Reklama

Szklane drapacze chmur, maklerzy spoglądający na giełdowy parkiet i nieustanny szum odrzutowców przelatujących nad głowami – tak większość z nas wyobraża sobie Frankfurt nad Menem. To miasto, w którym przesiadamy się na kolejny samolot, patrzymy na zegarek i ruszamy dalej. A gdyby tym razem właśnie tutaj przerwać podróż?

Frankfurt potrafi zaskoczyć już po wyjściu poza utarty szlak prowadzący między lotniskiem, dworcem a dzielnicą biznesową. Pod cieniem potężnych wieżowców tętni życiem starówka, na brzegach Menu zapach jabłkowego wina miesza się z gwarem kawiarni, a zielone bulwary prowadzą do światowej klasy muzeów. Można tu wypić kawę na wysokości 200 metrów, wskoczyć do basenu z widokiem na drapacze chmur, a chwilę później spacerować po placu, na którym niegdyś świętowano koronacje cesarzy.

Nie bez powodu Frankfurt dostał przydomek Mainhattan. Nazwa powstała z połączenia Main – niemieckiej nazwy Menu – i Manhattanu słynącego z wieżowców. Początkowo określenie miało nieco złośliwy wydźwięk. Dziś stało się jednym ze znaków rozpoznawczych miasta.

I jest w nim więcej prawdy, niż mogłoby się wydawać. Frankfurt rzeczywiście potrafi przez moment przypominać Nowy Jork. Tyle że wystarczy kilkanaście minut spaceru, żeby znaleźć się w zupełnie innej scenerii. Na odkrycie tych dwóch twarzy miasta wystarczy 48 godzin. Zatem ruszamy!

Dzień pierwszy we Frankfurcie: najpierw 200 metrów nad ziemią

Zaczynamy od serca architektonicznego fenomenu, czyli Mainhattanu. Podczas gdy większość tradycyjnych miast Europy unika budowania drapaczy chmur w ścisłym centrum, Frankfurt postawił na ultranowoczesną, strzelistą architekturę.

Zdecydowana większość najwyższych budynków w Niemczech, np. Commerzbank Tower czy Main Tower, znajduje się właśnie tutaj, co tworzy widok horyzontu, tzw. skyline, niespotykany w tej części świata, mocno przypominający ten nowojorski.

I podobnie jak nowojorski Manhattan na czele z Wall Street, Frankfurt stał się finansową potęgą, gdzie swoje centrale ma ponad 300 komercyjnych banków z całego świata.

Początkowo przydomki takie jak Mainhattan czy Bankfurt były używane nieco złośliwie i prześmiewczo przez krytyków pnących się w górę wieżowców. Z czasem jednak mieszkańcy i władze miasta z dumą przyjęli tę nazwę, czyniąc z niej oficjalny znak rozpoznawczy Frankfurtu.

Pierwsza kawa z widokiem na Mainhattan. Main Tower robi wrażenie

Zamiast jednak podziwiać wieżowce wyłącznie z dołu, pierwszą kawę pijemy na tarasie widokowym wieżowca Main Tower. Winda pokonuje kolejne piętra w ułamki sekund i wyrzuca nas na wysokości dwustu metrów.

Widok oszałamia: meandrujący Men wije się w dole jak srebrna wstęga, dzieląca metropolię na dwie zupełnie odmienne części.

Kawałek dalej, w samym środku finansowego zgiełku, kryje się współczesna oaza – basen usytuowany na wyższych kondygnacjach nowoczesnego kompleksu Skyline Plaza. Pływanie w podgrzewanej wodzie z widokiem na gigantyczne przeszklone wieże Commerzbanku czy Messeturm to doświadczenie surrealistyczne. Metropolia pędzi na dole, a w górze panuje absolutna cisza, przerywana jedynie cichym pluskiem wody…

Frankfurt z lotu ptaka.
Frankfurt z lotu ptaka. Elżbieta Pawełek

Kilka ulic dalej zaczyna się inny Frankfurt. Römerberg przenosi w czasy cesarzy

Po zejściu na ziemię wystarczy kilkanaście minut, by przenieść się o kilka wieków wstecz. Dzielnica Dom-Römer oraz historyczny plac Römerberg z gotyckimi, ryglowanymi kamieniczkami, odbudowanymi z pieczołowitością po wojennych zniszczeniach, przypominają, że koronowano tu cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego.

