Olena Leonenko-Głowacka i Janusz Głowacki: historia miłości
Fot. MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER
NIEZWYKŁE HISTORIE

Olena Leonenko-Głowacka o Januszu Głowackim: „Cały czas jest ze mną, czuję go… Moja miłość trwa”

Dziś pisarz obchodziłby kolejne urodziny

Krystyna Pytlakowska 13 września 2021 06:45
Olena Leonenko-Głowacka i Janusz Głowacki: historia miłości
Fot. MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Cztery lata temu odszedł Janusz Głowacki, światowej sławy pisarz, dramaturg, scenarzysta. Od wielu miesięcy pisał kolejną książkę. Nie mógł wiedzieć, że ostatnią. „Bezsenność w czasach karnawału” składała w całość jego żona Olena Leonenko-Głowacka. Trzy lata temu po raz pierwszy od śmierci męża opowiedziała o życiu z Januszem i bez Janusza. O bezsenności, związku artystów, kochaniu i umieraniu. W końcu o książce, na którą czeka cały świat. Wywiad ukazał się w magazynie VIVA! w październiku 2018 roku. Przypominamy go przy okazji rocznicy urodzin pisarza. Dziś skończyłby on 83 lata.

Olena Leonenko-Głowacka i Janusz Głowacki: historia miłości

Bezsenność w czasie karnawału” to Twoja książka o Januszu Głowackim czy książka Janusza Głowackiego?

Janusza Głowackiego. Pracowałam nad kompozycją książki. Były dość długie fragmenty, które Janusz napisał, a pan Staszek przepisał w wersji komputerowej. Zawsze drukowałam mu tekst, a Janusz na marginesach zaznaczał swoje uwagi. Widziałam, że trzeba wątek rozszerzyć. I w rękopisach znajdowałam potrzebne fragmenty. Spędziłam z rękopisami dziewięć miesięcy. Mimo żałoby dałam radę oddać książkę w terminie. Janusz powtarzał, że jesteśmy „spółką na kółkach” – zawsze oddawaliśmy robotę na czas. Dlatego uznałam, że Janusz by sobie życzył, żebym ja teraz dotrzymała terminu. Pracując z Januszem, nauczyłam się jego języka, sposobu myślenia. Miał w sobie niezwykłą dyscyplinę. Pisał codziennie, od szóstej rano do pierwszej po południu, po czym spotykaliśmy się w mojej pracowni przy Grzybowskiej, gdzie gotowałam mu obiad według zasady „pięciu przemian” – kupowałam tylko produkty ekologiczne. Janusz miewał spotkania w Czytelniku, chodził tam towarzysko, ale po śmierci Henryka Berezy, Gustawa Holoubka, Tadeusza Konwickiego uważał, że Czytelnik dla niego się skończył.

– Byliście razem 20 lat?

Dziewiętnaście. Zaczęliśmy od „Czwartej siostry” w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Robiłam muzykę do tej prapremiery i choreografię. Kilka dni przed próbą generalną ustawiałam scenę „Pokaz kamizelek kuloodpornych” i ładnie chodziłam po wybiegu w kolorowej, uszytej z koła spódnicy, z dużym białym kotem na ramieniu, który miał na imię Yuki, czyli śnieg po japońsku. Uratowałam go ze śmietnika. Janusz powiedział, że wirowałam w sposób, który zakręcił jego światem. A ja patrzyłam na człowieka, który nie umiał znaleźć sobie miejsca na widowni. Wydawał mi się tak strasznie samotny. Potem dowiedziałam się, że to słynny warszawski playboy, co jeszcze bardziej zniechęciło mnie do tej znajomości. Pierwsze zdanie, które usłyszałam od niego: „Pani jest teraz moją ulubioną kompozytorką”, uznałam za tani sposób podrywu. Nie odbierałam więc jego telefonów przez kilka tygodni, aż przyszedł czas trzeciej próby generalnej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Wtedy usłyszałam od Kajtka Kowalskiego, że Janusz smali cholewki do Oleny. Jeszcze bardziej mnie to oburzyło. Nie znałam określenia „Warszawka”, z którą Janusz dawał sobie wspaniale radę. Miałam wówczas wiele kontraktów teatralnych, dużo pracy z wybitnymi artystami. Ale potem, kiedy byliśmy już blisko, jakoś przestałam być zapraszana do współpracy. Zabawne, relacja z Januszem zamknęła mi wiele dróg. To było zaskoczenie. Naiwnie uważałam, że trochę ugruntowałam swoją pozycję zawodową. Zrobiłam muzykę i choreografię do ponad 20 spektakli. On mnie uprzedzał, że tak będzie, a ja mu nie wierzyłam.

