Czy kobieta sama może wybudować klinikę? Tak, jeśli ma cel. Od 26 lat jedna z córek Ewy Błaszczyk – Ola – jest w śpiączce. „Ten szpital to pomnik Oli i szansa dla dzieci, które mogą się wybudzić”, mówi. W 2013 roku na łamach naszego magazynu ukazała się poruszająca rozmowa z Ewą Błaszczyk i jej drugą córką Manią. Opowiedziały wówczas o tym, jak pozbierać się po tragedii i nadać życiu sens.
WIDEO…
Marianna Janczarska wspomina dzieciństwo z siostrą. Tak wyglądało ich życie przed tragedią
Marianna i Aleksandra Janczarskie przyszły na świat 2 stycznia 1994 roku. Ich mama, Ewa Błaszczyk, rozwijała karierę aktorską, a tata, Jacek Janczarski, był dramaturgiem i scenarzystą. Mimo zawodowych obowiązków oboje znajdowali czas dla córek. Szczególnie Jacek lubił wieczory, podczas których sam zajmował się dziewczynkami, gdy żona występowała w teatrze.
W domu Janczarskich dzieci traktowano poważnie. Rodzice nie unikali trudnych tematów, a na pytania bliźniaczek odpowiadali otwarcie. Marianna przywołała kiedyś wakacje w Grecji, podczas których zainteresowała się losem ryb trzymanych w akwarium przed restauracją. Mama bez ogródek wyjaśniła jej, że zostaną zjedzone, gdy ktoś je zamówi.
Z tamtych lat Marianna zachowała niewiele własnych wspomnień. Dziś odtwarza je dzięki zdjęciom, filmom nagrywanym przez ojca i opowieściom mamy. Jedna z rodzinnych historii dotyczy wycieczki nad Morskie Oko, którą obie siostry przespały podczas przejazdu bryczką.
Pamięta również opowieści o wspólnym śpiewaniu piosenek Ewy Błaszczyk, do których słowa pisał czasem Jacek Janczarski. Dziewczynki zmieniały teksty, nie zawsze rozumiejąc ich znaczenie. Jak każde rodzeństwo, potrafiły się też pokłócić, a nawet pobić. Ich siostrzana więź dopiero się kształtowała.
Najpierw odejście ojca, później wypadek Oli. Marianna miała zaledwie sześć lat
2 lutego 2000 roku Jacek Janczarski zmarł wskutek tętniaka aorty. Jego córki miały wówczas sześć lat. Kilka miesięcy później rodzinę dotknęło kolejne nieszczęście. Aleksandra zadławiła się tabletką i zapadła w śpiączkę.
Marianna straciła możliwość kontaktu z siostrą, z którą jeszcze niedawno spędzała każdy dzień. W rozmowie z Aliną Mrowińską dla „VIVY!” w 2021 roku opowiadała o tym, jak nagle zmieniła się jej codzienność. Wspominała, że w krótkim czasie z pełnego, bezpiecznego domu zniknęły dwie najbliższe osoby. Jednocześnie widziała, jak mama próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Ewa Błaszczyk starała się zapewnić Mariannie poczucie bezpieczeństwa. Dziewczynka początkowo wierzyła, że Ola niedługo się obudzi i znów będą mogły spędzać razem czas.
Marianna Janczarska nie ukrywa trudnych emocji. Przez kilka lat korzystała z terapii
Dopiero z czasem Marianna zaczęła odczuwać złość i niesprawiedliwość związaną z tym, co spotkało jej rodzinę. Przyznawała, że przepracowanie bolesnych doświadczeń wymagało czasu. Przez kilka lat chodziła na terapię, która pomogła jej uporządkować emocje. W wywiadzie dla „VIVY!” tłumaczyła jednak, że nie wszystko można rozwiązać podczas spotkań z terapeutą. Niektóre sprawy wymagają dojrzewania, nowych doświadczeń i pogodzenia się z tym, na co nie ma się wpływu. Po latach mówiła już o względnym spokoju i rezygnacji z nieustannego zadawania sobie pytania, dlaczego właśnie jej rodzinę dotknęły te wydarzenia.
