Zanim przyszły wielkie role, rozpoznawalność i życie na oczach milionów, była młodość pełna marzeń, wyobraźni i pragnienia, by sięgnąć dalej. W rozmowie z VIVĄ! Katarzyna Figura wraca do czasu, który ukształtował jej wrażliwość i ambicje, i odsłania w rozmowie z Beatą Nowicką mniej znaną stronę swojej drogi do świata kina.
WIDEO…
TYLKO W VIVA! Katarzyna Figura o czasie swojej młodości
Katarzyna Warnke i Katarzyna Figura, dwie charyzmatyczne artystki, spotkały się na deskach Teatru 6. piętro w spektaklu „Antropologia”. Pierwsza z aktorek w nim gra, druga go wyreżyserowała. Nam opowiadają o swoich młodzieńczych latach, pierwszych marzeniach, fascynacjach i doświadczeniach, które z czasem ukształtowały ich życiowe i zawodowe drogi.
– „Antropologia” to historia młodej dziewczyny, która w niewyjaśnionych okolicznościach znika bez śladu w drodze do domu. Hołubicie 20-letnie wersje siebie? Jakie były? Ślad po nich zaginął czy coś pozostało?
K.W.: Myślę, że już wtedy tliła się we mnie reżyserka. Byłam dziewczyną żarłocznej pasji. Docierania do sedna, wyrywania wiedzy, zdobywania narzędzi do rozumienia świata. Nic innego mnie nie interesowało. Wystawiana jako amantka na scenie Starego Teatru, w Teatrze 38 wyreżyserowałam „Drzewo tropików” Yukio Mishimy w zupełnie awangardowym stylu. Napisałam o tym pracę magisterską, która mogła być wstępem do studiów reżyserskich.
– Ale o czym marzyłaś? Chłopakach, miłościach, podróżach…?
K.W.: O sztuce. Inwestowałam w to, żeby przeżyć. Nie przetrwać, tylko intensywnie przeżywać. W miłościach pakowałam się w sytuacje emocjonalnie wyczerpujące. Pierwszą, długą i głęboką relację zaczęłam na początku liceum, skończyła się małżeństwem i… rozwodem po studiach. Przeżywałam gwałtowne szarpaniny emocjonalne, często skrajne: euforia, smutek, bliskość, ucieczka. Długo byłam bohaterką piosenki Agnieszki Osieckiej: „Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty”. Jednym słowem – rozczulająca naiwność. Ale też szarża do doświadczania. Do tego, żeby to życie pięknie „nadpisać”. Wyszarpać z niego…
– Mięcho?
K.W.: Nie mięcho. Poezję.
K.F.: Dzielą nas prawie dwie dekady, ale czuję podobieństwo. Wychowałam się w zgrzebnej Polsce i dla mnie piękno świata było ważne. Tata – lekarz weterynarii, kochał faunę i florę, miał dużo książek przyrodniczych i albumów o innych kulturach. Żyłam w swoim magicznym świecie. W domu nie było telewizora, nie mieliśmy paszportów, ale tato wysłał mnie na lekcje angielskiego i francuskiego. Wyruszaliśmy na wycieczki po świecie… jeżdżąc palcem po globusie. W tle sączyła się muza z radia. Muzyka Andów, fletowe wersje „Imaginary” – to był mój ulubiony motyw. Odlatywałam wtedy w przestworza wyobraźni. W kinie zobaczyłam filmy, które mnie olśniły. A może już wtedy bardziej olśniła mnie kamera? Pierwszy rok moich studiów to wybuch stanu wojennego. Miałam pojechać do stryja, oficera AK, który mieszkał w Anglii. Zamiast wyjazdu żelazna kurtyna. Byłam szczęśliwa, gdy po kilku miesiącach wróciliśmy na zajęcia. Moje marzenia z tamtych lat Sławek Piwowarski pokazał w „Pociągu do Hollywood”. W jednej ze scen wykrzykuję: „Chcę być gwiazdą! Chcę, żeby mnie wszyscy kochali!” (śmiech).
Katarzyna Figura, Katarzyna Warnke, Viva! 18/2026
– I kochali Cię wszyscy! W Twoim życiu był wtedy jeden mężczyzna.
K.F.: Rok ode mnie starszy, z innego świata. Pracował za granicą, skąd przywoził mi piękne ubrania. Powiew luksusu! Kiedy je zakładałam, wydawało mi się, że jestem międzynarodową gwiazdą. Chciałam podbić świat również dla mojego synka. Miałam 25 lat, kiedy urodziłam Aleksandra.