– Ty – utalentowana artystka, choreograf, pieśniarka i aktorka poświęciłaś swoje życie zawodowe dla mężczyzny. Trudno o prawdziwszy dowód miłości.

Dziękuję. Dla mnie jednak wielką radością była praca z Januszem, bycie z nim przy narodzinach każdego słowa, dyscyplinie twórczej. Byliśmy małżeństwem rozmawiającym. Janusz czytał mi swoje teksty na głos. Chciał je słyszeć, żeby zaakceptować. Tak ładnie wymigał się z tego, że go wyrzucili ze szkoły teatralnej za brak talentu i cynizm, bo według mnie on się urodził jako człowiek teatru. I tak naprawdę w świecie zasłynął jako dramaturg. Głębszego wglądu w tworzenie postaci nigdy nie spotkałam u innych twórców.

Czytaj też: Janusz Głowacki - mistrz sarkazmu: „Mam okropną opinię i z wielkim trudem na nią zapracowałem”

– Zrobiliście razem trzy przedstawienia w teatrze Ateneum: „Noc z Wertyńskim”, „Podwórko – Świat” i „Jesienin”.

Na wszystkich był Janusz. Przyjeżdżał na próby, odwoził mnie po próbach, a potem po spektaklach. Cały czas był blisko.

– Ale nie mieszkaliście razem?

Najpierw mieszkaliśmy na Bednarskiej, potem podczas generalnego remontu na Grzybowskiej. Dość szybko zrozumiałam, że intymność to też szacunek dla bycia sobą drugiego człowieka. A ponieważ jest nim pisarz, to trzeba dać mu przestrzeń, której potrzebuje do życia i tworzenia. Prawdę mówiąc, bardzo nie chciał wyprowadzić się z Grzybowskiej, gdzie wszystko miał pod ręką.

Olena Leonenko-Głowacka i Janusz Głowacki: historia miłości
Fot. PAP/Janusz Uklejewski
Janusz Głowacki w latach 70.

– Nie mogliście pracować każde w swoim pokoju?

Wszystko robiliśmy razem. W pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać. Jeżeli ja śnię swoje projekty lub myślę o nich rano, a Janusz od szóstej stoi nade mną z kawałkiem tekstu i prosi, żebym posłuchała, czy to jest dobre? Dlatego wynajęłam studio przy Grzybowskiej, gdzie mogłam dłużej spać i mieć próby z muzykami. A poza tym Janusz miał poważne kłopoty ze snem Brał proszki. Czasem zasypiał po nich, a czasem nie, zwłaszcza gdy obudził go telefon o 23.00 lub sms. Denerwowało mnie to, bo leżałam obok i widziałam jego męki bezsenności.

– Niełatwo jest mieszkać oddzielnie. To przeszkadza bliskości.

Czasem to jedyne wyjście. Ale Janusz i tak dzwonił do mnie co pięć minut. Pytał, co on ma robić, czy ma udzielić wywiadu, czy nie. Te telefony trwały często do nocy. Czułam się cały czas pod kontrolą, by nie powiedzieć osaczona: „Włącz telewizor, bo leci dobry film”. „Co czytasz?”. „Kąpiesz się? To wyjdź z wanny”. I musiałam wskoczyć w jego przestrzeń. Pokornie więc włączałam telewizor i oglądałam ten film. Albo spędzałam ten wieczór z książką i mieliśmy już temat na kilka rozmów.

– Dlaczego odmawiałaś wspólnych wywiadów?

Bo uważałam, że to jest moje prywatne życie i że ma tak zostać.

– Dlaczego więc teraz rozmawiamy tak bardzo prywatnie? Bo Janusz nie żyje, a Ty chcesz go wspominać?

Okazja szczególna, więc dla dobra książki Janusza zgodziłam się na wywiad. Nadal jestem w żałobie, ale robię, co mogę, żeby być „spółką na kółkach” i nie zawieść męża. Zastanawiam się tylko, czy słowa są wystarczająco giętkie, żeby opisać naszą relację. I żeby nie wrzucić naszego związku do worka z innymi infantylnymi zwierzeniami.

