ZE ŚWIATA KULTURY

Anna Milewska: „Żałować trzeba tylko za grzechy i to nie wszystkie…”

Biografia aktorki „Mogłam sobie pozwolić. Historia Anny Milewskiej” już w sprzedaży...

Katarzyna Domańska 6 czerwca 2019 16:00
Anna Milewska

Anna Milewska, aktorka, poetka i wdowa po himalaiście Andrzeju Zawadzie większości widzów znana jest z roli Julii w serialu Złotopolscy. Razem z Anną Binkowską stworzyły jej biografię Mogłam sobie pozwolić, w której opowiada o swoim barwnym życiu. Najważniejsza nie była w nim scena, ani plan filmowy, ale miłość… Tylko nam Anna Milewska mówi o swoim niezwykłym małżeństwie pełnym tolerancji przemijaniu oraz o rolach, których nie zagrała.

Czy ma Pani jeszcze ten płaszcz w czarno-czerwoną pepitkę?

To wcale nie był mój płaszcz! Na tym polegał cały ten dowcip: koleżanki wiedziały, że idę na ważne spotkanie, pierwsze po kursie taternickim. Tam obowiązywały stroje raczej swobodne, nierzadko podarte, taki był wtedy fason…

Który nota bene teraz po latach powraca…

To prawda! Teraz często się widzi takich „obszarpańców” z kolanami na wierzchu, byle tylko! Wracając do płaszcza – on był dla kontrastu, elegancki, zupełnie nadzwyczajny. No, ale był pożyczony.

Jednak przyniósł pani szczęście. Poszła w nim pani na spotkanie, na którym poznała pani swoją wielką miłość. Wśród wielu adoratorów, których pani nie brakowało, wybrała pani himalaistę - Andrzeja Zawadę. Co było takiego w panu Andrzeju, że wybrała pani właśnie jego?

Było wiele. Zarówno cech charakteru, jak i osobowości. Jednak o wyborze zdecydował pierwszy rzut oka. Zwykle tak wybierają mężczyźni. 

Co pani ma na myśli?

Mężczyźni mają inny punkt widzenia. Na kobiety reagują od razu, zwracają uwagę na ich wygląd, ubiór, sylwetkę. A mnie jako kobietę właśnie uderzył jego sposób chodzenia, jego postawa i wyraz twarzy. Zobaczyłam szczupłego mężczyznę, który poruszał się z wdziękiem, sprężyście, z dystansem. To było coś wspaniałego.

Zachwyciła się nim pani?

Tak! To była miłość od pierwszego wejrzenia. Lubię to określenie po francusku, ładnie ten zachwyt oddaje: Coup de foudre, czyli uderzenie pioruna.

Państwa miłość nie była jednak łatwa. Wiedziała Pani, że mąż miewał romanse i skoki w bok.

Byłam po prostu tolerancyjna.

To wystarczy? Skąd taka postawa?

Z zapewnień męża, pisemnych i ustnych. Mówił, że jestem wspaniałą żoną i że nigdy się nie rozstaniemy, że jest mu ze mną dobrze. Ja mu wierzyłam. Ważnym łącznikiem między nami był fakt, że nie mieliśmy dzieci. Inaczej wyglądają i układają się związki w małżeństwie, gdy są dzieci. To one stanowią w wielu wypadkach przyczynę rozwodów.

Jak to? Mówi się, że dzieci scalają związek.

Ale o dzieci są też spory, dzieciom poświęca się uwagę, często zaniedbując potrzeby partnera. Zdarza się, że gdy w związku zdradzi mąż, to żona wysuwa argument, że zdradził nie tylko ją, ale i dzieci; problem zaczyna być wtedy dużo szerszy.

Państwa małżeństwo było partnerskie?

Tak, jak najbardziej. O tyle partnerskie, że każdy zachował swoją linię postępowania, dawał wolność drugiej osobie. Nasze zawody i zajęcia były inne, bez punktu styczności. W tym znaczeniu byliśmy równorzędnymi partnerami.

Miałaby pani przepis na udany związek?

Trudno komuś radzić, bo jak to się mówi, dobrymi radami piekło wybrukowane, ale bardzo ważna jest tolerancja. Nierobienie kwestii o głupstwa. Często zaczyna się od sporu o jajko na twardo czy na miękko, potem rośnie wzajemna uraza, zaczynają się wypominki i problem narasta; nie należy skupiać się na drobiazgach, a poprzez tolerancję w stosunku do drobnych codziennych potknięć wyrabia się pogląd na sprawy zasadnicze. 

