Z morza, i z marzeń. Oto najpiękniejsze oblicze Gdyni, którego nie znają turyści
Gdynia to symbol sukcesu międzywojennej Polski. Piękne miasto, które powstało w ciągu jednego pokolenia z małej wioski. Jaka jest współczesna Gdynia, co to jest gdyńskość i gdyńska duma? Rozmawiamy z Aleksandrą Boćkowską, autorką znakomitej książki „Gdynia. Pierwsza w Polsce”.

W rozmowie z Agnieszką Dajbor Aleksandra Boćkowska opowiada o swojej fascynacji Gdynią. O mieście, do którego przeprowadziła się z Warszawy, o którym napisała książkę „Gdynia. Pierwsza w Polsce”. Mówi o micie „miasta z morza i marzeń”, dumie jego mieszkańców, skomplikowanych relacjach z Gdańskiem oraz o tym, jak historia i modernistyczne dziedzictwo wpływają na współczesną tożsamość Gdyni.
– Dlaczego w 2021 roku postanowiłaś przenieść się do Gdyni, co Cię tak urzekło w tym mieście?
Odpowiedź jest prosta – morze! Przyjeżdżałam tutaj, kiedy pisałam książkę „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”, w 2015 i 2016 roku. Jeden z rozdziałów był poświęcony Gdyni. Już wtedy myślałam, żeby pobyć dłużej, posłuchać, o czym szumią fale. Potem przyjechałam w lecie, podczas pandemii w 2020 roku. W Gdyni były straszne tłumy, bo nie można było wyjechać za granicę. Wszyscy zjechali do nadmorskich miejscowości w Polsce. Żeby oderwać się od zatłoczonego centrum, zaczęłam zwiedzać inne dzielnice. Mam taki zwyczaj, że w różnych miastach oglądam ulicę albo plac Wolności. W Gdyni ulica Wolności jest piękna, położona blisko lasu, zabudowana modernistycznymi willami. Z daleka widać morze i port. Zachwyciłam się i wiedziałam już wtedy, że spróbuję tu zamieszkać. I tak się stało w 2021 roku. Najpierw dwa miesiące spędziłam w Gdańsku. To był trudny czas, od kilku miesięcy trwał drugi lockdown. A ja codziennie jeździłam tramwajem nad morze. Odkrywałam nowe dla mnie miejsca, co zawsze jest ekscytujące. Latem wprowadziłam się do Gdyni i – na razie – zostałam.
– Fajnie się mieszka? Zgadzasz się, że Gdynia to jest po prostu raj?
Fajnie, choć z rajem byłabym ostrożna. Ludzie mają tu troski i kłopoty, jak w całej Polsce.
– Morze jest ważne w codziennym życiu miasta?
Prawdę mówiąc, kiedy kolejna osoba z Warszawy mówi, że Gdynia jest wspaniała, bo ma morze, to ludzie patrzą z lekką ironią. Tak jakby morze wystarczyło, żeby wszystko było świetnie. A jak wspomniałam, ludzie mają swoje kłopoty.
– Morze powszednieje?
Pamiętam, jak moje koleżanki z Sopotu śmiały się, że zawsze idę na spacer plażą, a one nie robiły tego od dwóch lat. Mieszkam dosyć blisko Bulwaru Nadmorskiego, który łączy gdyńskie plaże, i rzeczywiście, jeśli mam czas, lubię tamtędy chodzić. Ale są dzielnice położone dalej, słabo skomunikowane z centrum, gdzie ludzie nie mają morza na wyciągnięcie ręki. I nie zawsze mogą nad nim bywać. Kiedy pisałam książkę, rozmawiałam z dziewczyną, która robi warsztaty o przyrodzie dla młodzieży właśnie z takich dalszych dzielnic. Okazuje się, że dzieciaki nigdy nie były nad morzem. To jest pytanie, co jest dla kogo ważne. Trzeba jednak dodać, że wiele osiedli, nawet tych z PRL-u, jest tak zbudowanych, że praktycznie z każdego okna w bloku widać morze.

– Pisałaś w książce „Gdynia. Pierwsza w Polsce”, że szybko byłaś rozpoznawana jako warszawianka, bo sprawiałaś wrażenie, jakbyś stale była w pracy. I przedstawiałaś ludzi przez to, czym się zajmują...
