Joe Biden, 18.05.2019 r.
Fot. Drew Angerer/Getty Images
O NIM SIĘ MÓWI

Dziś zaprzysiężenie Joe Bidena. Jego droga do prezydentury była długa i pełna tragedii...

Jeden telefon na zawsze odmienił życie polityka

Katarzyna Piątkowska 20 stycznia 2021 07:13
Joe Biden, 18.05.2019 r.
Fot. Drew Angerer/Getty Images

Ma 78 lat i niedawno został oficjalnie wybrany 46. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Głosami Kolegium Elektorów to właśnie Joe Biden zastąpi dziś na najważniejszym stanowisku świata Donalda Trumpa. Droga kandydata demokratów na szczyt była długa i pełna osobistych tragedii. Oto Joe Biden i jego historia autorstwa Katarzyny Piątkowskiej.

Kim jest Joe Biden?

Wciśnięty pomiędzy Maryland, Pensylwanię i New Jersey leży jeden z najmniejszych stanów w Stanach Zjednoczonych (mniejszy od niego jest tylko Rhode Island). To Delaware, który przez 30 lat reprezentował w senacie Joe Biden. Teraz to stan, z którego wywodzi się 46. prezydent Stanów Zjednoczonych, drugi po Johnie F. Kennedym katolik na prezydenckim fotelu. Joe Biden, a właściwie Joseph Robinette Biden Jr., lubi być „naj”. Był jednym z najmłodszych senatorów w historii. I najdłużej urzędującym. Gdy w 1972 roku zaczął reprezentować w senacie stan Delaware, miał niecałe 30 lat. Teraz też będzie „naj”. Ameryka bowiem nigdy nie miała prezydenta, który w momencie obejmowania urzędu byłby tak stary jak Joe Biden.

Joe Biden
Fot. Getty Images

Weteran wyborów

Wybory prezydenckie to dla niego nie pierwszyzna. Startował wcześniej dwa razy i dwa razy wycofał się. W 1987 zarzucono mu, że skopiował przemówienie Neila Kinnocka, lidera brytyjskiej Partii Pracy. Może nie dosłownie. Podczas debaty Partii Demokratycznej cytował Kinnocka, tylko zapomniał powiedzieć, że go cytuje. Próbował też oszukać, że jego przodkowie pracowali w kopalni. Biden wycofał się wtedy i zwołał konferencję. Poszedł za ciosem i przy okazji wyznał, że podczas studiów prawniczych na Syracuse University College of Law splagiatował artykuł prawniczy, bo błędnie zrozumiał wówczas prawo do cytowania i podawania źródeł. Dziwne jak na studenta prawa.

Jakkolwiek było, był to błąd, który być może kosztował go wtedy prezydenturę. Biden na wiele lat zrezygnował z pomysłu ubiegania się o najwyższą godność w państwie. Do czasu. W 2004 roku znów zaczął myśleć o kandydowaniu, ale tu wkroczyła Jill Biden. Dosłownie, bo wspominała, że gdy tylko jej mąż zaczął przebąkiwać o wyborach, weszła do biblioteki ubrana w kostium kąpielowy z wielkim napisem „nie” zrobionym markerem na brzuchu. Mąż zrozumiał przekaz. Jednak już trzy lata później to ona, zniechęcona rządami George’a W. Busha, zaczęła namawiać Joe do startu w wyborach. Jego kontrkandydatami zostali Barack Obama i Hillary Clinton. Niestety, w prawyborach w stanie Iowa uzyskał niecały jeden procent głosów i znów się wycofał. Obama zaproponował mu wtedy, by kandydował u jego boku na stanowisko wiceprezydenta. „Wracałem właśnie pociągiem do Wilmington, kiedy zadzwonił telefon. Barack spytał, czy może mnie zgłosić, na co odparłem, że nie. »Pomogę, jak będę mógł – powiedziałem – ale nie chcę być wiceprezydentem«. Oczywiście nie była to łatwa odpowiedź. Czułem się zaszczycony tą propozycją, ale od 35 lat pracowałem jako senator. Uwielbiałem tę pracę i szanowałem samą instytucję, dlatego nie chciałem zmian”, wspominał w książce „Obiecaj mi, tato. Rok z życia wiceprezydenta USA”. Po konsultacji z najbliższymi członkami rodziny jednak zmienił zdanie.

