WYWIADY VIVY!

Maciej Maleńczuk: „To że ćpałem, chlałem, wszyscy wiedzą. Dobrze, gdyby wiedzieli, jak przetrwałem”

Z okazji urodzin artysty przypominamy niezwykle szczerą rozmowę

Gabriela Czernecka 14 sierpnia 2020 13:13

Kontrowersyjny, konsekwentny, kochany przez publiczność. Taki jest Maciej Maleńczuk – wokalista i gitarzysta rockowy, który od lat 80. zachwyca nietuzinkową osobowością i twórczością. Dziś muzyk obchodzi swoje 59. urodziny, a my z tej okazji przypominamy jego rozmowę z  Beatą Nowicką. Wywiad ukazał się w maju 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Maciej Maleńczuk wywiad

Właśnie ukazała się książka o nim „Maleńczuk. Ćpałem, chlałem i przetrwałem”. Szczera, na pograniczu ekshibicjonizmu. O jego alkoholowych i narkotykowych ekscesach, „manianie”, życiu na offie i chorobie zwanej... miłością. Wydawca opatrzył ją uwagą: „Nie dla dzieci!”. Taką uwagę można dołączyć i do tej rozmowy. Maciej Maleńczuk zwierza się Beacie Nowickiej.

Jest godzina 12 w południe, świeci słońce. W Twoim ogrodzie na Saskiej Kępie ptaki śpiewają. Świat jest piękny. Jesteś trzeźwy?

(śmiech). Tak. O takiej porze mogę być po małym blancie, ale nie traktuję tego w ogóle jako stan narkotyczny. 

 A co to jest stan narkotyczny?

Heroina. To jest porządny stan narkotyczny. 

 W Twojej książce przeczytałam: „Mężczyzna zniesie ból. Każdy zniesie. Ból sam w sobie jest do zniesienia, bo zawsze wiadomo, że w końcu przejdzie. Ale do tego przychodzi niestety ta maksymalna depresja. Heroina powoduje, że jesteś szczęśliwy i spokojny, a więc bez niej jesteś nieszczęśliwy i totalnie niespokojny”.

Życie jest do dupy. Życie współczesnego człowieka jest pełne stresu, wrednych ludzi, czasami śmierci. Całe mnóstwo ludzi chodzi ultrazdołowanych. Alkohol to nie wszystko. A heroina jest niebezpieczna W „Fakcie” napisali na pierwszej stronie, że Maleńczuk ćpał 20 lat. Dwadzieścia lat ćpania mało kto mógłby przeżyć. 

 Ty „Chlałeś, ćpałeś i przetrwałeś”.  Twoją spowiedź czyta się jak powieść. 

Jestem dumny, że byłem w takim środowisku. To było środowisko off społeczeństwu, off konwenansom, off przynależności partyjnej, off pochodom pierwszomajowym. Chcieliśmy być off i byliśmy off. Ale przy tym chlaliśmy i ćpaliśmy. A ćpanie powoduje, że masz całą masę przygód. Myśmy te narkotyki zdobywali i to zawsze było związane z jakąś manianą. 

Maniana w języku hiszpańskim oznacza – jutro. W slangu – robienie głupot, szaleństw. 

A takie rzeczy fajnie się wspomina. Zwłaszcza jeśli skończyło się to ukręceniem dobrego towarku i złapaniem chwili spokoju w chujowych czasach, jakimi były lata 80. Nikt nie miał grosza, czasami nie było skąd wziąć na piwo. Ja miałem hajs, jak grałem. 

 Pamiętasz swój pierwszy raz?

Pięćdziesiątka wódki, którą wypiłem w wieku siedmiu lat. Było nas pięciu kumpli między 7 a 10 lat. Siedzieliśmy ukryciu w domu z tektury, który sami zbudowaliśmy, i obaliliśmy półlitrówkę. Butelka miała korek, jak wino, i zalakowaną główkę. Musiał to być 1968 rok. Inicjatorami byli ci troszeczkę starsi koledzy, a ponieważ ja się z nimi bujałem, to też dostałem strzała. Nalewaliśmy do kieliszka typu 25, więc wypiłem dwie kolejki. Potem zgasło światło. 

Wyobrażałeś sobie czasami jakieś alternatywne życie?

