TYLKO U NAS!

Przypadek czy przeznaczenie? Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna opowiadają o swojej miłości!

„Wszystko potoczyło się jak w hollywoodzkim filmie”

Beata Nowicka 6 lutego 2019 14:51
Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna, VIVA! 3/2019
Fot. Piotr Stokłosa

Ona jest fantastyczną sopranistką, gwiazdą la Scali i Metropolitan Opera. On to światowej sławy tenor. Polka i Francuz o sycylijskich korzeniach. Sześć lat temu poznali się na scenie Covent Garden w Londynie. Połączył ich „Napój miłosny”, opera Donizettiego wystawiona w londyńskiej Covent Garden. Aleksandra Kurzak w kolorowej sukience w kwiatki, śpiewała partię Adiny, Roberto Alagna - partię Nemorina, ubogiego wieśniaka starającego się o względy ślicznej Adiny. Zabawne było to, bo głównym elementem scenografii były tony siana na scenie… Zakochali się w sobie natychmiast, powitali na świecie córeczkę Malenę i... pobrali się. Od tamtej pory są nierozłączni i potrafią o tym opowiadać godzinami. Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna w walentynkowej rozmowie z Beatą Nowicką.

Miłość, która Was połączyła to przypadek czy przeznaczenie?

Aleksandra: Jedno i drugie, chociaż… wydarzyło się wiele rzeczy, które mogły sprawić, że nie wystąpilibyśmy razem w tym spektaklu, więc chyba jednak przeznaczenie. Nie długo przed rozpoczęciem prób dyrektor od obsad w operze Covent Garden zapytał mnie, czy nie zrezygnowałabym z roli Adiny, ponieważ ma dla mnie inną produkcję w tym samym czasie. „Napój miłosny” to było wznowienie, czyli spektakl już istniejący, na dodatek grany we wszystkich teatrach na świecie, więc nie byłoby żadnego problemu z zastępstwem, a on mi proponował premierę, operę bardzo rzadko wykonywaną, gdzie trudno było znaleźć artystkę do głównej partii. Pomyślałam, że mam za mało czasu na przygotowanie, opera jest po francusku, ja w tym czasie nie mówiłam w tym języku,  powiedziałam do mojej mamy: „Wiesz co, chciałabym móc napisać w moim zawodowym życiorysie, że śpiewałam z Roberto Alagną. Że wystąpiłam z taką sławą, z legendą operową”.

Roberto też miał wątpliwości czy przyjąć tę propozycję, mógł zostać w Paryżu i śpiewać w zupełnie innej operze.

Aleksandra: Okazało się, że Nemorino, główna postać męska, to była rola, którą Roberto śpiewał bardzo często na początku kariery, kiedy miał 20 - 30 lat. W pewnym momencie powiedział sobie: „Koniec, już tego nie śpiewam, to była rola z czasów młodości, nie wracam do niej”. I kiedy po 17 latach przerwy dostał propozycję zaśpiewania partii Nemorino, wahał się, nie był pewien, czy ma ochotę podjąć to ryzyko. A jeszcze w międzyczasie pojawiła się śpiewaczka, która ogromnie chciała zaśpiewać moją rolę, poprosiła nawet dyrektora opery, żeby dał mi w zamian coś innego, ale odmówił. Podobno powiedział: „Aleksandra jest bardzo kochana przez publiczność w Londynie, nie wymienię jej”.

Pamięta Pan ten pierwszy moment, wymianę spojrzeń?

Roberto: Oczywiście. Najpierw widziałem Aleksandrę na zdjęciach, bo oczywiście przygotowałem się wcześniej i sprawdziłem z kim będę śpiewać. I zobaczyłem kogoś twardego, surowego, pomyślałem nawet: „O la la la.., ta to ma temperament” (śmiech). Widać było, że ma silną osobowość, wyglądała dojrzale, ale jednocześnie młodo. Nawet trochę się zaniepokoiłem, że być może ona jest zbyt młoda i jako para w „Napoju miłosnym” wypadniemy śmiesznie. Kiedy zobaczyłem ją na żywo, była totalnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Nie wiem czy pani zna film animowany „Betty Boop”, Aleksandra miała w sobie coś z bohaterki tej uroczej kreskówki. Natychmiast mnie oczarowała, miała mnóstwo wdzięku, poczucie humoru, poza tym na scenie była fantastyczna! Miała rewelacyjny głos, naturalną swobodę bycia, talent aktorski. Więc kiedy poznałem prawdziwą Aleksandrę, to była bardzo przyjemne zaskoczenie.

