Maciej Stuhr, Jerzy Stuhr
Fot. Bartek Wieczorek/ LAF AM
Z życia gwiazd

Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr w poruszającej rozmowie o relacji ojca z synem i swoich korzeniach

Mają ten sam gen wewnętrznej samotności i wolności

Beata Nowicka 23 czerwca 2022 16:58
Maciej Stuhr, Jerzy Stuhr
Fot. Bartek Wieczorek/ LAF AM

Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr. Przede wszystkim ojciec i syn. „Jeśli czegokolwiek żałuję, to dzieciństwa Maćka i jego siostry, które mi umknęło. Takie są koszta pracy i kariery”, mówi ojciec. „Na samym początku zrozumiałem, że jeśli chcę coś osiągnąć, muszę przestać ścigać się z tatą”, mówi syn. Mają ten sam gen samotności. To, co najważniejsze, było zawsze między nimi poza słowami. Dla nas złamali schemat i w poruszającej rozmowie opowiedzieli o sobie i swoich korzeniach.

W „Obywatelu” Jerzego Stuhra po raz pierwszy syn zagrał ojca.

Jerzy i Maciej Stuhr. Mają ten sam uśmiech. Lekko ironiczny i zaraźliwy. Podobne spojrzenie. Badawcze, zaciekawione, czujne. Kiedy są razem, mają specyficzny sposób rozmowy: ojciec mówi chętnie, syn chętnie milczy. Kiedy coś opowiadają, ojciec kreuje sceny filmowe, syn tworzy fragmenty prozy. Mają cięty język i dar błyskotliwej narracji. Przez lata ojciec był przede wszystkim wsłuchany w siebie, syn był wiernym słuchaczem ojca. Męskie rozmowy o życiu toczyli rzadko, mimochodem, w przelocie, bo to, co najważniejsze, było zawsze między nimi poza słowami. Rola ojca nie polega na tym, że mówi synowi, co ma robić i kim ma być, to rola syna polega na tym, że obserwuje, kim jest ojciec, i to stanowi dla niego punkt wyjścia. Od czasu niedawnej choroby ojciec uważniej spogląda na syna, a syn stał się bardziej pewny siebie. Mają ten sam gen wewnętrznej samotności i wolności. Znają się 39 lat i są sobie coraz bliżsi.

Siedzimy w apartamencie hotelowym na piątym piętrze, w centrum Warszawy. Jest 10 rano, za oknem mgła, ale u nas panuje energetyczna jasność, bo kilkanaście osób krząta się przy sesji zdjęciowej, która zacznie się za dwie godziny. Na stole kawa, mleko, herbata i miniaturowe bułeczki nadziewane jabłkami i czekoladą. Przez chwilę ojciec z synem rozmawiają o sprawach domowych – nie widzieli się ponad trzy miesiące. Jesteśmy tu, ponieważ na ekrany kin wchodzi „Obywatel”, film Jerzego Stuhra. „Komediowe rozliczenie mojego pokolenia i mojego życia z historią Polski w tle”, jak sam mówi. Na festiwalu filmowym w Gdyni „Obywatela” przyjęto salwami śmiechu, łzami wzruszenia i kilkuminutową owacją na stojąco. To film szczególny, bo przez wiele miesięcy choroby Jerzego Stuhra nie było wiadomo, czy w ogóle kiedykolwiek powstanie. Film osobisty, w którym pierwszy raz syn gra ojca.

Dom

„Obywatel” narodził się pięć lat temu, znienacka, w domu na wsi, niedaleko Rabki. Dom jest z 1889 roku, w rodzinie Stuhrów od 20 lat. Trzeszczy starym drewnem, w lecie pachnie łąką, wczesną jesienią – owocami, które wiszą na drzewach. Niedawno niechlubnie już słynny sąsiad antysemita wyciął wszystkie gałęzie Stuhrowych drzew, które naruszyły przestrzeń powietrzną po jego stronie płotu. W zimie w domu unosi się zapach palonego drewna z kominka.

