Tamtego dnia, 1 listopada 2011 roku, cała Polska wstrzymała oddech. Na warszawskim lotnisku Okęcie ogromny Boeing 767 zbliżał się do pasa startowego. Maszyna miała poważną awarię – nie wysunęło się podwozie. Za sterami siedział kapitan Tadeusz Wrona. Wiedział, że od jego decyzji zależy życie 231 osób. Kilka minut później wykonał manewr, który przeszedł do historii polskiego lotnictwa. Samolot wylądował bez podwozia, "na brzuchu", a wszyscy znajdujący się na pokładzie wyszli z niego żywi. Dziś, w 15. rocznica tamtych wydarzeń, nazwisko pilota znów powraca. Ale historia Tadeusza Wrony to nie tylko wielki sukces. To także opowieść o miłości do latania, zawodowych zakrętach i tragedii, która dotknęła jego rodzinę.
WIDEO…
Kilka minut, które mogły zmienić wszystko
Tamtego dnia Boeing 767 Polskich Linii Lotniczych LOT wracał z Newark w Stanach Zjednoczonych. Lot przebiegał normalnie, dopóki przed lądowaniem w Warszawie załoga nie stwierdziła problemów z wysunięciem podwozia. Kolejne próby nie przynosiły rezultatu. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza, ponieważ paliwo się kończyło. Załoga musiała przygotować się do awaryjnego lądowania.
Kapitan Wrona i drugi pilot Jerzy Szwarc musieli zachować zimną krew. Na ziemi trwały przygotowania do przyjęcia maszyny. Pas został zabezpieczony specjalną substancją, która złagodzić skutki uderzenia kadłuba o beton i zapobiec zapaleni się maszyny. Służby ratunkowe czekały w gotowości, a pasażerowie otrzymali instrukcje dotyczące przyjęcia pozycji awaryjnej. Ostatecznie zapadła decyzja: lądują.
Boeing dotknął pasa startowego bez wysuniętego podwozia. Rozległ się huk, spod kadłuba posypały się iskry, a maszyna przesuwała się po nawierzchni, aż wreszcie się zatrzymała. Chwilę później rozpoczęła się ewakuacja. Nikt nie zginął. Nie było ofiar śmiertelnych, choć wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, jak poważna była sytuacja.
Nazwisko Tadeusza Wrony błyskawicznie pojawiło się w mediach. Wszyscy gratulowali mu odwagi, opanowania i profesjonalizmu. O niezwykłym lądowaniu pisały także zagraniczne redakcje. Zwykły dzień pracy pilota zamienił się w wydarzenie, które uczyniło z niego jednego z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w kraju.
„Dlatego powiedziałem: lądujemy”. Tak opisywał słynny manewr w wywiadzie dla „Vivy!”?
Kilka dni po wydarzeniu kapitan Wrona udzielił wywiadu Krystynie Pytlakowskiej dla magazynu „Viva!”. Rozmowa ukazała człowieka, który za sterami potężnego samolotu zachował opanowanie, ale doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Wspominał, że do końca miał nadzieję, iż podwozie jednak się wysunie. Próby zawodziły, a czasu było coraz mniej. W pewnym momencie nie było już miejsca na kolejne eksperymenty.
„Dlatego powiedziałem: Lądujemy” – opowiadał w rozmowie. Nie próbował przedstawiać siebie jako człowieka pozbawionego strachu. Mówił o napięciu, koncentracji i konieczności wykonywania kolejnych czynności. Nie było miejsca na panikę. Trzeba było myśleć o tym, co zrobić, a nie o tym, co może pójść nie tak. Szczególnie poruszający był fragment, w którym opisywał chwilę przed dotknięciem ziemi. Spojrzał wtedy na drugiego pilota i w myślach podziękował mu za współpracę. Miał nadzieję, że jeszcze się zobaczą.
Zobacz także: Zamieszanie wokół kapitana Tadeusza Wrony! LOT zmienił decyzję dotyczącą pilota
W wywiadzie pojawił się także obraz zupełnie innego Tadeusza Wrony – człowieka rodzinnego, spokojnego, przywiązanego do codzienności. Dziennikarka opisywała jego dom pod Warszawą, wspólne rodzinne posiłki i zwyczajne obowiązki. Kapitan nie sprawiał wrażenia człowieka, któremu zależy na rozgłosie. Nawet po wydarzeniu, które uczyniło go bohaterem narodowym, pozostawał przede wszystkim mężem i ojcem. To właśnie ten obraz tak bardzo zapadł w pamięć czytelników. Za niezwykłym wyczynem stał człowiek, który nie szukał sławy.