Podczas uroczystości koronacyjnych plac Römerberg stawał się areną gigantycznej fety. Największą atrakcją była stojąca na środku Fontanna Sprawiedliwości, bowiem na czas świętowania miejski hydraulik przełączał instalację i z rzeźbionych pyszczków zamiast wody płynęło strumieniami wino – z jednej strony białe, z drugiej czerwone.

Mieszczanie i przybysze ponoć walczyli o każdy kielich na koszt nowo wybranego władcy.

Z tej fontanny zamiast wody płynęło wino. Frankfurt pamięta cesarskie uczty

Aby nie być gorszymi, w cieniu katedry św. Bartłomieja zasiadamy w tradycyjnej tawernie, by spróbować słynnego Apfelwein, lekko kwaskowatego wina jabłkowego podawanego w charakterystycznych, glinianych dzbankach Bembel.

Z kościelnego punktu widzenia katedra formalnie nigdy nią nie była, ponieważ aż do czasów współczesnych nie znajdowała się tu siedziba biskupa. Miano „Dom” przylgnęło do niej wyłącznie ze względu na jej polityczną i imperialną rangę – w jej wnętrzach koronowano kolejnych cesarzy.

Wygląda, jakby stała tu od wieków. Sekret frankfurckiej starówki zaskakuje

Frankfurcka starówka jest swoistym cudem, bowiem piękne kamieniczki, wyglądające jakby przetrwały całe wieki, w rzeczywistości powstały w 2018 roku.

Przez dekady po II wojnie światowej stał w ich miejscu betonowy wieżowiec urzędu miejskiego. Mieszkańcy tak bardzo go nienawidzili, że miasto w końcu go wyburzyło i odtworzyło historyczny układ uliczek.

Do budowy użyto oryginalnych detali architektonicznych wydobytych z gruzów i ocalałych planów, tworząc jedną z najbardziej udanych rekonstrukcji w Europie.

Zabytkowa starówka robi wrażenie.
Zabytkowa starówka robi wrażenie. Elżbieta Pawełek

Frankfurt z perspektywy Menu. Wieczorem warto zobaczyć miasto właśnie stąd

Późne popołudnie to idealny czas na zmianę perspektywy. Wsiadamy na pokład statku wycieczkowego na przystani przy mostku Eiserner Steg.

Rejs po Menie pozwala odetchnąć. Z poziomu lustra wody drapacze chmur wydają się jeszcze potężniejsze, a zielone bulwary pełne spacerowiczów i lokalnych muzyków sprawiają, że czujemy śródziemnomorski, niemal piknikowy luz…

Rejs po Menie to mus-have pobytu we Frankfurcie.
Rejs po Menie to mus-have pobytu we Frankfurcie. Elżbieta Pawełek

Dzień drugi: Rembrandt, Botticelli i DJ-e. Städel Museum łamie muzealne schematy

Drugi dzień poświęcamy Museumsufer, jednemu z najważniejszych skupisk muzealnych w całej Europie, ciągnącemu się wzdłuż południowego brzegu Menu.

Nasz wybór pada na Städel Museum. To wspaniała podróż przez siedem wieków historii sztuki – od pędzla Botticellego i Rembrandta, przez impresjonistów, po sztukę współczesną.

Muzeum powstało w 1815 roku dzięki frankfurckiemu kupcowi i bankierowi, Johannowi Friedrichowi Städelowi. Zamiast przekazać majątek rodzinie, cały swój majątek oraz bogatą kolekcję obrazów zapisał w testamencie fundacji otwartej dla wszystkich obywateli miasta. Był to pierwszy tego typu gest w Niemczech.

