Janusz Głowacki
Fot. East News
WSPOMNIENIE

Dziś 2. rocznica śmierci Janusza Głowackiego, jednego z najwybitniejszych polskich dramaturgów

Wspominamy genialnego pisarza

KATARZYNA PRZYBYSZEWSKA-ORTONOWSKA 19 sierpnia 2019 13:20
Janusz Głowacki
Fot. East News

Kiedy poszła wieść, że nie żyje, nikt nie uwierzył. Surrealistyczny żart, jak z jego książek, sztuk, scenariuszy. Puenta, na którą nikt nie był przygotowany. Życie składa się też ze śmierci, ale w jego przypadku było to dziwnie absurdalne. Lubił cytować Fausta, więc może wszyscy wierzyliśmy, że tak jak on zaprzedał duszę diabłu. O Januszu Głowackim pisze Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska.

Wspomnienie o Januszu Głowackim

Tamtego popołudnia odprowadziłam go wzrokiem aż do Czytelnika. Okna mojego gabinetu wychodzą na Wiejską. Ogólnie dużo się tu dzieje. Demonstracje, marsze, politycy, telewizyjne kamery i artyści wpadający na obiad do kultowej kawiarni. Głowacki na stałe wpisał się w ten obraz. Lubił zaglądać do Czytelnika, choć jego towarzystwo powoli się wykruszało. Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki, Henryk Bereza, Tadeusz Konwicki… Niewielu mogło usiąść przy „stoliku Holoubka”, nad którym wisi zdjęcie „Aktora nad Aktorami”. Jakiś czas temu powieszono też portret Tadeusza Konwickiego. Słynna pani Jadzia, która wydawała obiady, głośno krzycząc: „Schabowy do odebrania!”, kiedy jeszcze żyła, przeganiała wszystkich.

Ale nie Głowackiego.

Po drodze na chwilę przystanął przed witryną księgarni, ktoś go zagadał, stali może minutę, dwie. Wyglądał jak zawsze. Miał rozpiętą koszulę jak zawsze, chodaki na nogach, jak zawsze. Rękę w kieszeni, jak zawsze. Pożegnał się z tym kimś skinieniem głowy, jeszcze dwa kroki i zniknął w drzwiach Czytelnika. Wróciłam do biurka. Teraz myślę, że powinnam pobiec do kawiarni, przywitać się. Ale skąd mogłam wiedzieć, że widzę go po raz ostatni?

Jerzy Iwaszkiewicz, dziennikarz, felietonista, od lat 50. ubiegłego stulecia przyjaciel Głowackiego, mówi, że kiedy usłyszał o jego śmierci, pomyślał, że to żart. Niesmaczny, ale żart. Siedzieli przecież z Januszem tydzień wcześniej w Juracie i był w dobrej formie. Wyciągnął go nad morze na kilka dni. Chodzili po plaży, na placki ziemniaczane do baru i jeździli na rowerach sprawdzać, czy z rządowej rezydencji nie ukradli prezydenta. Trafili na ładną pogodę w tym brzydkim tegorocznym lecie, ale woda w Bałtyku była zimna, więc Janusz, świetny pływak, tym razem nie zamoczył nogi. Więc ta wiadomość o śmierci jak grom z jasnego nieba. Iwaszkiewicz do Marka Przybylika, który zadzwonił z tą wieścią, powiedział tylko, tak w stylu Głowackiego: „Nie pierdol”. Ale potem siedział długo wbity w fotel i zaczęło do niego docierać, że choć wszyscy myśleli inaczej, Głowa nie był nieśmiertelny.

Janusz Głowacki
Fot. East News

Mucha Ihnatowicz, graficzka, znawczyni kuchni, przepętali się z Głowackim przez setki przyjęć w latach 60., też nie wierzy. Mówi: „Janusz był ostatnim z nas, który wciąż, mimo wieku, był młody. Nie spierdzielał jak inni. Zachował ten niebezpieczny, chłopięcy urok, który niósł go przez lata, uwodził kobiety, onieśmielał starzejących się facetów. On się nie starzał. I nawet jak już mu się »kostium« zaczynał marszczyć, w całej jego wyprostowanej postawie, nonszalanckim sposobie bycia, błysku w oku, ta młodość pozostała”.

