?
Myślę i niczego nie żałuję, bo niczego bym nie zmieniła. Dla mojej córki to, że jestem aktorką, było zupełnie normalne. Gdy jej koleżanki jeszcze w podstawówce odkryły, czym się zajmuję, egzaltowały się, zazdrościły jej, że gdy się budzi, może mi, aktorce, powiedzieć „dzień dobry”. A dla mojej córki normalne było, że ja jestem taka, jaka jestem, i uprawiam to, co uprawiam, i tak wygląda nasze życie.
Córka nie ma pretensji, że za mało czasu jej Pani poświęcała?
Jeszcze żadnych nie zgłosiła. Ale jestem gotowa w każdej chwili uklęknąć przed nią i przeprosić szczerze za to, że zgrzeszyłam. Że mam na sumieniu grzech zaniechania. Moja przyjaciółka pomogła mi to sobie uświadomić. Ciężko jest się samemu przebić przez własną niepokorę, buńczuczność, przez to rozdanie, że jestem rodzicem, czyli kimś wyżej i kimś nieomylnym.
Ale mam też taką rozkminę, że gdybym poświęciła cokolwiek ze swojego rozwoju, nie upominała się o siebie, moja córka nie widziałaby twórczej kobiecości, bardzo produktywnej, niepokornej, rozwydrzonej, odważnej.
Szczęśliwej?
Też szczęśliwej. Poprzez spełnienia. Człowiek w każdym momencie sam produkuje swoje życie. Nikt nie ma nudnego życia, bo ono jest nudne. Nie jest. Sami je sobie takim robimy.
Pani bierze sprawy w swoje ręce i stara się mieć wpływ na swoje życie, żeby nie było nudne?
Staram się. Nie chcę przez to powiedzieć, że stale mi się udaje, bo tak nie jest. Po prostu doświadczam. A jeżeli doświadczam i dostaję w dupę, to też mi coś mówi. Uczy rozwiązań. Ja na maksa kombinuję. I analizuję. Życie bez analizy nie istnieje. Dzięki niej zyskuję coraz większą samoświadomość.
Ale to także prawda, że takie wieczne analizowanie bywa męczące. Jak wyczuwam natłok, nacisk i zmęczenie samą sobą i swoją analizą, to bardzo szybko umiem się teleportować do spa. Lubię reset i cały czas się go uczę.
Uciec od siebie się nie da.
Ale można się w sobie rozpuścić (śmiech). Ja mam dwa koty, więc futro i ciepło dużo mi załatwiają. Dla mnie bardzo ważne są drzewa. Najbardziej lubię sosny. Chciałabym kupić ziemię, na której będą rosły. Zbuduję tam maleńki domek.
Chce Pani znów uciec z Warszawy?
Tym razem to nie ucieczka. Szukam miejsca, do którego będę mogła dostać się w ciągu pół godziny. Nie za daleko.
Często Pani wraca do rodzinnego domu?
Pewnie, bo mam do kogo. Tam mieszkają moi rodzice, siostra, która razem z mężem pod Prudnikiem zbudowała domek. Poza tym mam cudowną córkę, która pragnie konsolidować rodzinę. Wyjazdy, spotkania rodzinne, to wychodzi od niej. I to jest piękne.
Skoro jesteśmy przy rodzinie… Czy w Pani rodzinie byli artyści?
Nie, broń Boże! To znaczy raczej odradzam bliskim taką drogę (śmiech). To jest życie fascynujące, ale niełatwe. Trzeba być śmiałkiem i osiłkiem, żeby je unieść.
Jakie cechy trzeba mieć, żeby wbrew opiniom, na przekór tym, którzy podcinają skrzydła, wyrwać się do wielkiego miasta i zrobić karierę?
Nigdy nie czułam, żeby to był odważny krok. Po prostu byłam zanurzona w poezji i nie chciałam żyć w realu. To była więc dla mnie jedyna droga. Ale okazało się, że wybicie się na niepodległość wiąże się jednak z samotnością.
Poczułam to, gdy po wielu latach spotkałam się z kolegami z klasy podczas jakiegoś rocznicowego zjazdu. Po ich reakcji, niemożności nawiązania bliższej relacji, zorientowałam się, że jestem już nie stamtąd. Jakaś zza szkła. Jakaś obca.
Jest Pani samotna?
Kiedy jestem w teatrze albo wtedy, kiedy gram, albo kiedy piszę czy reżyseruję, nie czuję się samotna. W życiu czasem.
Jakoś po tej rozmowie jeszcze mniej pasuje mi Pani do krwawego filmu, takiego jak „Diabeł”.
Ja też sobie nie pasuję do krwawego filmu, wie pani? Ale ja tam gram drobiażdżek. Bardzo współczuję mężczyznom wysyłanym na wojny i tym, którzy z wojny powrócili. I tego, co wojna z nimi zrobiła, i jak bardzo system im potem nie pomógł.
To wszystko wydaje mi się przerażające. Jak usłyszałam, że to jest historia o Polaku, który walczył w Afganistanie, przeżył i wrócił, bardzo mnie to zainteresowało. Przerażający świat, w którym nie ma ani chwili pokoju.
Jakaś część mojej natury utożsamia się z nimi, wyobraża sobie, jak mnie system czy historia katapultuje w coś, miażdży, a potem moje szczątki gdzieś leżą na chodniku, na piasku, na wysypisku i tym się już nikt nie interesuje. Myślę o tych mężczyznach, ale też o kobietach i dzieciach, które zostały same.
Słyszałam, że lubi Pani chodzić na castingi.
Dyskomfort castingów jest mi znany i jak wszyscy mam w sobie stres i niepewność. Ale może ta dziewczynka z Prudnika cały czas majstruje we mnie, żebym się sprawdzała?
Nawet nie dla wyniku, czy tę rolę zdobędę, tylko czy potrafię w tak krótkim czasie, mając małą wiedzę i niewielkie zakorzenienie postaci w sobie, zagrać tę rolę. Gdy czuję, że mi się udało, mam dobrą energię, nastrojenie. To jest przyjemne uczucie, gdy czuję swoją formę i rozćwiczenie.
Do roli w filmie czy teatrze ma Pani dużo czasu na przygotowania?
Różnie to bywa. Na przykład w filmie Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem” nie miałam w ogóle. Iga Cembrzyńska miała tam grać siebie, ale dość szybko się okazało, że to jest dla niej za trudne i za bolesne, żeby grać żonę umierającego Andrzeja Kondratiuka, będąc w świeżej żałobie po nim.
To była akcja „błysk”. Miałam może tydzień? Okupione to było bardzo dużym stresem, bo zrozumiałam, że opowiadając swoją historię, reżyser potrzebuje Igi, tylko sprawnej. To była dla mnie tym trudniejsza sytuacja.
Chyba mi się udało, bo za Igę też dostałam Orła. Wielkim komplementem było to, że jej znajomi mówili: „Jesteś jeszcze bardziej Iga niż Iga”.
Mówiła Pani, skąd idzie, a teraz niech Pani powie, dokąd zmierza.
Raz do filmu, raz do teatru. W życiu zdecydowanie idę pod te moje ukochane drzewa. I do mojego małego wymarzonego domu, który zbuduję wśród nich. Domu z czerwonymi drzwiami.
Źródło: Viva! 24/2024