Daria Trafankowska
Fot. Michal Gmitruk / Forum
WSPOMNIENIE

Daria Trafankowska gasła na oczach całej Polski, odeszła 20 lat temu. „Naj­więk­szy strach odczuwam, gdy mnie nic nie bo­li"

Informacja o chorobie była dla niej niewyobrażalnym ciosem. „Sie­dzia­łam obok lekarza i po­wta­rza­łam jak automat, a po policzkach spły­wa­ły mi łzy jak groch"

Karol Sowa 9 kwietnia 2024 16:56
Daria Trafankowska
Fot. Michal Gmitruk / Forum

Zmarła dokładnie 20 lat temu, wciąż jest w sercach wielu ludzi. Daria Trafankowska uchodziła za osobę niezwykle ciepłą i dobrą. Rola Danusi w serialu Na dobre i na złe sprwiła, że pokochali ją telewidzowie w całej Polsce. Gdy zachorowała, wszyscy trzymali za nią kciuki i robili wszystko, by jej pomóc. Tak wyglądały ostatnie chwile uwielbianej aktorki. 

Katarzyna Bujakiewicz o ostatnich chwilach Darii Trafankowskiej

Pracowały na planie serialu Na dobre i na złe. To właśnie tam Katarzyna Bujakiewicz i Daria Trafankowska się polubiły. Znalazły wspólny język, a każde spotkanie było dla nich wielką radością. „Jechałyśmy do niej i w oparach papierosowych — bo obie wtedy paliłyśmy papierosy — siedziałyśmy i omawiałyśmy życie, a ona mi wiele rzeczy tłumaczyła. Różne moje wątpliwości sercowe zawsze pięknie rozwiązywała. No i pamiętam, że nawet mogłam do niej o czwartej rano zadzwonić zapłakana z jakimś problemem i ona była zawsze do dyspozycji", zwierzała się Katarzyna Bujakiewicz w rozmowie z Plejadą. „Kiedy "Na dobre i na złe" zrobiło się bardzo popularne, razem szłyśmy do centrum handlowego czy gdzieś na zakupy, czy przed planem, czy po planie, albo tak po prostu, no to się wygłupiałyśmy. Udawałyśmy, że gramy tę naszą parę serialową, czyli ona mnie opierdzielała, a ja przepraszałam. Ludzie patrzyli na nas ze śmiechem i zastanawiali się, czy to prawda i my faktycznie jesteśmy w takiej relacji, czy się wygłupiamy. Miałyśmy z tego niezłą zabawę", dodawała. 

W tej samej rozmowie aktorka przyznała, że doskonale pamięta czas, kiedy Daria Trafankowska zachorowała. „Pamiętam, jak ona zaczęła chorować, mówiła: widzisz Kasia, całe życie się odchudzamy, robimy głupoty. Przestań to robić, bo ja jestem teraz chuda, a wcale tego nie chcę. To we mnie zostało i faktycznie do dziś mówię sobie: odczep się od siebie, dziewczyno i przestań kombinować. To mi dało dużo do myślenia", zaznaczała. „Dzisiaj wszyscy wszystko oceniają. Ona tego nie robiła. Ona wszystkich broniła. Ja nigdy nie usłyszałam od niej złego słowa na żaden temat. Wiadomo, że w garderobie się różne osoby omawia, a ona zawsze stawała w obronie czy aktorki, czy reżysera, na którego psioczyłyśmy", wspominała Katarzyna Bujakiewicz. „Nawet jakby ktoś był naprawdę beznadziejny, to zawsze znajdywała w nim jakieś plusy. I to o tym staram się pamiętać po tych 20 latach", podkreślała.

„Jak dzwoniłam do niej w święta, to ona zawsze mówiła: Jezus Maria. Siedzę przy telefonie i głównie dzwonię po przyjaciołach albo odbieram telefony. I tak samo było przed jej śmiercią. Pytałam ją: Dusia, przyjechać do ciebie do szpitala? Ona wtedy powiedziała mi: jakbyś mogła, to nie przyjeżdżaj, bo ja mam tu przemarsz wojsk i wszystkich muszę pocieszać i chcę odpocząć po prostu. No i to też mi dało do myślenia", opowiadała. 

„Później w różnych innych sytuacjach z przyjaciółmi chorymi na nowotwór wiedziałam już, że najważniejsza jest rodzina, najbliżsi, a przyjaciele, jeśli zostaną wezwani i poproszeni, żeby się pojawili, to niech przybędą, ale na pewno nie można obciążać tej osoby. Daria mówiła: wszyscy przychodzili do mnie i płakali. Teraz wiem, że to jest straszne. Nikt nie pomyślał o tej chorej osobie. Teraz trochę inaczej się podchodzi do chorujących, a wtedy wszyscy tak reagowali. Tak bardzo ją kochali, darzyli tak wielką sympatią", wyznała Katarzyna Bujakiewicz. „Jak to jest, że ona miała 49 lat, jak umarła. Jestem w szoku, jak o tym myślę. Ja mam 52 lata i nie wyobrażam sobie tego... Mam niedużą córkę. Jak? Zdecydowanie odeszła za wcześnie", pytała retorycznie z żalem w głosie.