Joe Biden
Fot. Getty Images

Król gaf

„Pierwszy mainstreamowy Afroamerykanin, który jest elokwentny, bystry, czysty i dobrze wygląda”, powiedział publicznie Joe Biden o Baracku Obamie, gdy jeszcze byli rywalami w 2007 roku. Barack wybaczył mu tę i inne wpadki (jak tę, kiedy wiceprezydent wyszeptał mu do ucha: „Zajebisty sukces!”, ale tak, że wszyscy słyszeli), bo wiedział, że Joe Biden sam mówi o sobie „maszyna do popełniania gaf”. Gdy kończyła się jego prezydentura, wręczył Bidenowi najwyższe odznaczenie państwowe, a ten zaskoczony… publicznie się rozpłakał. Być może dlatego Amerykanie traktują go trochę jak „swojego chłopa”, który palnie głupotę (co próbował wykorzystać Donald Trump i twierdził, że to z powodu wieku i demencji starczej), nie będzie wstydził się łez i który całe życie poświęcił polityce. Bo przecież Joe Biden do prezydentury szykował się niemal pół wieku.

Telefon, który zmienia życie

Gdy w 2012 roku przemawiał do rodzin żołnierzy poległych w Iraku i Afganistanie, mówił: „Ja też odebrałem taki telefon, jak wy odebraliście. Dobrze znam ten strach, to nagłe przeczucie przeszywające kości, że stało się coś złego”. I tym razem nie kłamał. On takich telefonów odebrał w życiu kilka. 30 maja 2015 poinformowano go, że jego starszy syn Beau zmarł po długiej chorobie.

Ale pierwszy taki telefon zadzwonił wiele lat przed tym wydarzeniem. 18 grudnia 1972 roku w biurze w Waszyngtonie. Sześć tygodni wcześniej Joe Biden został po raz pierwszy w życiu senatorem. Wtedy w słuchawce usłyszał głos mówiący, że jego żona Neilia i półtoraroczna córeczka Naomi zginęły w wypadku samochodowym, a synowie Hunter i Beau są w szpitalu i nie wiadomo, czy przeżyją. A pojechali tylko rodzinnym chevroletem po choinkę.

„Po wypadku zrozumiałem, że po to, by popełnić samobójstwo, wcale nie trzeba być chorym ani słabym. Wystarczy świadomość, że byłeś na szczycie góry, a potem cię z niej zepchnięto. I wiesz, że nigdy nie masz szans wrócić na szczyt”, wspominał tamten straszny czas. Na szczęście synowie Bidena przeżyli, a Joe został mianowany na senatora 5 stycznia 1973 roku, stojąc przy szpitalnym łóżku Beau.

Kobiety Bidena

Gdyby nie siostra Valerie, która przez cztery lata zajmowała się chłopcami, Joe nie dałby rady być senatorem. Codziennie wsiadał do pociągu, który wiózł go 150 kilometrów do Waszyngtonu. Wieczorem pokonywał tyle samo kilometrów, by dać synom buziaka na dobranoc. „Zwykle tylko zdążyłem ucałować ich przed snem, wymienić kilka zdań. Pozornie niewiele, ale dziecko czasem chce ci powiedzieć coś ważnego, a jeśli nie będzie miało okazji, zapomni i już nie powie”, mówił w jednym z wywiadów. A potem poznał Jill. Randkę w ciemno zaaranżował jego brat. „Byłam na ostatnim roku studiów i spotykałam się z chłopakami w dżinsach, T-shirtach i chodakach. Kiedy przyszedł po mnie Joe ubrany w płaszcz i mokasyny, pomyślałam: Boże, to się nigdy nie uda”, wspominała w wywiadzie dla „Vogue’a” w 2008 roku Jill Biden. I dodała: „Poza tym był ode mnie dziewięć lat starszy. Ale poszliśmy do kina i naprawdę dobrze się bawiłam. Kiedy odprowadził mnie do domu, uścisnął mi rękę na dobranoc. A ja od razu zadzwoniłam do mamy, o pierwszej w nocy, i powiedziałam: »Mamo, w końcu spotkałam dżentelmena«”. Zanim jednak powiedzieli sobie „tak” w Nowym Jorku w kaplicy w siedzibie ONZ, Joe prosił ją o rękę pięć razy. Jill znalazła się w trudnej sytuacji. Joe miał przecież dwóch synów, którzy stracili matkę. A ona była odpowiedzialna i nie chciała, żeby znów spotkało ich nieszczęście. Dopiero gdy usłyszała od Beau: „Mama nam ciebie przysłała”, zgodziła się wyjść za mąż za Joe Bidena.

Pracująca dama

„Jestem mężem Jill Biden”, przedstawił się Joe Biden na sierpniowym konwencie demokratów. Mógł się przedstawić: „były wiceprezydent” albo „były senator”. Wybrał jednak taką formę, by podkreślić, jak ważna jest rola jego żony, ale też, że jest feministą. To przecież dzięki niemu wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie pierwszy raz w historii kobieta, Kamala Harris.

