Arkadius, Arkadiusz Weremczuk
Fot. Tomasz Gzell/PAP
Z ŻYCIA GWIAZD

Pochodzi z Parczewa, ubierał największe światowe gwiazdy. Jak dziś wygląda życie Arkadiusa?

Przypominamy szczerą rozmowę VIVY! z Arkadiuszem Weremczukiem

Redakcja VIVA! 23 września 2021 18:55
Arkadius, Arkadiusz Weremczuk
Fot. Tomasz Gzell/PAP

Niegdyś jedno z najgłośniejszych nazwisk świata mody. Arkadiusz Weremczuk, znany pod pseudonimem artystycznym Arkadius, 20 lat temu ubierał światowe gwiazdy show-biznesu. Ukończył jedną z najbardziej prestiżowych szkół mody na świecie - Central Saint Martins College of Arts and Design w Londynie. Odbył staż w domu mody Alexandra McQueena. Został laureatem wielu prestiżowych brytyjskich nagród. Jego kariera szybko nabierała tempa, jednak niestety równie szybko zaczęła zwalniać. Arkadius zniknął z blasku fleszy około 15 lat temu. Jak dzisiaj wygląda jego życie?

Czytaj także: Gwiazdy na ponownym otwarciu butiku Łukasza Jemioła

Arkadius: eskcentryczny projektant mody z Parczewa

Urodził się 5 lipca 1969 roku w Lublinie. Wychowywał się w oddalonym o około 60 kilometrów Parczewie. O Arkadiuszu Weremczuku, a właściwie Arkadiusie, świat usłyszał 21 lat temu, kiedy kilka miesięcy po obronie dyplomu zaproszono go na London Fashion Week. Ta premierowa kolekcja przełamała wszelkie tabu i pokazała, że prowokacja to główny element jego twórczości. Publika była rozdarta, bo z jednej strony Arkadius zaprezentował krawiectwo na wysokim poziomie, ale z drugiej strony dotknął bardzo delikatnych kwestii takich jak Biblia i inne motywy religijne. Co ciekawe na wybiegu pojawiła się wówczas Magdalena Mielcarz przebrana za Matkę Boską, a na koniec sam projektant półnagi odgrywał scenki nawiązujące do ukrzyżowania Jezusa.

W mediach na całym świecie pisano o jego wybitnym talencie, a kreacje projektanta nosiły największe gwiazdy, takie jak: Christina Aguilera, Alicia Keys, Björk, Janet Jackson, Mary J. Blige czy też Pink. Choć na początku wizjoner znany był głównie w Londynie, w późniejszym okresie Laura Budzyk namówiła go, aby pokazał się także w Polsce. I tak w 2000 roku Arkadius po raz pierwszy zaprezentował swoją kolekcję w ojczyźnie, która inspirowana była folklorem, a na wybiegu pojawiła się Joanna Horodyńska. Projektant zachęcony sukcesem swojego pierwszego pokazu postanowił realizować kolejne, dzięki czemu stał się jedną z największych gwiazd polskiego show-biznesu i mody, która wówczas raczkowała na naszym rynku.

Niestety, z czasem fascynacja ekscentrycznym stylem projektanta minęła. Butik, który otworzył w 2003 roku przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie splajtował. W 2006 roku porzucił modę, zamiast której zajął się projektowaniem wnętrz oraz architekturą. Nikt wówczas nie spodziewał się, że projektant mody wznowi swoją działalność. 

Czytaj także: Nie żyje mąż Toma Forda, Richard Buckley. Przypominamy, kim był

Arkadius
Fot. ADRIAN DENNIS/AFP/East News

Arkadius: wielki powrót

Arkadius powrócił w 2015 roku z projektem P- iFashion, czyli "Politically Incorrect Fashion". Jest to marka modowa, dyrektor kreatywny słynie z tego, że polityczną poprawnością nie przejmuje się zupełnie. Uwielbia łamać zasady. Tym razem przekroczył kolejną granicę - w ramach protestu przeciwko nadprodukcji w przemyśle mody stworzył kolekcję bez ubrań o wymownym tytule "INVISIBLE COLLECTION/INVISIBLE CONCEPTION". Zdjęcia nagich modelek to protest przeciwko chciwości korporacyjnych szefów, masowej produkcji po kosztach, braku poszanowania dla robotników i projektantów.