Ich relacja była na tyle bliska, że Katarzyna Bujakiewicz zaprosiła Darię Trafankowską do swojego rodzinnego domu. „Przyjechała do mnie do domu do Poznania, a moja babunia była wielką wielbicielką i fanką "Na dobre i na złe". Bardzo lubiła Darię. Pamiętam, jak sobie siedziałyśmy w salonie. Babunia była szczęśliwa, siedziałyśmy w trójkę i rozmawiałyśmy. Teraz one szczęśliwie sobie siedzą i piją herbatkę, kawkę, ale nie ma ani jednej, ani drugiej. To takie moje wspomnienie, do dzisiaj widzę tę radość mojej babci i Darii", wspomina w rozmowie z Plejadą. 

CZYTAJ TEŻ: Jego życie to historia transformacji. „Szukam swojego szczęścia w miłości, na świecie…”

Daria Trafankowska, Katarzyna Bujakiewicz, 2004 rok

Daria Trafankowska, Katarzyna Bujakiewicz, 2004 rok
Fot. Krzysztof Jarosz / Forum

Przypominany ostatnią rozmowę z Darią Trafankowską, która ukazała się miesiąc przed jej śmiercią - w marcu 2004 roku. 

Dłu­go na­ma­wia­łam Da­rię Tra­fan­kow­ską na tę roz­mo­wę. Zgo­dzi­ła się nie­chęt­nie. Te­raz, sto­jąc pod drzwia­mi jej miesz­ka­nia, za­sta­na­wiam się, czy na­ci­snąć klam­kę. Czy wol­no mi wcho­dzić z bu­cio­ra­mi w czy­jeś ży­cie w tak dra­ma­tycz­nym je­go mo­men­cie? Dla­cze­go ta wraż­li­wa, uta­len­to­wa­na ko­bie­ta ma opo­wia­dać o wal­ce ze śmier­tel­ną cho­ro­bą, któ­rą wła­śnie to­czy? Czy nie uzur­po­wa­łam so­bie ja­kie­goś nie­ist­nie­ją­ce­go pra­wa, zasłaniając się po­trze­ba­mi czy­tel­ni­ka? Mam wiel­ką ocho­tę za­wró­cić.

Se­ria­lo­wa sio­stra Da­nu­ta, szczu­plut­ka, z kró­ciut­ką fry­zu­rą (bar­dzo jej w niej do twa­rzy), sta­je w 
drzwiach. Jest uśmiech­nię­ta. Jesz­cze wczo­raj by­ła zbyt sła­ba i obo­la­ła, by roz­ma­wiać, cho­ciaż­by przez te­le­fon. Najwyraźniej tra­fi­łam na do­bry dzień. Wca­le nie wy­glą­da na cięż­ko cho­rą. Ra­czej na bar­dzo spo­koj­ną. Bę­dę roz­ma­wiać. Mi­mo wszyst­ko.

„Du­sia, bar­dziej niż wła­sną cho­ro­bą, przej­mu­je się tym, że lu­dzie się o nią mar­twią”, twier­dzą Pa­ni przy­ja­cie­le. Po­dob­no to Pa­ni ich po­cie­sza, nie od­wrot­nie.

Tak też się zda­rza, ale nie prze­sa­dzaj­my. Na okrą­gło od­bie­ram te­le­fo­ny od osób za­tro­ska­nych mo­im lo­sem. Czę­sto cał­kiem ob­cych. Po­da­ją na­zwy cu­dow­nych le­ków, któ­re na pew­no mi po­mo­gą i za­pew­nia­ją, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Są nie­zwy­kli. Cza­sa­mi na­wet za­cze­pia­ją na uli­cy, py­ta­jąc, czy nie trze­ba mi w czymś po­móc. Cza­iłam się z in­for­ma­cją o cho­ro­bie no­wo­two­ro­wej i pew­nie gdy­by nie kon­cert w Te­atrze Powszechnym, nie zdra­dzi­ła­bym się do dziś. To zresz­tą wy­da­rzy­ło się po­za mną – by­łam już wówczas na zabie­gach w kli­ni­ce w Sal­zbur­gu. Wiem, że moi ko­le­dzy nie mie­li lep­sze­go spo­so­bu na roz­re­kla­mo­wa­nie go, jak po­in­for­mo­wa­nie o zboż­nym ce­lu. I mie­li dy­le­mat, wie­dząc o mo­ich opo­rach.

Te­atr Po­wszech­ny prze­żył ob­lę­że­nie. Przy­szło mnó­stwo lu­dzi, nie­któ­rzy po raz pierw­szy w ży­ciu by­li w te­atrze! Ko­cha­ją sio­strę od­dzia­ło­wą.

To praw­da. Przy­szli na­wet pił­ka­rze Le­gii. By­ły spon­ta­nicz­ne au­kcje i lo­te­rie, na któ­rych sprze­da­wa­no nie­mal wszyst­ko. Bły­ska­wicz­nie włą­czy­ły się dwa ban­ki i róż­ni spon­so­rzy. I to wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wa­no w dwa tygodnie!