Wypadek Aleksandry zmienił również zawodowe i społeczne życie Ewy Błaszczyk. Aktorka założyła fundację Akogo?, wspierającą dzieci wymagające rehabilitacji po ciężkich urazach neurologicznych. W 2012 roku powstała Klinika Neurorehabilitacyjna Budzik przy Centrum Zdrowia Dziecka, a po kilku latach także placówka dla dorosłych przy Mazowieckim Szpitalu Bródnowskim.
Marianna od lat angażuje się w działalność fundacji. Pełni funkcję wiceprezeski kliniki Budzik przy Centrum Zdrowia Dziecka i zasiada w zarządzie Akogo?. Historie pacjentów są jej szczególnie bliskie. W rozmowie z 2021 roku przyznała, że obserwując dzieci zbliżające się do wybudzenia, dostrzega podobieństwo do wcześniejszego stanu Oli. Wspominała, że jej siostra również znajdowała się kiedyś blisko takiego momentu, ale później pojawiły się zapalenie płuc, infekcje i inne komplikacje.
Rodzina nie rezygnuje z poszukiwania możliwości leczenia. Ewa i Marianna dbają o stan zdrowia Aleksandry, mając nadzieję na wykorzystanie kolejnych metod, w tym nowych technologii i eksperymentalnych programów stymulacji mózgu.
Marianna Janczarska realizuje własne pasje. Nie zapomina o siostrze i fundacji mamy
Choć działalność Akogo? zajmuje ważne miejsce w jej życiu, Marianna rozwija także własną drogę zawodową. Ukończyła Warszawską Szkołę Filmową, studiowała dziennikarstwo, występuje na scenie i przed kamerą. Projektuje również ubrania, napisała bajkę dla dzieci oraz książkę poświęconą ojcu, zatytułowaną „Jacek Janczarski. I tak dalej, i tak dalej”.
Ma świadomość, że w przyszłości może przejąć większą odpowiedzialność za przedsięwzięcia stworzone przez mamę. W jednym z wywiadów przyznawała, że taka perspektywa ją przeraża. Jednocześnie z uznaniem mówiła o osiągnięciach Ewy Błaszczyk, dwóch klinikach Budzik i programie medycznym dla osób w śpiączce. Wspominała też o zainteresowaniu japońskich partnerów stworzeniem podobnej placówki w Japonii.
Niezależnie od zawodowych planów Marianna podkreśla, że Ola pozostaje ważną częścią jej życia, a jej własna przyszłość będzie związana z fundacją. To właśnie z działalnością Akogo? od lat łączy osobiste doświadczenia swojej rodziny.
Przypominamy archiwalny wywiad Ewy Błaszczyk i jej córki Marianny, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w 2013 roku
No i dopięła Pani swego, Pani Ewo.
Ewa Błaszczyk: Nie dopięłam, bo został oddany tylko budynek kliniki, a całe przedsięwzięcie potrwa do kwietnia. Najważniejsze jednak, że powstał program wybudzania dzieci ze śpiączki w tak zwanej fazie „b”, a więc wtedy, kiedy jest szansa na ich powrót do życia i zdrowia w dobrej formie. Ten program został zaakceptowany przez Agencję Oceny Technologii Medycznych, a ministerstwo włożyło go w koszyk świadczeń gwarantowanych przez NFZ. Udało nam się pozyskać pieniądze z Unii Europejskiej i pomoc Fundacji TVN, Polsatu oraz WOŚP.
Wielki sukces!
Marianna Janczarska: Mamo, dopięłaś swego. W dniu otwarcia nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Chociaż wiedziałam, że tego dnia przy wejściu do „Budzika” zostanie przecięta wstęga, wszystko było nierzeczywiste.
E.B.: Pamiętam ten moment, kiedy czubkiem buta pukałam w trawę i mówiłam: „Tu będzie »Budzik«”. A teraz on już stoi. A do mnie – podobnie jak do Mani – to wszystko jeszcze nie dociera.
Wpadła Pani na pomysł budowy kliniki, kiedy w szpitalu powiedziano: „Teraz albo hospicjum, albo trzeba córkę zabrać do domu”?