Artysta, który w 2006 roku przerwał karierę projektanta by wyciszyć się w brazylijskim Salvadorze zarzekał się, że do mody nie wróci i właściwie można uznać, że dotrzymał słowa. Jego "niewidzialna kolekcja" to bardziej polityczny manifest, niż moda w tradycyjnym rozumieniu. To ucieleśnienie motta, które P-iFashion podaje na stronie internetowej: "Gdzie sztuka spotyka się z modą". Przy czym to drugie zostało okrojone do absolutnego minimum.

Arkadiusa fascynują kwestie fundamentalne - życia i śmierci. Na wybiegu pokazał już poród (w trakcie London Fashion Week w 2000 roku), a w styczniu 2015 roku zszokował fanów publikując nekrolog samego siebie. Okazało się jednak, że chodziło tylko o jego publiczną personę - markę Arkadius. Arkadiusz Weremczuk odrodził się jako the Artist Formerly Known as Arkadius (artysta wcześniej znany jako Arkadius - przyp. red.) twórca P-iFashion. 

Czytaj także: Szokujące wyznanie byłej modelki Victoria’s Secret. Ujawnia mroczne sekrety świata mody

Arkadius, Arkadiusz Weremczuk
Fot. Tomasz Gzell/PAP

Arkadius: życie z dala od błysków fleszy

Do całkowitej zmiany stylu życia zainspirowały Arkadiusa podróże. "Wiedziałem, że nie chcę już mieszkać w Anglii, nie chcę projektować, bywać", powiedział w rozmowie dla Wysokich Obcasów.

Gdy trafił na atrakcyjną ofertę kupna ziemi w Tajlandii, nie wahał się ani chwili. Szybko wyprowadził się z Londynu i rozpoczął budowę domu w egzotycznym kraju. Przez kilka lat cieszył się życiem na zupełnie innych zasadach. Obecnie jego dom pełni funkcję pensjonatu, a zarobione pieniądze z wynajmu artysta może przeznaczać na utrzymanie się w Brazylii i rozwój swoich pasji.

"Budzę się bardzo wcześnie. Robię sobie koktajl z owoców, odpisuję na maile. Potem jadę na rynek, robię zakupy, idę na plażę pod domem, żeby popływać, załatwiam sprawy związane z mieszkaniami, spotykam się ze znajomymi. Dużo też podróżuję, stopniowo poznaję Brazylię", docenia uroki życia z dala od mediów były już projektant. 

Jak sam przyznaje, życie na pokaz było dla niej zbyt męczące. Obecnie prowadzi zupełnie inny styl życia, który sobie nad wyraz ceni. "Zamiast cieszyć się, że ma się ręce, nogi, oczy, zdrowie, ludzie koncentrują się na tym, kogo ocenić, kogo docenić, jak ich oceniają i czy doceniają. Szkoda życia. (...) Jestem po prostu człowiekiem i ludzie oceniają tylko, czy jestem w porządku, czy skur***l", szczerze wyznaje Arkadius, którego głównym zajęciem jest teraz pielęgnowanie roślin i sadzenie drzewek.

Czytaj także: Kobieta kameleon, która zna swoją wartość. Niezwykła historia Lindy Evangelisty 

Arkadius
Fot. TRICOLORS/East News

Arkadius: wywiad dla VIVY!

W wywiadzie z 2002 roku Arkadius rozmawiał z Piotrem Najsztubem m.in. o temacie, który dla wielu jest tematem tabu - śmierci. Wyznał, że chciałby być skremowany, a żeby jego prochy rozsypane były po łąkach w rodzinnym Parczewie. Czy to ta rozmowa zainspirowała go do upozorowania własnej śmierci? Przypominamy wywiad, w którym projektant opowiada o tym, kto chciał go zamordować, czy jest religijny, i jak ubrałby papieża.

Ro­bi Pan świa­to­wą ka­rie­rę. Coś Pa­na mi­łe­go ostat­nio spo­tka­ło?