Tak, wszystkich przedstawiałam ich zawodem. To jest podobno takie typowo warszawskie. Najpierw się buntowałam, ale uzmysłowiłam sobie, że o moich gdyńskich koleżankach wiem bardzo dużo, ale niekoniecznie to, gdzie pracują. Potem podczas festiwalu filmowego siedzieliśmy w dużej grupie i przysiadła się znajoma z Warszawy. Zapytała na powitanie: „Czym się zajmujecie?”. Wtedy przestałam się buntować. W Gdyni na pewno żyje się spokojniej. Mnie na przykład strasznie cały czas denerwuje, że trzeba 20 minut czekać na autobus. Są dzielnice, gdzie jeżdżą cztery autobusy dziennie. Ale nie mam wrażenia, że dla gdynian to jest wielki problem. Musiałam się też przyzwyczaić, że kawiarnie zamykają się o 18. Za to ludzie uprawiają dużo sportu. Bliskość Półwyspu Helskiego też jest odczuwalna.
– Cofnijmy się do przeszłości. Dlaczego przed wojną wybrano właśnie to miejsce do budowy portu i miasta?
Gdynia miała być konkurencją dla Gdańska, który był wolnym miastem, ale coraz silniej zaznaczały się w nim wpływy niemieckie. Polska potrzebowała swojego portu. Dlatego już w 1920 roku inżynier Tadeusz Wenda rozpoczął wizję lokalną na polskim Wybrzeżu, żeby wytypować dogodne miejsce do budowy portu – handlowego i wojennego. Miał na liście kilka miejsc: Puck, Rewę, Hel, Tczew oraz łąki między wsiami Gdynia i Oksywie. Wybrano te rozległe łąki z wielu względów: prosta linia brzegowa, dobre podejście do brzegu, odpowiednia głębokość wody. Prace rozpoczęły się wiosną 1921 roku i cała Polska przyjechała budować swoją Gdynię. Ale powstanie portu i miasta to był wielki sukces, zresztą ogromnie w II Rzeczypospolitej rozdmuchany propagandowo. Dużo mówi o tym słynne powiedzenie Kornela Makuszyńskiego, że Gdynia to jest „najpiękniejsze słowo mowy polskiej”.
– Piękne miasto „z morza i marzeń” powstało w ciągu jednego pokolenia. Gdyński modernizm w architekturze zachwyca do dzisiaj. Było się czym chwalić.
Co ciekawe, on zachwyca od niedawna. Jeszcze w latach 90., nawet na początku XXI wieku, mało kto w Gdyni zdawał sobie sprawę z wartości architektonicznej Śródmieścia. Teraz to już wiedza powszechna. Za to w niepamięć odeszły koszty społeczne budowy portu i miasta. Tę historię – ludzi mieszkających w barakach, czekających na pracę i wypłaty – przypomniał w głośnej książce „Gdynia obiecana” Grzegorz Piątek. Swoją drogą, niektóre z osiedli kleconych prowizorycznie z byle czego przetrwały długie dekady. Nie zmienia to faktu, że budowa portu i miasta była niezwykłym osiągnięciem, które wprawiło gdynian w dumę. To poczucie wyjątkowości pomagało przetrwać trudne chwile i jest do dzisiaj elementem gdyńskiej tożsamości. Widziałam to w reakcjach na moją książkę „Gdynia. Pierwsza w Polsce”. Niektórzy mieli do mnie żal, że pokazałam Gdynię jako zwyczajne miasto i teraz „warszawiacy i częstochowianie nie muszą mieć kompleksów”. Ale też wiele osób dziękowało, że trochę przekłułam balon tej wyjątkowości. Mam wrażenie, że ona czasem przesłania, a na pewno długo przesłaniała codzienność. To, że w dzielnicach nie tak odległych od centrum nie wszędzie jest kanalizacja, że od lat nie można doprowadzić do budowy tunelu pod torami, że brakuje mieszkań komunalnych… Nic nie szkodzi, najważniejsze, że mieszkamy w Gdyni.

– Ale po wojnie Gdynia była marginalizowana, powstał nawet pomysł, żeby miasto stało się dzielnicą Gdańska?