– Mówisz o Waszej miłości bez infantylizmu i kiczu.

Janusz gardził kiczem. Ale opowieści o miłości ocierają się o kicz. Bywa w nim poczucie bezpieczeństwa – seks, czułość, której potrzebował. Po ślubie powiedział, że teraz nazywam się jak jego mama – Lena Głowacka, która była redaktorem w Iskrach. Był ze mną na 100 procent. Musiał wiedzieć o mnie wszystko. Gdzie jestem, co robię. Na moje lekcje wokalu przyjeżdżał pod dom pani profesor i telefonował z dołu, pytając, kiedy skończę. „Przecież jestem tu od pięciu minut, wyjdę za godzinę”. Więc czekał w samochodzie godzinę.

– Jego wizerunek uwodziciela był więc kłamstwem? A pracował na niego tak ciężko. Jednak byłby równie dobrym aktorem, jak pisarzem.

Był uwodzicielem. Wiele kobiet w różnym wieku kochało się w Januszu. I jestem z niego dumna. Ale nie mógłby być aktorem. Przecież gdy oglądam zdjęcia Janusza z tamtych lat, on zawsze był za duży. Za duże miał ciało, za duże dłonie i nie mieścił się w kadrze ani w obyczajowości. Jego żywiołowość i charyzma nie były skrojone na tamte czasy. W PRL-u był kolibrem w dużym ciele.

Olena Leonenko-Głowacka i Janusz Głowacki: historia miłości
Fot. PAP/Stach Leszczyński


– Trafnie to nazwałaś. Zachwycał sobą, gdy szedł ulicą swoim zamaszystym krokiem z rozwianymi połami płaszcza, jakby mówił: „My, wolni Amerykanie”.

A tę białą koszulę to ja jeszcze prałam i prasowałam.

– Ile książek napisał przy Tobie?

„Z głowy”, „Good night, Dżerzi”, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”. Scenariusz filmowy „Czwarta siostra”, „Wałęsa” i kilka innych projektów. Przy mnie robił nową wersję „Kopciucha”, wspólnie napisaliśmy kilka piosenek. Komponowałam do nich muzykę. Rok przed
śmiercią pracował z Pawłem Pawlikowskim przy „Zimnej wojnie”, no i do ostatniej chwili pisał książkę.

Zobacz także: Żona Janusza Głowackiego, Olena Leonenko-Głowacka o miłości i życiu w Kijowie

Olena Leonenko-Głowacka
Fot. Jacek Poremba/SHOOTME

– Kłóciliście się przy pracy?

Owszem. Kiedy redagowaliśmy „Z głowy”, powiedziałam, że na jednej ze stron jest 30 razy „że” i albo to poprawi, albo odchodzę od niego. To była nasza najpoważniejsza kłótnia, ale udało się, zmusiłam Janusza do poprawek. Spierałam się z nim, zwłaszcza przy „Kopciuchu” – historii z innych czasów – że trzeba zbudować ją na nowo, uaktualnić język. Cały czas zajmowałam się jego sprawami.

– A nie swoimi. Tak byłaś podatna na jego czar?

Byłam i nadal jestem. Cały czas jest ze mną, czuję go, słyszę… Moja miłość się nie skończyła, trwa. Kiedy po roku przeprowadziłam się z powrotem na naszą Bednarską, otuliła mnie. Zaczęłam po raz pierwszy spać bez proszków. Czuję się zaopiekowana. Wróciłam do domu. Janusz chciał, żebym miała to mieszkanie.

– Trudno być Leną Głowacką?

Prawdę mówiąc, codziennie się z tym mierzę. Jestem ciągle w żałobie i słowa nie są w stanie opisać cierpienia. Poniosłam największą stratę w moim życiu, ale byłam na tyle silna, że zbudowałam jego ostatnią książkę. A przychodziło mi to czasami tak lekko, jakby mi dyktował zdanie po zdaniu. Miałam niektóre fragmenty już przepisane w komputerze, ale przez niego pokreślone. Obok leżały notatki, wszystko w wielkim bałaganie. Musiałam wejść w głowę Głowy i ułożyć wszystko po kolei.