Kil­ka dni te­mu dosta­łem e-ma­il od mo­jej agen­cji w No­wym Jor­ku, że Ali­cia Keys spo­śród wie­lu pro­jek­tan­tów mo­dy wy­bra­ła mnie  na swój kon­cert w Ma­di­son Squ­are Gar­den za­ło­ży­ła ża­kiet z ręcz­nie wy­szy­wa­nym sym­bo­lem re­li­gij­nym na ple­cach. Ale na ra­zie naj­więk­sze suk­ce­sy od­no­szę w Wiel­kiej Bry­ta­nii. W 
ostat­nim ka­ta­lo­gu Lon­don Fa­shion We­ek (ty­dzień lon­dyń­skich po­ka­zów mo­dy ­– przyp. red.) na­pi­sa­li, że je­stem obec­nie naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nym, głów­nym pro­jek­tan­tem w tym kra­ju. Te­raz bi­let na mój po­kaz bę­dzie naj­trud­niej­szym bi­le­tem do zdo­by­cia w ca­łym se­zo­nie. Wy­da­je mi się, że je­że­li lu­dzie pła­ci­li­by za wejście na mo­je po­ka­zy, był­bym już bar­dzo bo­ga­tym czło­wie­kiem. W ciągu ostat­nich dwóch i pół ro­ku mia­łem aż 20 po­ka­zów na ca­łym świe­cie. Za­zwy­czaj ro­bię rze­czy, któ­re „za­ba­wia­ją”, to jest jak wyj­ście do te­atru. By­wal­cy po­ka­zów są na­praw­dę ze­psu­ci, wie­lu z nich, szcze­gól­nie dzien­ni­ka­rzy mo­dy, cho­dzi na 250­–300 po­ka­zów w se­zo­nie. Pod ko­niec każ­de­go se­zo­nu nic nie pa­mię­ta­ją, tyl­ko naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne po­ka­zy.

Czy to nie jest ogra­ni­cze­nie, że po­ka­zy mu­szą być mak­sy­mal­nie dramatycz­ne, by zo­sta­ły zapamiętane?

Trze­ba krzy­czeć, a ktoś mógł­by chcieć za­nu­cić... Mu­si­my, mu­szę krzy­czeć. To rze­czy­wi­ście ogra­ni­cza.

Ostat­nio krzy­czał Pan o ta­bu re­li­gij­nym, po­ka­zał Pan ko­lek­cję inspirowa­ną wi­ze­run­ka­mi Mat­ki Bo­skiej, Chry­stusa. Czy wi­dzi Pan jeszcze ja­kieś ta­bu, któ­re chciał­by na­ru­szyć?


To niekoń­cząca się li­sta. Cho­ciaż nie mam jesz­cze po­my­słu na na­stęp­ny po­kaz, na wrze­sień. Po­sta­no­wi­łem tro­chę od­po­cząć, wy­ci­szyć się. Już Ar­ka­dius wy­ci­szo­ny to dla wie­lu w bran­ży du­ży szok.

W Pa­na ży­ciu oso­bi­stym są ja­kieś ta­bu?

Żad­nych.

Ży­je Pan w kom­plet­nie wy­zwo­lo­nym świe­cie?

Ab­so­lut­nie.

We współ­cze­snym świe­cie śmierć jest ta­bu. A dla Pa­na?

Śmier­ci się nie bo­ję. Bar­dzo du­żo po­dró­żu­ję sa­mo­lo­tem i wiem, że wte­dy jest groź­ba śmier­ci, ale się na to uod­por­ni­łem. Wie­rzę w prze­zna­cze­nie: je­że­li mo­im prze­zna­cze­niem jest zgi­nąć w przy­szłym ro­ku, to trudno, ale rów­nie do­brze mo­gę zgi­nąć za 30 lat czy za 70.

To tyl­ko sta­ty­stycz­na świa­do­mość. Czy Pan się kie­dyś otarł o śmierć?

Kie­dyś w War­sza­wie ści­ga­ło mnie kil­ku mło­dych lu­dzi i krzy­cze­li: „Za­bić ski­na!”

Uciekł im Pan?

Ucie­kłem. W Lon­dy­nie raz się otar­łem o śmierć.

W po­dob­nych oko­licz­no­ściach?

Nie, tro­chę in­nych. Ktoś chciał mnie za­mor­do­wać.

Dla­cze­go?

