O TYM SIĘ MÓWI

„Staram się nie być zołzą”. Nina Tyrka i Agustin Egurrola pogodzili się!

Czy jeszcze kiedyś do siebie wrócą?

Olga Figaszewska 11 kwietnia 2018 07:35

Poznali się i pokochali na parkiecie. Wspólnie wychowywali córeczkę, Carmen. Kiedy podjęli decyzję o rozstaniu byli na ustach  wszystkich. Znów musieli zacząć wszystko od początku. Ich relacje nie należały do najlepszych. Teraz uległy znacznej poprawie. Jak dziś wygląda ich życie?

Nina Tyrka i Agustin Egurrola pogodzili się!

Poznali się na castingu do Tańca z gwiazdami, który prowadził Agustin. Nina wróciła wtedy z rocznego pobytu we Włoszech, na nowo musiała odnaleźć się w Polsce. Chciała tańczyć. Ale casting wypadł fatalnie. Początkowo bała się Agustina. Nie potrafiła rozpoznać jego intencji. Tak naprawdę go zafascynowała. „Powiedziałem sobie: „Muszę zdobyć tę kobietę”, zdradził kilka lat temu w wywiadzie VIVY!.

Wieloletni związek w  końcu zakończył się burzliwie w 2015 roku. W mediach pojawiły się informacje, że powodem rozstania był pracoholizm tancerza. Długo nie mogli się porozumieć. Nina wraz z małą Carmen wyprowadziły się z domu. Później ich kontakt dotyczył jedynie córeczki i opieki nad dziewczynką.

Staram się po prostu nie być zołzą

W ostatnim wywiadzie VIVY! z 2016 roku, Agustin wyznał, że życie singla nie jest dla niego i czuje się nieszczęśliwy. „Myślałem, że będzie dobrze, a coś się po prostu nie poskładało. Trzeba znowu zacząć wszystko od początku”. Nie ukrywał, że praca jest dla niego ważna. Wolny czas poświęcił na analizę ostatnich wydarzeń. Nie szuka miłości, chce nabrać dystansu.

Chociaż, jak zaznaczał: „Nie wyobrażam sobie życia bez kogoś bliskiego, do kogo można się przytulić, z kim można być do końca sobą, komu można zaufać. Chociaż mój ojciec miał cztery żony, teraz jest sam i mu z tym dobrze”. Tancerz deklarował, że zawsze wchodził w długie zawiązki, po sześć, osiem lat, teraz chce pobyć sam ze sobą.

Dziś inaczej patrzą na swoje doświadczenia. W najnowszym wywiadzie dla Twojego Imperium, Nina Tyrka zapewnia, że czas zadziałał na ich korzyść. Ich relacje się ociepliły. „Przyjaźnimy się, jest miło między nami. Lubimy spędzać razem czas. Po prostu oboje musieliśmy dojrzeć do tego, żeby znowu swobodnie rozmawiać, bez wypominania sobie błędów z przeszłości", mówi.

Zdają sobie sprawę z tego, że wina nie zawsze leży po jednej stronie. „Kiedyś niepotrzebnie chciałam udowodnić, że tylko ja mam rację. Czasu nie cofnę, ale mogę sprawić, że przyszłość będzie milsza. Staram się po prostu nie być zołzą”, zaznacza. I dodaje, że teraz najważniejsze jest dla nich szczęście córki. „Najważniejszy jest dla nas uśmiech na twarzy Carmen, kiedy jesteśmy razem, we troje”, dodała.

W 2011 roku wspólnie wzięli udział w sesji VIVY!. W rozmowie z Romanem Praszyńskim para opowiedziała o swoich początkach, wspólnym życiu i planach na przyszłość.

Nina Tyrka i Agustin Egurrola w wywiadzie VIVY!

Rodzice ciemnowłosi, a córeczka blond. Ciekawe...

Nina: Ludzie często zwracają na to uwagę i pytają: jak to możliwe? A tajemnica jest prosta. Ja też jestem blondynką. Tylko od drugiej klasy liceum farbuję włosy. Doradził mi to trener tańca. Na parkiecie czarne prezentują się lepiej. Poszłam więc za radą mojego guru.
Agustin: I dobrze. Okazało się, że to podkreśla twoją osobowość. Ten kolor daje siłę i zjawiskowość. Nasza Carmen te cechy charakteru przejęła po tobie. Jest silna i uparta. Ma swoje zdanie. Chociaż ma dopiero dwa i pół roku, bywa niezwykle konsekwentna. Czasem tak nie uznaje kompromisu, że jestem zadziwiony.
Nina: Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ma to przecież po tobie.