Forsowano ten pomysł w końcu lat 40. Wojewoda Stanisław Zrałek głosił, że Gdynia jest „złogiem sanacyjnej Polski”. Co ciekawe, gdyńscy działacze tonowali te zapędy, tłumacząc, że mieszkańcy nigdy na to nie pozwolą. I nie pozwolili. Natomiast wiele ważnych instytucji przeniesiono wtedy do Gdańska – urzędy, teatr, redakcję „Dziennika Bałtyckiego”. Gdynia straciła rangę jedynego polskiego portu na Wybrzeżu i najważniejszego miasta.
– A to prawda, że między Gdańskiem a Gdynią są ciągle animozje?
Tak. Wzięłam kiedyś taksówkę w Gdańsku i w pogawędce przyznałam, że lubię Gdynię. Kierowca rzucił: „Są tacy ludzie”. Jest też taki żart: „Co najlepiej kupić w Gdyni? Bilet do Gdańska”. Oczywiście on ma dwie wersje, w zależności od miasta. Niestety animozje nie kończą się na żartach. Przekładają się na współpracę między miastami. Myślę, że byłaby lepsza, gdyby nie wzajemne uprzedzenia.
– W 2011 roku Antoni Krauze dostał nagrodę jury na festiwalu w Gdyni za przejmujący film „Czarny czwartek” o tym, co stało się w grudniu 1970. Słynną „Balladę o Janku Wiśniewskim” śpiewa tam Kazik Staszewski.
W grudniu 1970 roku, po tym jak rząd ogłosił podwyżki, zastrajkowali gdańscy stoczniowcy. Doszło do zamieszek, walk ulicznych. W Gdyni protest przebiegał spokojniej, a gdy we czwartek 17 grudnia robotnicy – po apelu wicepremiera – poszli do pracy, wojsko i milicja otworzyły do nich ogień. W okolicy stacji SKM Gdynia Stocznia, a potem podczas zamieszek zginęło tego dnia 18 osób. To jest dla gdynian traumatyczne doświadczenie. Wtedy niektórzy mieli poczucie, że do masakry doszło z zemsty za Gdańsk. Dziś Grudzień ’70 w powszechnej pamięci kojarzy się raczej z Gdańskiem.
– W latach 70., kiedy festiwal filmowy przeniesiony został z Gdańska do Gdyni, filmowcy protestowali, że władza odcina ich od źródeł Solidarności, wolności, niezależności i spycha festiwal na ubocze.
Ale polubili to miasto, festiwal świetnie się przyjął. Zresztą wkrótce, w 1989 roku, upadł PRL, a Gdynia stała się nowoczesna szybciej niż inne miasta.
– Już w latach 90. było tu przecież eldorado. Ulica Świętojańska była jak wizytówka kapitalizmu. Sklepy z superciuchami, kawiarnie pachnące kawą, w nocy jasno od neonów. A dzisiaj?
Gdynia się zmienia, nadal jest zamożnym miastem, tylko już nie przez port i stocznię. Blisko Świętojańskiej zbudowano wielkie centrum handlowe, więc oczywiście wszyscy się dziwią, że ulica już nie przyciąga klientów. Do dawnej Świętojańskiej gdynianie mają ogromny sentyment. Z pamięci potrafią wymienić sklepy, które tam istniały, komisy, apteki z zagranicznymi lekami. Drugim takim miejscem jest Miejska Hala Targowa. Warto ją zobaczyć – została zbudowana jeszcze w latach 30., jest ważnym obiektem na szlaku modernizmu. Wpisana do rejestru zabytków, wciąż istnieje, choć pewnie niejeden deweloper marzyłby o tym gruncie. Ludzie coraz rzadziej robią tam zakupy, ale kochają wspominać, jak to dawniej bywało, jakie pomarańcze, dżinsy, nylony, płyty, nawet pisma zagraniczne Pewex za złotówki.
– Dzisiaj to tylko nostalgia?
Tak, za czasami, gdy Gdynia była miastem marynarzy. Dzisiaj nie ma polskiej floty, a statki zawijają do portu na krótko – wyładunek i załadunek nie są tak czasochłonne. Dawniej dziewczyny marzyły, żeby poznać chłopaka „najchętniej pływającego”. To był prestiż.
