– Kupił Pan żonie bilet?
Jerzy: No musiałem. Pune! Nie wiedziałem, że to święte miejsce joginów świata. Basia będzie penetrować tamtejsze rozliczne szkoły i uprawiać jogę, a ja będę sobie oglądał filmy.
Barbara: Raczej taką jogę troszeczkę geriatryczną.
Jerzy: (śmiech).
– Lubi Pani zagarniać swoje dzieci, żeby przyjechały, zrobiły harmider, pozwoliły nacieszyć się swoją obecnością?
Barbara: Oboje lubimy i zagarniamy, ale mamy też do tego dystans. Dzieci mają swoje rodziny, różne swoje zobowiązania, nie robimy im problemów. Proszę bardzo, możemy spędzić święta sami. Nie stosujemy żadnej presji emocjonalnej, nacisków.
Jerzy: Mamy raczej taką zasadę, że otwieramy dom i kto przyjedzie, będzie dobrze. Nie wnikamy w wasze plany, wiemy, że musicie spełniać swoje obowiązki w stosunku do drugich rodziców, ale dom jest otwarty.
Barbara: W tym roku skorzystają częściowo. Maciek ma koncerty noworoczne w Bydgoszczy i Toruniu, a ponieważ jego żona Kasia jest z Torunia, no więc tam kotwiczą na święta. A Marianna prawdopodobnie dojedzie do nas z mężem i wnukami.
– Kiedy ostatnio działał Pan twórczo w kuchni?
Jerzy: Och, proszę o tym nie wspominać! Od miesiąca, namówiony przez małżonkę na jakąś koszmarnie restrykcyjną dietę, męczę się okrutnie.
Barbara: Przestań marudzić.
Jerzy: Potworna dieta. Kasza i jarzyny gotowane i nic innego przez cały miesiąc. No dramat.
Barbara: Łżesz!
Jerzy: O, przepraszam. Pierwszy tydzień był straszny. No, a potem owszem, dołożyła jakieś gryczane placuszki. Jeden wyłom zrobiłem, wino. Mówię do Basi: „Nigdzie nie jest napisane, że nie wolno”. A jak nie jest napisane, znaczy wolno (śmiech). Dietetykom w ogóle nie przyszłoby do głowy, że mają jeszcze zapisywać, że wina nie wolno, bo to się rozumie samo przez się. Ale już marzę, już mówię: „Uwaga, 18 grudnia dyspensa w Rzymie!”. Koło Piazza Mazzini jest restauracja, w której zjemy rzymskie danie – makaron cacio e pepe, Boże (śmiech). Musi być specjalne tonnarelli, do tego prawdzie pecorino romano, pepe i nic więcej. Niente di piu. Tak więc 18 w niedzielę mowy nie ma o diecie! Cacio e pepe i cześć.
– Zazdroszczę, uwielbiam jeść rzymskie dania w Rzymie.
Jerzy: Jak przyjeżdżam do Rzymu, raz na dwa, trzy miesiące, zawsze zaczynam od cacio e pepe, a potem lecą wszystkie inne rzymskie dania: trippa alla romana – flaki po rzymsku, coda alla vaccinara – duszone w winie ogony wołowe. Trzeba tylko wiedzieć, dokąd iść, my mamy swoje ulubione miejsca. Mieszkamy w pięknej dzielnicy Prati, za murem Aureliana, tuż przy Tybrze, tam już nie ma turystów, jest nasza śliczna rezydencja i spokój. Dwa przystanki metrem do Schodów Hiszpańskich. Przy Piazza Popolo, kiedy przyjeżdżam na krótko, mam swój ulubiony hotel, żona za nim nie przepada, bo mówi, że tam jest brudno. Ale to jest z klasą hotel, taką jeszcze XIX- -wieczną.
– Mieli Państwo marzenia, żeby zamieszkać we Włoszech?
Jerzy: Czasem drażnię żonę, jak szaleje polityczna zawierucha: „Sprzedajemy wszystko i w Toskanii kupujemy domek”. A żona mierzi się strasznie. Nie potrafiłaby tam żyć. Ja chyba też nie.
Barbara: Na jakiś czas, z radością. Ale potem żal by mi było moich ścieżek, rytuałów codziennych. Poczucia bezpieczeństwa, jakie tu mamy.
Jerzy: No tak, ja jestem tu leczony. Nigdzie za granicą nie poświęcono by mi tyle uwagi, troski, zaangażowania. Chuchają na mnie jak na śmierdzące jajko. Pamiętam przy pierwszej chorobie, zawale, lekarz mi mówił: „Panie Jerzy, rany boskie, co chwilę dzwoni ktoś z ministerstwa, czy ja dobrze panu to zrobiłem”. Zdawał egzamin przed urzędnikami biedny lekarz, który zresztą już nie żyje.
Barbara: Ale przy raku były momenty tragiczne, które mogły skończyć się fatalnie. Pamiętam, kiedy już trafiliśmy na tę dobrą ścieżkę, ktoś nam powiedział, że jest taki profesor w Stanach, Polak, i żeby on wziął próbkę, zbadał i zastanowił się, czy się nie da zastosować specjalnej, celowanej chemii. Wysłaliśmy do Stanów tę próbkę, co kosztowało jakąś horrendalną ilość pieniędzy, i okazało się, że postawili dokładnie taką samą diagnozę i zaproponowali dokładnie to samo leczenie co w Gliwicach. Ten profesor czuł się w obowiązku monitorować, jak mąż jest leczony, i po paru tygodniach powiedział: „Pani Basiu, w Stanach nie byłby leczony lepiej, to jest fantastycznie wyważona chemia”. Jurek był w Gliwicach leczony znakomicie. Genialnie się nim opiekowano.
Jerzy: Że ja to w ogóle przeżyłem, siedem potwornych dawek chemii.
– W ciężkich czasach rodzina jest azylem?
Jerzy: Jest i zawsze była. Czytam rano wiadomości, oglądam informacje, interesuję się tym, czasem mnie to złości, czasem mierzi, ale z drugiej strony żaden z efektów dobrej zmiany nas właściwie nie dotyczy. 500 plus nas nie dotyczy, emerytury mnie nie dotyczą, bo mam 70 lat, dalej pracuję i nie wiem, kiedy skończę, aborcja nas nie dotyczy…
Barbara: Nie dotyczą nas pewne rzeczy osobiście, ale serce krwawi. Kiedy budujesz dom, do którego jesteś przywiązany, coś osiągasz i chciałbyś to przekazać dzieciom, ale ktoś ci to po prostu rozkrada czy niszczy, jest ci przykro. Po niedawnej aferze o deportacji pomyślałam sobie: A gdyby mnie naprawdę deportowano? I musiałabym iść na obcą ziemię, zostawiając tu wszystko? Gdzieś z jedną walizeczką rzuciłby mnie los, ten los, który wielu Polakom nie był oszczędzony? Może we Włoszech twoi przyjaciele nie daliby nam zginąć, ale wyobrażasz sobie, że tam żyjesz? Nie krwawiłoby ci serce? Ja bym chyba umarła z tęsknoty, że wbrew sobie muszę żyć poza moim krajem, że nie chodzę po moich ścieżkach nad moją Rudawą.
Polecamy też: Tylko VIVIE! obiecali ujawnić całą prawdę! O czym mówią Barbara i Jerzy Stuhrowie w pierwszym wspólnym wywiadzie?