WSPOMNIENIE

Zofia Czerwińska: „Przyjaźń dla mnie jest ważniejsza niż miłość”

Z Mariuszem Szczygłem łączyła ją wyjątkowa relacja!

Olga Figaszewska 13 marca 2019 16:30

Zofia Czerwińska nie żyje. Aktorka zmarła w wieku 86 lat. O śmierci artystki poinformował jej przyjaciel Mariusz Szczygieł.  Łączyła ich wyjątkowa relacja. Dojrzała aktorka i znany dziennikarz. Zdawałoby się, że wszystko ich dzieliło – wiek, krąg towarzyski, praca. A jednak przyjaźnili się od wielu lat, telefonowali do siebie co noc, chodzili razem do teatru i do kina, bardzo liczyli się ze swoim zdaniem. Chociaż zawsze wzajemnie sobie dogadywali i nieustannie się droczyli, ta przyjaźń miała dla obojga ogromne znaczenie. Przypominamy niezwykły wywiad VIVY! z Zofią Czerwińską i Mariuszem Szczygłem, którego udzielili Krystynie Pytlakowskiej.

Kiedy to się stało?

Mariusz: W 1993 roku. Znamy się już 20 lat.
Zofia: Połączyła nas metafizyka.

Mariusz: Zaczęło się od tego, że zamieszkałem w willi na Sadybie, przy Okrężnej. Fajne, przestronne mieszkanie. Ale nie wiadomo dlaczego, zacząłem tam intensywnie myśleć o Zofii.

Zofia: Powiedz raczej, że tylko przychodziłam ci na myśl. Miałeś mnie gdzieś tam, w podwzgórzu.

Mariusz: Tak, nie wiadomo, z jakiego powodu, bo nie miałem nawet telewizora. Byłem zresztą wtedy studentem.

Ale kojarzył Pan nazwisko Czerwińska?

Mariusz: Nie tylko kojarzyłem, ale bardzo lubiłem Zosię jako aktorkę. Osadziłaś mi się w podwzgórzu – ty i jeszcze jedna aktorka, Bohdana Majda. Obie miałyście taką fajną cierpkość. No i rozmawiam z właścicielem domu. Pytam go: „Panie Stefanie, dlaczego do pokoju prowadzą dwie pary drzwi i są dodatkowe schody, przecież to jeden dom”. I ten pan Stefan mówi mi na to: „Wymyśliła taka jedna aktorka, Zośka Czerwińska”.    

Zofia: Ja tam wcześniej mieszkałam, bo ten dom zbudował mój wujek, który zresztą nigdy się tam nie wprowadził, bo ciotka tego nie chciała. Wobec tego sprzedała dół panu Stefanowi Sapińskiemu, a ja zajęłam górę i musiałam wybudować wewnętrzne schody.

Mariusz: Pomyślałem sobie wtedy, że to niesamowity zbieg okoliczności i okazja, żeby poznać tę aktorkę bliżej. Bo ja tak mam w życiu, że z kim chcę się zaprzyjaźnić, to się zaprzyjaźnię.

Pan prowokuje te przyjaźnie?

Mariusz: Tak, ponieważ to ja muszę nawiązać „romans”, w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. To ja jestem typem, który podrywa. I gdyby najwspanialszy obiekt przyjaźniowy albo erotyczny usiadł mi na kolanach, to ucieknę. Bardzo lubię zdobywać osoby trudne, z nikim łatwym się nie przyjaźnię. Dość powiedzieć, że moimi przyjaciółmi są nie tylko Zosia, ale Hanna Krall i tłumaczka z Pragi Helena Stachova. O te trzy osoby zabiegałem, są klejnotami mojego życia, naprawdę. Natomiast nie znoszę, gdy ktoś mnie nagabuje.

Zofia: Natomiast wszyscy mężczyźni, którzy mnie zdobyli, zostali dużo wcześniej poderwani przeze mnie, tylko o tym nie wiedzieli.

Mężowie?

Zofia: Mężowie też, ale nie trzymajmy się ich kurczowo. Miałam dwóch mężów, a mówię o mężczyznach w ogóle. Nie wnikajmy, ilu ich było.

Mariusz: W każdym razie to ja zadzwoniłem do Zosi: „Dzień dobry, nazywam się Mariusz Szczygieł, już bardzo długo o pani myślę”.   

A Pani sądziła, że to maniak seksualny?