Córka coraz większa. Ile już jesteście ze sobą?

Agustin: Sześć lat. Z jednej strony to długo, ale ten czas tak biegnie, tak dużo się dzieje, że mam wrażenie, że od naszego poznania upłynął miesiąc. Żyjemy w biegu. Każdego roku, gdy Nina uprzytamnia mi, która rocznica właśnie mija, jestem zdumiony.
Nina: Rocznicę mamy w walentynki.
Agustin: I całe szczęście. Łatwo zapamiętać. Dzień wcześniej są urodziny Niny, mam ułatwione zadanie. Za każdym razem zdaję ten egzamin.

Dotarliście się przez te lata?

Nina: Wiemy dużo o sobie. Znamy słabości, bolączki. I swoje atuty. Staramy się tak tym kierować, żeby dobrze nam się żyło. Uczymy się współgrać ze sobą. Jak w tańcu.
Agustin: Cały czas poznaję Ninę. Im dłużej z nią żyję, tym częściej mnie zaskakuje. Staje się dla mnie coraz większym autorytetem. Kiedyś przychodziłem do niej i opowiadałem o swoich problemach. Ona słuchała i mówiła, żebym postąpił, jak uważam. A teraz wkracza do akcji i mówi jasno, gdzie popełniłem błąd. To nieraz jest dla mnie bolesne, ale jestem szczęśliwy, że mam takie wsparcie.

Trudno się przyznać do błędu?

Agustin: Zwykle konflikty dotyczą relacji z ludźmi, z którymi pracuję. Czasem to, co mówią lub robią, odbieram jako atak na siebie. A Nina wiele rzeczy mi uświadamia. Pokazuje, że nie istnieje tylko białe i czarne. Że pomiędzy jest wiele odcieni szarości. Trudno mi to zaakceptować. Mam taką osobowość, że albo miłość, albo nienawiść.  

Nino, Agustin jest Twoim szefem?

Nina: Tak, ale nie bezpośrednim. Uczę w jego szkole, tańczę w programach, w których odpowiada za choreografię. Ale nie stoi nade mną. Nie mówi mi, co mam robić. I całe szczęście. Na początku naszego związku tańczyłam w jego zespole Volt. To było trudne. Na treningach denerwowałam się na niego. Ciężko było nie przenosić tych emocji do domu. Więc starałam się o nich zapominać. Wyciszyć.

Jaką masz metodę?

Nina: Sprzątanie. Nauczyłam Carmen i we dwie myjemy podłogi mopem. Ona oczywiście głównie rozciera i chlapie, a ja po niej poprawiam i obie się cieszymy. Bałagan mnie przytłacza.
Agustin: Mam wrażenie, że sprzątanie porządkuje ci świat.
Nina: Potrzebuję porządku. Wiadomo, że przy dziecku jest to trudne, ale nie narzekam. Czasem nawet ciebie uda mi się zapędzić do porządków.

Jesteś bałaganiarzem?

Agustin: Trudno nazwać mnie pedantem. Gdy Nina wyjeżdża z Carmen do babci do Lublina i zostaję sam, dom nie wygląda już tak pięknie. Wtedy doceniam jej wysiłek. Na co dzień nie zwraca się uwagi, ile trudu potrzeba, żeby to wszystko ogarnąć.

Jak załatwiacie spory? Kłócicie się?

Nina: Rozmawiamy burzliwie.
Agustin: Oboje mamy ogniste temperamenty. Nasze scysje bywają gwałtowne. Ale to oczyszcza atmosferę.
Nina: Wolę pół godziny ostrej jazdy niż buzia na kłódkę przez tydzień. I mijanie się w domu, jak dwójka obcych.

O co walczycie?

Nina: Brak czasu jest źródłem walki w naszym związku. Nadmiar pracy Agustina.
Agustin: Trudno mi wyhamować. Mam teraz wspaniały okres w życiu, robię fantastyczne rzeczy. „You Can Dance”, „Taniec z gwiazdami”, szkoły tańca. To owoc 20 lat ciężkiej pracy, energii, którą włożyłem w swoją pasję. Ninie trudno odnaleźć się w tym szaleństwie. Więc czasem pyta: „Gdzie tak pędzisz? Może byś usiadł, porozmawiał?”.
Nina: I zauważył, jak dużo już zrobiłeś w swoim życiu!