E.B.: Wcześniej, w 2001 roku w Sali Kongresowej był koncert dla Oli. Kongresowa pękała w szwach. Koncert trwał pięć godzin, a na scenę ciągle dopływali artyści. I wtedy wyrwało mi się: „My z Olą kiedyś ten dług wam zwrócimy”. I założyliśmy fundację. A jakiś czas potem Ola leżała na pediatrii w Centrum Zdrowia Dziecka. Stan jej był ciężki. Wyszłam przed budynek. I w tej rozpaczy pomyślałam, że taka rehabilitacja neurologiczna powinna mieć dalszy ciąg i że tu jest trochę miejsca, więc należałoby coś wybudować dla dzieci w śpiączce. Zaczęłam szukać architektów, rozmawiać… Kamień węgielny wmurowano w 2007 roku.
Fundację nazwała Pani z goryczą „Akogo?”, bo „A kogo to obchodzi?”.
E.B.: Jak widać – odwrotnie, bo klinika stoi, jest. „A kogo?”, pytała Ola, kątem ucha słuchając naszych rozmów. Podnosiła głowę znad rysunku i wtrącała swoje: „A kogo?”. To było zabawne.
CZYTAJ TEŻ: Michał Szpak nagrał duet z Violettą Villas. Za tym utworem kryje się wyjątkowo osobista historia
I przypomina czasy, kiedy tworzyliście ciepłą, serdeczną rodzinę? Zdawała sobie Pani sprawę z tego, co bierze na siebie?
E.B.: Przerażało mnie to, ale wiedziałam, jaka jest wielka potrzeba zbudowania takiej kliniki. Nie roztrząsałam więc niczego w kategoriach mojego niedoczasu, stresów. Przecież temu, co się stało z Olą, trzeba było nadać jakiś sens. Oczywiście budziłam się o czwartej nad ranem, mokra od potu nie ze strachu, że się nie uda, tylko na co się porywam… A ostatnie dwa lata poświęcałam budowie 24 godziny na dobę.
Powiedziała Pani Oli: „Budujemy klinikę dla dzieci w śpiączce”?
E.B.: Jasne, że powiedziałam. Spojrzała na mnie bardzo rozumnie.
I nie mówiła Pani nigdy samej sobie: „Rzucam to wszystko. Mam jeszcze Manię. Nie mogę jej tak zostawiać”?
E.B.: Jak się coś zaczyna, trzeba to skończyć. Utwierdzała mnie w tym Ola, która przeżyła sepsę, przeżyła ciężką operację kręgosłupa. Jej stan się poprawiał, zamiast degradować. Miała, wciąż ma, wielką wolę życia.
A jednak wypadek siostry położył się też cieniem na życiu Mani. Miałaś żal do mamy, że byłaś sama, gdy najbardziej jej potrzebowałaś?
M.J.: Wiedziałam, że muszę sobie jakoś radzić. Nie ma innego wyjścia. Poza tym nie byłam sama. Ludzie może chcieliby widzieć we mnie smutek i porzucenie, bo mam siostrę w śpiączce i ich zdaniem beznadziejne życie. Mnie to nie obchodzi, moi najbliżsi wiedzą, że nie chodzę smutna.
E.B.: Mania od początku bardzo mnie wspierała. Nawet kiedy jeszcze nie uświadomiła sobie, co tak naprawdę się stało.
M.J.: Choć miałam sześć lat, pamiętam, co się zdarzyło. To stało się tutaj, w tym pokoju, w którym teraz siedzimy. I te wspomnienia są przejrzyste, zupełnie jakby zostały włożone w ramkę albo stały się kadrem z filmu. Niestety.
Niestety, bo już tego nigdy nie zapomnisz?
M.J.: Właśnie. Gdy byłam młodsza, nie analizowałam tej sytuacji. Dzieci automatycznie godzą się z różnymi wydarzeniami, przyjmują je do wiadomości, sądząc, że tak musiało być. Natomiast im robię się starsza, tym częściej pojawiają się pytania: Dlaczego? Dlaczego to się stało tutaj? Dlaczego Ola? I jakie to niesprawiedliwe, że los może pozbawić przyszłości sześcioletnie dziecko, które w niczym nie zawiniło.