Zofia: Wiedziałam, kto to jest, bo czytam „Gazetę Wyborczą” od pierwszego numeru. Zdziwiłam się jednak: „To jakieś żarty chyba”. Ale kiedy powiedział, że śpi na moim tapczanie, pojęłam tę transcendencję.

Mariusz: Zapytała wtedy: „A wisi tam jeszcze w pokoju lustro między oknami?”. „Wisi”. Na to Zosia: „To moje. I może dlatego, że zaglądasz do cudzego lustra, masz natręctwo myśli”.

Mnie zawsze ostrzegano: „Nie przeglądaj się za długo w lustrze, bo diabła zobaczysz”.

Zofia: I mieli rację, bo Mariusz właśnie diabła zobaczył. Natomiast jeśli chodzi o lustra, to powiem pani, jak kobieta kobiecie, że nie lubię w nie patrzeć. Nigdy nie miałam specjalnego nabożeństwa do mojego konterfektu.

Może dlatego zostawiła Pani to lustro bez żalu?

Zofia: Zostawiłam, bo tam było na nie miejsce. Nie miałam gdzie go powiesić, gdy się stamtąd wyprowadzaliśmy po moim drugim ślubie w 1968 roku. A wracając do Mariusza, nawet przez myśl mi nie przeszło, że jest erotomanem. Szybko chwyciłam, o co chodzi. Nie znałam go osobiście, ale potem zobaczyliśmy się na ulicy.

Mariusz: Przypadkowo zresztą. Powiedziałem: „Jestem tym, który dzwonił”, a Zosia odparła, że mój głos był głosem bruneta. Nie zaprzyjaźniliśmy się od razu. Ale chyba w 2000 roku, gdy już byliśmy blisko, zdarzyło się coś, co mogło zniszczyć tę przyjaźń.  

Co się wtedy stało?

Mariusz: Ja wtedy prowadziłem talk-show „Na każdy temat”. Zresztą to ty mnie poleciłaś w 1995 roku reżyserowi Witoldowi Orzechowskiemu.

Zofia: Bo spytał mnie, czy nie znam kogoś na zastępstwo za Andrzeja Woyciechowskiego na czas jego choroby. Podsunęłam mu więc twoje nazwisko. A on na to: „O nim właśnie myślałem”. Tak to było.

Mariusz: No i prowadziłem ten talk-show już kilka lat. A producentowi, reżyserowi przychodziły do głowy coraz to nowe pomysły. Chcieli, żebyśmy pokazali, że ludzie dla występu w telewizji są w stanie zrobić wszystko. Zdołali namówić mnie i ekipę, żebyśmy z dżdżownic zrobili koktajl na kefirze i cała grupa go wypiła. A kto wypił najszybciej, miał dostać w nagrodę lodówkę.

Zofia: To było okrucieństwo, i w dodatku nagradzane. Powiedziałam to Mariuszowi. A potem nastały między nami ciche dni.

Mariusz: Gdy na drugi dzień po programie zadzwoniłem do Zosi, była tak wzburzona, że przeszła „na pan”. Powiedziała: „Przecież te zwierzęta cierpią. Jesteście, panowie, idiotami”. Bo Zosia nie przebiera w słowach.

Zofia: „Idiota” wcale bym nie użyła, nawymyślałam wam od ch… normalnie. Przedtem kilka razy ochrzaniałam cię za wasze pomysły, że zapraszałeś do programu okropne baby i że zawodnicy musieli pić własny mocz. Swoje siuśki mogli sobie pić, to ich broszka. Ale dżdżownice umarły w męczarniach. Nasza przyjaźń jednak przetrwała, bo Mariusz pojął swój błąd i wyciągnął z niego wnioski.

Mariusz: Dzięki Zosi zrozumiałem, że nie na wszystko trzeba się w telewizji zgadzać. Bo jeśli człowiek za długo tam pracuje, ulega łatwości godzenia się na wiele dla dobra oglądalności.

Dla wielu ludzi Wasza przyjaźń jest przedziwna, nie wspominając o różnicy wieku.

Zofia: Te różnice między nami aż tak widać? Chociaż Mariusz upodabnia się do mnie – wygląda coraz młodziej.

Pewnie robi jakieś botoksy?

Mariusz: Botoksy to nie, ale regularnie ćwiczę, co drugi dzień chodzę na dwie godziny  treningu. Sporo schudłem.  

