Z archiwum

Wojciech Smarzowski: "Wszystkie moje filmy są o miłości". Najważniejszy reżyser naszych czasów kończy 53 lata

Weronika Kostyra 18 stycznia 2016 16:46
Wojciech Smarzowski, "Viva!" luty 2014
Fot. Jacek Drygała/Kino świat

Wojciech Smarzowski, autor filmów, które w ostatnich latach wstrząsnęły polskim kinem, kończy dzisiaj 53 lata. Z tej okazji najważniejszemu reżyserowi naszych czasów - który zajmuje się portretowaniem Polaków, jak kiedyś Wajda, lecz pokazuje całkiem inne, brzydsze twarze - życzymy dalszych sukcesów. I by najnowszy film "Wołyń" przebił takie dzieła, jak "Róża", "Drogówka", "Wesele", "Dom zły" czy "Pod mocnym aniołem".

Zdjęcia do "Wołynia" zostały ukończone już w sierpniu ub.r., ale na efekt trzeba jeszcze poczekać. Mimo to emocje towarzyszące tej produkcji są bardzo duże. Porusza ona bowiem bolesne i kontrowersyjne kwestie - opowiada o rzezi ludności polskiej dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów. Osobisty dramat Polki, która zakochuje się w młodym Ukraińcu, będzie dział się na tle trudnych wydarzeń historycznych ukazanych w nieoczywisty, nie czarno-biały sposób. Dla autora "Wołyń" jest przede wszystkim emocjonalnym wyzwaniem. Już w 2014 roku w wywiadzie dla "Vivy!" powiedział:

Mój następny projekt to film o ludobójstwie na Kresach. Scenariusz – na podstawie między innymi opowiadań Stanisława Srokowskiego – napisałem w dwa miesiące, ale długo się przygotowywałem. Przez półtora roku czytałem to, co zostało w tym temacie napisane. Ponad 100 tytułów. To był ciężki okres, który musiałem odchorować.

Wojciech Smarzowski i Robert Więckiewicz,
Fot. Jacek Drygała/Kino świat

Robert Więckiewicz i Wojciech Smarzowski na planie filmu "Pod mocnym Aniołem"

Smarzowski, jak sam twierdzi, robi filmy o Polaków grzechach głównych i powszednich. O swoich grzechach nie mówi. Za to "Vivie!" dwa lata temu, gdy premierę miał "Pod mocnym Aniołem", odpowiedział na trudne pytania. Co jest w życiu najważniejsze, czy się upija na smutno, czy na wesoło i czy chodzi z siekierą… usypiać dzieci.

– Dlaczego Pan zrobił film o piciu?

Najwyższa pora.

– Dla Pana? Dla Polski?

Dla mnie. Alkohol od zawsze był obecny w moim życiu. Kiedy szedłem do szkoły, mijałem pijaków śpiących na przystanku, a jak wracałem, oni znowu spali, tylko już w innej pozie. W latach 70. mówiło się: "pijany jak Polak". Wreszcie dojrzałem, żeby zrobić o tym film. Wyłącznie o tym.

– Powiedział Pan kiedyś, że robi Pan filmy o tym, co Pana aktualnie boli…

I zaczyna się! Zrobiłem ten film, bo jestem alkoholikiem, postanowiłem przestać pić i film ma mi pomóc, tak?

– Tak?

Nie. Chciałem skończyć z tym tematem w moim kinie. Ale tylko w kinie. Bo picie jest dla ludzi. Są tacy, którzy są w Premiership, tacy, którzy są w Pierwszej Lidze, a ja jestem w lidze trampkarzy. Lubię alkohol, ale moje doświadczenia z nim są niewinne.

– W piciu bliżej Panu do debiutanta niż klasyka – posługując się językiem Pilcha?

Powiedziałbym raczej, że najbliżej mi do rekreacyjnego sportowca. Nie oszukujmy się, na debiutanta już dawno nie wyglądam. Ale film zrobiłem na trzeźwo. Tak sobie założyłem. Nie piłem nawet piwa przez te trzy długie okresy zdjęciowe. Ale to nie znaczy, że zamierzam w ogóle przestać pić.

– Co piją trampkarze?

Wszystko. Ale nie lubię wódki. Wolę czerwone wino, whisky. Kiedyś piłem jeszcze piwo. Cysternami.

– I z Premiership się Pan nie zetknął?

Wychowałem się w oparach alkoholu – czy to była wódka kartkowa, bimber czy wódka z peweksu. Od pieluch nasiąknąłem alkoholem. Ale nie tylko ja – całe pokolenie, które się urodziło w latach 60. Przygotowując się do tego filmu, nie musiałem prowadzić rozmów z alkoholikami ani czytać ich relacji. Jestem jednym z wielu ekspertów w tym kraju w temacie picia alkoholu.

– Pan się upija na smutno czy na wesoło?