I potem Mucha podaje mi na kartce kilka numerów do ludzi, którzy co nieco wiedzą o Głowackim. „Chciałam dać ci jeszcze numer do takiej jednej, która dobrze znała Janusza”, dodaje. „Otworzyłam notes i zamarłam. Spojrzałam na nazwiska. Ponad połowa już nie żyje, wielu przepadło bez wieści, a na tę resztę coś mi się wylało i numery są zamazane. Jesteśmy matuzalemami. Nie… Nas już nie ma. A teraz Janusz… On był ostatnim bastionem”.

Głowa nigdy nie mówił o chorobach. Choroba, słabość w jego słowniku nie istniały. Mógł przyznać, że się wzrusza albo że jest wrażliwy. Ale wrażliwy to nie słaby. A słaby to stary, a Janusz nie chciał być stary. Od kilku lat tracił słuch, gdy nie dosłyszał, jakby od niechcenia, zawstydzając rozmówcę, dopytywał z przymkniętym okiem: „Co?”, ale do głowy by mu nie przyszło, by założyć aparat słuchowy, bo to przecież byłaby ta słabość. I ta starość. Mało kto wiedział, że chorował. Że od miesięcy dwa razy w tygodniu bada krew. Ale robił to w przychodni na swoim szlaku z mieszkania na Bednarskiej do Czytelnika na Wiejskiej, więc to było jakby przy okazji. Pytania o stan zdrowia zbywał. W tej apoteozie życia był tak przekonujący, że kiedy ponad rok temu rozmawialiśmy po śmierci mojego Taty, sporo młodszego zresztą od Janusza, miałam wrażenie, że to rozmowa z rówieśnikiem, który w przeciwieństwie do mnie już pogodził się z faktem, że ci przed nami, zgodnie z kosmicznym planem, muszą odejść pierwsi. Oni – tak. On – nie.

Janusz Głowacki z córką Zuzanną
Fot. Hanna Prus

***

Nie lubił mówić o sobie. Ktoś, komu Janusz powiedział coś intymnego albo mimochodem się zwierzył, był szczęściarzem. Zazwyczaj rozmowa z nim była ping-pongiem. Odbijaniem piłeczki, wsłuchiwaniem się w puenty, by nadążyć za jego tokiem myślenia. Prywaty w tym nie było wcale. Nie było też opowiadactwa ani gawędziarstwa. Iwaszkiewicz wspomina, że na kilkadziesiąt lat przyjaźni z Głową ten raz tylko przyznał się do jakiegoś problemu. Spacerowali wówczas dwie godziny wokół kamienic przy Czytelniku. I, jak opowiadał Iwaszko: „Mówiłem ja, Głowa słuchał i potakiwał”.

Choć wielu próbowało zmierzyć się z jego legendą, sam postanowił napisać swoją biografię. Na własnych warunkach, osobiście decydując, co i jak chce powiedzieć. „Z głowy” Głowackiego rozeszło się w setkach tysięcy egzemplarzy. O dzieciństwie, dorastaniu, życiu w PRL-u, potem emigracji pisał ironicznie, sarkastycznie, z dystansem. Mówił zresztą, że dystans, ironia, szyderstwo to jego życiowa strategia, którą wymyślił sobie już w młodości. I się jej trzyma, bo jest mu łatwiej. Ale czasami przyznawał, że wieczne ironizowanie rzeczywistości ma też swoje słabe strony. Kiedy ironizujesz, w pewnym sensie udajesz, a jak długo można udawać? Skrywać się za maską błazna i szydercy?

Gdzie jest granica? I czy można zza niej wrócić?

Ostatnio pisał kontynuację „Z głowy”. Pisał już jakiś czas i ciągle nie mógł skończyć, bo jakiś nowy wątek wpadał mu do głowy i książka rozrastała się po drodze, a końca nie było widać. I „Z głowy 2” nie skończył. Wydawnictwo do dziś nie dostało maszynopisu do czytania. Czy to nie ironia? Życie niedokończone, bez kropki nad „i”, tak jak lubił.

Zapytany, czy pisze prawdę o sobie, odpowiadał: „Każdy dokument jest kreacją, więc oczywiście będę trochę kłamał”. Więc gdzie skłamał, gdzie napisał prawdę?
***

Prawdą jest to, że urodził się 13 września 1938 roku w Poznaniu. Ten Poznań to przypadek, bo właśnie tam przebywała matka Głowackiego, gdy ten postanowił przyjść na świat. Z wojny pamięta leżące na ulicach trupy, gwałty, krzyki i uciekających ludzi. Nie wracał do wojennych wspomnień, co nieco napisał w „Z głowy”, nie tworząc z tego martyrologii. Był bardzo związany z matką, redaktorką w książkowych wydawnictwach, która, gdy był chory, czytała mu Prousta, a gdy przyznał się jej, że chce zostać pisarzem, najpierw go przytuliła, a potem odepchnęła i wyszła z pokoju, głośno trzaskając drzwiami.