„Do skansenu mógłbym go oddać, do Miasteczka Galicyjskiego pod Nowym Sączem, gdzie niedawno kręciłem »Rewizora«”, żartuje ojciec. Wszyscy wiedzą, że domu za żadne skarby nie odda. Co roku szykuje jakąś innowację: tu dach naprawi, tam miejsce na samochody wyznaczy po drugiej stronie ogrodu, w ostatnie wakacje nowością było to, że rodzina zaczęła jadać na werandzie. Przedtem stół stał w altanie. To właśnie tam ojciec, wychowany na kuchni włoskiej, w czasie rekonwalescencji po chorobie zrobił pierwszą „próbę makaronową”: pastę z oliwą i peperoncino. To był najlepszy makaron świata.

Pięć lat wcześniej, przy tym samym stole, który stał jeszcze w altanie, z winem, wiśnióweczką i herbatą, podczas jednej z letnich kolacji w gronie najbliższej rodziny ojciec powiedział mniej więcej tak: „Chodzi mi po głowie scenariusz o losach faceta z mojego pokolenia, o tym, jak sobie poradził z wichrami historii. To byłby też film o mnie, chciałbym, żeby fragmenty z mojej młodości zagrał Maciek”, co Maciek skomentował ze śmiechem: „To było polecenie służbowe. Mam świadków”.

„Gdyby Maciek się nie zgodził, film by nie powstał”, Jerzy Stuhr mówi całkiem poważnie. „A zakładał pan, że syn może się nie zgodzić?”, sprawdzam. „Nie. Bo kto by mnie wtedy zagrał? Nikt. Nie ma innej możliwości. Wtedy bym sobie opowiadanko napisał, nowelkę, i opublikował w »Dialogu«. Ale film jest, a scenariusz pisałem kilka lat z myślą o nim i jak potem obserwowałem Maćka na planie, myślałem sobie: Po co mu moje uwagi. On tę rolę ma we krwi. Z rodzinnych opowieści, z poczucia humoru”. Po chwili milczenia dodaje: „Za każdym razem, kiedy zabieram się za film, to jest mój dziennik intymny. Trochę leczę się nim z kompleksów, trochę z niezrozumienia pewnych spraw w życiu. Jedna trzecia to moje doświadczenia, jedna trzecia – znajomych i przyjaciół, jedna trzecia to wyobraźnia”. Jedną trzecią filmu gra Maciek.

Czytaj też: Tak Anna i Robert Lewandowscy spędzają wakacje w swojej willi na Majorce!

Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Rozkaz

„Maciej gra sytuacje z mojego życia, a ja wiem, że on nigdy pewnych rzeczy nie zrozumie. Bo nie zrozumie, jak to jest brać udział w głupkowatych zajęciach w studium wojskowym. Jako student polonistyki dostałem kategorię A i dawaj w kamasze! Pamiętam, raz w miesiącu miałem obowiązkowe zajęcia na poligonie. Jezus Maria, co to była za głupota!”, mówi Jerzy Stuhr.

W filmie „Obywatel” jest zabawna scena, kiedy główny bohater dostaje rozkaz od pana porucznika:

– To jest akcja ściśle tajna. Tu są trzy tematy. Wybierzcie jeden.

Piszecie do 11.45 u mnie w pokoju. Ogniowe będziecie mieli zaliczone!

– Ale co to jest? Matura?! No, ale ja muszę wiedzieć, dla kogo, gdzie?!

– Dziewczyna pisze, w gastronomicznym technikum. Wieczorówka. Fajna babeczka.

„Najbardziej wzruszyłem się, kiedy na planie zobaczyłem Maćka w mundurze. Zobaczyłem siebie sprzed kilkudziesięciu lat”, mówi Jerzy Stuhr, bo w tej scenie Maciek gra prawdziwą historię z życia ojca. „Tato mi opowiadał, jak po kilku tygodniach zasalutował: »Jak tam poszło, panie poruczniku?«. »Tró-ja! Spo-cznij«”, śmieje się Maciek.

Jerzy Stuhr nigdy nie poznał dziewczyny, której napisał maturę z polskiego. „Przy kolejnej lepiej by mi pewnie poszło, ale tylko raz się załapałem. Z tamtych czasów zostało mi również to, że codziennie w kilka sekund pięknie ścielę łóżko. I tego Maciek też, niestety, nie zrozumie (śmiech). Dwa tygodnie temu strzelałem na planie »Rewizora« z kałasznikowa. Pirotechnik pyta: »Uczyć pana?«. »Nie trzeba, ja to miałem. Ja ten karabin znam«. Jak już wyładowałem serię, to mnie pochwalił: »Nooo, panie Jurku, widać wprawną rękę. Młodych to muszę wszystkiego uczyć od podstaw.«”. „Mnie już nauczyli. Teraz biegam z pistoletem po Czechach i Słowacji”, mówi Maciek, który gra główną rolę – detektywa wydziału zabójstw, Richarda Krauzego – w słowackim filmie „Czerwony Kapitan”. „Wiecie, jak są naboje po słowacku? Bombićki!”.