Cała kolekcja liczy ponad 3100 obrazów, 660 rzeźb, tysiące fotografii i ponad 100 tysięcy grafik, od wczesnego średniowiecza po najnowsze instalacje.

Ale najważniejszym jej punktem jest słynny obraz „Goethe w Campagna”, autorstwa Johanna Heinricha Wilhelma Tischbeina, przedstawiający poetę odpoczywającego na tle rzymskich ruin, będący absolutną ikoną niemieckiej kultury.

Podziemna część muzealna, poświęcona powojennym dziełom, robi nie mniejsze wrażenie niż wiszące w górnych salach płótna mistrzów. Jej dachem stał się trawnik, w którym umieszczono 195 okrągłych świetlików przepuszczających w dzień światło słoneczne, nocą zaś podświetlających ogrodowy trawnik niczym kosmiczne punkty na mapie.

Monet w Stadel Museum.
Monet w Stadel Museum. Elżbieta Pawełek

Frankfurt pod koniec lata 2026. Te wystawy i wydarzenia warto zobaczyć

Wystawa: „Bruegel. Printed” – do 20 września 2026. Słynny niderlandzki mistrz Pieter Bruegel Starszy kojarzy się z malarstwem, ale to precyzyjne i pełne ironii miedzioryty przyniosły mu pierwszą światową sławę. Ekspozycja obejmuje około 45 niesamowitych grafik o tematyce obyczajowej, religijnej i fantastycznej, pełnych szczegółów, czarnego humoru i humoreski.

Plenerowe „Städel Sunday Sessions” – do końca sierpnia 2026. Muzealny ogród zamienia się w strefę relaksu na świeżym powietrzu ze sceną muzyczną. Przy dźwiękach muzyki na żywo i DJ-skich setów można spróbować lokalnych drinków i wziąć udział w krótkich warsztatach czy oprowadzaniu po galerii sztuki współczesnej w klimatycznym, popołudniowym świetle.

Wystawa specjalna: „Maria Magdalena. Sin. Pray. Love.” – od 17 września 2026. Jeśli zahaczycie o drugą połowę września, zobaczycie nową, ogromną wystawę poświęconą ewolucji wizerunku Marii Magdaleny w sztuce. Łączy ona klasycznych mistrzów, takich jak Dürer czy Georges de La Tour, ze współczesnymi ikonami – Davidem LaChapelle'em czy Marlene Dumas.

Sachsenhausen na koniec. Tutaj warto spróbować Frankfurtu od kuchni

Po dawce kultury przechodzimy do klimatycznej dzielnicy Sachsenhausen. Jej uliczki wyłożone brukiem pełne są zabytkowych domów z muru pruskiego, maleńkich galerii autorskich i kameralnych kawiarni.

Obiad jemy w jednej z lokalnych restauracji, gdzie króluje Frankfurter Grüne Soße – orzeźwiający, zimny sos z siedmiu tradycyjnych ziół podawany z gotowanymi jajkami i ziemniakami.

Urocze kawiarenki są tu na każdym kroku
Urocze kawiarenki są tu na każdym kroku Elżbieta Pawełek

48 godzin we Frankfurcie wystarczy, żeby zmienić zdanie o tym mieście

Frankfurt w 48 godzin okazuje się zupełnie inny niż jego surowy, bankowy wizerunek. Mistrzowsko łączy skrajności: szklaną nowoczesność z ciepłem tradycyjnych szynków, sztukę światowej klasy z wypoczynkiem nad brzegiem rzeki.

To miasto, w którym rano można patrzeć na świat z wysokości 200 metrów, kilka godzin później przechadzać się śladami cesarzy, a następnego dnia oglądać Rembrandta i słuchać DJ-skiego setu w muzealnym ogrodzie.

Odjeżdżamy z poczuciem, że w cieniu tutejszej finansjery kryje się naprawdę gorące, wielokulturowe serce. I następnym razem, gdy na bilecie zobaczymy przesiadkę we Frankfurcie, być może zaczniemy żałować, że trwa tylko dwie godziny.

Frankfurt z lotu ptaka
Frankfurt z lotu ptaka Elżbieta Pawełek
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...