Prawdą jest, że dostał się do Szkoły Teatralnej na Miodowej w Warszawie, skąd po roku go wyrzucono „za brak talentu i cynizm”, bo nie chciał udawać jajka i „się toczyć”. Potem przez chwilę studiował historię, by wylądować na polonistyce, gdzie u Jana Kotta napisał pracę o dramatach Przybyszewskiego. Jako recenzent teatralny w Polskim Radiu krytykował profesorów ze Szkoły Teatralnej, a od 1964 roku zaczął pisać do warszawskiej „Kultury” reportaże, potem felietony. Krystyna Morgenstern, artystka, wdowa po reżyserze Januszu Morgensternie: „Wszyscy czekaliśmy na felietony Głowackiego. Były tak inteligentne i przewrotne, że partia nie wiedziała, czy go skarżyć, czy mu dziękować. Szybko stał się kultowy, a my co tydzień mieliśmy znak zapytania: Co będzie w kolejnym felietonie”.

Prawdą jest też, że w 1968 roku wydał zbiór opowiadań „Wirówka nonsensu”, który dał mu przepustkę do świata ówczesnej kultury.

Reszta jest albo prawdą, albo fikcją, bo o życiu literackiej i artystycznej stolicy krążyły legendy. I Janusz był jedną z nich. Talent, cynizm i uroda sprawiły, że szybko wszedł na szczyt stołecznego parnasu.
Mucha Ihnatowicz: „Wchodził Głowacki i inni przestawali się liczyć. Przyćmiewał i mężczyzn, i kobiety. Wszyscy patrzyli tylko na niego. Przystojniejszy niż Brando, ciekawszy niż Bogart. Kobiety za nim szalały, faceci mu i zazdrościli, i go podziwiali”.

Chodził wyprostowany po Nowym Świecie, w rozpiętej białej koszuli. Jakby zacytować Sailora z „Dzikości serca” Davida Lyncha, ta koszula była jego „symbolem niezależności i wiary w wolność jednostki”.
W jednym z wywiadów Głowacki zapytany, czy uroda pomaga mężczyźnie w życiu, odpowiedział: „Za granicą tak. W kraju nie. Jako pisarzowi strasznie mi szkodziła. Nikt nie wierzył, że coś potrafię. W Polsce uważa się, że pisarz powinien być mały, garbaty i przegrany. Nie należy dobrze traktować twórcy, który dobrze wygląda i jest zadowolony”. Gdyby tylko posłuchać opowieści z tamtych czasów, wydawać by się mogło, że artyści nic nie robili, tylko, używając współczesnego słownictwa, „lansowali się na salonach”.

A „salony” to były Hybrydy, Kameralna, SPATiF, Ściek na Trębackiej i Czytelnik na Wiejskiej. W Czytelniku właśnie spotykam się z Grażyną Hase, projektantką mody, kultową postacią lat 60. i 70., porozmawiać o Januszu. „Weszłam tu, mówi, i nie zobaczyłam żadnej znanej twarzy”. Rozejrzała się. „Janusz zwykle siadał tam, w rogu. Zakładał jedną długą nogę na drugą, czytał”. Płacąc za dwa kompoty, zapytałam panią za ladą, czy obok zdjęć Holoubka i Konwickiego teraz zawiśnie Głowacki. Usłyszałam: „To prezes zdecyduje”. Jakiś złośliwy chochlik podszepnął mi, że Janusz skomentowałby to tak: „Zawsze jest jakiś prezes”. A gdzie legenda?

Na tym szlaku wiodącym przez Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Aleje Ujazdowskie złamało sobie życie wielu artystów. Ale nie Głowacki. Picie było na porządku dziennym, bo świat na trzeźwo był nie do wytrzymania. Jak się piło w PRL-u, Janusz opowiedział Pawłowi Smoleńskiemu w wywiadzie do „Gazety Wyborczej”. I była to rozmowa niezwykła, bo z jednej strony śmieszna, z drugiej przerażająca. Ale znów powtarzając za Głowackim, wszystko w życiu jest albo śmieszne, albo straszne. Mówił: „Dlaczego artyści mieli nie pić? W ogólnej frustracji w modzie było marnowanie sobie zdrowia i talentu. Większości się udało. Ale tak się składa, że więcej świetnych książek albo filmów powstało wtedy po pijanemu niż teraz na trzeźwo”.