K.W.: Ja dorastałam w Grudziądzu. Mój chłopak odkrył przede mną Ewę Demarczyk i Dire Straits, a tata Lennona, Umberto Eco i Kubricka. W ogóle mężczyźni dużo wnosili do mojego życia. Oknem na świat był telewizor. Najpierw Teatr Telewizji i ambitne filmy wybierane przez rodziców, a potem MTV i Fashion TV. Oszalałam z zachwytu, mogłam to oglądać na okrągło. Mieszkałam w ośmiopiętrowym bloku, gdzie wszystko było krzywe: drzwi, okna, flizy, podłoga. Chodząc do kina na filmy Viscontiego, Antonioniego, zastanawiałam się, czy ten piękny świat istnieje naprawdę? Aż pojechałam z chłopakiem reżyserem do Paryża. Na Wyspie Świętego Ludwika wynajęliśmy pokój na poddaszu. Stojąc w oknie, obserwowałam życie w kamienicy vis-à-vis. Na piano nobile zobaczyłam wytworne wnętrza, a w nich elegancką kobietę chodzącą w szpilkach. Pamiętam, jak pomyślałam: Piękno, którego pragnę, jednak istnieje.
K.F.: Przypomniała mi się Sophia Loren z „Prêt-à-porter” Roberta Altmana, w którym wzięłam udział. W jednej z pierwszych scen chodzi po salonie w dezabilu, z pieskiem na rękach i pantoflach na obcasie: tuk, tuk, tuk…
– Obie jesteście silne i wrażliwe. Obie odrobiłyście parę bolesnych lekcji życia: porażki, rozczarowania, rozwody.
K.W.: Myślę, że nasza dzisiejsza siła bierze się z kryzysów, które obie przeszłyśmy. Brin, bohaterkę Kasi w „Antropologii”, nazywam survivalowcem albo feniksem. To kobieta, która zawsze się podniesie, nawet z potwornych przeżyć. Wydaje mi się, że to jest wielkie zwycięstwo człowieka – umieć podnieść się po klęsce. Powiedzieć sobie: „Jeszcze mam siłę. Jeszcze raz wstanę”.
K.F.: Najłatwiej się poddać. Złożyć broń.
K.W.: Kasia w finałowej piosence śpiewa, że dziś to jedyne, co mamy. Można zacząć od początku, napisać nową stronę własnego życia. Trochę jak Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”. Dystans daje czas na ochłonięcie, zebranie sił i odzyskanie woli walki. To jest „wirus”, który wpuszczamy w siebie i w widzów. Los jest w naszych rękach, cokolwiek by się nie działo czy nie stało w przeszłości. Dopóki żyjemy, mamy szansę wygrać. Nie mamy nikogo oprócz siebie, do takiego wniosku doszłam po czterdziestce.
K.F.: Niestety moje doświadczenia są podobne. W momentach kryzysowych zawsze kręci się wokół wiele osób. Niby wyciągają do ciebie rękę, chcą pomóc, oferują wsparcie, ale to jest bardzo mylące. Trzeba liczyć przede wszystkim na siebie. Bazować na tym, czego się w życiu dokonało. Na początku lat 90., po naprawdę dużych sukcesach w Polsce, wymyśliłam swoją eskapadę – najpierw było stypendium w Paryżu, potem wyjazd za ocean. Po powrocie do Polski urodziłam Koko i zderzyłam się z absolutną ciszą. Z różnych stron słyszałam: „To już nie jest ta sama Figura”.
K.W.: Przeżyłam to samo po narodzinach Helenki. Bali się zaprosić mnie na casting.
K.F.: Widać, jak niewiele zmieniło się w naszej branży. Kiedy zaczęłam w końcu dostawać jakieś propozycje, miałam wrażenie, że nie są na miarę mojego talentu i moich osiągnięć. Pamiętam, zgłosiła się jakaś włoska produkcja, ale bałam się, że się skompromituję. Znałam już wtedy Romana Polańskiego. Zadzwoniłam do niego po radę. Roman mi wtedy powiedział: „Bierz wszystko, co ci proponują, i zrób z tego diament. Sięgaj w głąb siebie i czerp z tego, co najlepsze. Nie możesz być aktorką, która czeka, aż telefon zadzwoni i zaoferują ci rolę życia”. Zapamiętałam to. Nie jesteśmy z Kasią rozpieszczonymi aktorkami, które bezwolnie zdają się na los. Nieraz zetknęłam się ze sceptycyzmem i ostracyzmem środowiskowym, ale naprawdę jestem jak Feniks, który odradza się z własnych popiołów. Kasia podarowała mi rolę Brin, bo zobaczyła to we mnie.
Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 24 września.
Rozmawiała: Beata Nowicka