– W tej książce, którą czyta się jednym tchem, najtrudniejsza była chyba zmiana czasu i przestrzeni. Na jednej stronie coś się dzieje współcześnie, obok – wiele lat temu. Jesteśmy w Warszawie na Powiślu, a za chwilę w Ameryce. Opowiada o Nataszy – Rosjance, w której kochał się nieszczęśliwie, a za moment o innej miłości. Jak dokonałaś tego, że ta książka jest tak jasna, przejrzysta?

Rozmawialiśmy o książce codziennie. Miałam wrażenie, że z nim tańczę, a on mnie w tym tańcu prowadzi. A jeśli chodzi o Nataszę, w tej postaci jest kilka kobiet…

– Porównujesz Wasze pisanie do tańca. Tańczyliście czasem?

Janusz lubił tańczyć. Ale inspirację czerpał z depresji, cierpienia. Chociaż nie pozwalał sobie na gnuśność, leżenie i patrzenie w sufit. W Juracie jeździł na rowerze, a wcześniej często grał w tenisa. Do Egiptu pojechał popływać i wziął nawet cały sprzęt.

– I nie wierzył w śmierć? Zwłaszcza własną?

Kiedy go poznałam, miał 60 lat. I mówił, że nosi przy sobie specjalne tabletki, żeby w razie czego się zabić. Uważałam, że to jego sposób uwodzenia. Powiedziałam, że nie będzie oryginalny, bo przed nim zrobił już to Kosiński – też pisarz. Wtedy odparł, że chętnie by zakończył życie podczas orgazmu i ja pasuję mu do tej misji. Ale gdy przyszła prawdziwa śmierć, ratownicy mnie od niego odsunęli, choć Janusz cały czas wołał: „Olena, Olena”.

Janusz Głowacki
Fot. East News


– Bał się starości?

Nie akceptował jej. Podobnie jak bezsenności.

– Stąd „Bezsenność w czasie karnawału”? Ty dałaś taki tytuł?

To tytuł Janusza. Przyśnił mi się.

– Przedłużyłaś Wasz związek i postawiłaś mu pomnik.

Zasłużył na to.

– Mimo że kradł ludziom, zwłaszcza kobietom, ich historie do swoich powieści? Tobie też ukradł część Ciebie do postaci Maszy w „Good night, Dżerzi”. Byłaś o to na niego zła?

Taka karma. Kiedy zgadzasz się na życie z pisarzem, musisz brać pod uwagę, że to, co mówisz, może znaleźć się w książce.

– Wzruszało go Twoje śpiewanie? Pamiętam romanse Wertyńskiego w Twoim wykonaniu, Twój głęboki głos, tę Twoją wschodnią uczuciowość.

Kiedyś w Czytelniku, gdy szłam do stolika Henryka Berezy, Tadeusz Konwicki mnie przytrzymał za rękę: „Błagam, Olenko, nie daj się spolszczyć”. Przy Januszu byłam i Rosjanką, i Ukrainką, i Polką. Ale przede wszystkim kobietą, którą on wybrał. Był na wszystkich naszych spektaklach, na scenie oglądał mnie kilkaset razy.

Przeczytaj take: Tak zapamiętaliśmy Janusza Głowackiego, jednego z najwybitniejszych polskich dramaturgów

– Śpiewałaś mu czasem w domu?

Tak, jeśli prosił. Bo najbardziej lubił ciszę. Kiedy chciał odpocząć, też czasem słuchał moich płyt. Ta muzyka koiła mu nerwy.

– Dlaczego pojechaliście do Egiptu w najbardziej upalny miesiąc?

Wcześniej byliśmy w Juracie i tam cały czas padał deszcz. Janusz powiedział, że jest przemęczony, musi skończyć książkę i nabrać sił, poleżeć na słońcu, popływać. Powiedziałam mu, że w Afryce ja go nie uratuję, gdyby się coś stało. Odparł, że to jest poza dyskusją. Na lotnisku stałam w gigantycznej kolejce, a Janusz tylko donosił mi espresso, a potem siedział i sobie coś notował do tej książki. W samolocie powiedziałam: „Jeszcze możemy wysiąść”.

– Miałaś przeczucie?

Miałam lęki. I obawy. Ale Janusz uważał, że tam są klimatyzatory, więc nic mu nie grozi. Zrobił wszystko, jak chciał, w Egipcie rozluźnił się, miał ciekawe towarzystwo swoich przyjaciół, do których dołączyliśmy. Do ostatniej chwili był w dobrej formie.