Prawdą jest, wracając do prawd i mitów, że pił wtedy dużo z Himilsbachem i Maklakiewiczem. Ale nigdy tak do dna, bo jakiś niezwykły instynkt samozachowawczy nie pozwolił mu zmarnować talentu. „Wchodząc do Ścieku, opowiadał, wybierałem sobie na sali najbrzydszą kobietę i piłem, patrząc na nią. Kiedy już wydawała mi się piękna, wołałem kelnera, płaciłem rachunek i wychodziłem”. Przy tym „rozsądnym” piciu udało mu się napisać kilka zbiorów opowiadań, w tym wspomnianą „Wirówkę nonsensu”, „Nowy taniec la-ba-da i inne opowiadania”, „W nocy gorzej widać”, scenariusze do „Rejsu”, „Polowania na muchy” czy „Trzeba zabić tę miłość”, a także sztukę „Kopciuch”. Z tym „Kopciuchem”, a raczej na jego premierę w Royal Court Theatre w Londynie, pojechał w grudniu 1981 roku. Jeszcze nie wiedział, że zaczyna nowy rozdział w swoim życiu. Ale to była prawda. Nie mit.
***

Janusz Głowacki
Fot. East News

Nie lubił „gdybać”. Bo i jaki tego sens? Co by było, gdyby został w Polsce? Odpowiadał w swoim stylu: „Pewnie skończyłbym jako alkoholik”. A potem dodawał: „Albo napisałbym świetną książkę o stanie wojennym. Zawsze czułem, że przechodzi mi koło nosa wielki temat”. Stan wojenny zastał go w Londynie i w „próbach” do „Kopciucha”. W jednych dżinsach i dwóch koszulach, bo walizkę miał pustą, by przywieźć do domu prezenty. Jak napisał w „Z głowy”: „…dzięki akcji generała Jaruzelskiego i krzywdzie narodu polskiego w jednej chwili zamieniłem się z nikomu nieznanego prowincjonalnego pisarza w zupełną znakomitość”. W Warszawie zostawił ówczesną narzeczoną, późniejszą żonę, Ewę Zadrzyńską i dwuipółletnią córkę Zuzię. Krótko potem wezwała go Ameryka. Bennington College w Vermont zaproponował mu prowadzenie kursów o Kafce, Czechowie i Dostojewskim. Ale Głowę ciągnął Nowy Jork i Broadway. Podśpiewując Sinatrę z filmu „New York, New York”, tłumaczył sobie: „Jeśli uda ci się tutaj, uda ci się wszędzie”.

Jak mówi Jerzy Iwaszkiewicz, Janusz nigdy nie mówił źle o Ameryce. Nawet jak wspominał swoje emigracyjne początki, pomieszkiwanie u ludzi, chodzenie na piechotę, bo nie stać było go na metro, niedojadanie czy znoszenie do domu wyrzuconych na ulicę materacy, bo nie miał na czym spać, zawsze była w tym ironia i dystans. Wszyscy powtarzają za Głowackim, że emigrant traci wszystko prócz akcentu, i to też było jego udziałem, ale przecież, jak pisał Beckett, nie ma nic śmieszniejszego niż nieszczęście. Opowiadał: „Strasznie się w Nowym Jorku naupokarzałem. To było upokorzenie znanego w Polsce pisarza, o którym nikt tu nic nie wie i którego książek czy sztuk nikt nie ma ochoty przeczytać”.