Wy­obra­żam so­bie, jak wiel­kim wy­sił­kiem ca­łe­go szta­bu lu­dzi by­ło to oku­pio­ne. Kło­po­ty ze zdo­by­ciem biletów na kon­cert mie­li na­wet moi przy­ja­cie­le. Brzmi ni­czym aneg­do­ta, gdy opo­wia­dam, jak mo­ja najwierniejsza przy­ja­ciół­ka Jo­asia pró­bo­wa­ła za­re­zer­wo­wać bi­le­ty. Gdy pa­ni w ka­sie po­wie­dzia­ła jej, że już nie ma, Jo­asia wy­krzyk­nę­ła: „Ależ ja mu­szę je zdo­być. Je­stem naj­bliż­szą przy­ja­ciół­ką Da­rii”. W od­po­wie­dzi usły­sza­ła: „Tu, pro­szę pa­ni, przy­cho­dzą sa­mi naj­bliż­si przy­ja­cie­le”.

To wspa­nia­łe.

Ja też tak my­ślę. Głów­nym po­wo­dem, dla któ­re­go zgo­dzi­łam się na tę roz­mo­wę, jest moż­li­wość podziękowania lu­dziom, któ­rzy się o mnie trosz­czą. Je­stem tym spe­szo­na. Tę tro­skę od­czu­wam na każ­dym kro­ku, od wie­lu mie­się­cy. Nie­ustan­nie otrzy­mu­ję ad­re­sy wy­bit­nych spe­cja­li­stów – ho­me­opa­tów, bioenergoterapeutów, zie­la­rzy – z za­pew­nie­nia­mi, że czy­nią cu­da. Na­uczy­łam się spo­koj­nie wy­ja­śniać, czemu nie 
mo­gę brać ko­lej­ne­go, naj­lep­sze­go na świe­cie le­kar­stwa. Bo wła­śnie wy­pró­bo­wu­ję in­ne. Mam też gru­pę przy­ja­ciół, któ­rą na­zy­wam in­ter­we­niu­ją­cą – roz­li­cza­ją mnie z te­go, czy spraw­dzi­łam ko­lej­ny ad­res albo po­łknę­łam ja­kieś le­kar­stwo. Cza­sa­mi mu­szę z ni­mi wręcz wal­czyć! Kon­cep­cja­mi le­cze­nia mo­gła­bym ob­dzie­lić od­dział on­ko­lo­gicz­ny. Gdy­bym chcia­ła wszyst­kim oso­bi­ście po­dzię­ko­wać, mu­sia­ła­bym sie­dzieć i zaj­mo­wać się wy­łącz­nie pi­sa­niem li­stów. Do­świad­czam ta­kiej życz­li­wo­ści i ta­kiej mi­ło­ści, że wła­ści­wie nie mam in­ne­go wyj­ścia, jak wy­zdro­wieć.

Ta­ka daw­ka do­bro­ci mo­że być sku­tecz­niej­sza niż naj­lep­sza te­ra­pia.

Oczy­wi­ście. Tak jej wie­le, że wręcz mnie pa­ra­li­żu­je. Głu­pio mi, że wo­kół mnie jest ty­le za­mie­sza­nia. Nie lubię być w cen­trum uwa­gi.

W wal­ce z no­wo­two­rem po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie mo­że zdzia­łać cu­da.

Tak, ale cią­głe przy­po­mi­na­nie cho­re­mu: „Bądź dziel­ny, tak wie­le za­le­ży od cie­bie” jest dla nie­go stre­su­ją­ce. A je­śli się nie uda, choć tak bar­dzo się sta­ram? Prócz sa­mej cho­ro­by za­drę­czy mnie prze­ko­na­nie, że zawiodłam wszyst­kich, któ­rzy we mnie wie­rzy­li! Nie chcę te­go.

Co więc mó­wić, gdy ktoś bar­dzo bli­ski oznaj­mia nam: „Mam nowotwór"?

Na­praw­dę nie wiem. Mo­że nic? Mo­że je­dy­nie przy­tu­lić i za­pew­nić: „Je­stem z to­bą. Za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Wie­rzę, że ci się uda. Je­śli mo­gę coś dla cie­bie zro­bić, to mów o tym”. Ale nie bok­so­wać cho­re­go poczuciem od­po­wie­dzial­no­ści, bo on my­śli z prze­ra­że­niem: „To mo­ja wi­na, że źle się czu­ję. Za ma­ło we mnie wia­ry, za ma­ło wo­li wal­ki”. To jest pa­skud­ne uczu­cie.

Sło­wo „rak” bu­dzi prze­ra­że­nie. Pod­czas roz­mo­wy z Pa­nią po­ty­kam się o nie. Jakbym po­peł­nia­ła zły uczy­nek.

To zro­zu­mia­łe. Pod­świa­do­mie boi się pa­ni, że wy­ma­wia­jąc je, pro­wo­ku­je cho­ro­bę do ak­tyw­no­ści. To sło­wo ma złą ener­gię. Ja też się go bo­ję i nie uży­wam. Mó­wię: no­wo­twór. Brzmi znacz­nie le­piej.