E.B.: Zaczęłaś tak myśleć, kiedy znalazłaś nasze filmy z wakacji, na których Ola była zdrowa i roześmiana. Obie byłyście wtedy bardzo szczęśliwe. To były ostatnie wakacje z ojcem, w 2000 roku. Ja tych zdjęć nie mogę oglądać.
Mania, myślisz o tym, co się stało, w kategoriach winy i kary?
M.J.: Rozważam ten wypadek, biorąc pod uwagę różne aspekty: religii, wiary, losu, przeznaczenia. Tylko że absurdem wydaje mi się tłumaczenie, że tak miało być. Mam w głowie bitwę myśli: I co? Mam się zgodzić na to, że tak chciało przeznaczenie?
Codziennie o tym myślisz?
M.J.: Nie. Mam swoje życie: szkołę, różne zajęcia, przyjaciół. Tylko czasami jest mi jakoś tak niefajnie. Ale to nieprawda, że ta sytuacja odebrała mi możliwość normalnego życia. Prawdę mówiąc, jestem ze swojego życia zadowolona. A kiedy wpadam w dołek, to skupiam się na tym, co mam zrobić teraz. Przeczytać książkę, obejrzeć film, iść do pubu z przyjaciółmi. Mogę powiedzieć, że paradoksalnie dobrze się stało, iż to wszystko wydarzyło się, kiedy miałam tylko sześć lat, a nie później, bo wtedy nie wiedziałam za bardzo, co się w ogóle dzieje. I co to znaczy śpiączka. Przestraszyła mnie reakcja niani, kiedy już mama wiozła Olę do szpitala. Wala płakała i waliła głową o podłogę. Sam szpital nie wzbudzał we mnie lęku, często tam trafiałam. Miałam silną alergię i puchła mi krtań, ale po trzech dniach wracałam do domu. Uważałam więc, że ludzie jeżdżą do szpitala na trzy dni, i myślałam, że za chwilę Ola wróci i będzie zdrowa, bo ja zawsze taka wracałam.
A kiedy do Ciebie dotarło, że teraz będzie już wszystko inaczej, że już z Olą nie porozmawiasz?
M.J.: Tego momentu wcale nie pamiętam. Potem jeździłam z mamą do Oli i fakt, że nie mówi, przyjmowałam w sposób naturalny. Właśnie tak reagują dzieci.
I nigdy nie powiedziałaś: „Mamo, zajmij się też mną”?
M.J.: Nigdy.
Nie wierzę! Dzieci są egoistyczne.
M.J.: Nie wmówi mi pani choroby sierocej. Nic mi nie brakowało.
E.B.: Przez pierwszy rok, gdy jechałam do Oli, zawsze zabierałam Manię ze sobą, byłyśmy więc we trzy. A potem austriacki profesor Franz Gerstenbrand powiedział: „Proszę skupić się na zdrowym dziecku. Bo wprawdzie to, co dzieje się z Olą, zakrawa na cud, ale nie należy się już za wiele spodziewać”. Strasznie to zabrzmiało. Uświadomił mi jednak, jaki rodzice popełniają błąd, poświęcając się wyłącznie choremu dziecku. Przez te wszystkie lata dbałam o to, żeby Mania czasami miała mnie tylko dla siebie. Byłam z Olą, wyjeżdżałam z nią na różne terapie, ale potem wyjeżdżałam tylko z Manią.
M.J.: Wiedziałam, że jestem dla mamy tak samo ważna jak Ola. Ale to zrozumiałe, że nie mogła poświęcać czasu i uwagi w takim samym stopniu dwojgu dzieciom, z których jedno jest ciężko chore. Obie miałyśmy swoje zajęcia, ja też chodziłam przecież do szkoły, a po szkole przychodziła do mnie siostra cioteczna Ania i w piątki popołudnie spędzałyśmy razem. A na ferie zimowe wyjeżdżałam z wujkiem, bratem mamy, na narty. Miałam to, co inne dzieci. A poza tym, kiedy jeszcze z Olą byłyśmy bardzo małe, mama i ojciec ciągle pracowali. Byłam więc przyzwyczajona do ich nieobecności.
E.B.: Obie z Manią żyjemy w rytmie niejako narzuconym przez rzeczywistość, ale staramy się w naszej nienormalności stworzyć jak największą normalność.