Co odpowiadasz?

Agustin: Odpowiadam bardzo prosto. Dzięki pracy mogę zapewnić rodzinie godziwe życie. Mężczyzna tak właśnie może okazać przywiązanie, szacunek. Pracujesz, bo chcesz, żeby twojej rodzinie nigdy niczego nie zabrakło.

Nina: Ale czasem kobieta nie potrzebuje tego tyrania. Tylko chciałaby, abyś usiadł obok. I posiedział chwilę.
Agustin: Wiem. Jednak staram się bronić swojej pracy. Jest nie tylko dla mnie. Chciałbym, żebyście ty i nasza córeczka Carmen były ze mnie dumne. Żebyście miały więcej możliwości. Bogatsze życie.

O co chodzi z tą legendarną pracowitością? Tak kochasz pieniądze?

Agustin: Myślę, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu, bierze się z dzieciństwa. Wtedy kształtuje się osobowość. A ja wychowałem się bez ojca. On swoje życie spędził na Kubie, ja od piątego roku życia byłem z mamą w Polsce. Brakowało mi go. Gdy tańczyłem, zdobyłem wiele tytułów mistrza Polski, mnóstwo pucharów. Były wyznacznikami mojej wartości. Tyle ich było, że w końcu zabrakło miejsca, aby je stawiać. Teraz leżą w piwnicy. W końcu zorientowałem się, że nic nie zaspokoi mojego głodu sukcesów. Nic, co mogę zdobyć. Wywalczyć. Że to mój wewnętrzny problem. Staram się powoli z nim sobie radzić. Ale łatwo nie jest.

Ojciec docenił w końcu Twoje wysiłki i nagrody?

Agustin: Wszystko docenia. Ale widzi, że brakuje mi równowagi w życiu. Radzi, żebym zaczął się tym życiem cieszyć. Tak jak on. Kubańczycy mają to we krwi. Cieszą się każdym dniem, każdą osobą, którą spotkają. To są wartości, które należy pielęgnować. A nie tylko zdobywać trofea.

Nino, a według Ciebie, jaki robak „żre” Agustina?

Nina: Jak każdy facet z takim temperamentem lubi zdobywać. I ciągle podnosi sobie poprzeczkę. Udowadnia, bardziej sobie niż światu, ile jest w stanie jeszcze osiągnąć. Nie siedzę u niego w środku – nie wiem, czy to problem sięgający jego dzieciństwa. Wiem, że nie chcę go zmieniać. Zamknąć w klatce. Bo nagle pojawiła się rodzina i on musi być tylko w domu.

Agustin, dlaczego się śmiejesz?

Agustin: Bo walczę o każdą godzinę spędzoną z rodziną. Rano, przed moim wyjściem, zawsze bawimy się z Carmen, a wieczorem staram się być w domu, żeby ją wykąpać. Coraz częściej udaje mi się tak poukładać sprawy zawodowe, aby spędzić z nią cały dzień. Ostatnio gdy tak się zdarzyło, tak szaleliśmy, że mała padła i spała kilka godzin. Jestem pewien, że jak pójdzie do przedszkola, będę na wszystkich przedstawieniach, które maluchy przygotowują dla rodziców. Wiem, że mam do kogo wracać. Wystarczy, że mogę tylko popatrzeć na córkę, a już czuję spokój. Widzę tę małą, słodką istotkę i rozumiem, po co ten wysiłek. Wiele rzeczy robię właśnie dla niej. Dla niej też chcę iść prostą drogą. Być uczciwym wobec siebie i innych, kierować się jasnymi zasadami.

A jeżeli córka powie: „Tato, dlaczego ciągle cię nie było z nami?”.

Agustin: Dlatego zmieniam się, pracuję nad sobą. Ale nie można wyhamować bolidu Formuły 1 na kilku metrach. Właśnie jesteśmy na wakacjach. Po raz pierwszy w życiu zostawiłem wszystko na półtora miesiąca. Nareszcie bez pośpiechu będziemy mogli pobyć wszyscy razem. Zazdroszczę Ninie tego kontaktu, jaki ma z dzieckiem. Też chciałbym, żeby mała przybiegała do mnie tak często, jak do mamy. I przytulała się tak, jak do niej się przytula. Ale wiem, że na to trzeba zasłużyć. Nic na skróty.