Wyobrażałem sobie. Wydaje mi się, że gdyby ktoś mną pokierował – a nikt mną nie kierował – utrzymałbym się przy sporcie i moje losy potoczyłyby się inaczej. Załóżmy, że do 30. roku życia byłbym czynnym sportowcem. Załóżmy, że byłby to sport z sukcesami, więc mógłby mnie jakoś ustawić w życiu. Do wszystkiego, co robiłem w sporcie – oprócz wioślarstwa – miałem ewidentny dryg. Mam zajebiste warunki: 193 wzrostu, byłem trochę za chudy, ale mięśnie zawsze można wyrobić, miałem bardzo dobry refleks jak na takiego wysokiego gościa, nie byłem ciapowaty ani łajzowaty. Więc gdyby trafił mi się wtedy jakiś dobry trener, coś w tym stylu, jak mają bokserzy, i rozsądnie pokierował moim życiem, byłoby zdrowiej dla mnie, zdrowiej dla otoczenia. Ale nikogo takiego nie było. Zamiast tego w wieku 21 czy 22 lat zacząłem grać na streecie. A to nie jest zdrowe miejsce, mówiąc krótko. Nie da się być abstynentem, grając na ulicy. 

 Pamiętam, jak stałeś na ulicy Sławkowskiej w centrum Krakowa. 

Na ulicy jesteś ostatni w łańcuchu pokarmowym. Jest średnio ciepło, ludzie się śpieszą, zakapturzeni, a ty musisz zagrać, bo, kurwa, potrzebujesz szmalu. I grasz. I nikt się nie zatrzymuje. A ty dalej grasz. Bardzo przykre. Ja mam w sobie bezczelność, ale początki były cholernie trudne.  

 Wczoraj wieczorem przechodziłam obok chłopaka, który grał na gitarze. Tym razem było to centrum Warszawy. Spotkaliśmy się wzrokiem na ułamek sekundy. Nie padało, nie było zimno. Nie zatrzymałam się. Głupio mi teraz. 

Nigdy nie łapałem kontaktu wzrokowego. Byłem generalnie tak przerażony, że muszę to robić, że zaciskałem powieki i grałem z zamkniętymi oczami, co czasami jakieś stare baby komentowały: „A ślepe są, to niech grają”. Uzależniłem się od tego. Teraz mam ciemne okulary, więc tego nie widać, ale zawsze jak potrzebuję skupienia albo mam zaćmę i nie pamiętam tekstu, to zamykam oczy i wtedy sobie przypominam. Przez pierwsze trzy lata śpiewałem tylko po angielsku, fonetycznie nauczyłem się kilkunastu bluesów: Robert Johnson, John Hurt, Muddy Waters. Roni Johnson miał taki ostry, szarpliwy dźwięk gitary, metaliczny jak sukinsyn. Myślałem: Kurwa, jak on to uzyskuje. Wszystkie moje gitary, które na początku miałem, wydawały takie: plum, plum. Na ulicy w ogóle niesłyszalne. Dopiero jak od znajomego pedała w Warszawie udało mi się kupić gitarę za 100 dolców, usłyszałem, co to jest gitara!

Maciej Maleńczuk, Viva! 2015 MT
Fot. Bartek Wieczorek/ LAF AM

 Twoja książka jest bardzo „słyszalna”.  Poraża szczerością.

Bo mówię o etapie zamkniętym. Mogę o tym mówić. Nie opowiadam o swoich romansach, o swoich sprawach rodzinnych, nic nie opowiadam o mamie, o tacie. Nikogo nie wkopuję. Mogę siebie opluć. Mogę opisać, że byłem na śmietniku i było to dla mnie wstrząsające doświadczenie. Czasami jeszcze się zastanawiam, dlaczego wtedy  stamtąd, kurwa, nie uciekłem. Prawdopodobnie dlatego, że chciałem sobie przyćpać. Ta książka to jest jedna wielka przestroga. 

Sięgnąłeś dna?

Tak. Właśnie wtedy, na tym szpitalnym śmietniku, gdzie szukaliśmy igieł, których nie mieliśmy. I co gorsza, znaleźliśmy! Było to podłe miejsce. Wstrząsnęło mną. Potem miałem bardzo długą przerwę. 

Zrobiłeś badania?

Tak. Nie miałem AIDS, ale podczas jakiegoś badania wykryto mi przeciwciała na HIV i przyszedł doktor i mówi: „Masz pan HIV”. Ożeż kurwa mać! A ja już miałem dzieci. „Niech pan zrobi badanie krwi”, jeszcze powiedział. Ale przez jakiś czas nie robiłem. Okazało się, że mam pełno znajomych, którzy już od dawna to mają. Machali ręką: „Nic się nie dzieje, możesz normalnie pić wódkę, normalnie współżyć. Nie zarażasz”. W końcu zrobiłem badania, po dwóch tygodniach dzwoni jakaś pani i mówi: „Wynik ujemny. Minus”. Jak to minus? Przecież na pewno mam HIV. Okazało się że u 20 procent ludzi organizm sam to zwalcza. 