A kiedy Mania chorowała, miała gorączkę, była Pani tylko dla niej?
E.B.: Gdy miała ospę, siedziałam tylko z nią. Czytałam jej bajki, opowiadałyśmy sobie historyjki. Do Oli i tak nie mogłam wchodzić, żeby nie przenieść zarazków.
M.J.: To były fajne dni. Mama powiedziała, że wracała do normalności, a dla mnie ta „nienormalność” była moim życiem.
E.B.: Sama powiedziała, że nie ma wyboru (uśmiech). Ona jest taka równa, bez kaprysów, ma zajęcia, przyjaciółki, ma chłopca – jest zakochana. To bardzo fajny chłopiec.
M.J.: Wypadek Oli nie odebrał mi radości życia.
Myślała Pani, czy Mania ma poczucie niesprawiedliwości losu?
E.B.: Ja wiem, że ona czasem tak myśli. Patrzy na inne rodziny, widzi, jak żyją, widzi, że jest rodzeństwo, jest ojciec. Ja to rozumiem. Ale my mamy taki zapis losu i teraz trzeba z niego uczynić coś pozytywnego, żeby iść do przodu. Jestem starsza, więc nie zadaję sobie pytań: dlaczego? – bo z takich pytań nic nie wynika. Ale nawet, kiedy komuś jest bardzo ciężko, można to odciąć i budować coś od nowa. Pamiętam starszego mężczyznę, którego rodzina zginęła, a jednak pozbierał się, założył nową i jest radosnym człowiekiem. Nie należy żyć w cieniu choroby, wypadku. I dlatego rozpaczliwie starałam się temu wszystkiemu jak najszybciej nadać jakiś sens. Dążyć do tego, żeby Mania miała swoje sprawy, swoje zajęcia i swoją radość.
Rozmawiacie często o tym, co się stało i jak żyć?
E.B.: Nie rozmawiamy, jak żyć, tylko żyjemy, a to różnica.
Nie rozmawiacie o wypadku?
E.B.: Nie, na takie rozmowy jeszcze nie pora. Na pewno kiedyś wrócimy do tego tematu, żeby wspólnie to wszystko jakoś przepracować. Ale nie teraz, nie w tym czasie. Nie przed maturą Mani i jej egzaminami na studia.
Co to znaczy „przepracować”?
E.B.: Mania była za mała, żeby to ogarnąć. Być może czeka nas sesja z psychologiem, a może i bez. Być może zrobimy to już po egzaminach i kiedy klinika będzie działać. Ten rok mamy pracowity.
Ale Pani jest w swoim żywiole, Pani Ewo?
E.B.: Tak, tylko jestem bardzo zmęczona poszukiwaniem pieniędzy, pokonywaniem barier prawnych, budową.
Maniu, nie masz odruchu: „Mamo, ja ci pomogę, zadzwonię do ministerstwa czy do firmy o pieniądze”?
M.J.: Mama stara się nie wciągać mnie w takie sprawy. Uważa, że wystarczy, gdy zaśpiewam z nią w recitalu, zbieram pieniądze do puszki, występuję na koncercie charytatywnym.
E.B.: Wystarczy, że Mania nie dokłada mi żadnych kłopotów, nie daje powodów do stresów.
M.J.: Pewnie zdarzyło mi się zrobić parę głupich rzeczy, ale myślę, że nie mam prawa pozwolić sobie na bunt dla samego buntu.
E.B.: Mania ma zaledwie cień buntu i chroni mnie. Na wywiadówki chodzę też tylko, gdy muszę. A kiedy wychodzi, nie wyłącza komórki. Dzwoni:„Ojej, późno się zrobiło, już jadę”. Nie muszę się o nią niepokoić. Zresztą kiedyś sobie ustaliłyśmy pewne zasady.
Usiadłyście i powiedziałyście sobie: „To wolno, a tego nie”?