Nadmiar pracy utrudnia Wam wspólne życie. Ale bez pracy w ogóle by go nie było. Poznaliście się...

Nina: ...na castingu do „Tańca z gwiazdami”, który prowadził Agustin. Wróciłam z rocznego pobytu we Włoszech, na nowo musiałam odnaleźć się w Polsce. Chciałam tańczyć. Ale casting wypadł fatalnie. Agustin patrzył na mnie tak, że się go bałam. Nie wiedziałam, czego ode mnie chce. Czy jest zły, czy zainteresowany.
Agustin: Zafascynowała mnie – weszła tak delikatna dziewczyna. Rzadko spotykam tak nieśmiałe tancerki. Tak niewinne. Pomyślałem, że to wyzwanie. I konsekwentnie dążyłem do celu. Powiedziałem sobie: „Muszę zdobyć tę kobietę”.

Nina: Ja na początku odczuwałam duży lęk przed nową relacją. Rozpadł się mój wieloletni związek, byłam poraniona. Bałam się „wtopić” w nowe uczucie. Broniłam się. Ze trzy miesiące trwała moja niepewność. Obserwowałam go z boku. Przełomowym momentem była moja choroba w zimie. Nie mogłam pójść na trening, a on przejechał całą Warszawę, żeby przywieźć mi lekarstwa. Otworzyłam mu taka chora, zasmarkana. Nie uciekł z krzykiem. Poznałam jego inną twarz. Łagodną. Na sali jest stanowczy. Despotyczny. Władczy.

Agustin: W gruncie rzeczy to ty mnie wybrałaś. Dałaś mi sygnał, że jesteś w moim zasięgu. Już podczas naszego pierwszego spotkania. Im dłużej obserwuję kobiety na sali i w życiu, tym bardziej jestem pewny, że to one podrywają mężczyzn.
Nina: To prawda. Ale w domu nie potrzebuję władcy. Tylko przyjaciela. Partnera. I tak się potoczyło: kino, spacer, tańce i bach!

Agustin: Zaraz, jakie bach? Było mnóstwo randek, rozmów. Bez przerwy gadaliśmy.
Nina: Rozmawialiśmy o uczuciach, o naszych byłych związkach. Urządziliśmy sobie psychoterapię.
Agustin: Obydwoje leczyliśmy się z naszych poprzednich związków. Po dramatycznym rozstaniu przyrzekłem sobie, że nigdy nie będę z tancerką. Ale złamałem się. Mam słabość do tancerek. Uwodzą mnie wyglądem, ruchem, gracją. Całe życie z nimi pracuję. Niektórzy mówią do mnie: „Agustin, twój zawód jest nieludzki. Tyle kobiet na sali. I ty sam jeden!”.

Tak naprawdę akt małżeństwa przed niczym nie chroni.

Mówią tak przez zazdrość?

Agustin: Raczej przez współczucie. Naprawdę nie jest łatwo opanować swoją wyobraźnię, emocje, zmysły. Tańczące kobiety mogą zniewolić, jeżeli mężczyzna nie potrafi sobie z tym poradzić. Ale skoro mam kobietę, idę prostą drogą.

Nino, nie jesteś zazdrosna? On Bóg wie gdzie, a Ty z dzieckiem w domu...?

Nina: Nie jestem kurą domową. Nie siedzę w domu i nie czekam na niego z obiadem. Nie zastanawiam się, gdzie jest i z kim. Też mam swoją pracę. I swoją pasję. Niech on się boi.
Agustin: Kłamstwo ma krótkie nogi. W naszym świecie wszyscy się znają. To tylko kwestia czasu i nawet najmniejsze kłamstwo się wyda. Nie mam zamiaru ryzykować. Ale nie ze strachu przed karą. Boję się, że mógłbym być przyczyną cierpienia Niny i Carmen. Poza tym nigdy nie byłem typem podrywacza. Wychowała mnie kobieta. Nauczyła mnie, że nie wolno się kobietami bawić.

Od lat zapowiadacie ślub. Ale nie pobieracie się. Dlaczego?