Państwo byliście silnie związani, wasza miłość niczemu się nie opierała, a był to zarazem długoletni związek. Czy po śmierci męża, czuje się pani samotna? 

Poniekąd tak, oczywiście. Samotna czuję się myśląc o nim, tylko, że jego już nie ma. To jest uczucie nie tyle osamotnienia, co straty, ale ono na szczęście ustępuje; nie jestem samotna w sensie towarzyskim - mam wielu przyjaciół i przyjaciółek, to pomaga. Samotność jest bardzo ogólna, a strata siedzi w nas i nigdy raczej nie opuszcza, w każdym razie mnie na pewno nie. To uczucie straty przyciszyło się po wydaniu tomiku „Kolory czerni”, w którym napisałam parę wierszy na temat śmierci, odchodzenia i choroby.

Pisanie miało aspekt terapeutyczny?

Tak, jakiś łagodzący, poniekąd uzdrawiający.

Jako poetka zadebiutowała pani tomikiem „Ludzie mnie pytają”. Zaciekawił mnie ten tytuł.

Ten tytuł wynikał z sytuacji codziennych. Różni ludzie pytali mnie i czasem wciąż pytają, choć teraz głównie cudzoziemcy. Może pytają dlatego, że ja na nich patrzę? Czy pani zauważyła, że w Polsce ludzie unikają siebie wzrokiem? A ja patrzę na nich, nie opuszczam oczu. Dziś wszyscy wpatrują się w smatrtfony, nie spoglądają przez okno w tramwaju czy autobusie, przechodzą obok nie patrząc jedni na drugich. A przecież mamy tzw. ciało astralne, to jest przestrzeń, która nas ogarnia. Ja ją czuję. Pamiętam, że jak mijałam kogoś w dzieciństwie to nigdy plecami do niego. Dziś nie przestrzegamy tych zasad, zmieniają się czasy i obyczaje. Nie mam o to pretensji. A wracając do poezji. Mój wiersz „Pytania” już się zdezaktualizował. Wszystko się zmieniło i o nic szczególnie nie trzeba pytać, ani o drogę, ani o godzinę, aptek jest pełno, a każda podświetlona neonami, więc nie można nie trafić; jak dojść do konsulatu – o to także już nie pytają. Jesteśmy przecież w Schengen! 

Porozmawiajmy o teatrze. Grała pani ponad czterdzieści lat, ma pani na swoim koncie setki ról teatralnych, grała pani u Szajny, Grzegorzewskiego, potem przyszły znakomite role filmowe. Co jest najwspanialszego w aktorstwie?

Ta zmienność, to że człowiek przerzuca uczuciami. W życiu też zmieniamy uczucia, ale z tym związane są inne koszta. Zmiany uczuć w życiu są inne, niż te na scenie, te wymagają od nas wysiłku, opanowania roli, uświadomienia sobie jak się zaprezentować. Nigdy nie miałam ochoty wcielać się w rolę dosłownie. Może wskutek szkoły krakowskiej, która uczyła dystansu aktora w stosunku do roli? Może ten dystans zatrzymałam w sobie? To jednak przeszkadzało mi w filmach. Nie przechodziłam próbnych zdjęć, bo ten pierwszy moment zetknięcia się z rolą był dla mnie obcy. To często nie podobało się reżyserom, którzy oczekiwali, by jak najszybciej z postacią się utożsamić.

Czy aktorstwo czegoś w życiu uczy? 

Oczywiście! Uczy w planie emocjonalnym, ale również w planie socjalnym. Uczy bycia i grania w zespole, a to w mniejszym stopniu odczuwa się w filmie. Chociaż ja miałam szczęście grać w wyjątkowym serialu, gdzie wiele się nauczyłam.

Złotopolscy?

W tym serialu ekipa się wspaniale konsolidowała. Zwykle ekipy są przygodne i łączą się na pewien czas, poprzez miejsca kręcenia danych scen i plenerów. My byliśmy bardzo zgrani, mimo, że było czterech reżyserów, którzy kręcili różne odcinki.

Na planie bardzo się państwo zżyliście. 

To prawda, przez ten czas wspólnego przebywania ze sobą poznaliśmy się dość dobrze. Znało się słabości innych i nikt nie miał ochoty ukrywać własnych. Było wśród nas dużo zrozumienia, tolerancji i akceptacji.