Aleksandra: Pamiętam, że spotkaliśmy się w barze. Próby wyjątkowo nie odbywały się w operze, bo nie było wolnych sal i samochodem wożono nas na drugi koniec Londynu, ale tamtego dnia spotkaliśmy w Yellow Barze, przy wejściu do opery Covent Garden, gdzie mieliśmy poczekać na kierowcę. Weszłam, zobaczyłam Roberto i nie za bardzo wiedziałam, jak się zachować, co mam powiedzieć. „Buongiorno, maestro” - przywitałam się, a on mi odpowiedział: „Ale przestań, jaki maestro! Jestem Roberto”. Tak się zaczęło. Później była próba, która wypadła idealnie. On był przesympatyczny, przemiły, szarmancki, uśmiechnięty, w dobrym humorze. Emanowała od niego dobra energia. Tak jest do dzisiaj. Roberto wstaje z uśmiechem, a ja naburmuszona, to nas totalnie różni.

Podobno już po tygodniu powiedział do Pani żartobliwie: „I tak wkrótce mnie pokochasz”. Proroczo.

Aleksandra: Wszystko potoczyło się bardzo szybko, jak w hollywoodzkim filmie. Mniej więcej po dziesięciu dniach znajomości oświadczył mi się, a ja te oświadczyny przyjęłam (śmiech). Między spektaklami mieliśmy jakieś wolne dni, Roberto powiedział, że musi jechać do Paryża, do swojego dentysty i zapytał, czy nie chciałabym mu towarzyszyć. Nigdy nie byłam w Paryżu, więc pomyślałam- dlaczego nie, Londyn- Paryż Eurostarem to dwie godziny podróży. I w tym pociągu, przy lampce szampana, nad jakimś daniem zapytał czy wyjdę za niego. Nawet nie pamiętam dokładnie mojej odpowiedzi, ale pomyślałam, że to jest totalne wariactwo. Albo facet jest szalony, albo… naprawdę się zakochał. Wkrótce potem poznałam jego rodziców i Ornellę, córkę z pierwszego małżeństwa, wtedy 22-letnią. Z Londynu Roberto leciał do Nowego Jorku, bo zaczynał próby w Metropolitan Opera i poprosił, żeby do niego przyjechała na święta. Na co dzień twardo stąpam po ziemi, jestem zachowawcza, ale wtedy uznałam, że czasami warto zaryzykować. I poleciałam.

Roberto: Bardzo szybko pomyślałem, że właśnie takiej dziewczyny potrzebuję. Miałam w sobie wszystko, co kocham w kobiecie. Wiedziałem, że nie mogę stracić takiej okazji.

Serce mi podpowiadało, że to jest kobieta mojego życia. Przechodziłem trudny okres w moim poprzednim związku, od lat prawie w ogóle nie widywaliśmy się z byłą żoną, do głowy mi nie przyszło, że mógłbym związać się z kimś nowym. I nagle w moim życiu pojawiła się Aleksandra i uderzyła mnie myśl, że to ona. Nie pomyliłem się (śmiech). Urodziłem się na nowo, mam małą córeczkę, wspaniałą rodzinę, czuję ogromna energię ale też odpowiedzialność, jestem szczęśliwy, że spotkałem tak cudowną kobietą. Kochamy się nawzajem, kochamy życie.

Bał się Pan czegoś?

Roberto: Trochę bałem się różnicy wieku między nami.

Aleksandra: Dla mnie to w ogóle nie miało znaczenia, ale Roberto mówił, że całe życie się śmiał jak widział na ulicy starszego mężczyznę z młodą żoną i malutkim dzieckiem. Powtarzał: „Ostatnia rzecz, która mi się w życiu przytrafi”. A przytrafiła się! (śmiech). Jego rodzice w ogóle nie mieli z tym problemu. Zresztą zostałam bardzo ciepło przyjęta przez całą rodzinę. Kiedy Roberto oznajmił swojej mamie, że między nami jest 14 lat różnicy, powiedziała: „Świetnie! Będzie miał się kto tobą opiekować na starość”. Wspaniale zachowała się Ornella, córka Roberto, zawsze była po mojej stronie, co nie jest zazwyczaj takie oczywiste. Ornella ma już 27 lat i malutkiego synka, Roberto jest dziadkiem dwuletniego wnuka.