Nina: Czasami mam dość tej presji otoczenia. Wszyscy pytają, kiedy ślub. Wiem, że to piękna ceremonia, suknia, łzy i tak dalej, ale mi ona do szczęścia zbędna. Tak naprawdę akt małżeństwa przed niczym nie chroni.
Agustin: A ja bym chciał, żebyśmy wzięli ślub. Żeby to była wyjątkowa uroczystość. I żeby nasza córeczka była trochę starsza, aby mogła świadomie wziąć w niej udział. Takie mam marzenia. Chciałbym też trochę zwolnić, mieć dwa, trzy miesiące wolnego, żeby poczuć, że to absolutnie wyjątkowy czas. Żeby to nie było kolejne zadanie do odhaczenia w kalendarzu.

Zaręczyliście się w szpitalu, to ślub możecie wziąć choćby w parku.

Agustin: Poprosiłem Ninę o rękę dwa dni po urodzeniu Carmen. To był tak ważny dla nas moment. Zatrzymałem się i powiedziałem sobie: „Boże, coś się wydarzyło!”. Cały w środku dygotałem ze szczęścia. Ludzie jadą do Paryża, żeby się zaręczyć. A u nas to było takie spontaniczne. Z głębi serca. Ubolewam, że nie mamy ślubu, ale z drugiej strony to nas dopinguje. Cały czas musimy o siebie zabiegać. Nie możemy spocząć na laurach. Odpuścić.

Nina: Nie lubię monotonii. A ślub grozi rutyną. Papier podpisany, to teraz papcie przed telewizorem i podaj piwo. Obserwuję znajome małżeństwa. Widzę, że przestali dbać o siebie. Wpadli w role: mąż, żona, podział obowiązków. Już siebie nie zaskakują. Nie ma dreszczyku emocji i niepewności. Ja lubię to stałe zabieganie o siebie, ciągłe starania.

Rodzina nie naciska?

Agustin: Moja mama jest bardzo tradycyjną osobą. Uważa, że ślub jest po to, żeby dać szansę Panu Bogu. Żeby mógł nam pomóc. Bo ludzie, decydując się na bycie razem, podejmują się misji w gruncie rzeczy niemożliwej. Bez Boga nie da rady.

Co Ty o tym sądzisz, Nino?

Nina: Ze ślubem czy bez, każdy związek jest wyzwaniem. Trzeba uczyć się kompromisów, docierać, zmagać ze sobą i partnerem. Rodzina to coś dla wymagających, wytrwałych ludzi, którzy naprawdę się kochają. Dlatego ze sobą jesteśmy.

I z Carmen. Będzie rodzeństwo?

Agustin: Mam nadzieję, że na Carmen się nie skończy. Przecież żyjemy dla naszych dzieci. Śmieję się, że na Kubie dzieci świadczą o prawdziwym mężczyźnie. Im starszy facet ma więcej małych dzieci, tym większym szacunkiem się cieszy. Ja się dopiero rozgrzewam.
Nina: Na szczęście nie żyjemy na Kubie. Zawsze chciałam mieć dwójkę. Wychowałam się z bratem i myślę, że byłabym nieszczęśliwa sama. Natomiast musi jeszcze upłynąć trochę czasu, zanim będę do tego gotowa. Na razie jestem zaaferowana córką. Miłość do niej zaspokaja mój instynkt macierzyński.
Agustin: Wybieramy się na dwa tygodnie do Nowego Jorku. Chcemy powłóczyć się trochę po tym szalonym mieście. Po naszym powrocie z Kuby urodziła się Carmen. Kto wie, czym zaowocuje nasza wyprawa do Ameryki...?

W naszej galerii znajdziecie cudowne zdjęcia pary!  ZOBACZ ZDJĘCIA

Drogi Użytkowniku,
chcemy Cię lepiej poznać, żeby robić dla Ciebie jeszcze lepszy serwis!
Wystarczy kilka minut, by wypełnić naszą ankietę. Zapraszamy!

Wideo

Chris Pratt zachwyca w kolejnej części Jurassic World!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magdalena Boczarska o filmowych i niefilmowych rolach życia. Mariola Bojarska-Ferenc z synem Aleksem opowiadają, jak celebrują życie i posiłki. Oszołom, obibok… Tak mówiono o Miśku Koterskim. To się zmieniło, gdy się zakochał i został ojcem.