Prócz za­tro­ska­nych tra­fi­li się i ta­cy, któ­rzy chcie­li wy­ko­rzy­stać Pa­ni cho­ro­bę dla za­ist­nie­nia.

To był od­osob­nio­ny przy­pa­dek. Ale fak­tycz­nie… Kie­dy tra­fi­łam do szpi­ta­la on­ko­lo­gicz­ne­go po raz pierw­szy, na ba­da­nia, ktoś za­dzwo­nił do kil­ku re­dak­cji z in­for­ma­cją, że Tra­fan­kow­ska ma ra­ka.

Do­my­śla się Pa­ni, kto to mógł być?

Nie mam po­ję­cia. Przed­sta­wił się ja­ko pra­cow­nik szpi­ta­la, ale rów­nie do­brze mógł to być ktoś z odwiedzających. Roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny, nie tyl­ko do mnie, tak­że do mo­ich zna­jo­mych. Dziennikarze pytali, czy to praw­da. Za każ­dym ra­zem od­po­wia­da­łam, że je­stem w trak­cie ba­daj, że jesz­cze nic nie wiem i pro­szę, by o tym nie pi­sać. I nikt nie na­pi­sał. Za­cho­wa­no się bar­dzo fa­ir.

Za­wio­dła się Pa­ni za to na po­czyt­nym dzien­ni­ku, któ­ry cho­ro­bę zna­nej ak­tor­ki wy­ko­rzy­stał dla pod­nie­sie­nia na­kła­du.

Bar­dzo to prze­ży­łam. Udzie­li­łam im wy­wia­du, bo pi­su­ję do tej ga­ze­ty fe­lie­to­ny i czu­łam się zo­bli­go­wa­na do szcze­ro­ści. Po wy­dru­ko­wa­niu 
go by­łam za­ła­ma­na. Prze­czy­ta­łam wszyst­ko to, cze­go chcia­łam unik­nąć. Prosiłam, by sku­pić się na mo­ich po­dzię­ko­wa­niach dla lu­dzi, któ­rzy mnie wspie­ra­ją. Wszyst­ko, co by­ło dla mnie waż­ne, wy­pa­dło z roz­mo­wy. Zo­sta­ły ba­na­ły. W do­dat­ku wy­glą­da­ło na to, że cho­ro­ba jest ja­kimś pozytywnym wy­da­rze­niem w mo­im ży­ciu, bo na­gle od­kry­łam, ilu mam przy­ja­ciół i ja­kie ży­cie jest faj­ne! A to bzdu­ra, bo o tym aku­rat za­wsze wie­dzia­łam.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Byli razem 75 lat. Śmierć ukochanej żony była dla legendy wyścigów okrutnym ciosem. Łzy same cisną się do oczu 

Daria Trafankowska, 21.05.2002 rok

Daria Trafankowska
Fot. Prończyk/AKPA

Dłu­go na­ma­wia­łam Pa­nią na roz­mo­wę. Nie na­le­ży mó­wić o bó­lu, chorobie?

Nie na­le­ży ro­bić z tego sen­sa­cji. Mil­cza­łam, bo nie chcia­łam, by ktoś po­dej­rze­wał, że wy­ko­rzy­stu­ję chorobę, by przy­po­mnieć o swo­im ist­nie­niu. By po­my­ślał: „Ma­ło gra, to chwy­ta się wszyst­kie­go”. Strasz­nie się te­go ba­łam.

To praw­da, że rak stał się atrak­cyj­nym to­wa­rem me­dial­nym. Czymś w ro­dza­ju dra­ma­tycz­ne­go re­ali­ty show.

To głów­ny po­wód, dla któ­re­go nie chcia­łam o tym opo­wia­dać. Wciąż też zbyt ma­ło wiem o swo­jej cho­ro­bie. No­wo­twór wciąż jest wiel­ką nie­wia­do­mą. Prze­bieg cho­ro­by za każ­dym ra­zem jest in­ny. W mo­im przy­pad­ku ro­ko­wa­nia są kiep­skie. Rak trzust­ki z prze­rzu­ta­mi na wą­tro­bę. Fa­cho­wa li­te­ra­tu­ra, na któ­rą rzu­ci­łam się, kiedy usły­sza­łam dia­gno­zę, in­for­mu­je: „W więk­szo­ści przy­pad­ków cho­ro­ba koƒ­czy się zgo­nem na przestrzeni od trzech do 
sześciu mie­się­cy”. To mu­si obez­wład­nić. Ale tak so­bie my­ślę, że sko­ro na­pi­sa­ne jest „w więk­szo­ści”, a ja po pię­ciu mie­sią­cach od dia­gno­zy wciąż pra­cu­ję i ra­dzę so­bie, to mo­że je­stem w tej mniej­szo­ści? Bar­dzo bym te­go chcia­ła.

Się­gnę­ła Pa­ni po książ­kę Car­la 
Si­mon­to­na „Try­umf ży­cia”?