– Wiedziałaś, że ma kłopoty z krążeniem?

Nie. Miesiąc przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że ma nadciśnienie. Kupiłam mu ciśnieniomierz i leki. Dzień przed śmiercią poszedł popływać. Był straszny upał. W pokoju żalił się, że jest mu za gorąco, choć klimatyzację nastawiliśmy na 16 stopni. Prosiłam, żebyśmy pojechali do szpitala. Odmówił… Proszę cię, nie mogę o tym rozmawiać.

– Ale to ważne, co się mówi ukochanej osobie w ostatniej chwili życia.

Powiedział, że widzi wokół mnie światło i zapytał, czy jestem aniołem. Do ostatniej chwili nie wiedział, że umiera. Zawsze wierzyliśmy, że umrzemy razem.
W ostatnich godzinach mówił, że chce żyć. Janusz umarł, a ja umarłam zaraz po pogrzebie. Wcześniej musiałam wszystkiego dopilnować. Potem rozsypałam się. Teraz muszę złożyć siebie kawałek po kawałku. A co dalej? Zobaczymy.

– No właśnie, co dalej? Musisz podnieść się z depresji, musisz nauczyć się uśmiechać od nowa, musisz odnaleźć własną historię.

Mam propozycję napisania scenariusza filmowego i sztuki. Piszę też kilka bajek. Janusz te moje bajki lubił. Chcę nagrać kilka płyt, które chciał, żebym nagrała, i dokończyć to wszystko, co razem zaczęliśmy. Znalazłam lokal, szukam teraz inwestora, żeby stworzyć tam teatr, studio nagrań, szkołę aktorską. Ale najtrudniejszym zadaniem jest dla mnie odnalezienie przestrzeni, w której odzyskam radość życia. Kiedy idę ulicą, zawsze szukam ręki Janusza. On swoją trzymał w mojej kieszeni, a ja moją w jego. Kiedy dzwonił do mnie z Nowego Jorku, mówił: „Cały dzień chodziłem dziś po mieście i cały czas trzymałem cię w kieszeni”. A teraz on jest w niebie, a ja muszę krok za krokiem iść do przodu. A każdy krok ma ciężar tony.

– Ta opowieść o tym, jak Janusz zjawia się wśród przyjaciół, a tam czeka na niego otwarta trumna… To on wymyślił?

Pomysł tej książki oparł na spacerze z Bednarskiej do Czytelnika na Wiejską, czyli jego codzienny rytuał. Po drodze wymyślał przemówienie na pogrzeb kogoś, kogo nie mógł sobie przypomnieć. A kiedy doszedł do placu Trzech Krzyży i wszedł do kościoła, usłyszał: „Nigdy się nie spóźniasz, a teraz się spóźniłeś, masz wejść do tej trumny”. A w trumnie czekała na niego mama.

– Umarł w biegu.

Jak chciał. Tuż przed śmiercią powiedział mi: „Olenko, spierdalamy?”. „Kochanie, jutro spierdolimy, mamy samolot, tylko wytrzymaj”. Do ostatniej chwili walczył. Tym samolotem wróciłam sama, z walizką pełną jego rzeczy. Do dziś nie wyrzuciłam ani jednej. 

Olena Leonenko-Głowacka i Janusz Głowacki: historia miłości
Fot. VIPHOTO/East News


Rozmawiała
Krystyna Pytlakowska

Wideo

Polska nie mogła wygrać Eurowizji Junior trzeci raz? Sara James odpowiada na słowa Jacka Kurskiego

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

IRENA SANTOR mówi: „Cóż jest piękniejszego, niż żyć, istnieć? Interesuje mnie jutro, odkąd zachorowałam na raka...”. MAGDA i JASIEK MELA – Był najmłodszym zdobywcą bieguna, pomimo utraty ręki i nogi. Co dziś najbardziej w nim ceni jego żona Magda? ANNE APPLEBAUM, słynna dziennikarka, laureatka Pulitzera, o odwadze Polaków, domu w Chobielinie i wolności. PIOTR JACOŃ o córce Wiktorii i tym, jak to jest być rodzicem dziecka transpłciowego oraz budowaniu rodzinnych relacji na nowo.