 Odetchnąłeś z ulgą? Złożyłeś adekwatne obietnice, przysięgi?

Poczułem się jak cyborg. Nic mi nie jest! Po lekturze tej książki myślisz, że będziesz rozmawiać z wrakiem. A tak nie jest. 

 A co Ty pomyślałeś, jak przeczytałeś ten swój życiorys jednym tchem?

Byłem przerażony! Poważnie. Skumulowanie tego na kartkach jednej książki jest powalające. Ale rozciągnięte na przestrzeni 35 lat jest jak kropla w morzu. Jestem ciekawym człowiekiem, dlatego przetrwałem. To że ćpałem, chlałem, wszyscy już wiedzą, dobrze byłoby, gdyby wiedzieli, jak przetrwałem.  

 Ty przetrwałeś, inni umarli. 

Żyję, ale uwierz mi, że umierałem tysiące razy. Cholernie mi żal, że Betina nie żyje, Radwan… Trzeba dopuszczać do kaca i nie wpadać w ciągi. Strzelałem okazjonalnie, ale nigdy nie byłem w ciągu. 

 Napisałeś: „Alkohol robi ze mnie bandziora (...)”.

Wóda jest ohydna, bo zawsze działa na ośrodek agresji. Wiele moich wypowiedzi – po koncertach, kiedy jestem już na lekkiej bani – to są właśnie wypowiedzi agresywne. Otoczenie może to źle odbierać.  

 Dlaczego napisałeś tę książkę?

Dla forsy.

 A co z tą forsą zrobisz?

Wrzucę na konto i spokojnie będę sobie robić jazzowy band. Bo ja chcę teraz przejść na jazz. Od lat ćwiczę na saksofonach dzięki temu, że mam dom na wsi. W mieście bawienie się saksofonem jest niemożliwe. Poza tym nie miałem pieniędzy na dobry sprzęt, na dzień dobry to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Mam cztery sztuki, gram od siedmiu lat. Chciałbym swoich starych dni dożyć w jazzie, w jazzowym brzmieniu, w dobrych garniturach, z inteligentnymi ludźmi. Mówi się, że jazzmani to wyższa półka. Chcesz whisky?

 Na razie dziękuję.

A mogę sobie nalać? U mnie na wsi jak się nie napijesz, to w ogóle nie pogadasz. 

 Wiem. Na wsi przyjaźnisz się z Małym: „Ujął mnie tym, że jest człowiekiem bezpośrednim, bardzo wesołym, dowcipnym i pomocnym. Jest moim sąsiadem. Spotykamy się. Mówiąc krótko – w końcu z kimś trzeba pić…”. Lubisz swoją wieś?

Kocham. Czuję się panem na włościach. Obchodzę je z łopatą albo innym narzędziem. Mam dom. To nie jest nic wypasionego, ale mam możliwość grania o każdej porze dnia i nocy. Jestem sam i gran, gram, gram.  

Chyba że wpadnie Mały.

Wóda rujnuje Małemu zdrowie, a moja przyjaźń z nim spowodowała nawrót dziennego alkoholizmu. Polega to na tym, że potrafię o 12 w południe rąbnąć ze trzy pięćdziesiątki. Potem już go wyganiam: „Spierdalaj, Mały, bo przecież zaraz tu będę pijany”. I tak zostaję na tych 150 gramach w środku dnia. Od razu gorzej się pracuje, trudniej się skupić i w ogóle bryndza… 

Narkotyki, alkohol, męskie przyjaźnie – tego jest w Twojej książce mnóstwo. Miłości – brak.

Tak jest. Są czasami fajne osoby płci przeciwnej, z którymi chciałoby się coś wspólnie zrobić, no ale pojawia się ta mięta, tak zwana iskra, i wszystko zaczyna się pierdolić. No i co? Większość piosenkarzy śpiewa, że miłość jest piękna. A to są tezy bez pokrycia. 

 Ciekawa jestem co – jako ojciec – powiesz zatem swoim trzem córkom?

Ja nie mam złudzeń. Człowiek w miłość popada, i oczywiście sam nieraz popadałem, ale ja tego stanu nie lubię. Uważam, że to jest rodzaj niewoli. Człowiek wkracza, jak w komputerze, w tryb awaryjny, wszystko zwalnia, nie można się nad niczym skoncentrować. Mam sceptyczny, nieufny stosunek do choroby zwanej miłością. 