Rafał Olbiński, dziś światowej sławy malarz, wówczas również nowojorski początkujący emigrant: „Przez kilka miesięcy Janusz mieszkał u mnie w pracowni na 85. i Lexington Street. Każdy z nas marzył o »american dream«, a Janusz bardzo chciał, żeby to było szybko. Ale nie udawało się. Piliśmy czasem wino w pobliskim Central Parku i marzyliśmy: »Mieć cztery tysiące dolarów na miesiąc. To byłaby bajka«”.
Spotkanie ze słynnym dramaturgiem Arthurem Millerem zaowocowało pierwszą szansą na sukces. Wystawienie „Kopciucha” w 1984 roku w broadwayowskim Public Theatre było dla Głowackiego sprawą życia i śmierci. Pierwsza sztuka w Nowym Jorku. Jakby była klapa, już by się z tego nie podniósł. Ale nie było klapy tylko entuzjastyczne recenzje, gratulacje i szansa na godne życie w Ameryce. Zuzanna Głowacka, córka Janusza, wspomina, że kiedy po przyjeździe do Nowego Jorku weszła do mieszkania, które zajmował ojciec, zobaczyła malutkie zakratowane okno, wychodzące na inne zakratowane okno. Tata przytulił ją i powiedział: „Zapamiętaj to, Zuziu, nareszcie jesteś w wolnym kraju”.

Dwa lata po „Kopciuchu” wystawiono kolejną sztukę Janusza, „Polowanie na karaluchy”. Rzecz o polskich emigrantach, cierpiącym na bezsenność pisarzu i jego żonie aktorce też okazała się sukcesem. Głowacki bohaterów ubrał w swoje emigracyjne doświadczenia. W swoją bezsenność, bo cierpiał na nią całe życie, w swoje lęki przed jutrem, frustracje, że nic nie jest tak, jak być powinno, w swoją samotność, bo w Nowym Jorku wszyscy są samotni, choć się do tego nie przyznają. Sukces tu wcale nie oznacza, że jesteś na szczycie. Głowacki bywał na szczycie, ale wiedział, jak łatwo z niego spaść. Gdy coś osiągnął, jak opowiada Rafał Olbiński, nie miał już czasu na marzenia i wspominanie ojczyzny. Trzeba było dalej pracować, walczyć. Po sukcesie kolejnego przedstawienia, wystawionej w 1992 roku „Antygonie w Nowym Jorku”, odetchnął, że do kraju wróci z tarczą, nie na tarczy.

Kiedy wcześniej, w 1989 roku, po ośmiu latach nieobecności, wylądował na Okęciu i postawił nogę na polskiej ziemi, już w wolnej Polsce, poczuł wzruszenie. I to wzruszenie go prześladowało. Ameryka, Polska. Nowy Jork, Warszawa. Pomiędzy – ocean niepewności. Zostać? Wrócić? Krystyna Morgenstern: „Nie umiał sobie znaleźć miejsca. Stale mówił: »Już wyjeżdżam«. Potem szybko wracał. I znów w gotowości do odlotu”. „Wtedy, powiedział mi kiedyś, musiałem zrobić coś, czego przez lata unikałem. Zastanowić się nad sensem własnego życia”.
***

W filmie dokumentalnym o Januszu, „Depresja mon amour”, w reżyserii Rafała Mierzejewskiego z 2008 roku, Głowa wspominał 11 września 2001. Mówił: „Wyglądało to jak z horroru, takiego po wybuchu bomby atomowej. Ulice były pokryte tysiącami kobiecych butów, a dookoła uciekał tłum ludzi pokrwawionych i okrytych kurzem. Ten kurz pochodził ze spalonych mebli i ze spalonych ciał. I wtedy mi się przypomniała moja ucieczka z powstania warszawskiego, kiedy byłem sześcioletnim chłopcem. Wyprowadzała mnie matka, szliśmy w tłumie ludzi, a za naszymi plecami paliła się Warszawa”.

Po ataku na World Trade Center dla wielu ludzi runął mit bezpiecznej Ameryki. Dla Janusza trochę też. Czasem właśnie to wydarzenie podawał jako powód powrotu do Polski. Ale to też był trochę mit. Rafał Olbiński: „Janusz był zmęczony Nowym Jorkiem. To jest miasto dla młodych ludzi, którzy mają siłę, by walczyć. W Nowym Jorku nie możesz się zatrzymać nawet na chwilę, bo już czujesz czyjś oddech na plecach. Poza tym, jak mawiał Cezar, lepiej być pierwszym na prowincji niż drugim w Rzymie. Mimo niezwykłego talentu Janusz tam był jednym z wielu, w Polsce był największą gwiazdą”.

W 2004 roku zmarła matka Janusza, jak twierdzą niektórzy, najważniejsza kobieta w jego życiu. Mieszkanie na Bednarskiej zostało puste. Janusz, mimo że matki już nie było, coraz częściej się w nim pojawiał. Znów, jak za dawnych czasów, chodził swoim szlakiem od Bednarskiej do Ujazdowskich. Tylko wtedy nie było już ani Kameralnej, ani Ścieku na Trębackiej, ani tego SPATiF-u. Zawsze powtarzał, że nie dekoracje są ważne, ale ludzie. Ludzi też było mniej. Himilsbach i Maklakiewicz, starzy kompani od kieliszka, już nie żyli, wielu się rozpierzchło po świecie, wielu, w nowej rzeczywistości, zmieniło.