E.B.: Tak normalnie w rozmowie padło zdanie: „Po co robić coś, co ciebie zdenerwuje”. Ja z ojcem miałam taki układ, że dopóki nie zeszłam poniżej czwórki, nie wtrącał się w mój rozkład dnia. Byłam wolnym człowiekiem, ale w pewnych granicach. To samo zaproponowałam Mani, że zostawiamy sobie tyle wolności, ile możemy. Bez żadnej presji. Na przykład nie wymagam, żeby ileś tam czasu spędzała z Olą, chociaż jej obecność jest dla Oli terapią.
M.J.: Kiedy już po wszystkich zajęciach, lekcjach hiszpańskiego, angielskiego, matematyki wracam o 18 do domu, to sama wpadam do Oli, opowiedzieć jej mój dzień, mówię jej, że ktoś mnie wkurzył albo coś mnie ucieszyło, albo że podoba mi się chłopak.
CZYTAJ TEŻ: Jerzy Waldorff kochał go przez 61 lat. Przed światem udawali jednak, że łączą ich więzy rodzinne
Ola reaguje?
M.J.: Bardzo słucha, to widać, gdy coś ją interesuje. Wiem, że mnie rozpoznaje, a mamę jest w stanie nawet po krokach rozpoznać. Dużo do niej mówimy i dotykamy jej – dotyk jest ważny. Czasami odpowiada nam oczami, jak ma dobry dzień, jest kontaktowa.
Widzisz zmiany w jej reakcjach?
M.J.: Niedawno wydarzyło się coś niesamowitego. Kiedy mama wróciła po terapii z Olą z Moskwy, pierwszy raz zobaczyłam, jak Ola śmieje się w głos. Nigdy nie widziałam jej tak śmiejącej się.
E.B.: Zarejestrowałam to na filmie. Ola spała i nagle obudziła się z takim głośnym śmiechem. Obie z Manią byłyśmy tym poruszone, bo to jakby krok naprzód. Nasze życie składa się z takich kroków.
Śniło jej się coś? Coś sobie przypomniała? Wiadomo, co Ola pamięta?
E.B.: Nie wiadomo nawet, ile ma lat w tej chwili. Ona żyje w swoim świecie. To bardzo budujące, że tam, gdzie przebywa, nie tylko się cierpi. Jest też śmiesznie.
A Pani i Mania, jakie macie sny?
E.B.: Ja dobrze śpię i to ratunek, bo organizm się regeneruje. Dbam o siebie, wiem, że muszę być silna, codziennie robię pięć tybetańskich ćwiczeń. A wracając do snów – mam różne sny. Jesienią 2000 roku miałam sen, w którym wypadły mi wszystkie zęby. W lutym umarł Jacek, Ola zakrztusiła się w maju.
M.J.: Mnie często śni się Ola i zawsze jest wtedy zdrowa, idziemy gdzieś albo biegniemy.
Klinika „Budzik” jest pomnikiem dla Oli, a dla Pani rodzajem terapii?
E.B.: Klinikę „Budzik” to Ola wybudowała, za jej sprawą ona powstała. To jej pomnik dla innych dzieci. Czy terapia? Nie wiem, jestem zmęczona. Mówię, że powinnam teraz być na wakacjach dwa lata, a nie dwa tygodnie.
Może jak już Pani klinikę uruchomi, uda się wyjechać na dwa lata do ciepłych krajów?
E.B.: Ale ja mam podpisany kontrakt, że pięć lat będę musiała tym wszystkim się zajmować.
M.J.: Ja też nie mogłabym pozwolić sobie na takie długie wakacje. Teraz matura, a potem będę zdawać na Akademię Teatralną.
E.B.: Myślała o filmoznawstwie, psychologii czy MISH-u na uniwersytecie. Ale zdaje do Akademii Teatralnej.
Właśnie, pojawiasz się w teledysku i na scenie w recitalu z mamą, a wiele dzieci uważa, że uwłacza im pokazanie się publiczne ze znanymi rodzicami.
M.J.: Zupełnie nie mam takich oporów. Tym bardziej że nie chcę robić kariery na nazwisku mamy, ponieważ nazywam się inaczej, po tacie – Janczarska.
Wspominacie czasem Jacka Janczarskiego, ojca Mani i Oli?