Był bar­dzo za­zdro­sny o mój ta­lent. Jak­kol­wiek by to nie brzmia­ło, to mó­wię po­waż­nie. To by­ło na stu­diach.

Jak kon­kret­nie chciał Pa­na za­bić? Tru­ci­zna, pi­sto­let?

Nie. Chciał mnie udu­sić. Nie chcę o tym wię­cej mó­wić. Prze­ży­łem i mam na­dzie­ję, że je­mu już prze­szło.

Kie­dyś prze­zna­cze­nie Pa­na do­pad­nie. Zna­my ze skle­pów tak zwa­ną odzież po­grze­bo­wą ­– po­śled­nie­go ga­tunku i nie­wy­szu­ka­ną w for­mie. My­ślał Pan o stro­ju dla sie­bie na ta­ką oka­zję?

Mo­że to py­ta­nie po­win­no być mo­ją in­spi­ra­cją na na­stęp­ną ko­lek­cję? Jesz­cze o tym nie my­śla­łem. Szcze­rze mó­wiąc dla­te­go, że cia­ła umar­łe i krew w ogó­le bar­dzo nie­ko­rzyst­nie na mnie dzia­ła­ją. Je­że­li cza­sa­mi się ska­le­czę, to po pro­stu mdle­ję, nie mo­gę te­go znieść.

Nie­bosz­czy­cy nie krwa­wią.

Chciał­bym być spa­lo­ny i mo­je pro­chy po­win­ny być roz­sy­pa­ne na łąkach w Pol­sce, tam gdzie się wychowałem ­– u bab­ci. To naj­bar­dziej ro­man­tycz­ne i pięk­ne te­re­ny, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łem.

Wróć­my do mo­dy dla zmar­łych. Ja­ka po­win­na być?

To za­le­ży od fe­ty­sza, od te­go, co czło­wiek lu­bi. Zna­łem czło­wie­ka w Lon­dy­nie, któ­ry po­wie­dział, że jak umrze, to chce być po­cho­wa­ny w gar­ni­tu­rze z gu­my. Uwiel­biał gu­mo­we ubra­nia. Je­że­li ktoś ko­cha je­dwab, to po­wi­nien być po­cho­wa­ny w pięk­nym gar­ni­tu­rze z je­dwa­biu.

Ja­ki ma­te­riał naj­le­piej od­po­wia­da ma­je­sta­to­wi śmier­ci?

Ogień. Cia­ła nie po­win­ny zja­dać ro­ba­ki. To nie­przy­jem­ne.

Czy moż­na ubrać się w ogień?

Moż­na zro­bić na­druk ognia na je­dwa­biu. Nie da się ubrać w ogień.

Mu­si Pan być pro­jek­tan­tem-biz­nes­me­nem. Biz­nes­me­ni cza­sa­mi bankru­tu­ją. Czy my­śli Pan, że prze­trwał­by ta­ką po­raż­kę?


To by­ła­by dla mnie naj­więk­sza pró­ba, czy na­praw­dę ko­cham to, co ro­bię.

Nie po­peł­nił­by Pan sa­mo­bój­stwa?

Na pew­no nie z ta­kie­go po­wo­du.

A co mo­gło­by Pa­na pchnąć ku sa­mo­bój­stwu?

Gdy­by ktoś miał na­de mną wła­dzę i zmu­szał do mor­der­stwa. Wo­lał­bym sam po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, niż ko­muś in­ne­mu ode­brać ży­cie.

Te­raz jest Pan szczę­śli­wy, wy­peł­nio­ny suk­ce­sem. Jesz­cze kil­ka lat te­mu w Pol­sce nie by­ło Pa­nu tak ró­żo­wo. Co Pan z te­go pa­mię­ta?

Chwi­la­mi by­łem bar­dzo nie­szczę­śli­wym czło­wie­kiem.

Ucie­kał Pan przed smut­kiem w al­ko­hol?

By­łem stu­den­tem w Pol­sce, miesz­ka­łem w aka­de­mi­ku, więc je­dy­ną do­stęp­ną roz­ryw­ką był al­ko­hol z „mety”, od pa­ni Bro­ni. To by­ły ta­kie cza­sy jesz­cze i prak­tycz­nie mo­ja je­dy­na roz­ryw­ka.

W aka­de­mi­ku był Pan dzi­wa­dłem?

Za­wsze by­łem dzi­wa­dłem. Nie­tu­zin­ko­wo się za­cho­wy­wa­łem, nie­tu­zin­ko­wo się ubie­ra­łem i au­to­ma­tycz­nie dla nor­mal­ne­go czło­wie­ka z uli­cy by­łem dziw­nym stwo­rem. Ni­gdy nie za­po­mnę, jak spo­ty­ka­łem w Krakowie na im­pre­zach nie­zna­nych mi lu­dzi, przed­sta­wia­łem im się, a oni: „My cie­bie zna­my!” „Skąd mnie zna­cie?” „Każ­dy w Kra­ko­wie cię zna”.

Był Pan kra­kow­ską oso­bli­wo­ścią?

Dzi­wi się pan? W 1991 ro­ku cho­dzi­łem w spodniach z jed­ną no­gaw­ką krót­ką, a dru­gą dłu­gą. Ta krót­ka nie zasła­nia­ła mi pół­dup­ka.

A ja­kim był Pan dziec­kiem?

Bar­dzo ci­chym i spo­koj­nym. Sie­dzia­łem za­wsze w kącie i roz­wiązy­wa­łem i za­wiązy­wa­łem sznu­ro­wa­dła od bu­tów. By­łem ra­czej za­mknię­ty w so­bie, nie­szczę­śli­wy ­– nie lu­bi­łem szko­ły. Uwa­ża­łem szko­łę za in­sty­tu­cję nie­kre­atyw­ną, ogra­ni­cza­jącą. W li­ceum cho­dzi­łem do kla­sy ma­te­ma­tycz­no-fi­zycz­nej, a wia­do­mo, że nie mam ści­słe­go umy­słu, więc cier­pia­łem po­dwój­nie.

Czy w Pa­na dzie­ciń­stwie był ktoś, czło­wiek lub in­sty­tu­cja, kto sta­no­wił dla Pa­na opar­cie in­ne niż ro­dzi­ce?

W pod­sta­wów­ce by­łem mo­de­la­rzem. To by­ła mo­ja pa­sja, ro­bi­łem mo­de­le pły­wa­jące i la­ta­jące. Był pan, który pro­wa­dził mo­de­lar­nie. Wte­dy więk­szość cza­su spę­dza­łem z nim. Prak­tycz­nie ten pan był dla mnie pra­wie oj­cem.

Ja­ki on był?

Bar­dzo do­kład­ny, su­mien­ny, cięż­ko pra­cu­jący, so­lid­ny. Jest, bo prze­cież ży­je, fan­ta­stycz­nym czło­wie­kiem. My­śmy spę­dza­li ra­zem więk­szość na­sze­go ży­cia. Po­dró­żo­wa­li­śmy ra­zem na mi­strzo­stwa Pol­ski, na róż­ne zawo­dy. Roz­ma­wia­li­śmy nie tyl­ko o mo­de­lar­stwie, o wszyst­kim.

Miał Pan suk­ce­sy mo­de­lar­skie?

Zdo­by­łem brązo­wy me­dal na Mi­strzo­stwach Pol­ski Mo­de­li Pły­wa­jących.

Za­gląda Pan cza­sem do skle­pów mo­de­lar­skich?

Ko­cham mo­de­le, a ko­ło mo­je­go bu­ti­ku mam sklep mo­de­lar­ski, więc cza­sa­mi tam cho­dzę. Nie­ste­ty, nie mam czasu bu­do­wać mo­de­li.

Czy w świe­cie, w któ­rym Pan ży­je, ja­kieś zna­cze­nie ma Pań­ska narodowość?

Je­że­li bym był An­gli­kiem, to ko­chał­by mnie bry­tyj­ski „Vo­gue”, pcha­li­by mnie na ca­ły świat. Ale nie je­stem, więc mu­szę so­bie sam ra­dzić.

W tym za­wo­dzie, śro­do­wi­sku chy­ba wszy­scy je­ste­ście ko­smo­po­li­ta­mi, a nie pa­trio­ta­mi swo­ich krajów?

Za­wsze sta­ram się pod­kre­ślać, w każ­dym wy­wia­dzie, wy­stąpie­niu, że je­stem bry­tyj­skim pro­jek­tan­tem, ale Po­la­kiem. Tu­tej­sza pra­sa pi­sze o mnie: „ory­gi­nal­ny z Pol­ski, bry­tyj­ski czło­wiek”.

Czu­je Pan ja­kieś wzru­sze­nie, sły­sząc pol­ski hymn?

Już tak daw­no go nie sły­sza­łem, że nie wiem, czy bym się wzru­szył.

Pa­na ko­lek­cja, na­zwij­my ją „re­li­gij­ną”, by­ła moc­no w Pol­sce komentowa­na. Po­ja­wi­ło się wie­le gło­sów obu­rze­nia. Przy oka­zji używano ar­gu­men­tu o nie­mo­ral­nym pro­wa­dze­niu się śro­do­wi­ska mo­dy. Czy pro­wa­dzi­cie roz­wiązłe ży­cie?

Co pan ma na my­śli, mó­wiąc o roz­wiązło­ści?

Nie­sta­łość uczuć, ra­czej łóż­ko­wą.

Wia­do­mo, że w tym biz­ne­sie lu­dzie są bar­dziej otwar­ci i wia­do­mo, że jak się spo­ty­ka dru­gie­go czło­wie­ka, to nikt nie mó­wi od ra­zu: „Bę­dę z to­bą do koń­ca ży­cia”.

Pan jest ko­chli­wy?

Bar­dzo.

Za­czął się Pan ko­chać w pod­sta­wów­ce?

W li­ceum, za­ko­cha­łem się trzy ra­zy. Nie­szczę­śli­wie.

Po­su­nął się Pan do wy­zna­nia mi­ło­sne­go?

Nie po­su­nąłem się. Wy­da­je mi się, że w ży­ciu czy­ny są bar­dziej wia­ry­god­nym do­wo­dem mi­ło­ści niż sło­wa.

Nie­odwza­jem­nio­na mi­łość by­ła nie­szczę­ściem?

W tam­tym mo­men­cie tak.

Ry­czał Pan?

W sa­mot­no­ści. Nie je­stem z tych, któ­rzy pła­czą pu­blicz­nie.

Na stu­diach ja­kaś mi­łość zo­sta­ła od­wza­jem­nio­na?

Tak.

Nie prze­trwa­ła wy­jaz­du do Lon­dy­nu?

Nie mia­ła szans.

Te­raz Pan ko­cha z wza­jem­no­ścią?

Tak.

To ko­bie­ta czy męż­czy­zna?

A co to za róż­ni­ca? Wszyst­kich pan py­ta się, czy są les­bij­ka­mi al­bo ge­ja­mi?

To mnie in­te­re­su­je, bo ja aku­rat ­– tak się zło­ży­ło ­– je­stem heteroseksual­ny i nie wiem, czym jest mi­łość ho­mo­sek­su­al­na, czym się od mo­jej róż­ni. Dla­te­go py­tam o te róż­ni­ce.

Mam zu­peł­nie in­ne spoj­rze­nie na sek­su­al­ność. Po­za tym sek­su­al­ność jest zmien­na. Płeć nie jest dla mnie wy­znacz­ni­kiem war­to­ści i atrak­cyj­no­ści czło­wie­ka. Mo­gę ko­chać i ko­bie­ty, i męż­czyzn ­– za­le­ży od ich charak­te­ru, od te­go, ja­cy są.

Za co ko­cha się męż­czyzn, a za co ko­bie­ty? In­na ta­jem­ni­ca tkwi w ko­bie­cie, a in­na w męż­czyźnie?

Nie zga­dzam się z tym. W dzi­siej­szych cza­sach nie ma już po­dzia­łu na oso­bo­wość mę­ską i ko­bie­cość. Co­co Cha­nel za­po­cząt­ko­wa­ła uni­for­mi­za­cję stro­jów i za­cie­ra się toż­sa­mość płci.

To do­brze?

Tak. To, że je­ste­śmy ludźmi, jest naj­waż­niej­sze. Na przy­kład tra­dy­cyj­ne pol­skie wy­cho­wa­nie po­le­ga­jące na tym, że „męż­czy­zna ni­gdy nie pła­cze” to wiel­ka bzdu­ra. Je­że­li czło­wiek chce pła­kać, to ma do te­go pra­wo i nikt nie mo­że te­go ha­mo­wać nor­mą spo­łecz­ną.

Pan jest w tej chwi­li czło­wie­kiem bo­ga­tym?

Wy­da­je mi się, że je­stem czło­wie­kiem bar­dzo bo­ga­tym, je­że­li cho­dzi o do­świad­cze­nie ży­cio­we. Je­że­li ma pan na my­śli fi­nan­se, to jesz­cze nie uwa­żam się za czło­wie­ka bo­ga­te­go.

A kto to jest czło­wiek bo­ga­ty?

Każ­dy, kto ma po­wy­żej 100 mi­lio­nów do­la­rów.

To jed­nak spo­ro. Pa­nu da­le­ko do te­go?

Jesz­cze tro­szecz­kę mi bra­ku­je.

Ile lat?

Po­dej­rze­wam, że ja­kieś trzy, mo­że czte­ry la­ta.

Jest Pan ty­pem skne­ry czy roz­rzut­ni­ka?

Je­stem po­środ­ku. Skne­rą nie je­stem, „pie­niądze mnie się nie trzy­ma­ją”, to co mam, od ra­zu wy­da­ję. Ale sta­ram się uwa­żać, na co wy­da­ję. Mu­szę in­we­sto­wać w sie­bie i swo­je pro­jek­ty.

Po­cho­dzi Pan z Par­cze­wa, ma­łe­go mia­stecz­ka na po­łu­dniu Pol­ski. Nie ma Pan dziś wra­że­nia, że to ja­kaś ob­ca kra­ina, da­le­ka jak sen?

Na pew­no tak. Szcze­gól­nie jak zo­ba­czy­łem ostat­nio w „Po­li­ty­ce” zdję­cia stam­tąd. Za­po­mnia­łem już, jak tam jest, bo ży­ję w in­nym świe­cie. Cie­szę się, że tam nie miesz­kam.

Co Pan my­ślał, ogląda­jąc te zdję­cia?

Że ży­cie jest tak na­praw­dę baj­ką. Wcze­śniej jak­by nie do­cho­dzi­ło do mnie, że tak da­le­ko je­stem od te­go wszyst­kie­go.

Nie zmro­zi­ła Pa­na myśl, że mógł­by tam te­raz żyć?

Nie. Dla­te­go, że na­wet gdy­bym zban­kru­to­wał i nie miał po­my­słu na ży­cie, to na pew­no bym tam nie zamiesz­kał.

A wy­obra­ża Pan so­bie, że ni­gdy się stam­tąd nie wy­rwał?

Ta­kiej sy­tu­acji so­bie ab­so­lut­nie nie wy­obra­żam.

Ży­je Pan w baj­ce, więc chy­ba rzad­ko wi­dzi swo­ją ro­dzi­nę.

Bar­dzo rzad­ko.

Czy nie ma Pan wra­że­nia, że oni się od­da­la­ją, że sta­ją się da­le­cy, pra­wie ob­cy?

Do­kład­nie tak się czu­ję. To jest smut­ne, bo moi ro­dzi­ce, ro­dzeń­stwo bar­dzo mnie ko­cha­ją i ja ich ko­cham na swój spo­sób. Ale po pro­stu mo­je ży­cie jest tak na­pię­te, że cza­sa­mi nie po­ka­zu­ję tej mo­jej mi­ło­ści, to jak­by ta­ki me­cha­nizm obron­ny. Czło­wiek za­wsze na po­cząt­ku dba o sie­bie, ma od­ruch ego­istycz­ny. Do­pie­ro potem my­śli o in­nych. Dzwo­nię do ro­dzi­ców dwa ra­zy w mie­siącu, ale ma­ma uwa­ża, że to jest za ma­ło.

Mo­że się zda­rzyć, że w koń­cu sta­nie­cie się so­bie cał­ko­wi­cie ob­cy przez te dwa świa­ty, w któ­rych żyje­cie?

Moi ro­dzi­ce ab­so­lut­nie nie ro­zu­mie­ją te­go, co ro­bię, mi­mo że się bar­dzo sta­ra­ją. Nie ro­zu­mie­ją mo­je­go ży­cia. Ale jak ma­ją ro­zu­mieć, sko­ro ni­gdy nie by­li w ta­kiej sy­tu­acji, ni­gdy nie ro­bi­li te­go, co ja ro­bię. Więc nie ocze­ku­ję zro­zu­mie­nia. Od­da­la­my się od sie­bie.

Czy Pan jest ka­to­li­kiem?

Nie, ale je­stem oso­bą wie­rzącą. Wie­rzę w Bo­ga, ale nie w żad­ną re­li­gię.

W ja­kie­go Bo­ga Pan wie­rzy?

W Bo­ga, któ­ry jest per­fek­cją, w Bo­ga, któ­ry jest mi­ło­ścią.

Moż­na być rów­no­cze­śnie per­fek­cją i mi­ło­ścią? Mi­łość jest eg­zal­ta­cją na skra­ju sza­leń­stwa.

Mi­łość jest per­fek­cją du­cha.

To co Pa­na spo­tka po śmier­ci?

Śmierć lu­dzi do­brych to bę­dzie wiecz­nie trwa­jący, przy­jem­ny sen, a śmierć lu­dzi złych bę­dzie sen­nym koszma­rem.

Ja­ko dziec­ko mo­dlił się Pan do Mat­ki Bo­skiej?

Oczy­wi­ście, by­łem wy­cho­wy­wa­ny ja­ko ka­to­lik. Za­wsze się mo­dli­łem przed pój­ściem do łó­żecz­ka.

O co się Pan wte­dy mo­dlił?

O szczę­ście w mo­jej ro­dzi­nie, że­by ro­dzi­ce nie cho­ro­wa­li, że­bym w szko­le dwói nie do­stał, że­by mnie nie za­py­ta­ła na­uczy­ciel­ka od ma­te­ma­ty­ki.

Pro­jek­tu­jąc ostat­nią ko­lek­cję przy­po­mi­nał Pan so­bie tam­te dzie­cię­ce mo­dli­twy, mo­dli­tew­nik, świę­ty obraz?

Nie. Na­wet ja­ko dziec­ko nie mo­dli­łem się do ob­raz­ka. Mo­dli­łem się do Bo­ga, roz­ma­wia­łem so­bie z nim po ci­chu. Ni­gdy nie mia­łem aspi­ra­cji, że­by się mo­dlić do ka­wał­ka zło­ta czy ka­wał­ka drew­na.

W fi­na­ło­wej sce­nie te­go po­ka­zu na­śla­du­je Pan spo­sób ukrzy­żo­wa­nia. Ja­kie zna­cze­nie ma dla Pa­na ten sym­bol?

Wy­da­je mi się, że to jest sym­bol te­go, co się za­wsze dzie­je w ży­ciu, dzia­ło się i bę­dzie się dzia­ło. Sym­bol czło­wie­ka, któ­ry umie­ra za idee.

Chciał­by Pan spo­tkać pa­pie­ża?

Chciał­bym. Po­gra­tu­lo­wał­bym mu, że jest jed­nym z nie­wie­lu lu­dzi, któ­rzy ma­ją na­praw­dę do­bre ser­ce i chcą po­ko­ju na zie­mi.

A ubrał­by go Pan ja­koś ina­czej?

Ubrał­bym, ale wia­do­mo, że on by się nie zgo­dził.

W co by go Pan ubrał?

Ubrał­bym go w za­baw­ne ciu­chy, że­by po pro­stu słod­ko wy­glądał.

Rozmawiał Piotr Najsztub.  

Arkadius
Fot. Tomasz Gzell/PAP

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

NATALIA KUKULSKA Z CÓRKĄ ANNĄ: Wzruszająca rozmowa o tym, jak być matką, kiedy samej się jej nie miało. JUSTYNA I JAKUB PRZYGOŃSCY: Motocyklista i kierowca rajdowy i współwłaścicielka modowej marki – jak łączą życie rodzinne z pasją i pracą? DEKADA GIERKA: Dlaczego lata 70. wciąż fascynują i inspirują? LILIANA GŁĄBCZYŃSKA-KOMOROWSKA: Aktorka i reżyserka, kobieta po przejściach, celebruje dojrzałą miłość. Matka ANNY LEWANDOWSKIEJ – MARIA STACHURSKA snuje historię cioci Stanisławy, położnej w hitlerowskim obozie koncentracyjnym.