Już nie było tej szalonej atmosfery, tej wiecznej zabawy, tego picia i jednoczenia się przeciw wspólnemu wrogowi, czyli partii. Nowa Polska, z jednej strony wolna i otwarta, nie pamiętała już tamtego świata, z którego wyrósł. Trochę szukał jej śladów. I tak w 2004 roku poznaliśmy się w Lotosie na Belwederskiej, w którym czas zatrzymał się 30 lat wcześniej. Gdzie wciąż podawano tatara, sałatkę warzywną, setę i galaretę. Sama nie wiem, co tam wtedy robiłam, ale to spotkanie zaowocowało naszą serdeczną znajomością, więc ilekroć przejeżdżam przy Lotosie, błogosławię ten wieczór.

Janusz szybko stał się ulubieńcem nowych mediów, co – jak mówi Grażyna Hase – wiecznie wypominało mu polskie piekiełko. Udzielał wywiadów w prasie, pojawiał się w telewizji, komentował wydarzenia od politycznych, kulturalnych po sportowe. Choć bywało, że kpił z mediów i mówił, że są miałkie, lubił tę swoją ekspozycję. Zawsze jednak na własnych warunkach. Nie skorzystał z zaproszenia do show Kuby Wojewódzkiego, bo chciał w programie być sam, a gospodarz wzbraniał się, że konwencja jest inna. Janusz miał w dupie konwencje i w tym tkwiła jego niezależność.

Mówiło się o nim „bywalec”, ale on zwykle po godzinie opuszczał przyjęcia. Zmieniło się też jego życie osobiste. Po rozwodzie związał się z pieśniarką, aktorką i kompozytorką z Ukrainy Oleną Leonenko. Janusz uwielbiał Olenę. Była jego pokrewną duszą i fascynowała go nie tylko jej uroda, ale przede wszystkim talent. Rozdarte serce, słowiański smutek. Razem napisali wiele filmów, słuchowisk, sztuk. Janusz zawsze powtarzał: „Olena jest niesamowita”. Iwaszkiewicz wspominał, jak kiedyś podczas występu Olena zrzuciła buty, nie przerywając śpiewania. „Szepnąłem Januszowi na ucho: »Zrobiła to tak, jak Édith Piaf«. Był autentycznie wzruszony”.

Nigdy nie zamieszkali razem, do czego się przyznawali, bo jak w jednym z wywiadów mówiła Olena: „Kiedy on musi być sam – jest sam. Kiedy ja muszę być sama – jestem sama. Dajemy sobie przestrzeń, każdą przestrzeń. Nigdy nie czuję się przy nim samotna. Jest zawsze, kiedy go potrzebuję”. Mało kto wiedział, że kilka lat temu się pobrali.

Olena Leonenko-Głowacka
Fot. Jacek Poremba/SHOOTME

Janusz, choć przypięto mu łatkę playboya, jak mówi Grażyna Hase, w kontaktach z kobietami był delikatny, wrażliwy, nieco wycofany. To one go podrywały, nie on. Nigdy też o kobietach nie opowiadał, był dyskretny. Nie lubił też mówić o ludziach, o których wiedział więcej i których widział w niewygodnych okolicznościach. Po śmierci aktorki Elżbiety Czyżewskiej odmówił udzielenia wywiadu do książki, która wówczas o niej powstawała. „Przyjaciele” Czyżewskiej byli oburzeni. Rozmawialiśmy o tym. Powiedział: „Nie chcę kłamać, a po co mam mówić rzeczy, które wywołają sensację”. Ale kiedy do Polski sprowadzono prochy Czyżewskiej, która od lat 60. mieszkała w Nowym Jorku, jako jedni z nielicznych z Iwaszkiewiczem uczestniczyli w pochówku. „Przyjaciół” Czyżewskiej raczej nie było.
***

Pisanie mi nie idzie. Męczę się kolejny dzień. Otwieram i zamykam komputer. Kiedyś zwierzyłam się Januszowi, że nienawidzę pisać. I to chyba coś nie tak, żeby dziennikarz nienawidził pisania. Skwitował to krótko: „Pisać lubią tylko grafomani”.