Na wrażliwca. Blisko mi jest wtedy do Wernyhory, który lubi się przyglądać z boku. Nie muszę gadać, stoję i patrzę. Ładuję głowę tym, co widzę. Ciężko jest mi się otworzyć, nawet po pijaku. Na trzeźwo też, kiedy na przykład jadę taksówką, to nie zalewam taksówkarza pytaniami, tylko obserwuję – czego słucha w radiu, jak rozmawia z żoną. Wydaje mi się, że umiem słuchać. Umiem podpatrywać. Mówiąc językiem Świetlickiego: "Jestem nieprzysiadalny". Wyrzucili mnie nawet z zuchów, bo nie chodziłem na zbiórki. Generalnie mam problem z funkcjonowaniem w grupie. Wyjątkiem jest film. Z ekipą filmową potrafię się dogadać.

Zwiastun filmu "Pod mocnym Aniołem"

– Wierzy Pan w męską przyjaźń?

Wierzę, że można uprawiać męską przyjaźń, będąc skrytym. To jest dla mnie podstawa. Ja mam taki minus, że nie patrzę w tył. Nie pielęgnuję, tylko cały czas patrzę do przodu. Ale wierzę w męską solidarność.

– I ma Pan przyjaciół?

Znalazłoby się ze dwóch.

– A czym się męska przyjaźń różni od kobiecej?

Totalną akceptacją. W męskiej przyjaźni właściwie nie ma wiele więcej. Kobiety reagują emocjonalnie, albo chciałyby więcej wiedzieć. A faceci nie zadają pytań. To jest fajne. Dobrze jest z kimś pomilczeć. Z kobietą? No nie wiem…

– Zrobił Pan już film o małości, o podłości, o chciwości, teraz o wódce. Robi Pan filmy o grzechach Polaków?

Robię filmy o wartościach, o grzechach – tych głównych i tych powszednich. O sprawach uniwersalnych, jak seks, kasa i władza. Czy to napędza także Polaków? No pewnie, że tak.

– A jakie są grzechy główne Polaków?

O tym wolę mówić w kinie. Ale nie chcę filmami rozliczać się z Polską. Grzechem głównym Jerzego, bohatera "Pod Mocnym Aniołem", jest pycha. Może moim też. A ten grzech zawiera w sobie inne.

– Każdy Pana kolejny film krytycy przyjmują z zachwytem. W tym roku zgarnął Pan wiele nagród. Pycha ma się czym karmić.

Może stąd film o niej? Ku przestrodze. Ale pani zapomina, że to jest też film o miłości. Że wszystkie moje filmy są o miłości.

– Dlaczego nie robi Pan filmów o kobietach? One zawsze są w drugim planie.

Może nie potrafię? Łatwiej jest mi opowiadać z punktu widzenia faceta. A może dlatego, że się wstydzę? A może nie wierzę, że zrobiłbym coś wiarygodnego z punktu widzenia kobiet? A może po prostu dojrzewam, żeby to zrobić. "Róża" była o kobiecie. A wkrótce zamierzam zrobić "Klarę" na podstawie powieści Izy Kuny. 

– "Pod Mocnym Aniołem" to pierwszy Pana film, w którym seks pokazany jest jako ludzki i piękny. Do tej pory był u Pana elementem przemocy. To była kopulacja.

Być może. Ale nie doszukiwałbym się głębszych treści. Tak wypadło.

Zwiastun filmu "Róża"

– Skoro mowa o głębszych treściach – w "Pod Mocnym Aniołem" pojawia się znowu siekiera. To już Pana stały rekwizyt. 

Stachura napisał: "Świata nie zmienię, ale trąbić mogę". Ja trąbię siekierą. Siekiera do nas, Polaków, pasuje.

– Lubi się Pan też pojawić w swoim filmie. W "Pod Mocnym Aniołem" Pana nie widziałam.

Byłem! W trzech miejscach, ale to nie z pychy, tylko oszczędności na statystach. A może z pychy. Ja się tak pojawiam, żeby mnie nie było widać.

– I jeszcze ujęcie z góry, które kończy każdy Pana film. Dlaczego?

W "Pod Mocnym Aniołem" zostawiamy bohatera w takim momencie, że tylko on jeden wie, co się z nim wydarzy. Decyzja należy do niego. Tym ujęciem chciałem dać widzom czas, żeby też zastanowili się, jaką on decyzję podejmie – czy wierzymy, że wyjdzie z nałogu, że tym razem naprawdę zaczął terapię, czy nie. Jerzy stoi na skrzyżowaniu, ma do wyboru trzy drogi – swój dom, knajpę i sklep z alkoholem. Którą wybierze? Być może jest to trójkąt bermudzki, a być może oko opatrzności. Nie wiem.

– Ale to ujęcie końcowe pojawia się we wszystkich Pana filmach.

Podobna figura, ale za każdym razem jej znaczenie jest inne. Być może to jest właśnie przejaw mojej pychy. Kto patrzy na ten świat opowiedziany – Pan Bóg czy ja?

– To prawda, że zamierza Pan teraz odpocząć, zrobić sobie przerwę od filmów?