Kamala Harris,
Fot. AP/Associated Press/East News

Wracając do żony Joe Bidena… Jill jest pierwszą w historii drugą damą, która nie zrezygnowała z kariery naukowej na rzecz politycznej kariery męża. Będzie też pierwszą w historii pierwszą damą, która nadal będzie wykonywać swoją pracę zawodową. Już zapowiedziała, że nie ma zamiaru rezygnować z zajęć ze studentami. Kiedyś mówiła: „Od najmłodszych lat wiedziałam, że chcę własnych pieniędzy, własnej tożsamości i własnej kariery”. I nie przeszkodziło jej w tym ani to, że została najpierw macochą, potem matką, ani start męża w wyborach. Przez lata jej studenci nie wiedzieli nawet, że mają zajęcia z drugą damą, bo używała panieńskiego nazwiska. W tym roku wzięła jednak urlop w Northern Virginia Community College, gdzie wykłada, by wspierać męża w walce o fotel prezydencki. I choć na początku ich związku mówiła: „Bycie żoną Joe oznaczałoby życie w centrum uwagi, takie, jakiego nie chciałam”, właśnie znalazła się w oku cyklonu.

Jill Biden
Fot. Photo by Michael Kovac/WireImage

Dzieci prezydenta

„Oboje z Jill przyjechaliśmy do Obserwatorium (miejsce zamieszkania wiceprezydenta – przyp. aut.) po południu i weszliśmy po wielkich schodach na pierwsze piętro, gdzie znajdował się nasz prywatny apartament. Pokoje były niezbyt wielkie i dosyć zagracone, ale czuliśmy się w nich bardziej swojsko w tej instytucji przeznaczonej do publicznego użytku. W salonie stały kanapy ze skórzanym obiciem, takie jak w naszej bibliotece w Wilmington, a na półkach ulubione książki i rodzinne zdjęcia. W kącie stał niewielki stolik, przy którym nawet w lecie, kiedy było długo widno, jadaliśmy kolacje przy świecach”. Joe nie ukrywa, jak wiele zawdzięcza swojej żonie. W 2007 roku mówił: „Dzięki niej zacząłem myśleć, że znowu mogę mieć całą rodzinę”.

A ta cała rodzina początkowo liczyła cztery osoby – nawet w podróż poślubną wybrali się razem z jego synami, bo – jak mawiali – „w tym małżeństwie są cztery osoby”. W 1981 roku na świat przyszła Ashley, córka Joe i Jill i małżeństwo Bidenów stało się pięcioosobowe. Teraz oprócz dzieci u jego boku stoją też wnuki (wnuczka Naomi w 2016 roku ukończyła studia na University of Pennsylvania School of Arts and Sciences, a jej koleżanką z klasy była Tiffany, córka Donalda Trumpa). Rodzina jest jego wielkim wsparciem. W trakcie kampanii robiła mu dobry PR (z wyjątkiem syna Huntera, ale o tym za chwilę). Szczególnie dużą sympatią cieszy się 39-letnia Ashley, działaczka społeczna, która założyła markę modową, a część dochodu przekazuje na wsparcie różnych fundacji. „Pasja do pracy społecznej zaczęła się w bardzo młodym wieku. Mój tata przez całe życie był urzędnikiem państwowym; moja mama była nauczycielką w szkole publicznej. Pomaganie jest w moim DNA”, mówiła podczas jednego z wystąpień. W drugim twierdziła: „Mój tata zawsze uczył mnie, że milczenie jest przyzwoleniem na złe działania i że muszę stanąć w obronie każdego, kto jest traktowany niesprawiedliwie”. Sam Biden doświadczył niesprawiedliwości. Do 20. roku życia jąkał się. Dzieci i młodzież byli dla niego złośliwi i dręczyli go. Nadali mu nawet ksywkę „Bye-Bye” – od powtarzanej przez niego pierwszej sylaby nazwiska.