Zofia: Nie jest już taki młodziutki, ale nie ma co tego aż tak podkreślać.

Mariusz: Wieku nie ujawniamy. Najlepsze, gdy moja mama mówi: „Synu, ogól się, proszę, gdy wybierasz się do przychodni lekarskiej”.

Zofia: Nie mówi się „ogól” tylko „ogol”.

Mariusz: Jest oboczność form… Ja mam zarost troszkę już siwawy. Pytam: „Dlaczego?”. Mama: „Przecież po tobie widać, ile ja mam lat”.

Zofia: I to jest ta kobieca przekora.

Mariusz: Na jakich podstawach opiera się nasza przyjaźń? Mam własną teorię.

Zofia: Żebyś tylko nie popadł w dumę, przyjaźń dla mnie jest ważniejsza niż miłość i opiera się na lojalności. A ja jestem pies na lojalność. Sama jestem niewyobrażalnie lojalna.

Mariusz: I kilka przyjaźni w swoim życiu skończyłaś.

Zofia: Tak. I najbardziej cierpiałam, gdy moje dwie przyjaźnie się zawaliły,  właśnie przez utratę lojalności. To było o wiele gorsze niż zdrada w miłości. Jeśli w przyjaźni przyjaciółka pozwala, żeby za jej zgodą upokarzał mnie mój wróg, to chyba jasny przykład. Dżekuś, chodź tu do mnie!

Dżek ma 11 lat, ale też wyjątkowo młodo wygląda.

Zofia: On ma to po mnie. A w ogóle to psy się upodabniają do właścicieli. Też muszę sobie skubać brodę. Ja wieczorem biorę pęsetkę i wyskubuję ją, tak na czuja.
Mariusz: Widzi pani? To ta Zosi autoironia. Uwielbiam jej humor! Ona ma genialne skojarzenia. Mam mnóstwo zapisanych złotych myśli Zosi.

To właśnie ta podstawa Waszej przyjaźni?

Mariusz: To wierzchołek tej podstawy. Tej błyskotliwości, jaką ma Zosia, nie ma ani moja mama, ani nikt inny. Tata jest wesoły, ale mama jest skromna, poważna i taka nieinwazyjna. Myślę więc sobie, że szukając przyjaźni z kobietami trochę starszymi ode mnie…

Zofia: Trochę!

Mariusz: …potrzebowałem właśnie takich cech osobowości, z którymi bym chciał obcować, a Zosia uzupełnia cechy mojej mamy.

Rozumiem, matkuje Pani Mariuszowi?

Zofia: Nasz kontakt nie ma nic wspólnego z matkowaniem. Gdybym w ogóle była matką – bardzo cierpię, że nie jestem – miałabym może jakiś dziwny matczyny stosunek do niego. Na przyjaźń trzeba mieć czas. A ja go mam, bo odkąd znam Mariusza, już byłam sama. Po dwóch małżeństwach i całej tej watasze panów. Uważałam, że jak mam sześćdziesiątkę, to już po ptakach. I powiem szczerze – było po ptakach, ponieważ wstydziłabym się w tym wieku romansować.

Mariusz: Ale w latach 90. jakaś kolorowa gazeta napisała, że jeździsz na Ursynów i wracasz bardzo rozradowana.

A Pan wtedy mieszkał na Ursynowie?

Mariusz: Nie, nie jeździła do mnie. Ale miałaś z kimś romans na Ursynowie?

Zofia: Pisano, że mam tajemniczy uśmiech, gdy stamtąd wracam. I niech tak zostanie.

Mariusz: Nasza przyjaźń polega też na tym, że możemy sobie pogadać na tematy, o których z rodzicami się nie rozmawia. Zosia nie jest pruderyjna.

Zofia: Twoja mama jest o mnie trochę zazdrosna. Chociaż sałatkę jarzynową mi przysyła. Bardzo dobrą zresztą.

Mariusz: I zawsze pyta: „Idziesz do swojej drugiej mamy?”. Ja protestuję: „Zosia nie jest moją mamą”. A z drugiej strony jest bardzo dumna – gdy wystąpię z Zosią w telewizji na przykład, zawiadamia całą Złotoryję, żeby to oglądali.  

Ale ojca Mariusza o mało Pani nie rozjechała na ulicy?

Zofia: Mariusz, zwróć mu uwagę, że gdy wchodzi na jezdnię, niech się najpierw rozejrzy.