Kochał latać, żonę poznał w klubie szybowcowym
Latanie było jego życiem na długo przed 1 listopada 2011 roku. Do Polskich Linii Lotniczych LOT trafił na początku lat 80. W 1986 roku został kapitanem. Przez lata zdobywał doświadczenie na kolejnych typach samolotów, a Boeing 767 był jedną z maszyn, z którymi był szczególnie związany.
Jego drugą wielką pasją było szybownictwo. To właśnie w szybowcach odnajdywał coś, czego nie dawała praca w lotnictwie pasażerskim. Uwielbiał kontakt z powietrzem, ciszę i poczucie swobody. Brał udział w zawodach i traktował tę pasję bardzo poważnie. W aeroklubie poznał żonę Marzenę, która dzieliła z nim pasję do szybowania.
W opowieści o życiu Tadeusza Wrony nie sposób pominąć wydarzenia, które przyniosło jego rodzinie ogromny ból. W grudniu 2024 roku zmarł jego syn Mikołaj. Miał zaledwie 40 lat. Od około dwóch lat walczył z białaczką. Mikołaj poszedł w ślady ojca. Lotnictwo było również jego pasją i zawodową drogą. Relacja między mężczyznami była wyjątkowo bliska. Mikołaj wychowywał się właściwie na lotnisku, Tadeusz Wrona opowiadał w wywiadach, że syn od najmłodszych lat interesował się szybowcami. W rozmowie przywoływał wspomnienia wspólnych lotów i rodzinnej pasji, która łączyła kolejne pokolenia.
Czytaj także: Poszedł w ślady ojca, był dla niego inspiracją. Mikołaj Wrona był bardzo blisko ze swoim ojcem
W wywiadzie dla „Vivy!” wspominał, że czekał, aż syn sam zdecyduje się powiedzieć, że chce zostać pilotem. Mówił: „Czekałem, kiedy to powie”. Z dumą opowiadał o jego osiągnięciach szybowcowych i o tym, jak z czasem latanie stało się dla Mikołaja czymś więcej niż tylko hobby. Kiedy syn zachorował, rodzina podjęła walkę o jego życie. Poszukiwano kolejnych możliwości leczenia, także za granicą. Tadeusz Wrona publicznie mówił o nadziei i o ogromnych kosztach terapii. Niestety, mimo wysiłków bliskich i dwóch przeszczepów szpiku, Mikołaja nie udało się uratować. To tragedia, której nie da się porównać z żadnym zawodowym wyzwaniem. Człowiek, który przed laty potrafił ocalić życie 231 osób, musiał zmierzyć się z bezradnością wobec choroby własnego dziecka. Trudno wyobrazić sobie ciężar takiego doświadczenia.
Piętnaście lat później. Nie tylko pilot z pierwszych stron gazet
Kapitan Tadeusz Wrona ma dzisiaj 72 lata. Mieszka z rodziną w skromnym domku z ogrodem pod Warszawą, niedaleko lotniska Okęcie. Jak sam wspomina w wywiadach, ceni sobie domowy spokój. Wolny czas poświęca najbliższym oraz pracy w przydomowym ogrodzie. Jego córka Natalia Wrona nie dzieli z ojcem miłości do latania. Jej pasją jest jeździectwo, także to wyczynowe, od lat odnosi w nim sukcesy. Angażuje się w pomoc dla zwierząt.
Kapitan Tadeusz Wrona w 2013 roku wydał autobiografię „Ja, kapitan”, w której opisał swoją drogę od szybownika do kapitana Dreamlinera. Bierze udział w panelach poświęconych bezpieczeństwu lotów.
W 2019 roku przeszedł na emeryturę w wieku 65 lat, jako pilot samolotów pasażerskich. Dzielił się jednak swoim doświadczeniem z młodymi pilotami, kształcił ich w ramach LOT Flight Academy. Mocno angażuje się w pomoc innym. Działa m.in. w Fundacji „Kochajmy życie”, która zbiera fundusze na nowatorskie operacje ortopedyczne i rehabilitację dzieci z dysfunkcjami narządów ruchu.