Za­czę­łam edu­ka­cję od pod­ręcz­ni­ków dla le­ka­rzy i stu­den­tów me­dy­cy­ny, gdzie, nie­ste­ty, naj­wię­cej jest statystyk. Zwłasz­cza od­no­śnie czę­sto­tli­wo­ści zgo­nów. A po­win­nam za­cząć od Si­mon­to­na, któ­re­go przeczytałam póź­niej. Znam „Try­umf ży­cia” i je­go naj­gło­śniej­szą po­zy­cję – „Jak żyć z ra­kiem i go po­ko­nać”. Teo­ria Si­mon­to­na, wy­ko­rzy­stu­ją­ca umysł dla le­cze­nia cia­ła, jest mi zresz­tą bli­ska. Ta­kie me­to­dy, jak wizualizacja cho­ro­by, me­dy­ta­cje, chiń­ska die­ta, jak naj­mniej moc­nej che­mii za­le­ca tak­że mój on­ko­log – genialny dok­tor Kryń­ski. Cho­dzi o to, by jak naj­mniej mal­tre­to­wać pa­cjen­ta.

Czy dzie­li Pa­ni swo­je ży­cie na to sprzed cho­ro­by i po­tem?

Ina­czej się, nie­ste­ty, nie da. Choć­by z po­wo­du ogra­ni­czeń, któ­rych przy­by­wa. Wcze­śniej wy­pi­ja­łam codziennie mo­rze ka­wy, wy­pa­la­łam mnó­stwo pa­pie­ro­sów i ni­gdy nie mia­łam ga­strycz­nych kło­po­tów. Ca­łe ży­cie też no­to­rycz­nie od­chu­dza­łam się, bez efek­tów ubocz­nych. Dziś wiem, że ta­kie wa­ha­nia wa­gi osła­bia­ją trzust­kę. Co nie zna­czy wca­le, że jak ktoś się od­chu­dza, cze­ka go rak. Te­raz je­stem na ści­słej die­cie, a o sma­ku ka­wy za­po­mnia­łam… Dzień, w któ­rym zda­łam so­bie spra­wę, że być mo­że przy­da­rzy­ło mi się najgorsze, pa­mię­tam do­kład­nie. Już ma­jąc za so­bą USG, świa­do­ma, iż coś ze mną nie tak, tra­fi­łam do profesora Gier­bliń­skie­go. Nim po­sta­wił dia­gno­zę, ba­dał mnie bar­dzo dłu­go. Pa­cjen­ci by­li za­pi­sa­ni co 15 minut, a ja sie­dzia­łam pra­wie go­dzi­nę. Do­my­śla­łam się, że mu­si być śle. Pro­fe­sor, nie pa­trząc na mnie w ogó­le, po­wie­dział tyl­ko: „Za­pra­szam, pa­ni Da­rio, do sie­bie, do szpi­ta­la. Zro­bi­my biop­sję trzust­ki. U mnie spę­dzi pa­ni tyl­ko trzy dni, a po­tem od ra­zu na on­ko­lo­gię”. Sie­dzia­łam obok nie­go i po­wta­rza­łam jak automat: „Tak. Ro­zu­miem. Oczy­wi­ście”. A po po­licz­kach spły­wa­ły mi łzy jak groch.

Lu­dzie, któ­rzy sta­nę­li oko w oko ze śmier­tel­ną cho­ro­bą, mó­wią o przewartościowaniu ca­łe­go do­tych­cza­so­we­go ży­cia.

Ja nie mo­gę te­go po­wie­dzieć. Nic się nie zmie­ni­ło w mo­jej hie­rar­chii war­to­ści. Cho­ro­ba nie spra­wi­ła, że odkrykłam coś, cze­go nie wie­dzia­ła­bym wcze­śniej. Zmie­ni­ły się pro­por­cje. Na­dal chcę du­żo pra­co­wać, ale gdy pa­da ha­sło „che­mia”, nie dzwo­nię do pa­na dok­to­ra, by ją prze­ło­żył o trzy dni, bo ja mam wła­śnie zdjęcia. Zdro­wie jest na pierw­szym miej­scu. Na pew­no wię­cej cza­su upły­wa mi na re­flek­sjach nad wła­snym ży­ciem. No i szko­da mi go na głu­pie spo­tka­nia, nie­istot­ne za­ję­cia. Ale jak się głę­biej za­sta­na­wiam, to dochodzę do wnio­sku, że nie od­by­wa­łam głu­pich spo­tkań. Je­śli coś już ro­bię, jest to dla mnie waż­ne.

Pa­ni naj­wy­raźniej po pro­stu do­brze ży­je. Nie­wie­le osób mo­że tak o sobie powiedzieć.

Chy­ba fak­tycz­nie. Nie mo­gę po­wie­dzieć: „Bo­że, ile cza­su zmar­no­wa­łam, a nie wia­do­mo, ile mi go zo­sta­ło”. To by­ła­by nie­praw­da, bo ni­cze­go nie ża­łu­ję. W mo­im po­strze­ga­niu świa­ta i lu­dzi nie do­ko­na­ła się ostat­nio żad­na re­wo­lu­cja.

Roz­ma­wia­my o cho­ro­bie, któ­ra jest za­gro­że­niem ży­cia. Ale nie mu­si być wy­ro­kiem śmier­ci. Co­raz wię­cej osób wy­cho­dzi zwy­cię­sko z wal­ki z ra­kiem.