Pytam Maćka, czy tato doprowadzał go do szału na planie. Ale… odpowiada ojciec.

Jerzy: Ja jestem za dobrym psychologiem, żeby coś takiego zrobić. Chciałem, żeby dobrze zagrał, a nie żeby się ze mną pożarł.

Ale gdybyście się, Panowie, pożarli, mogłaby to być kłótnia twórcza.

Jerzy: Nie stosuję takich metod. Poza tym Maciek posiadł taką umiejętność aktora filmowego, która się nazywa posłuszeństwo.

Był Pan grzeczny…?

Jerzy: Musiał być. Tam nie ma czasu na dyskusje. Wszystko musi być robione szybko.

To było pytanie do syna…

Maciek: (śmiech). Na planie nie musieliśmy paplać, używać wielu słów, mieliśmy to wszystko przegadane w domu. Poza tym coraz swobodniej się u ojca czuję, a on chyba coraz bardziej mi ufa. To jest ważne, bo nie muszę już grać dokładnie tak, jak on sobie coś wyobraził, tylko mogę go czasem czymś zaskoczyć. A to jest bardzo trudne.

Jerzy: Gra lekko, to jest trudne.

Pochwalił go Pan?

Jerzy: Nigdy nikogo nie chwaliłem, bo mnie nikt nie chwalił. To jest pewnie uciążliwe, zwłaszcza dla domowników, ale tak byłem wychowany i takim jestem pedagogiem. Tam, gdzie jest dobrze, nic nie mówię. Jestem po to, żeby mówić, gdzie jest źle. Ale chyba Maciek korzysta z tego, że może ode mnie usłyszeć zdanie bezwzględnie prawdziwe.

Nie wiem, czy taka bezwzględna prawda jest zawsze konieczna, ale widziałam film – Maciek świetnie zagrał.

Jerzy: Mam nadzieję. Dlatego wystawiłem go do nagrody aktorskiej. Siebie nie wystawiłem, a jego – tak.

Maciek: (śmiech). Czasami też mi się zdarza nie raczyć zachwycić się czymś, co nie jest warte zachwytu, mimo że bliska osoba tego zachwytu się domaga. A wracając do filmu, to mam poczucie, że mojej części przypadły najbardziej łakome kąski, sceny bardzo krwiste, śmieszne i wzruszające. Zresztą mnóstwo historii z filmu znałem z dzieciństwa, zwłaszcza te z lat 80. Pamiętam tatę z tego okresu i to było niesamowicie sentymentalne, że mogłem wcielić się w rolę własnego ojca z okresu, kiedy ja byłem małym dzieckiem.

Korzenie

Jerzy: Nieraz trzeba całego życia, żeby dowiedzieć się, skąd jesteś. I mieć taką ciekawość tego, poszukać po swoich przodkach. Ja też się dowiedziałem, kim jestem, skąd jestem i powiem pani, że jak człowiek już to wie, czuje się pewniej. Jakoś tak spokojnie, powiedziałbym. Kiedy wszedłem na wzgórze w austriackiej wiosce mojego pradziadka – a to dziura straszna, Wildendurnbach koło Poysdorf, przy granicy czeskiej, niedaleko Mikulova – i zobaczyłem te winnice, ten zamek na horyzoncie, to mnie olśniło: rany boskie, to ja stąd jestem! Wreszcie zrozumiałem, dlaczego mój dziadek zawsze mówił po czesku: „Ku jidlu a spatki”, czyli „do jedzenia i do spania”, bo to przecież było tak blisko.

Maciek: Dzisiaj blisko. Wtedy to był jeden kraj, z Krakowem włącznie.

Jerzy: Cały czas się zastanawiam, jaka była ich motywacja, że oni przyjechali do tego Krakowa pod koniec XIX wieku. A dlaczego nie do Brna, tam było bliżej. Myślałem, że ekonomiczna, ale nie. Mieli pieniądze, bo zaraz w Krakowie kupili kamienicę. Chyba już się nigdy tego nie dowiem.