Mariusz: À propos pruderii, mój tata przełącza na inny kanał, gdy się całują w filmie. Dlatego tak istotne jest, że Zosia nic a nic nie ma takiej wstydliwości i nazywa rzeczy po imieniu. Za to posiada czystą energię, cała jest energią, także intelektualną.

Zofia: Mów tak mi jak najczęściej.

Mariusz: Ile razy zadzwonię do niej, staję się natychmiast ożywiony.

Zofia: A dzwoni o trzeciej rano! Chociaż ostatnio pozwolił dzwonić do siebie tylko do pierwszej w nocy, bo wstaje rano na tę gimnastykę.

Mariusz: Bo ty mnie rozbudzasz i ożywiasz, mówiąc takie rzeczy, które natychmiast chcę zapisać. Na przykład: „Tak naprawdę w życiu można liczyć tylko na siebie, ale co zrobić, jeśli i tego zabraknie?”.

Zofia: Bardzo rzadko ludzie to rozumieją. Pytają: „Zaraz, to znaczy, że co?”. No, że umrzesz, kurwa mać.  

W „Dzień dobry TVN” wspominała Pani o testamencie i bardzo mnie to rozbawiło.

Zofia: Mariusz jest jego wykonawcą i pewnie mu coś kapnie. Jest to więc przyjaźń dozgonna. Zaczynasz być bogaty przez te baby. Pamiętam, jak pytał, czy to moje mieszkanie.   

Mariusz: Akurat mieszkanie jest zapisane na twojego kuzyna.

Pani Zofio, wbrew pozorom chyba nie tak łatwo się z Panią zaprzyjaźnić?

Zofia: Mam dużo dobrych znajomych, ale przyjaciół niewielu. Było ich więcej, ale zaczęli znikać. Śmierć to bym im wybaczyła, trudniej wybaczyć, gdy przyjaciel okaże się tylko znajomym. Bo ja mam pecha, że jestem uczynna, a moja uczynność spotyka się ze złością, bo najgorzej pomagać koleżankom, które tej pomocy znieść nie mogą, gdyż uważały, że stoją wyżej ode mnie, a spadły niżej.

Mariusz: Ja lubię uczynność Zosi. Ciągle chce gdzieś zawozić moich rodziców.

Zofia: Mężczyzna powinien mieć samochód, ale Mariusz nie ma smykały do prowadzenia. Wolę więc ja go podwozić.

Udzielacie sobie dobrych rad?

Mariusz: Kilka razy mi się zdarzyło, że pytałem Zosię, jak mam się zachować w danej sytuacji. Bo ja jestem patologicznie miły, a to sprawia, że często mam kłopoty z ludźmi, którym muszę powiedzieć jakąś nieprzyjemną prawdę. Zawsze dowiadywałem się od ciebie, żeby nie kłamać, nie iść okrężną drogą. Zosia mówi: „Powiedz tylko prawdę”.

Zofia: Tak, z miłym uśmiechem też można uciąć łeb.

Mariusz: Też staram się Zosi pomagać. Ostatnio podczas zamieci sam się zgłosiłem, żeby wyprowadzić Dżeka, ale Zosia nie lubi, gdy proponuję, że kupię jej bułki czy coś takiego ani gdy chcę z nią pojechać na badania do szpitala.

Zofia: Lubię być samowystarczalna, nie będę traktować Mariusza jak chłopca na posyłki.

W czym więc przejawia się ta Wasza przyjaźń?

Zofia: Choćby w częstych rozmowach przez telefon. Widujemy się raz na dwa, trzy tygodnie.

Mariusz: Uwielbiam twoje kanapeczki z łososiem. Nigdzie takich nie jadłem. Co ty do nich dodajesz?

Zofia: Odrobinę majonezu. Czasami razem też podróżujemy. Mariusz zabrał mnie do ukochanej Pragi.

Mariusz: Zosia jest o Pragę trochę zazdrosna. Mówię jej: „Ona jest starsza od ciebie”. A Zosia: „Ale ładniejsza”.

Zwierzacie się sobie?

Mariusz: Nie zwierzamy, ale opowiadamy.

Zofia: Ja nie mam z czego się zwierzać i nigdy nie użyłabym takiego określenia. Mariusz opowiada mi o wszystkim. Znam jego historie, te opisane i te nieopisane. Rozmawiamy też o seksie. Ale musiałeś mi przypomnieć, co to jest.