A miłość do córek?

To jest inna miłość. To jest stosunek żarliwy. Czasami nie mogę się opanować, żeby nie skraść całusa. I czasami skradnę, choć zawsze słyszę: „Tato, nie przeszkadzaj mi”. Uważam, że to jest prawdziwa miłość, jak przychodzę do domu całuję, jak wychodzę – całuję. Jak wracam z trasy koncertowej, to truskawek nakroję. Trzymam fason. Od wielu już lat, odkąd zacząłem jeździć własnym samochodem, przyjeżdżam do domu trzeźwy. Dawniej, niestety, to wyglądało inaczej. Jeździł szalony bus z Pudelsami, okna wybite, szyberdach wyrwany, wszyscy pijani, kierowca wkurwiony, bluzgi leciały. W domu dzieci, rodzina, a człowiek pijany jak świnia. 

 Zastanawiałeś się, jak Twoje córki zareagują na tę książkę?

Zawsze moim dzieciom mówiłem, że byłem kiedyś narkomanem. One to wiedzą. 

 Wiedzą, co to są narkotyki?

Myślę, że one nawet wiedzą, co to jest seks (śmiech). Mają 10, 12 i 18 lat, rozmawiasz z nimi jak z dorosłym człowiekiem. Elokwencja moich dzieci, zwłaszcza Irmy, najstarszej, jest naprawdę niezła. Ma to po mnie – szybko myśli, szybko gada, czujesz, jak jej się zwoje gotują. Ma dobry styl, coś tam pisze, kiedyś przypadkiem dorwałem kawałek jakiejś sztuki teatralnej, nawet się uśmiałem. Ale do niczego jej nie zmuszam, niech sobie robi, co chce.

 Ale sam mówiłeś, że Tobie brakowało życzliwego wsparcia.

Irmy nie muszę wspierać. Ale myślę, że Rita mogłaby śpiewać operowo. Poza tym ma taki umysł, że lubi zbierać informacje: „Tato, którą człowiek kość ma pneumatyczną?”. Ja mówię: „Piszczel”. „Kość czołową, tato”. Mówię: „Jesteś kopalnią wiedzy zbędnej. Zapełnijmy tę głowę wiedzą przydatną. Od września pójdziesz na śpiew i fortepian”. Przygotowuję ją na to. A najmłodsza Elma od razu też chce grać na fortepianie, ale ją studzę: „Dobra, dobra. Ty na razie siedź tam cicho”. Chociaż jak chcesz wytrenować cyborga, to powinna siedzieć nad instrumentem od piątego roku życia. Tego nie robimy. 

 Boisz się czułości?

Wiesz, co zauważyłem? Że ludzie, którzy mają depresję, wzbudzają sympatię. Polak lubi, jak ktoś ma doła. Masz deprechę, wszyscy cię kochają. Masz świetny humor, dobrze ci idzie, to spierdalaj. 

 Wyobrażasz sobie resztę życia na trzeźwo?

Nie. Nie byłbym w stanie znieść tej rzeczywistości. Przy tobie popijam małego „łiskacza”. Bo nie wyobrażam sobie życia na trzeźwo. Natomiast przedawkowanie alkoholu zrobi z ciebie szmatę, już o tym rozmawialiśmy. Kocham graffiti z Łodzi i człowieka, który je zrobił: „Wóda rozpierdala bebechy”. Absolutnie się pod tym podpisuję. Wszystko, co połykasz, rozpierdala bebechy. A heroina zęby. Ucieknie żona, uciekną dzieci, przyjaciele, sprzedasz mieszkanie i skończysz na dworcu. Ale jak będziesz przez cały czas wpieprzał golonkę, też szybko umrzesz. Przesada we wszystkim cię zabije. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JOANNA PRZETAKIEWICZ I RINKE ROOYENS Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach… Dlaczego zdecydowali się na ślub? KASIA STRUSS Życiowa rewolucja supermodelki. JOE BIDEN – rodzinne tragedie, trudne wybory i droga na szczyt 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. VINCENT ŻUŁAWSKI Co zawdzięcza rodzicom – Andrzejowi Żuławskiemu i Sophie Marceau? Polska „junioromania”, czyli wszystko o EUROWIZJI JUNIOR 2020. W cyklu Extra Elitarne szkoły i uczelnie Wielkiej Brytanii (nie)tylko dla wybranych.