On nie cierpiał pisania i pisanie go męczyło. Kiedyś powiedział, że dbając o swój wizerunek playboya, bywalca i kawiarnianego pisarza, nie może się przyznawać do tego, że codziennie rano zasłania zasłony i pisze przez pięć godzin, nie wstając od biurka. To by zniszczyło jego mit. Pisał ręcznie, na białych kartkach. Nie umiał pisać na maszynie, o komputerze nie wspominając. Nie był człowiekiem techniki, komórkę miał starą, na przyciski, z poprzedniej epoki. Kiedy już napisał swoje, dyktował to zaprzyjaźnionej od lat pani, która przepisywała na komputerze. Dokładnie tak, jak przed laty pierwsze recenzje i opowiadania dyktował matce. Któregoś razu, gdy opowiadanie okazało się zbyt śmiałe, a może świńskie, matka ostrym ruchem odsunęła od siebie maszynę. „Tego ci nie przepiszę”, powiedziała, a Janusz zrozumiał, że jeśli dyktując, będzie się wstydził tego, co napisał, rzecz trzeba skreślić i napisać od nowa.

Nie był płodnym pisarzem. I pisał wolno. Napisał zaledwie kilka książek, kilka scenariuszy filmowych, kilkanaście sztuk, z których, jak sam twierdził, udały mu się tylko cztery: „Kopciuch”, „Polowanie na karaluchy”, „Antygona w Nowym Jorku” i „Czwarta siostra”. Choć była to oczywiście kokieteria, te właśnie cztery dramaty dały mu za granicą status pisarza kultowego i do dziś wystawiono je w kilkudziesięciu krajach świata. „Antygonę” pisał trzy lata, cyzelując każde słowo, błąkając się nocą po Central Parku, by uchwycić atmosferę bezdomnego Nowego Jorku. „Good night, Dżerzi” też zajęło mu parę lat. Nieźle go zmęczył scenariusz do „Wałęsy. Człowieka z nadziei” w reżyserii Andrzeja Wajdy.

Nie do końca zgadzał się z reżyserem, który nie chciał w scenariuszu kilku scen, które dla Janusza były kluczowe dla filmu. Opowiadał mi kiedyś, naśladując styl mówienia reżysera, że korespondencja między nim a Wajdą weszła w fazę służbową. „Drogi Januszu”, tytułował swoje listy Wajda, a potem następował wykład, dlaczego tej sceny nie umieści w filmie. „Drogi Andrzeju”, zaczynał swoją polemikę Głowacki, dlaczego ta scena być jednak powinna. Książka, którą potem wydał, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”, była znakomitym i zabawnym podsumowaniem pracy dwóch Mistrzów, ale też gorzką satyrą na dzisiejszą Polskę.

Choć o Głowackim zawsze mówiło się, że jest jednym z największych polskich pisarzy, rzadko kto czytał coś Głowackiego. Głowacki nie jest pisarzem łatwym i przyjemnym. Każde słowo i zdanie jest przemyślane i zmusza do myślenia. Janusz poważnie traktował swoją misję. Kiedyś na prelekcji tłumaczył studentom, ile czasu poświęcił, by nauczyć się ciekawie pisać, że „ktoś gdzieś wszedł”. Mało kto potrafi też wymienić tytuł choćby jednej z jego książek, ale na przyjaźń z Głowackim zawsze był snobizm i wypadało się tym pochwalić. Sam Janusz mówił, że książki pisze dla siebie, a jeśli przy okazji kogoś zainteresuje, to dobrze. I dodawał: „Spotkało mnie już w życiu tyle zawodów od czytelników czy widzów moich sztuk, że jestem przygotowany na brak zrozumienia”.

Janusz Głowacki
Fot. East News

Zresztą konia z rzędem temu, kto rozumiał Głowackiego. Kto zawsze uchwycił jego dowcip, pojął ironię, nadążył za jego tokiem myślenia. Janusz przysłuchiwał się dyskusjom, jakby nieco wycofany, z boku, a potem jedno słowo, puenta, myśl i cała ta gadanina celnie, trafnie podsumowana. Po co tyle gadać. Wychodził, a ta myśl krążyła w powietrzu, wśród ludzi, przekazywana z ust do ust. Mówić „Głowackim” – kolejny snobizm. Myśleć „Głowackim” – tego nie potrafił nikt.
***

Ostatnie lata nie były łatwe dla Janusza. To znaczy on twierdził, że wszystko jest OK. Jak zawsze. Miał swoją samotnię na Bednarskiej, w mieszkaniu po matce, gdzie rzadko kogoś zapraszał. Choć po powrocie do kraju zrobił w nim remont, wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z lat 60. Książki były wszędzie, doszły tylko plakaty z premier jego sztuk. Pisał, jadał w Czytelniku, spacerował swoim szlakiem. Żył, tak jak zawsze żył. Ale było inaczej. Z wielu powodów.