Maciek: To dość zabawne, ponieważ w naszej rodzinie przez długi czas panowała legenda, że Stuhrowie przyjechali z Wiednia.

W zasadzie czuliśmy się wiedeńczykami, robiliśmy sernik i byliśmy z tego, nie ukrywam, nieco dumni. I nagle za sprawą pewnego programu telewizyjnego, który zaangażował profesjonalnych genealogów, okazało się, że jednakowoż nie jest to Wiedeń, tylko Wildendurnbach, który jest miejscowością nieco mniejszą od Wiednia. A dowiedzieliśmy się o tym w momencie, kiedy opuściłem nasz ukochany Kraków i zostałem warszawiakiem. Taka paralelność losów. Odkrywasz u swoich przodków coś, co się w jakimś stopniu i sensie pokrywa z twoim życiem. Decyzja zapadła, że jedziesz kilkaset kilometrów dalej i zaczynasz nowy rozdział życia. Ale na podstawie losów przodków wiesz, że skutki tej decyzji nie są złe. I czujesz się pewniej.

Jerzy: Dwie rzeczy chcę dodać. Raz, że ten mit powstał też z tego, że jak mój dziadek był mały, to z dwoma braćmi co tydzień jeździł do Wiednia. Mama wsadzała ich w Krakowie do pociągu, a ciotka Ungerowa odbierała na peronie i spędzali weekend w Wiedniu. Dziadek zawsze bardziej wspominał Wiedeń niż wioskę, gdzie pewnie też jeździł, ale na wakacje. A dwa, chcę powiedzieć, żeby nie włączać takiego polskiego myślenia, że wiochę i miasto dzieli przepaść. Ci z Wildendurnbach mieli taką samą

dumę, jak mieszkańcy wiedeńskiego Ringu.

Maciek: Ale kiedy moi drudzy dziadkowie, czyli rodzice mamy, przeprowadzili się z Komorowic do Bielska, dzisiaj to właściwie już dzielnica Bielska, był to dla nich – podejrzewam – gigantyczny skok cywilizacyjny. Z roli do miasta, krótko mówiąc.

Jerzy: No i dzięki temu mogliśmy się z mamą poznać. Gdyby nie komuna, toby Maćka nie było. Różne są losy ludzi (śmiech).

W czasie marca 1968 roku Jerzy Stuhr ma 21 lat i studiuje polonistykę na UJ. Podobnie jak bohater jego filmu, Jan Bratek, bierze udział w strajku: w wiecu na UJ, w demonstracjach na Rynku, jest w komitecie strajkowym w okupowanych akademikach. „Pamiętam, jak 19 marca od rana wszyscy czekaliśmy nerwowo w akademiku na przemówienie Gomułki, co on tam powie, bo od tego zależało, czy dalej strajkujemy, czy też nie. Długo to trwało i kiedy w końcu puścili w radio to przemówienie, akurat wtedy nie zajmowałem się polityką. Leżeliśmy z przyszłą mamą Maćka na golasa w łóżku, a Gomułka w tle mówił: »Ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra« swoje słynne zdanie o operze Szpotańskiego. Po tym wystąpieniu wszystko wzięło w łeb, ale dzięki marcowi znalazłem żonę. Dorosłem w tydzień”.

W „Obywatelu” jest scena, kiedy Kazia ze szczęścia, że los jej zesłał wielką miłość, czyli Jana Bratka, mówi: „Jakie mnie dzięki tej esbecji szczęście spotkało (…) Braciątko ty moje słodkie”.

Pytam Jerzego Stuhra, dlaczego nie pokazał swojej historii miłosnej w filmie, ale tylko się śmieje: „Przecież nikt by mi nie uwierzył! Mieliby pretensje, że znowu szargam wartości”.

Zobacz także: Kraśko, Janiak, Stuhr... Znani ojcowie i ich dzieci w sesjach VIVY!

Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Jerzy Stuhr i Maciej Stuhr w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Opowieści rodzinne

Kiedy Jerzy Stuhr zaczyna działać w „Solidarności” w Starym Teatrze, Maciek ma pięć lat. W domu nieustannie mówi się o polityce, a na magnetofonie szpulowym słucha homilii polskiego papieża. Maciek niewiele z tego rozumie, ale słucha, przygląda się i uczy. Kiedy ma osiem lat i chodzi do drugiej klasy szkoły podstawowej, dostaje od ojca znaczek „Solidarności” i przypina go sobie do szkolnego mundurka. Tak udekorowany pewnego ranka przechodzi przez plac Inwalidów, żeby zdążyć na autobus linii 164. „Na tym placu, pod Pomnikiem Braterstwa ku czci żołnierzy Armii Radzieckiej, zobaczyłem wycieczkę szkolną z nauczycielką, która akurat mówiła: »A tutaj, dziewczynki, proszę dygnąć, a chłopcy proszę zdjąć czapki i skinąć głową«. Skoro pani tak mówi, pomyślałem, tak trzeba. I za każdym razem, idąc do szkoły z tym znaczkiem »Solidarności« w klapie, oddawałem hołd żołnierzom radzieckim, ściągając czapkę. W końcu jakiś sąsiad mnie przyuważył, doniósł rodzicom, wybuchł skandal i afera na pół Krakowa. Był wstyd, zdziwienie i konsternacja”, śmieje się Maciek. I pierwsza osobista lekcja historii.

Maćka pociesza jego ukochana babcia Maria Stuhrowa, mama ojca. W filmie „Obywatel” wątek mamy głównego bohatera jest niezwykle ważny. „Tak jak dla mnie”, mówi Jerzy Stuhr. „Nadal z nią rozmawiam, mimo że już jej tak długo nie ma przy mnie. Ciągle mam poczucie że ona gdzieś tam się mną opiekuje”. To mama twardą ręką wychowywała małego Jerzego. „Po każdej wywiadówce dostawałem od mamy lanie – ojciec, przeczuwając nadchodzącą burzę, wychodził z domu na trzygodzinny spacer – ale nigdy nie prześladowała mnie trauma z tego powodu, więc myślę, że mama miała rację. Kiedy sam zostałem ojcem, Maćka uderzyłem raz, za to w sposób okrutny. W środę zakomunikowałem mu, że będzie bity w sobotę, i musiał z tą świadomością przetrwać dwa dni. Zrobiło mi się nawet głupio w pewnym momencie, ale musiałem mu już wymierzyć tę karę, żeby ratować autorytet. Mam nadzieję, że Maciek tego nie pamięta”. Maciek miał wtedy 10 lat, lanie pamięta, ale uważa, że było sprawiedliwie, bo proporcjonalne do występku, za który je dostał.

Mama była najważniejszym widzem Jerzego. Chodziła na wszystkie przedstawienia swojego jedynaka. „Miała naturę powściągliwą, nigdy mnie nie chwaliła, ale była dumna. Jak tylko widziałem, że mama jest dumna, to już nie musiała nic mówić. Ojciec, bezpartyjny prokurator, nie był na żadnym moim przedstawieniu. Nawet go nie prosiłem. Myślę, że gdyby zobaczył, jak biegam po scenie w rajtuzach, bardzo by się zdenerwował. To był poważny człowiek”, uśmiecha się Jerzy Stuhr.

„Dziadek Tadeusz to pod wieloma względami był ewenement”, mówi Maciek. „Po pierwsze, był z pokolenia wychowanego przed wojną, jak Wojtyła, Bartoszewski, które kończyło klasyczne gimnazja, potem szło na studia i wynosiło edukację, która starczała im na całe życie. Dziadek nigdy w życiu nie był za granicą, a mógłby pani narysować plan niejednego europejskiego miasta, które doskonale znał z literatury: Paryża, Petersburga, Rzymu, Londynu. Wiedział, co gdzie było i pod jakim numerem. Mój ojciec przez lata namawiał dziadka, żeby gdzieś wyjechał, a on powtarzał: „nie, nie i nie”. Czasami myślę, że jego świat był wewnątrz. Gdyby on go skonfrontował z prawdziwym Rzymem czy Paryżem, mogłyby go tylko rozczarować. Przynajmniej w jego mniemaniu. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby mój dziadek zmienił zdanie. Był szalenie skrytym, samotniczym, nigdy nieujawniającym uczuć człowiekiem. W pewnym sensie ojciec ma to po nim. I ja”.

Gen wewnętrznej wolności?

Maciek: Mnie się wydaje, że to jest mieszanina genu wolności z genem samotnictwa.

Jerzy: A tak. Dobrze mówi.