Mariusz: Zabolałoby mnie tylko, gdyby Zosia ukryła przede mną coś złego, by mnie nie obciążać. Bo kogo masz martwić, jak nie mnie, pani Zosiu?

Zofia: O operacji kolana wiedziałeś wszystko. Z drugiej strony trudno byłoby to ukryć, bo potem wlokłam się o kulach. Natomiast nie cackam się ze sobą i dlatego szybko z choroby wychodzę. Nie mam też żadnych nałogowych słabości, chociaż byłam bardzo bliska alkoholizmu, bo dawniej wódka lała się strumieniami, a ja na kaca musiałam wypić klina. Ale gdy zaczęłam zdawać sobie sprawę, że to zaczyna być ode mnie silniejsze,  pomyślałam – niedoczekanie. A narkotyków nawet nie próbowałam.  

Mariusz: Ja nie piję od czasu, kiedy uprawiam sport, a marihuany jedynie spróbowałem. Nie muszę Zosi martwić, bo mam takie przekonanie, że zostawiony nago na Marszałkowskiej wskutek jakiejś pożogi, za tydzień będę nie tylko w dobrej formie i ubrany, ale jeszcze będę miał gdzie mieszkać.

Zofia: Też mam w sobie coś takiego, że nawet jeśli wyląduję gdzieś w norze na dnie, to za chwilę wystawię z niej głowę i jeszcze się uśmiechnę. Brzydziłabym się współczuciem i litością.

Mariusz: Kiedy czasami Zosi współczuję, ona mówi: „Odpieprz się”. I o dwóch kulach wyprowadza psa, po drodze jeszcze zakupy robiąc.  

Chyba doszliśmy do sedna Waszej bliskości. Jesteście po prostu do siebie podobni. No i każde z Was jest dumne z dokonań drugiej osoby.

Zofia: Jestem bardzo z Mariusza dumna. Chociaż duma to niewłaściwe słowo, raczej mam satysfakcję z tego, że mogę pochwalić się tą przyjaźnią.

Mariusz: A ja jestem dumny, gdy widzę cię w różnych filmach. Jak Zosia dostaje większą rolę, mnie to strasznie podnieca. Muszę wszystko zobaczyć. Zagrała w 300 filmach, codziennie więc można trafić na nią w telewizji. Dzwonią do mnie: „Włącz, na Dwójce jest Zosia, na Polsacie jest Zosia, na Kulturze jest Zosia”.

Może chociaż tantiemy Pani Mariuszowi zapisze?

Zofia: Ma zapisaną już połowę moich tantiem. Ale nawet nie przeczytał testamentu.
Mariusz: Bo twoja śmierć, Zosiu, wydaje mi się nierzeczywista, bardzo odległa. Mam pozytywny stosunek do życia i pozytywny do śmierci.

Zofia: Do mojej zwłaszcza (śmiech). Zostawię ci przy świadku takie przesłanie: „Człowiek ma prawo przyznawać się do błędów, ale nigdy do porażek”. Pamiętaj o tym. Porażka to jedna z najgorszych rzeczy w życiu.  

Ale Mariusz nie miewa porażek.

Zofia: Miał na pewno, tylko o tym nie mówi.

Mariusz: Bo wytworzyłem w sobie taką cechę, żeby nie wiązać z czymś za dużych oczekiwań. Przyjdzie to, co ma przyjść. Gdybym przywiązał się do myśli, że „Gottland” dostanie nagrodę Nike, to jak bardzo bym przeżywał, gdyby nie dostał? 

Zofia: Mówiłam ci, że dostanie, i dostał Nike Czytelników. Ja wszystko czytam, co ty napiszesz. Przepowiadałam ci, że reportaż „Śliczny i posłuszny” wywoła wielką burzę? No i widzisz, sam premier powiedział, że nie mógł zasnąć po tym, jak go przeczytał.

Mariusz: Zosia mnie dziś bardzo wzmacniała, bo najpierw wszystkie telewizje mnie zapraszały i chwaliły, ale po ataku na moją bohaterkę zaczął się atak na mnie. Setki maili, telefonów. Pakuję się i jadę popracować w spokoju.

Zofia: Pojechałabym z tobą, ale gram. Jestem kobietą pracującą. 

Wideo

Marka 5.10.15. przełamuje tabu i porusza bardzo ważny temat! 

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Po raz pierwszy Joanna Krupa z mamą! Rozmawiają o kobiecości, mężczyznach i… mężach!