Roberto: Rzeczywiście, ja zawsze miałem z tym problem, krępowała mnie rzucająca się w oczy różnica wieku w związkach, z którymi się stykałem. Wydawało mi, że szczególnie dla dziecka to może być trudne, że jedno z rodziców jest dużo starsze. Poza tym miałem taką parę w rodzinie, i z bliska widziałem, że to kreuje różnego rodzaju problemy, choć w tym przypadku ta różnica naprawdę była ogromna, bo aż 30 lat. Ale powtarzałem sobie, że 10 lat różnicy jest ok, więc jesteśmy prawie na granicy (śmiech).

Język Waszej miłości to…?

Aleksandra: Włoski. Zaczęliśmy rozmawiać po włosku i ten włoski z nami został, chociaż teraz w naszym domu używa się trzech języków non stop. Ja rozmawiam z Maleną po polsku, Roberto po francusku, więc nasza córka jest już właściwie trzyjęzyczna, świetnie rozumie włoski, to tylko kwestia czasu, kiedy zacznie mówić.

Włosi są bardzo emocjonalni, ma Pan swoje ulubione pieszczotliwe określenie jakim zwraca się do żony?

Roberto: Nie mogę pani zdradzić! Wymyślam je często w dialekcie sycylijskim, ale są troszkę zbyt śmiałe, zbyt zuchwałe, więc zachowam je dla siebie (śmiech).

Aleksandra: Od początku, na co dzień mówiliśmy do siebie amore, czyli kochanie i tak zostało. Właściwie nie używamy imion, tylko: amore chodź tu, amore zrób to, amore to, amore tamto. Kiedy Roberto mówi - Aleksandra, myślę: oho, jest zły. Nawet moja książka, wywiad rzeka, który ukazał się w Polsce nosi tytuł „Si amore”, ponieważ Roberto bardzo często dzwonił do mnie w trakcie tych rozmów, a ja odbieram telefon i mówiłam: „Si, amore? Tak, kochanie?”. I to „si, amore” jak refren przewijało się przez całą książkę.

Zabiega Pani o uwagę swojego amore?

Aleksandra: Nie muszę, wręcz odwrotnie, czasami uciekam! Roberto jest tak wylewny, tak ciepły, tak gorący, prawdziwy sycylijski temperament. Pod tym względem potrafi niesamowicie zadbać o kobietę. Komplementy dla niego to chleb powszedni. Jest właściwie wymarzonym facetem. Ale nie ma sielanki, czasami pojawią się jakieś sprzeczki, jak w każdym związku. Uważam, że ktoś, kto mówi, że zawsze jest cudownie i różowo, kłamie. Zresztą muszę się przyznać, że często te spięcia pojawiają się z mojej strony, bo ja jestem taka dociekliwa, uparta i wszystko chcę robić po swojemu. Zazwyczaj są to sprzeczki o drobiazgi, że dał słodycze Malence przed obiadem, albo położył mokry ręcznik na łóżko. Głupoty, ale ja się czepiam, jestem okropna pod tym względem. Próbuję nad tym zapanować, popracować nad swoim charakterem, ale ciężko mi idzie (śmiech).

Co jeszcze w nowej VIVE! 3/2019?

Dlaczego Anna Mucha nie została prawniczką, nie wybrała kariery w Hollywood i… czy „wraca na rynek”?
Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna - połączyła ich opera… „Napój miłosny” wystawiona w londyńskiej Covent Garden – przypadek czy przeznaczenie?Tajemnice najsłynniejszego małżeństwa na świecie, królowej Elżbiety II i księcia Filipa. Co ukształtowało Patryk Vegę jako twórcę, skąd czerpie motywację, co sprawiło, że zwrócił się do Boga. Ilona Łepkowska: „Nie jestem księżniczką w zamku na szklanej górze – wiem, jak życie może kopnąć w tyłek”, mówi królowa polskich seriali. A także: w Las Vegas ślub może wziąć każda para, która uzyska tak zwany marriage license. I może go udzielić sam… Elvis Presley.  

Anna Mucha, Viva! 3/2018, OKŁADKA
Fot. Mateusz Stankiewicz/SAMESAME

Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna, VIVA! 3/2019
Fot. Piotr Stokłosa

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Pierwszy wywiad Agnieszki Radwańskiej po zakończeniu kariery! Andrzej Piaseczny szczerze o… seksie!