To praw­da. Dą­ży się do te­go, by uczy­nić z nie­go prze­wle­kłą cho­ro­bę, jak na przy­kład cu­krzy­ca czy in­ne. Cała on­ko­lo­gia sku­pia się na tym, a każ­dy dzień przy­no­si ja­kieś no­we roz­wią­za­nia, no­we su­ge­stie.

Czy naj­po­pu­lar­niej­szej sio­strze od­dzia­ło­wej w kra­ju otrza­ska­nie ze szpitalem po­mo­gło od­na­leść się w ro­li pa­cjent­ki?

Oczy­wi­ście. Oka­za­ło się też, że je­stem pa­cjen­tem szcze­gól­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nym. Ca­ły per­so­nel trak­to­wał mnie jak ko­le­żan­kę. Wszy­scy wie­dzą, że je­stem ak­tor­ką, ale gdy ze mną roz­ma­wia­ją, uży­wa­ją ty­lu fa­cho­wych okre­śleń, jak gdy­bym by­ła z ich bran­ży! Mu­szę im przy­-
po­mi­nać, że jed­nak nie je­stem pie­lę­gniar­ką. Ale na pla­nie li­znę­łam cał­kiem spo­ro z teo­rii me­dy­cy­ny i to mi się te­raz przy­da­je.

By­ło wie­le kon­cep­cji le­cze­nia Pa­ni, naj­waż­niej­szym miej­scem te­ra­pii oka­za­ła się jed­nak kli­ni­ka w Sal­zbur­gu.

W każ­dym ra­zie bar­dzo waż­nym, choć to te­ra­pia wspo­ma­ga­ją­ca. Mam bar­dzo rzad­ki ro­dzaj no­wo­two­ru. Poruszamy się trosz­kę po omac­ku. Praw­do­po­dob­nie omi­nie mnie ope­ra­cja, nie unik­nę­łam jed­nak che­mii. Przyj­mo­wa­łam bar­dzo sil­ną, tak zwa­ną do­tęt­ni­czą che­mię, po­da­wa­ną przez pa­chwi­nę. Tak, by le­kar­stwo docierało wy­łącz­nie do cho­rych or­ga­nów.

Skut­ki ubocz­ne che­mio­te­ra­pii by­wa­ją dla pa­cjen­tów nie do znie­sie­nia.

Róż­nie by­wa. Le­cze­nie po­le­ga tu na po­wol­nym za­tru­wa­niu ca­łe­go or­ga­ni­zmu, w ta­kiej daw­ce jed­nak, by potrafił się obro­nić. Po tej do­tęt­ni­czej che­mii czu­łam się fa­tal­nie. Ale ogól­nie nie jest aż tak śle. Bio­rę różne le­ki osło­no­we, pi­ję zio­ła, ści­sła die­ta przy­no­si efek­ty. Naj­bar­dziej po­ma­ga mi jed­nak im­mu­no­te­ra­pia, ja­ką dok­tor Klehr ser­wu­je mi w Sal­zbur­gu. Ta me­to­da le­cze­nia po­le­ga na po­da­wa­niu pa­cjen­to­wi szcze­pion­ki wy­ho­do­wa­nej w opar­ciu o ba­da­nia je­go krwi. To wciąż me­to­da eks­pe­ry­men­tal­na, ale po­sta­wi­ła na no­gi wielu lu­dzi, na któ­rych tak zwa­na tra­dy­cyj­na me­dy­cy­na mach­nę­ła rę­ką. Roz­ma­wia­łam z ni­mi. Są w do­brej for­mie, choć od mo­men­tu le­cze­nia mi­nę­ło już pięć, sześć lat. Cho­ro­ba zmie­nia per­spek­ty­wę pa­trze­nia na cza­s. Co to jest dla zdro­we­go czło­wie­ka pięć lat? W wy­pad­ku no­wo­two­ru to ca­łe wie­ki.

CZYTAJ TEŻ: Skończyła 97 lat, nie potrafiła być idealną matką. Jakie relacje łączą Wandę Traczyk-Stawską z dziećmi?

Daria Trafankowska, 20.01.2004 rok

Daria Trafankowska
Fot. Zawada/AKPA

Czy dok­tor Klehr miał już do czy­nie­nia z po­dob­nym przy­pad­kiem?

Tyl­ko raz. Za to z do­brym skut­kiem. Pa­cjent ży­je do dziś. To na­stra­ja opty­mi­stycz­nie.

Jak się Pa­ni czu­je po za­bie­gach?