Bye, bye kłopoty

Żeby nie było tak różowo, w trakcie kampanii prezydenckiej Donald Trump zaczął wywlekać na światło dzienne ciemne strony Bidena i jego rodziny – od rzekomej demencji, przez operacje plastyczne, po ciemne interesy z Ukrainą i Chinami. Jednak to sprawkami Huntera Bidena próbował skompromitować przeciwnika. Od dawna wiadomo, że Hunter jest „czarną owcą” w rodzinie Bidenów. Jednak ojciec nigdy nie dał powiedzieć na niego złego słowa. Nawet wtedy, gdy ten porzucił żonę i wdał się w romans z wdową po starszym bracie Beau. Biden wydał wtedy oświadczenie: „Cieszymy się, że Hunter i Hallie odnaleźli się po tym, jak odbudowywali swoje życie po tragedii. Ja i Jill całkowicie ich wspieramy i cieszymy się ich szczęściem”. I wtedy, gdy okazało się, że Hunter jest narkomanem i przyłapano go kupującego narkotyki od bezdomnych mieszkańców Los Angeles: „Mój syn, jak wiele osób, walczył z nałogiem. Udało mu się wygrać. Naprawił sytuację i jestem z niego dumny”. Nie skomentował, gdy okazało się, że Hunter ma nieślubne dziecko ze striptizerką Lunden Roberts, którą poznał w jednym z waszyngtońskich barów (teraz Amerykanie zastanawiają się, czy również ta wnuczka i jej matka otrzymają ochronę Secret Service). Ani wtedy, gdy po sześciu dniach znajomości wziął ślub z pochodzącą z RPA reżyserką Melissą Cohen.

Ale w wieczór wyborczy stał u boku ojca z nową żoną i siedmiomiesięcznym synem Beau (chłopiec otrzymał imię na cześć Beau Bidena) i z całą resztą rodziny. I wszyscy zapewne myśleli, że Beau byłby zadowolony. Jeden z przyjaciół Bidenów mówił na łamach „Wall Street Journal”: „To nie tajemnica, że Beau chciał, żeby jego ojciec wystartował w wyborach prezydenckich. Jeśli więc zapragnie spełnić wolę syna, to wystartuje”.

Zwycięstwo ludzi

Wiele lat po tragicznym wypadku, w którym Joe Biden stracił żonę i córkę, mówił o synach: „Dzisiaj, po latach, rozumiem, że to ja ich bardziej potrzebowałem niż oni mnie”. I tak samo jest dzisiaj. Bo choć wyczyny Huntera mogły narobić ojcu kłopotów, Amerykanie przymknęli oko na wyskoki niesfornego 50-latka, a Bidenowi było potrzebne wsparcie z każdej strony, bo przeciwnika miał zdesperowanego.

Pod koniec prezydentury Barack Obama zapytał Bidena, co ma zamiar robić przez resztę życia. „Barack Obama był moim przyjacielem, ale nie mogłem mu do końca zawierzyć. Powiedziałem mu to, co wiedziałem: »Mam dwa wyjścia. Mogę następne 10 lat poświęcić rodzinie, dbając o jej zabezpieczenie finansowe i spędzając z nią więcej czasu. Mogę też spróbować zmienić na lepsze nasz kraj i cały świat. Jeśli to drugie znajdzie się w moim zasięgu, to będę wiedział, co chcę robić przez resztę życia« – odparłem”.

Tak jak chciał jego syn Beau, Joe Biden wybrał drugie wyjście. 20 stycznia 2021 roku - już dziś - spełni się wielkie marzenie obu Bidenów. Joe Biden zostanie zaprzysiężony na 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Podczas pierwszego przemówienia w Wilmington, tuż po wyborach, mówił: „Naród tego kraju przemówił. Dał nam pewne zwycięstwo. Zwycięstwo dla nas, ludzi. Wygraliśmy największą liczbą głosów oddanych”. Bo czymże są wyskoki syna Bidena w obliczu wszystkiego, co Amerykanom i światu zafundował Donald Trump. Teraz Joe Biden spokojnie może cytować ukochany wiersz Seamusa Heanya „The Cure at Troy”: „Historia mówi, nie miej nadziei Po tej stronie grobu, Ale cóż, raz w życiu Może się podnieść Upragniona fala sprawiedliwości I Nadzieja zrymuje się z historią”. 

Joe Biden
Fot. Bartosz KRUPA/East News

TAGI #Joe Biden

Wideo

Urszula Dudziak pojawi się w kolejnej edycji The Voice of Poland? Zapytaliśmy!

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

KLAUDIA EL DURSI: „Nie myślałam o show-biznesie. Ani o pozowaniu do »Playboya«”, mówi uczestniczka „Top Model” i prowadząca program „Hotel Paradise”. Rektor warszawskiej Akademii Teatralnej WOJCIECH MALAJKAT o przemocy i mobbingu w szkołach artystycznych i o tym, dlaczego nie został… nauczycielem w mazurskim miasteczku. KSIAŻĘ WILLIAM I KSIĄŻĘ HARRY: Koniec braterskiej miłości? Historia MIŁKI RAULIN brzmi jak bajka o odważnej dziewczynie, która dzięki marzeniom zdobyła Koronę Ziemi. W cyklu Extra – na fieście w Andaluzji.