Wrócił do wolnej Polski i to go napędzało. Mógł bez cenzury pisać o tym, co mu w duszy grało. Jednak polityka, którą się starał nie zajmować, burzyła jego spokój. Nie rozumiał nowej władzy. Tego, że Czesława Miłosza i Lecha Wałęsy miało nie być w podręcznikach do literatury czy historii. W wywiadzie, którego udzielił Donacie Subbotko z „Gazety Wyborczej”, mówił, że „spieprzyliśmy ten świat”. I, cytując Janusza, „dalej go pieprzymy”. To był jego ostatni wywiad, choć o tym nie mógł wiedzieć. Mówił gorzko. O Putinie, Trumpie, polskich rządach, narodowej telewizji, którą jak włącza, to „albo się popłacze, albo roześmieje”, o uchodźcach, narodowych kompleksach, krytykach w Polsce, którzy mu zawsze „jebali” sztuki w swoich recenzjach. Dużo przeklinał, ale Janusz generalnie przeklinał, choć robił to z wdziękiem wybitnego pisarza i językoznawcy.

Ludzie, którzy go ostatnio widzieli, mówili, że miał smutne oczy. Jedni twierdzili, że schudł i zmarniał, z postawnego mężczyzny zrobił się mały, jakby się skulił. Inni, że to wcale nieprawda. Grażyna Hase: „Widziałam go niedawno w Juracie. Wyglądał jak zawsze. Nie zauważyłam niczego podejrzanego. Nawet się zastanawiałam, jak to jest, że on od pół wieku się nie zmienił. Sylwetka, ruchy, styl ubierania. Świat się zmienił, a Janusz pozostał taki sam”.

A te smutne oczy… W filmie „Depresja mon amour” Janusz mówił: „Myślę, że coś, co dziś łączy ludzi bardziej niż internet i popkultura, to silne poczucie depresji”. Depresja, moja miłość. Coś w tym było. Kazimierz Kutz powiedział kiedyś o Januszu, że jest małą, wrażliwą dziewczynką, ukrytą w ciele dorosłego mężczyzny. A Janusz zawsze powtarzał, że przegrani ludzie, których przerasta rzeczywistość, są mu bliżsi niż wygrywający. I to nie była kokieteria.
***

12 sierpnia wyjechał razem z żoną i przyjaciółmi do Egiptu, do Marsa Alam. 18 sierpnia wieczorem poczuł się tak źle, że trzeba było wezwać pogotowie. Zmarł o piątej nad ranem następnego dnia. Egipscy lekarze napisali w akcie zgonu, że to „zastoinowa niewydolność serca wskutek podwyższonego ciśnienia krwi”. Janusz chciał, by jego prochy rozsypano „gdzieś”, to znaczy „gdziekolwiek”. Na wakacjach zamiast odpoczywać, zwykle pracował. Był pracoholikiem, choć trochę to ukrywał. Większość jego książek nabierała formy właśnie na wakacjach. Ze świeżą głową siadał do prawie gotowych już tekstów i zmieniał kolejność rozdziałów, poprawiał, cyzelował zdania, słowa i puenty. A że „Z głowy 2” prawie skończył, pewnie, jak to on, szukał mocnego zakończenia. Życie dopisało je samo. Janusz by powiedział: „Śmierć na koniec? Jakie to banalne!”.  

Janusz Głowacki
Fot. East News

Tekst Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie de Luxe VIVA!, a w nim: ANJA RUBIK o tym, jak się czuje w roli singielki i o planach na przyszłość. Intymna sesja KINGI KORTY z synkiem GREYSONEM i inspirująca rozmowa na temat późnego macierzyństwa. Skandalista i geniusz – ELTON JOHN. RODZINA KOKCZYŃSKICH, właścicieli Park Cafe w Konstancinie, o tym, jak stworzyć „fajne miejsce”.