Le­piej, choć za wcze­śnie, by mó­wić o po­pra­wie. Ba­da­nia wy­ka­za­ły co praw­da, że zmia­ny w wą­tro­bie cof­nę­ły się o ja­kieś 3, mo­że 4 pro­cent, ale o re­gre­sie moż­na mó­wić do­pie­ro w przy­pad­ku 25. Wciąż je­stem na początku tej dro­gi. Prze­szłam w Sal­zbur­gu pierw­szą se­rię 
te­ra­pii. Do­sta­łam do do­mu szcze­pion­ki, codziennie je przyj­mu­ję, i chwa­ła Bo­gu wciąż je­stem spraw­na i ak­tyw­na. Choć mie­wam bar­dzo złe dni. Wiem już, co to ból no­wo­two­ro­wy. Ta­ki, na któ­re­go nie ma moc­nych. Nie­ustę­pli­wy. Łykasz pro­chy garściami, czu­jesz się jak nar­ko­man, a nie prze­sta­je cię bo­leć. Naj­więk­szy strach od­czu­wam jed­nak wówczas, gdy nic mnie nie bo­li. Przez pierw­sze trzy mie­sią­ce od dia­gno­zy czu­łam się bar­dzo do­brze. Wciąż py­ta­łam mo­ją psy­cho­te­ra­peut­kę: „Kie­dy to mnie wal­nie? No kie­dy?” Ona od­po­wia­da­ła: „Nie wiem. Nikt tego pa­ni nie po­wie”. No i wal­nę­ło. Wte­dy się uspo­ko­iłam. Kie­dy bo­li, tak moc­no sku­piam się na wal­ce z bólem, że prze­sta­ję kom­bi­no­wać. Na szczę­ście wciąż mo­gę pra­co­wać. Gram w se­ria­lu, choć no­we od­cin­ki pi­sa­ne są z du­żą ostroż­no­ścią. Tak, by w ra­zie gdy się śle po­czu­ję, mo­gła mnie za­stą­pić in­na ak­tor­ka. Na­dal też na­gry­wam dla ra­dia, a na­wet pro­wa­dzę w te­le­wi­zji no­wy pro­gram – no­men omen o zdro­wiu „Na­sze rytmy zdro­wia”. Spo­ty­kam się w stu­diu z le­ka­rza­mi, cho­ry­mi, każ­dy pro­gram po­świę­co­ny jest in­ne­mu prblemowi. Lu­bię go i mam na­dzie­ję, że uda mi się na­dal nad nim pra­co­wać.

Kie­dyś od­wie­dza­ła Pa­ni wró­ży, ta­ro­ci­stów. My­śla­ła Pa­ni, by za­py­tać o efek­ty le­cze­nia?

Nie od­wa­ży­ła­bym się na to, zresz­tą nie wie­rzy­ła­bym wróż­bie. Ta­ro­ci­ści nie mó­wią praw­dy, gdy wi­dzą w kartach coś złe­go. Ale przed pię­ciu la­ty je­den za­przy­jaś­nio­ny prze­po­wie­dział mi wszyst­ko to, co wła­śnie mi się przy­da­rzy­ło. Mó­wił, że przyj­dzie pro­po­zy­cja dłu­go­fa­lo­wej pra­cy, któ­ra zmie­ni mo­je za­wo­do­we ży­cie. I tak się sta­ło. Za­po­wia­dał, że spo­tkam męż­czy­znę, któ­re­go pa­mię­tam z mło­do­ści i że ni­gdy bym nie pdejrzewała, iż bę­dzie­my ra­zem. I po­zna­łam mo­je­go Jaś­ka. Opo­wia­dał o du­żych pie­nią­dzach, któ­re ma­ją krą­żyć wo­kół mnie, i o wy­jeździe za gra­ni­cę. A co naj­waż­niej­sze, oświad­czył, że to się zda­rzy w 49. ro­ku mojego ży­cia, że bę­dę wów­czas oto­czo­na ta­ką tro­ską i mi­ło­ścią, jak ni­gdy wcze­śniej. Kie­dy mi­nę­ły 49. urodziny, moi przy­ja­cie­le py­ta­li: „No i gdzie te pie­nią­dze, ta mi­łość, za­gra­nicz­ne wo­ja­że?” Od­po­wia­da­łam: „Jesz­cze tro­chę, pew­nie w koń­cu ro­ku. I się speł­ni­ło, ty­le że w mniej ra­do­snych oko­licz­no­ściach. Mój ksią­żę po­ja­wił się nie­co wcze­śniej, a du­że pie­nią­dze lu­dzie ze­bra­li na le­cze­nie. Za­gra­nicz­ny wy­jazd to oczy­wi­ście Sal­zburg, gdzie pie­nią­dze tra­fia­ją. Je­stem oto­czo­na mi­ło­ścią i tro­ską. Wszyst­ko się zga­dza, tyl­ko tro­chę żal, że baj­ka nie ta…

W sta­nie wo­jen­nym gra­ła Pa­ni w słyn­nych spek­ta­klach te­atru domowego. Or­ga­ni­zo­wa­no je pod ha­słem: „Ży­jesz, pó­ki się nie bo­isz”. Czy wal­ka z cho­ro­bą nie jest prze­dłu­że­niem tam­tej, to­czo­nej w in­nych oko­licz­no­ściach?

To bar­dzo mą­dre, co pa­ni mó­wi. Tyl­ko wte­dy by­ło nas wie­lu, mie-liśmy ten sam cel i na­wza­jem się wspomagali. Te­raz strach jest tyl­ko mój i nie chcę nim ni­ko­go obar­czać. Ale co­raz wię­cej we mnie spo­ko­ju. Cho­ro­ba no­wo­two­ro­wa ma w so­bie coś bar­dzo uczci­we­go, przy ca­łym jej okru­cieƒ­stwie. Da­je czas na uporządkowanie swo­je­go ży­cia, ja­kie­go nie da wy­lew czy za­wał ser­ca.