Maciek: Ten gen, mam wrażenie, jest bardzo silny w naszej rodzinie.

Jerzy: Dobrze mówi, że gen wolności łączy się z samotnością. Jak sobie nie dasz rady z samotnością, nie będziesz szukał wolności. Będziesz przylepiał się do tego, tamtego. Dawniej w „Kontrabasiście” mówiłem: „No, daję wypowiedzenie, proszę bardzo, jutro, natychmiastowe, nic mi nie mogą zrobić. Jestem wolny, wolny i co z tego? Pytam państwa: I co z tego? Zostaję na bruku ja i on. Wolni”. Dawniej to na sali od razu było słychać: ha, ha, ha, ha. A dziś jest taka przerażająca cisza na widowni. Jak makiem zasiał.

Maciek: Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś przez przypadek ojciec spotkał kolegę dziadka jeszcze z Bielska, gdzie po studiach dziadka wysłano do pracy, i w pewnym momencie ten kolega mówi tak: „Spacerowaliśmy z pana ojcem po tym Bielsku i rozmawialiśmy po angielsku”. Na co tato: „Ale przecież mój ojciec nie znał angielskiego?!”. „Jak to nie znał?! Wspaniale znał! Przecież godzinami rozmawialiśmy na różne tematy”. Tato był w szoku, nic o tym nie wiedział.

Jerzy: Ojca w ogóle było trudno zrozumieć. Jako prokurator często był w nocy wyciągany z łóżka. Potrafił wyjść, oglądać faceta zamordowanego czterdziestoma ciosami nożem i siekierą, a potem przyjść i położyć się z powrotem do łóżka. Całe życie był samotny, skupiony na swoim wewnętrznym świecie. Rodzina musiała się do tego przyzwyczaić i zaakceptować.

Kiedy pytam, czy potrafią za pomocą jednego obrazu odmalować własną samotność, odpowiadają:

Maciek: Triathlon to jest codziennie przynajmniej godzina poświęcona tylko sobie. To mi robi fantastycznie. Jestem totalnie sam w tym basenie, lesie, na szosie. Borykam się ze sobą w milczeniu.

Jerzy: Ale są też gorsze momenty, że ja jestem, fizycznie siedzę przy stole z rodziną, ale myślami błądzę gdzieś zupełnie indziej: czy dobrze zrobiłem tę scenę, czy dobrze obsadziłem, co będę jutro kręcił… Oni są, ale ja się patrzę na nich jako widz. Wciąż popełniam ten błąd. To jedynie bym w swoim życiu zmienił…(milczenie). Jeśli czegoś czasami żałuję, to dzieciństwa Maćka i jego siostry, które gdzieś mi umknęło, przeleciało przez palce. To są koszta pracy, kariery.

Powiem pani, że reżyseria to jest straszliwa samotność. Brniesz w sferę, w której nikt nic nie może ci podpowiedzieć. Błagam o uwagi, żeby mi ktoś dawał uwagi, ale nikt nie śmie.

Czytaj również: Katarzyna Sokołowska o późnym macierzyństwie: „Wierzę, że będę tańczyła na weselu mojego syna”

Maciej Stuhr, VIVA! 22/2018
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Maciej Stuhr w sesji dla magazynu VIVA!, 2018 rok

Odwaga

Słowa, jakie najczęściej słyszy od osób, które widziały „Obywatela”, brzmią: „Gratuluję odwagi”.

Jerzy: Ale ja zrobiłem ten film tak, jak musiałem. Nienawidzę naszej polskiej histerycznej skłonności do martyrologii i przyznaję sobie prawo do krytyki. To moje widzenie historii, choć zdaję sobie sprawę, że mogę być w tym osamotniony.

Maciek: Zauważyłem parę razy w życiu, że te momenty, w których najbardziej nam ktoś gratuluje odwagi, to dla ciebie jest jakby naturalna rzecz. I to jest niezwykłe. Tak miałem w przypadku oddania szpiku. Dużo ludzi mówiło: „Człowieku, że ty się zdecydowałeś na coś takiego! Jezus Maria, jakie to niesamowite!”. Ale co jest w tym niesamowitego? Poszedłem, oddałem trochę krwi i tyle. Tak samo miałem z „Pokłosiem”. Dla mnie to było oczywiste, że trzeba tę historię opowiedzieć i jej bronić.