E.B.: Tak, a zwłaszcza teraz, gdy wyszła książka o Trójce, dostałam ją pocztą. Mogłyśmy sobie podglądać: Jacek z Maćkiem Zębatym, Jacek z mikrofonem…
M.J.: Ja prawie ojca nie pamiętam. Ale chciałabym się przekonać, jak by było, gdyby to wszystko się nie stało. I czasami mam żal, że nie dano mi szansy zobaczyć, jak wygląda normalna rodzina.
Pani Ewo, 100 dni upłynęło od śmierci Pani męża do wypadku Oli. Musi Pani być mocną osobą, bo trudno się przecież podnieść po czymś takim.
E.B.: I pewnie tak jest, ale nauczyłyśmy się z Manią tego, że w każdej chwili może wydarzyć się wszystko i każdemu. Tylko nie wszyscy mają tego świadomość. A my wiemy o tym bardzo dobrze. I dlatego doceniamy każdą fajną chwilę.
Bywacie szczęśliwe?
E.B.: A co to jest szczęście dla pani?
Szczęście to spokój, gdy nie ma guli w gardle.
E.B.: Dla nas też. Gdy nie ma guli i niepokoju. Ale od trzech lat jest u nas stabilnie i przewidywalnie.
M.J.: Śmiejemy się wtedy, jesteśmy zadowolone. Gadamy o muzyce, o książkach i modlimy się tylko, żeby nie złapać infekcji, bo byle przeziębienie jest dla Oli niebezpieczne. Nie możemy wtedy nawet wchodzić do pokoju, gdzie leży.
E.B.: A teraz właśnie obie kaszlemy i jesteśmy zakatarzone. Olę więc z jej obniżoną odpornością oglądamy tylko przez szybę. Ale gdy jest nawał zajęć, obowiązków, Ola nie choruje. Tak, jakby wiedziała…
Mania, musiałaś wcześniej wydorośleć. Masz poczucie odpowiedzialności za mamę i Olę?
M.J.: Mam.
E.B.: Ma bardzo na uwadze moje zdrowie. Wie, że ja go nie lekceważę – muszę wystarczyć córkom na długo. A mimo to, gdy pokasłuję, wysyła mnie do lekarza: „Zajmij się tym!”. I czasem jest tak dojrzała, że aż mnie to zaskakuje.
Na przykład?
E.B.: Kilka lat temu pojechałyśmy na narty i już na drugi dzień otrzymałam wiadomość, że Oli się pogorszyło i musiała być odwieziona do szpitala na OIOM. Ale lekarze powiedzieli, że jest pod opieką i nie ma potrzeby, żebym przerywała urlop. Ja chciałam wracać i wtedy Mania powiedziała: „Mamo, oni się nią opiekują, twoja obecność tam nic nie zmieni”. Uspokoiła mnie.
Czujecie, że „Budzik” to dla Was długoterminowy cel?
M.J.: Kiedy z czegoś złego rodzi się coś dobrego, to jest bardzo cenne. Myślę, że nasza historia nauczyła mnie wytrwałości, odporności i konsekwencji.
E.B.: Tylko że ja bym teraz chciała, żebyś zajęła się tym, co masz do zrobienia. Maturą, studiami.
A potem?
E.B.: A potem będę, tak jak teraz, starała się o Olę, o „Budzik”, o tych, którzy już się wybudzili albo jeszcze się nie wybudzili. I moja praca też jest dla mnie bardzo ważna, nigdy nie spychałam jej na margines. Chwila, muszę wziąć gripex, ta infekcja mnie rozbiera.
Uważnie teraz Pani połyka tabletki, jak sądzę?
E.B.: Taka uwaga jest i w Mani, i we mnie, i już tak zostanie. Aż nie chcę myśleć, co się będzie działo, gdy Mania sama zostanie matką. Ale tu jeszcze mamy trochę czasu.
M.J.: Ostatnio widziałam małe dziewczynki – bliźniaczki. I wtedy przez chwilę zrobiło mi się naprawdę żal tego życia, jakie mogłoby być. Potem jednak wróciłam do rzeczywistości, bo to absurd zazdrościć komuś czegoś, co mnie ominęło.
Ale przecież jest nadzieja?
E.B.: Nadzieję ciągle w sobie budujemy, bez niej to wszystko nie miałoby najmniejszego sensu.
Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska.