Choć zagrał setki ról, najważniejszy scenariusz napisał los. Tylko w VIVIE! Jean Reno z czułością mówił o ukochanej żonie: „Polska dziewczyna zmieniła moje życie”
Za ekranowym wizerunkiem twardziela kryje się człowiek, który z niezwykłą szczerością mówi o miłości, rodzinie i przemijaniu. Z okazji urodzin Jeana Reno przypominamy jego wyjątkową rozmowę z VIVĄ! z 2025 roku.

Miliony widzów pokochały go za niezapomniane role w „Leonie zawodowcu”, „Wielkim błękicie” i „Nikicie”. Sam Jean Reno przekonuje jednak, że najważniejsze zwroty akcji wydarzyły się poza planem filmowym. Aktorem został po trzydziestce, pierwszą powieść napisał po siedemdziesiątce, a o swojej trzeciej żonie, Zofii Boruckiej, która ma polskie korzenie, mówi z czułością, że odmieniła jego życie i pozostanie u jego boku „aż do śmierci”. Z okazji urodzin legendy kina wracamy do wyjątkowej rozmowy z VIVĄ! z 2025 roku – o miłości, ojcostwie, przemijaniu i odwadze, by nigdy nie przestawać zaczynać od nowa.
Jean Reno w rozmowie z VIVĄ! Z okazji urodzin artysty przypominamy archiwalny wywiad z 2025 roku
Aktorem został w wieku 31 lat. Pokochaliśmy go za role w filmach „Nikita”, „Wielki błękit” czy „Leon zawodowiec”. W trakcie pandemii, będąc po siedemdziesiątce, Jean Reno napisał romantyczno-szpiegowską powieść „Emma”. Słynny aktor opowiedział Katarzynie Piątkowskiej, co go do tego skłoniło, jak dobrze zna młode kobiety, o różnych etapach ojcostwa, akceptacji starości i lęku przed śmiercią.
–Słyszałam, że Pana ulubionym pytaniem jest: „Pourquoi?”. Zapytam więc od razu: Dlaczego napisał Pan książkę?
Jestem przyzwyczajony do opowiadania historii. Na tym między innymi polega zawód aktora. Owszem, głównie to są cudze historie, ale swoich też mam w głowie całkiem sporo.
– Chciał więc Pan opowiedzieć historię za pomocą innego medium niż to, którego używał Pan przez ostatnie 40 lat?
Gdyby nie wybuch pandemii, być może bym tego nie zrobił. Wtedy wszyscy zostaliśmy zamknięci w domach, a wielu z nas zapewne siedziało bezczynnie. A ja lubię nic nie robić, ale tylko wtedy, kiedy sam o tym zdecyduję, a nie kiedy jest mi to narzucone. Siedziałem więc w domu i myślałem: Jestem stary, nie mam nic do roboty, nie mam żadnego projektu do zrealizowania. Pora umierać? A ja wcale nie chciałem umierać.
– Z premedytacją nie nazywa Pan siebie pisarzem?
Przyjaźnię się z Markiem Levym, uwielbiam Victora Hugo i z szacunku do nich i wszystkich innych pisarzy nigdy tak o sobie nie powiem. Gdybym miał żyć z pisania, zająłbym się tym już 50 lat temu. Po prostu w wieku 76 lat znalazłem przestrzeń na to, by napisać książkę.
– Na szczęście dla nas został Pan aktorem. Tyle że w wieku 31 lat. Zalicza Pan w życiu późne debiuty.
Nie da się ukryć (śmiech). Ten literacki dał mi poczucie, że moje życie wciąż trwa. Dzięki temu odkrywam nowe miejsca i tak jak z tobą rozmawiam o innych rzeczach niż dotychczas. Muszę się do czegoś przyznać. Emma jest ze mną od dawna. Jest ze mną prawie zawsze i zawsze pojawia się z mojej prawej strony (śmiech). Dlatego prawdopodobnie będę musiał napisać kontynuację jej przygód.
Czytaj też: Ich związek od początku owiany jest tajemnicą, od lat tworzą zgrany duet. Oboje unikają medialnego rozgłosu

– Przeczytałam „Emmę” i cały czas się zastanawiam, skąd Pan tyle wie o tym, co może mieć w głowie 29-letnia kobieta.
Ty mi powiedziałaś, że wiem dużo (śmiech). A prawda jest taka, że nie wiem tego, po prostu sobie wyobrażam. I próbuję ją zrozumieć, dowiedzieć się, jakie targają nią uczucia i czego pragnie najbardziej.
– Mówi Pan o literackiej bohaterce, jakby była żywą osobą. Skoro jest z Panem prawie cały czas, nie może Pan narzekać na samotność.
Ona sprawia, że będąc samotnym, nie jest mi w tej samotności źle. Każdy człowiek niesie w sobie samotność i nie powinien od tego tematu uciekać. Myślę, że ona wynika z poczucia niemocy. Kiedy nie potrafimy znaleźć rozwiązania jakiejś sytuacji, kiedy nie możemy osiągnąć zamierzonego celu albo zrealizować marzeń. Ktoś może nam próbować w tym pomóc, ale ostatecznie jesteśmy w tym sami.
– Aktorstwo pozwala na kontakty z ludźmi. Wiele razy podkreślał Pan, jak bardzo jest to istotna sprawa być blisko innych. Ale zajął się Pan pisaniem, co postrzegam jako dość samotnicze zajęcie. Zmęczył się Pan już towarzystwem?
Wszystkie takie uczucia są w porządku. I samotność, i zmęczenie innymi. Zazwyczaj jest wokół mnie dużo ludzi. Mam przecież wspaniałą żonę, sześcioro dzieci, dwoje najmłodszych wciąż przy sobie, byłe żony, ochroniarza, agentkę, która ze mną przyjechała do Polski. Gdy piszę, jestem sam… z Emmą (śmiech).
– Sprytnie zostawił Pan sobie otwartą furtkę, żeby mogła powrócić.
Taki miałem plan. Nie mogę jej teraz tak zostawić – wyrwałem ją z Francji, którą kocha, rzuciłem w objęcia omańskiego dostojnika i w szpony szpiegów. A poza tym po prostu ją lubię (śmiech).
– Dobrze jest lubić kogoś, z kim się jest prawie przez cały czas (śmiech). Wysłał ją na Pan w egzotyczne miejsce, do Omanu, na pustynię.
Sam spędziłem na pustyni w Maroku wiele nocy. Pustynia jest niesamowita, bo jest w niej wolność. Za każdym razem, kiedy czuję ból, czuję się samotny. Kiedy nie mogę spać, marzę, by móc szybko przenieść się w takie właśnie miejsce. Jestem przekonany, że mój niepokój natychmiast by zniknął.
Czytaj też: Poświęciła karierę dla rodziny, gorzko tego pożałowała. Historia miłości Grażyny i Jana Kulczyków

– Oman – ciekawe miejsce na umieszczenie tam akcji powieści szpiegowskiej.
Dla większości z nas jest krajem bardzo tajemniczym, o którym tak naprawdę niewiele wiadomo. Kiedyś byłem w Katarze na festiwalu filmowym i wybrałem się na jednodniową wycieczkę właśnie do Omanu. Gdy zacząłem pisać, pomyślałem właśnie o tym miejscu. Potrzebowałem kraju z dostępem do morza, egzotycznego, w którym kobiety mogą czuć się względnie bezpiecznie, a tam jest właśnie bezpieczniej niż w innych arabskich krajach.
– Kiedy powiedział Pan żonie, że napisze książkę, zdziwiła się?
Nie, bo ona wie, że muszę coś robić. I to ona jako pierwsza ją przeczytała.
– Była szczera w ocenie?
Wydaje mi się, że jest w tym bardzo uczciwa. Gdy coś, co robię, nie podoba się jej, krzywi się. O „Emmie” wypowiedziała się pozytywnie już po pierwszych 40 stronach. Przysięgam. Za to dzieci… (śmiech). Gdy Zofia powiedziała: „Tata napisał książkę”, nasi synowie Cielo i Dean mruknęli: „Aha, no dobra, super. A gdzie makaron?”.
– Zupełnie się nie zainteresowali tym, co Pan robi?
To są nastolatkowie. Ich nie interesuje, czy właśnie napisałem książkę, czy może nakręciłem kolejny film. A nakręciłem dwa (śmiech). Uważam, że taka reakcja jest w porządku, bo w domu jestem przede wszystkim ojcem, a nie aktorem czy człowiekiem, który napisał książkę.
– Pan ma jeszcze czworo starszych dzieci. Czy dla nich też przede wszystkim był Pan ojcem?
Niestety nie, a jak być dobrym ojcem, uczyłem się na własnych błędach. Kiedy rodziły się moje najstarsze dzieci Sandra i Michael, moja kariera dopiero się rozkręcała. Gdy na świat przyszli Tom i Serena, byłem u jej szczytu. A teraz… mam więcej czasu, jestem więc ojcem obecnym. Gdyby było inaczej, byłbym głupkiem. Powiem ci, że mógłbym porównać moją karierę do lotu bombowcem. Gdy samolot się wznosi, pilot nie zwraca uwagi na widoki, na ludzi, jest skupiony na tym, by się po prostu wznieść. Dopiero później może zachwycać się tym, co widzi z góry. Ja podczas moich dwóch pierwszych małżeństw z Geneviève i z Nathalie byłem na wznoszącej, więc moje pole widzenia było ograniczone. Tak, byłem kiepskim mężem i ojcem.
– Wybaczył Pan sobie?
Oni wszyscy mi wybaczyli. Dzisiaj mam fantastyczne kontakty ze starszymi dziećmi i z byłymi żonami. Ale samemu sobie nigdy nie będę w stanie wybaczyć.
– Nawiążę do książki – w sposób ekstremalny zmienia Pan życie swojej bohaterki. Chyba ma Pan doświadczenie w radykalnych życiowych zmianach.
Stop! Stop! Właśnie wpadł mi do głowy pewien pomysł i muszę go zapisać. Dziękuję, że mi go poddałaś. Twoje pytanie mnie zainspirowało, ale na razie nic więcej nie powiem (śmiech). Momentów przełomowych było w moim życiu wiele. Pierwszy, gdy zmarła moja mama, a ja przeniosłem się z Casablanki do Paryża. Miałem w kieszeni jedynie 100 franków. To tak, jakbym dzisiaj chciał wszystko zmieniać, mając 30 euro w kieszeni. Potem przeprowadziłem się do Ameryki, bo postanowiłem zostawić Europę dla kobiety. Dzisiaj myślę, że to były wielkie zmiany, tylko że wtedy tak o nich nie myślałem. Wydaje mi się, że były możliwe tylko dzięki pewnej nieświadomości. Gdybym wiedział, że to wielkie zmiany, to pewnie bym się nigdzie nie ruszył.

– Ze strachu przed nowym?
Pewnie! Lata 60. to była inna, dużo bardziej romantyczna epoka. I dużo łatwiej było podjąć decyzję o przeprowadzce z kontynentu na kontynent, bo nie było obaw, że pozostanie się bezrobotnym. Nie bałem się, że nie będę miał co robić, gdy wyruszałem z Maroka do Francji. Później zresztą też nie. Wielką zmianą w moim życiu było to, że stałem się sławny, odniosłem sukces. Nagle okazało się, że ludzie mnie słuchają, że chcą wiedzieć, co mam do powiedzenia. Dzisiaj widzę w tym niebezpieczeństwo dla młodych ludzi, którzy są w drodze po sławę. Nie wiedzą, jaka jest prawda albo jej do siebie nie dopuszczają. Najważniejsi są oni i ich poczucie sprawczości. A prawda jest taka, że najważniejsza jest wymiana z drugim człowiekiem. Nie można tylko do ludzi mówić. Trzeba ich słuchać. Ty słuchasz mnie, a ja ciebie. Już dwa razy podczas jednej rozmowy zainspirowałaś mnie swoimi pytaniami. Wpadłem jeszcze na pomysł, że mógłbym coś napisać i dać temu tytuł „Polska dziewczyna zmieniła moje życie”.
– To mogłaby być Pana autobiografia.
Z 50 stron da się napisać (śmiech). Wiesz, mogę powiedzieć, że kiedy poznałem trzecią żonę, moje życie znów się zmieniło. Ekstremalnie.
– Aż tak?
To dla niej zostałem w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj mamy dwóch fantastycznych nastoletnich synów, a ona pozostanie moją żoną aż do śmierci. Tego jestem pewien.
– Myśli Pan czasem o śmierci?
Akceptuję to, że się starzeję, że moje ciało się starzeje. Smutne jest to, że starzeje się też umysł. Czy się boję śmierci? Może czasami. Przede wszystkim boję się tego, że będę cierpiał. Chciałbym umrzeć szybko, by nie być ciężarem dla moich bliskich. Na przykład tak jak Humphrey Bogart. On po prostu pewnego dnia położył się spać i rano już się nie obudził. Wracając do zmian… dla mnie ważne jest, żeby mówić ludziom, żeby doceniali to, co mają, ale żeby nie bali się zmian. Jestem przykładem na to, że są one całkiem dobre.
– Dobrego życia pragniemy nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla swoich dzieci.
Staram się sprawić, by ich życie było przede wszystkim normalne. Gdy kręciłem „Wielki błękit”, Rosanna Arquette trafiła do kliniki odwykowej ze względu na problemy z alkoholem. Kiedy kręciłem „Człowieka w złotej masce”, Marlee Matlin miała problem z narkotykami. Kokaina była wtedy wszędzie, zażywali ją biznesmeni, aktorzy, muzycy, a mnie to przerażało. Wyobrażałem sobie moje dzieci jadące przez Los Angeles kabrioletem i wrzeszczące: „Mój tata jest aktorem! Zażyjemy sobie narkotyki!”. Na szczęście udało mi się je przed tym uchronić.
– Któreś z nich próbowało wykorzystać to, że mają sławnego ojca?
W szkole nigdy. Raczej to ukrywały, żeby nie spotkać się ze społecznym ostracyzmem. Dobrze jest być lubianym dlatego, że jest się fajną osobą, a nie dlatego, że tata jest aktorem. Dlatego na tę wiedzę zasłużyli tylko najbliżsi przyjaciele, gdy już zdobyli ich zaufanie. Na szczęście dzieci nie noszą nazwiska Reno, bo zakładam, że nie ułatwiłoby to im życia.
– Najstarsza córka, która marzyła o aktorstwie, też się nie chwaliła, kto jest jej ojcem?
Na szczęście w miarę szybko zrozumiała, że się do tego nie nadaje (śmiech). Przykro mi to powiedzieć, ale muszę być szczery – jej talent był niewystarczający, więc i nazwisko by nic nie pomogło.

– Powiedział jej Pan?
Czekałem, aż sama do tego dojdzie.
– Długo?
Ja wiedziałem od razu, Sandra zrozumiała po czterech latach. To jest tak, jak z profesjonalnym gitarzystą, który słyszy początkującego. Po kilku dźwiękach już wie, czy ten ktoś ma talent, czy nie. Chciałem móc powiedzieć, że jest świetna, ale niestety nie było to możliwe. Nawet pytałem ją, czy chce zostać aktorką ze względu na siebie, czy ze względu na mnie. Pozostałe dzieci nie miały takich pomysłów. Michael śpiewa i uczy śpiewu, Tom ma restaurację, a Serena jest lekarką weterynarii. Wszyscy są szczęśliwi, robiąc to, co robią.
– Tak jak Pan, gdy zaniósł książkę do wydawnictwa?
Zdziwiłem się, gdy usłyszałem, że zostanie wydana: „Jesteś pewien? Mówisz tak, bo masz książkę Jeana Reno czy po prostu masz dobrą książkę?”.
– Nie był Pan pewien, czy podoba się, bo jest dobra, czy dlatego, że nazywa się Pan Jean Reno?
Tylko moja żona w trakcie pisania dawała mi swoje uwagi. Nie korzystałem z niczyich porad, nawet Marca Levy’ego, z którym się przyjaźnię. Musiałem uwierzyć na słowo, gdy Renaud Leblond powiedział, że jest pewien, że to, co napisałem, jest dobre. Oczywiście domyślam się, że z moim nazwiskiem jest jak z dobrą kartą w grze. Można z niej skorzystać, ale to nie jest konieczne. Oni wybrali zagranie. A ja jestem wdzięczny, bo po spełnili moje marzenie o opowiedzeniu kolejnej historii.