Ma też je­den aspekt po­zy­tyw­ny – in­te­gru­je naj­bliż­szych cho­re­go.

To praw­da. Mój syn po­now­nie zbli­żył się do oj­ca. Za­wsze by­li w 
przy­jaźni, ale chy­ba bra­ko­wa­ło im dla sie­bie cza­su. Te­raz, gdy mój by­ły mąż tak­że się o mnie trosz­czy, two­rzą wspól­ny front. Wit spę­dza z nim spo­ro czasu, a ich oj­cow­sko­-sy­now­ski zwią­zek sce­men­to­wał się.

Skąd to nie­zwy­kłe imię Wit?

Z cza­sów stu­diów. Przy­jaś­ni­li­śmy się ze zna­ko­mi­tym ope­ra­to­rem Wi­tem Dą­ba­lem. To świet­ny, uta­len­to­wa­ny fa­cet. Więc ochrzci­li­śmy je­go imie­niem sy­na. Zdrab­nia­my Wi­ta na Wit­ka, ale on te­go nie lu­bi. Je­dy­nie mnie po­zwa­la.

Pa­ni też ma ory­gi­nal­ne imię.

Mo­ja ma­ma mó­wi­ła, że Da­ria zna­czy dar bo­ży… Mia­łam się nie uro­dzić, stra­szo­no ją, że bę­dę oka­le­czo­na. Le­ka­rze dłu­go wal­czy­li o ży­cie mo­je i mat­ki. Więc fak­tycz­nie mo­je na­ro­dzi­ny moż­na po­strze­gać w kategoriach da­ru bo­że­go.

Co ja­kiś czas w Pa­ni opo­wie­ści prze­wi­ja się ha­sło: „Mój Ja­siek”. Wówczas Pa­ni pro­mie­nie­je. Mi­łość jak grom z ja­sne­go nie­ba?

Wła­śnie tak! Spo­tka­łam męż­czy­znę, o ja­kim dzi­siaj moż­na już tyl­ko po­czy­tać w sta­rych, pięk­nych książ­kach. Opie­kuƒ­czy, od­po­wie­dzial­ny, czu­ły… Zna­my się od daw­na, ale spo­tka­li­śmy się bo­daj po 12 la­tach, na imprezie u mo­je­go wiel­kie­go przy­ja­cie­la. O iro­nio, on nie­daw­no zmarł na ra­ka płuc. Pa­mię­tam, że spjrzałam na Jaś­ka sto­ją­ce­go w drzwiach, któ­ry pa­trzył w mo­ją stro­nę i po­wie­dzia­łam: „Tyl­ko mi nie mówcie, że coś z te­go bę­dzie. Bła­gam! Nie chcę, nie po­trze­bu­ję”. A po­tem wy­star­czył ty­dzień, by­śmy się od­na­leź­li…

Ame­ry­kański chi­rurg Ber­nie Sie­gel w książ­ce „Mi­łość, me­dy­cy­na i cuda" udo­wad­nia, że mi­łość ma moc uzdra­wia­ją­cą, że po­tra­fi uru­cho­mić za­blo­ko­wa­ny bio­lo­gicz­ny me­cha­nizm ży­cia. Za­blo­ko­wa­ny przez nowotwór. 

Jed­nym sło­wem mój Ja­siek mo­że oka­zać się rów­nie sku­tecz­nym le­kar­stwem, co szcze­pion­ka dr Kleh­ra? Na pew­no bę­dzie dum­ny, gdy mu o tym po­wiem.

Pla­nu­je Pa­ni tak po ci­chut­ku, co zro­bi naj­pierw, kie­dy wy­zdro­wie­je? Gdzie wy­je­dzie? Jak bę­dzie wspa­nia­le?

Nie, na ra­zie jesz­cze nie. Bo­ję się się­gać tak da­le­ko my­śla­mi. Nie mam od­wa­gi.

Roz­ma­wia­ła JU­STY­NA KO­BUS. 

CZYTAJ TEŻ: Od kilku lat pobiera emeryturę, jednak nie zawiesił kariery. Tak dziś wygląda życie Ryszarda Rynkowskiego

Daria Trafankowska, 24.10.2000 rok

Daria Trafankowska
Fot. Michal Gmitruk / Forum

Redakcja poleca

REKLAMA

Wideo

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale szybko zamieszkali razem. Teraz czeka ich wielka zmiana!

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MARYLA RODOWICZ o poczuciu zawodowego niedocenienia, związkach – tych „gorszych, lepszych, bardziej udanych” i swoim azylu. KAROLINA GILON I MATEUSZ ŚWIERCZYŃSKI: ona pojechała do pracy na planie telewizyjnego show, on miał przeżyć przygodę życia jako uczestnik programu… MAREK TORZEWSKI mówi: „W miłości, która niejedno ma imię, są dwa kolory. Albo biel, albo czerń. A ja mam tę biel, a to wielkie szczęście…”.