„Nie wyobrażam sobie jej roli prostytutki” – tak mówi w książce o pani Małgorzata Raszek–Zaliwska. Gdyby ktoś pani zaproponował taką rolę to przyjęła by ją pani? Przywiązała pani widzów do roli kobiet szlachetnie urodzonych... 

Może bym przyjęła, ale nie wiem, czy to wyszłoby na dobre filmowi. Czy byłoby wiarygodne. Są pewne schematy grania kobiet rozwiązłych, z biegiem czasu te schematy się zmieniają. Nie wiem, jak się dziś zachowują damy lekkich obyczajów. 

Aktorstwo ma też drugie dno. Z wiekiem trafia się mniej ról, aktorzy popadają w depresję lub nałogi. Jak pani radzi sobie z przemijaniem?

Dojrzałość, starzenie się, to trudny moment. Gdy nadchodzi, trzeba sobie uświadomić, że przechodzi się na inny etap zawodowy. Z amantek, które się grało przechodzi się do roli statecznej żony, a potem gra się matki, babcie. Repertuar jest duży, podobnie jak repertuar życiowy. Bardzo ważne jest także, by dbać o zdrowie, fizyczne, psychiczne, ogólną kondycję. Jak ona jest w normie, to wtedy można sobie z naszym przemijaniem jakoś poradzić. Trzeba też walczyć z zanikiem pamięci, a to jest spory problem dla aktorów - że się nie pamięta, że nie trzyma się tekstu, jak się fachowo mówi. Bywa, że to jest główna przyczyna dla której reżyserzy nie proponują już żadnej roli. 

Ja bym dodała, że trzeba w życiu mieć jeszcze jakąś odskocznię, pasję, która pozwoli oderwać się od codzienności. Pani pisze wiersze, uprawia ogród i obserwuje ptaki.

Na każdym etapie życia, prywatnego i zawodowego, zawsze pomaga to, że się ma wiele zainteresowań. Mnie interesowała historia, byłam kronikarzem rodzinnym, pisałam o swoich przodkach. Napisałam wspomnienia o dziadkach, o mamie, tacie, które zostały dodatkowo ilustrowane, na szczęście fotografie rodzinne ocalały. 

Teraz przygotowuję, właściwie to jestem już na półmetku, cykl pism mojego męża Andrzeja Zawady – są to artykuły i wywiady. Gromadzę je w porządku chronologicznym, a moja młoda przyjaciółka Dorota Rudawa pomaga mi przy tomie Everest, niedługo więc będę miała komplet. Wydałam już sześć tomów a będzie ich razem osiem.

A pisze pani jeszcze wiersze?

Niestety już nie. Jak zaczęłam się zajmować tymi sprawami historyczno-faktograficznymi, pierzchła jakoś chęć i możność poetyzowania. Moje wiersze to nie rymowanki, one opierają się na rytmie, który przychodzi i pulsuje. Kiedyś to się samo układało i płynęło.

Wierszy pani już nie pisze, ale zdecydowała się pani wydać bardzo osobistą książkę.

Nie ukrywam, że inicjatorską tego całego zamieszania była Anna Binkowska. Poznałyśmy się i bardzo polubiłyśmy. Ania przekonała mnie do tej książki, bo to nie było oczywiste, że się zgodzę, ale ona dotarła do opinii innych o mnie, co mnie ośmieliło. Podobało mi się, że nie tylko ja mówię o sobie ale, że jestem w pamięci innych ludzi. A jeżeli jestem w ich pamięci, to może przez tę pamięć uda się wiele zachować.

„Żałować trzeba tylko za grzechy i to nie wszystkie…” - pisze pani w książce. Naprawdę niczego pani nie żałuje?

Staram się niczego nie żałować. Żal to bierne uczucie. Co z tego, że żałuję, jak nie mam już wpływu na to co się stało, nie cofnę rzeczy, które minęły. Żałować nie warto, ale warto się zastanowić, co można zrobić inaczej, lepiej, by nie powtarzać błędów przeszłości.

Tytuł książki „Mogłam sobie pozwolić” - do czego nawiązuje?

Niech każdy sobie dopowie… 

Książka Mogłam sobie pozwolić, Anna Milewska
Fot. Materiały prasowe

Anna Milewska, Anna Binkowska

TAGI #książka

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Izabela Janachowska o cudzie macierzyństwa i synku Christopherze, Dominika Tajner w pierwszym wywiadzie po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim oraz Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o przepisie na udane małżeństwo.