– A osiedle Zegarkowo jeszcze istnieje? To charakterystyczne miejsce dla Gdyni. Opowiesz o nim?
Zegarkowo to było osiedle marynarskie, zbudowane na przełomie lat 70. i 80. Nazwali je tak taksówkarze, bo marynarze przywozili wtedy na handel zachodnie zegarki. W Polsce można było kupić jedynie radzieckie. To były domki-kostki po 140 metrów, z ogródkami. Luksus na miarę PRL-u. Ale wielu marzyło, żeby tak mieszkać. Zegarkowo jest pięknie położone, w Orłowie. Leśna ścieżka zbiega stamtąd na molo. Dzisiaj mało kto pamięta tę nazwę, większość starych willi zastąpiono nowoczesnymi, luksusowymi – na dzisiejszą miarę.
– A słynny basen na Polance Redłowskiej? Miał być najpiękniejszym miejscem w Polsce.
I chyba był! Zbudowany przy skarpie, z widokiem na morze. Były skocznia, trybuny, brodzik dla dzieci, kawiarnia. Toczyło się życie towarzyskie. Na zdjęciach wygląda to wspaniale, we wspomnieniach woda jest cieplejsza i czystsza, niż była w rzeczywistości. Niestety, ponieważ basen budowano w pośpiechu, to źle zaprojektowano nieckę. Przeciekała. Zamiast ją naprawić, rozpisano konkurs na projekt Parku Morskiego, którego basen miał być jedynie częścią. Ostatecznie z parku niewiele wyszło, a basen – zaniedbany – rozpadł się. Mam wrażenie, że to dosyć charakterystyczne dla Gdyni, gdzie wielkie wizje przysłaniają skromniejsze, ale praktyczne plany i działania.

– Co dzisiaj jest atutem Gdyni, jednego z najbardziej słonecznych miast w Polsce?
Morze, jednak morze. Niezwykłe jest to, że nad morze wychodzi się prosto z miasta. Są piękne trasy spacerowe, fajnie jest pójść do lasu. Zresztą całe Trójmiasto można przejść lasem. Warto wybrać się na plażę w dzielnicy Babie Doły, tam też jest ładny bulwar. Warto pochodzić po Oksywiu. Jest co robić i oglądać w Gdyni. W Muzeum Miasta Gdyni jest teraz świetna wystawa tkanin Alicji Wyszogrodzkiej, warto tam zajrzeć.
– Ale Gdynia to jest dzisiaj turystyczne miasto?
Nie, nie ma wielkiego tłumu. Bardzo to sobie chwalę, choć pewnie właściciele knajp i hoteli nie są zachwyceni. Po Monciaku w Sopocie czy Długim Targu w Gdańsku w wakacje nie można przejść. W Gdyni tłumnie jest przez kilkanaście dni w roku, podczas Open'era i Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych.
– Na koniec chciałam Cię zapytać, dlaczego twoja książka ma tytuł „Gdynia. Pierwsza w Polsce”?
Nawiązuje do dumy z Gdyni. To jest chyba najbardziej zadowolone z siebie polskie miasto. Długo Gdynia jako pierwsza w Polsce robiła różne rzeczy – zdobywała dotacje unijne, przejmowała kompetencje od rządu. Ta fraza „Gdynia jako pierwsze miasto w Polsce” weszła urzędnikom w krew i powtarzali ją przy każdej okazji. Podchwycili to prześmiewcy i nazwali tak jeden z krytycznych wobec władz facebookowych profili.
– A dlaczego irytuje cię gdyńska gdyńskość?
Bo – jak napisał kiedyś wieloletni prezydent Gdyni Wojciech Szczurek – „jest w tym trochę szowinizmu”. To jest urocze, otwarte miasto, ale do pewnych granic. Nieprędko zostaniesz gdynianką, jeśli się tam nie urodziłaś. Promocyjne hasło Gdyni brzmi: „Moja Gdynia”. W dużej mierze nawiązuje do przywiązania mieszkańców do miasta, ale można też czytać to jako: „moja, ale nie twoja”, „moja, ale nie nasza”. Gdynia bywa wyzwaniem.