Jerzy: W każdym filmie jestem tak samo odważny. Widocznie tu są tematy, które wzbudzają ogromne emocje. Ale byłem tak samo odważny w „Pogodzie na jutro”, kiedy opowiadałem o tym, że się nie wychowało własnych dzieci.

Z samej definicji odwagi wynika, że aby ją okazać, trzeba się najpierw bać. Więc pytam ojca i syna, kiedy w ciągu ostatnich lat najbardziej się bali. Odpowiedź jest jedna.

Maciek: Jak się łatwo domyśleć, choroba taty była takim traumatycznym, trudnym momentem. Patrzyłem, jak tato odważnie ją przyjmuje i z nią walczy. Jak olbrzymiej nabiera pokory. To było niesamowite. Nawet sobie ostatnio pomyślałem, że ojciec przechodził takie perypetie przy tej chorobie i przy poprzedniej chorobie serca, a ja mam poczucie, że nigdy nie widziałem mojego ojca cierpiącego. Że on zawsze umiał nas ochronić przed tym.

Jerzy: Mój ojciec też taki był. Do końca nie pokazał nam swojej choroby. Tak to ukrywał, że zorientowaliśmy się w ostatniej chwili.

Maciek: Dziadek w wieku 84 lat zaczął mieć pierwsze kłopoty zdrowotne. Pielęgniarka przyszła do niego do domu pobrać mu krew i pyta: „Kiedy ostatnio miał pan krew pobieraną?”. A dziadek na to: „Jeszcze nigdy”. Nie pił, nie palił, uprawiał codzienną gimnastykę i leczył się… kremem Nivea. Taki to był dinozaur.

Jerzy: Dyskrecja. Ogromna dyskrecja to była. Zauważyłem, że coraz bardziej odzywa się we mnie natura ojca: skrytości, słuchania, milczenia. Staję się bardziej obserwatorem świata.

Maciek: To, że tato ma wielką dyscyplinę, wiedziałem od lat, ale jego pokora mnie szalenie wzruszyła i dotknęła.

Jerzy: W domu wszystko nagle stanęło na głowie, był szalony strach. Razem byliśmy w szpitalu w Gliwicach, kiedy usłyszeliśmy najgorszą diagnozę. Maciek mnie odwoził. Siedział na korytarzu, ale profesor powiedział: „Proszę tu syna też poprosić”. I powiedział, że to jest bardzo ciężki stan. Później się przyznał, że dawał mi cztery miesiące życia. Trochę się pomylił, na szczęście. Dzięki tej pomyłce mógł powstać „Obywatel”. Siódmy film, szczególny. Takie moje siedem grzechów głównych. Mam nadzieję, że wiele osób z mojego pokolenia odnajdzie się w tych obrazkach. Bardzo bym chciał.

Kiedy są razem, mają specyficzny sposób rozmowy: ojciec mówi chętnie, syn chętnie milczy. To – i nie tylko to – rzuciło mi się w oczy, gdy spotkałam się z Jerzym Stuhrem i Maćkiem w hotelowym apartamencie w centrum Warszawy.

W czasie najtrudniejszej życiowej próby byli razem. Maciek przywiózł ojca do szpitala i czekał na korytarzu. Profesor powiedział: „Proszę tu syna też poprosić”. „Dawał mi wtedy cztery miesiące życia. Trochę się pomylił, na szczęście”, mówi Jerzy.  

Jerzy Stuhr, Viva! grudzień 2014
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Jerzy Stuhr w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Wideo

Za nami 25 lat tworzenia magazynu VIVA!. Tak wraz z gwiazdami zapamiętaliśmy ten wyjątkowy czas

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

KAROLINA PISAREK i ROGER SALLA: tuż przed ślubną ceremonią modelka opowiada o niespodziewanych oświadczynach, swoim związku i przygotowaniach do ślubu. MICHAŁ WIŚNIEWSKI: po co mu ten ślub?! Wyznania mężczyzny, który pięć razy mówił „tak”. AGATA TUSZYŃSKA często przedkładała wszystko nad kolejne książki. Czy to był dobry wybór? Czy nie żałuje? I czy w ogóle umie żyć inaczej? Do refleksji. ŚLUBY WSZECH CZASÓW: Kelly i książę Rainier, Beaulieu i Presley, Yoko Ono i Lennon, Diana i książę Karol… Ich śluby zawładnęły zbiorową wyobraźnią.