"Nie chcem, ale muszę". Mój następny projekt to film o ludobójstwie na Kresach, ale zdjęcia będą mogły się zacząć najwcześniej za rok. Scenariusz – na podstawie między innymi opowiadań Stanisława Srokowskiego – napisałem w dwa miesiące, ale długo się przygotowywałem. Przez półtora roku czytałem to, co zostało w tym temacie napisane. Ponad 100 tytułów. To był ciężki okres, który musiałem odchorować. Najtrudniejszy jest dla mnie czas w trakcie pisania, kiedy jestem sam na sam z historią, która mnie przeraża. Potem, jak już mam ekipę, kamerę i wiem, co chcę zrobić, jest łatwiej. Chociaż zdarzają się momenty trudniejsze, jak scena gwałtu zbiorowego w "Róży". Zrobiliśmy to w bezszelestnej ciszy. Aktorzy przeżywają takie momenty inaczej niż ja – krócej, ale bardziej intensywnie.

– Jak Pan z nimi o tym rozmawia?

Przede wszystkim rozmawiam z nimi o sprawie, w drugiej kolejności o emocjach, stanie, w którym znajduje się postać w danej scenie, i o jej motywacjach. Wszyscy na planie wiedzieliśmy, dlaczego ta scena jest taka ważna.

– Ja po "Róży" zbierałam się tydzień, Arkadiusz Jakubik po "Domu złym" – pół roku. Jak Pan odchorowuje swoje filmy?

Ważny jest płodozmian, równolegle pracuję nad filmem i tematem do kolejnego. Alkohol też jest przydatny, co nie znaczy, że po zakończeniu zdjęć siadam za barem i budzę się kilka dni później na promie do Szwecji.

– "Najpierw się pisze, potem się czyta" – tak wygląda terapia alkoholików w "Pod Mocnym Aniołem". Czy Pan traktuje swoje filmy jak rodzaj terapii – najpierw pisze Pan scenariusz, a potem kręci?

W mojej robocie ważna jest kolejność – tak z kolei mówi notariusz do Wojnara w "Weselu". Terapia? Nie wiem. Może.

Zwiastun filmu "Drogówka"

– Należy Pan do trójki najlepszych polskich reżyserów…

…do trójki? A kto jest pierwszy?! O – pycha.

– Czyli terapia nie zadziałała…

Żartowałem przecież. Terapia działa, pychy brak. Załóżmy, że opuściłem strefę spadkową. 

– Czy reżyser należący do szóstki najlepszych reżyserów w Polsce jest w stanie utrzymać rodzinę z robienia filmów?

Tak. Rodzina żyje i ma się dobrze. Teraz jest mi oczywiście dużo łatwiej niż kilka lat temu. W ciągu trzech ostatnich lat zrobiłem "Różę", "Drogówkę" i teraz "Pod Mocnym Aniołem". Wyjątkowe przyspieszenie jak na mnie i jak na ten kraj. Wcześniej, żeby utrzymać rodzinę, robiłem seriale, tak zwaną mielonkę. Przez pół roku kręciłem tasiemca i zarabiałem tyle, żeby przez kolejne pół roku móc pracować nad scenariuszem kolejnego filmu. Za seriale kupowałem sobie czas niezbędny na robienie filmu. Teraz przestałem być anonimowy, pieniądze na moje kolejne projekty jakoś się znajdują, robię filmy autorskie, producenci nie mogą narzucić mi popularnego aktora w obsadzie albo że końcówka będzie jeszcze bardziej wesoła, co w moim przypadku byłoby ciekawe. I nie muszę już pracować w serialu, ale tu ważne rozróżnienie, że seriale serialom nierówne. Co innego mielonka, a co innego serial w HBO. No i co jakiś czas kręcę reklamy. To są porównywalne pieniądze, co z pracą w serialu, a czas na to przeznaczony dużo mniejszy – pół miesiąca, a czasem intensywne trzy dni.

– Ma Pan z tych reklam frajdę?

Bywa. Staram się kręcić reklamy z aktorami, a nie pudełko margaryny. Nie czuję wstydu z powodu robienia reklam, mam to wyraźnie podzielone. Są rzeczy, które robię dla pieniędzy, i te, które zrobiłbym i tak. Nie robię nic na pół gwizdka.

– A jaką reklamę nakręcił Pan ostatnio?

Ze Stanisławem Tymem, żeby zakręcać kaloryfery i oszczędzać energię. Kampania społeczna. Nakręciłem też ostatnio serial dla HBO – jeden z wątków trzeciej serii "Bez tajemnic" – Jerzy Radziwiłowicz i Adrian Zaremba. Młody, świetny aktor.

– Będzie w Pana następnych filmach?

Mam nadzieję. Ale z nim jest trudniej, bo on, niestety, jest za ładny na te moje filmy.

– To dlatego zatrudnia Pan ciągle tych samych aktorów?

Ja ciągle robię jeden film. I jednak pojawia się u mnie trochę nowych twarzy. Stosunkowo niedawno Marcin Dorociński na przykład. Też niebrzydki chłopak, ale ma "nażyte". Bo też o to chodzi. Dlatego z Adrianem umówiłem się, że zaczyna palić extra mocne i pić ciepłą wódkę, żeby się wpasować. 

– Z Dorocińskim połączyła Was piłka nożna?

Nie. Interesujemy się piłką niezależnie. On chyba gra w reprezentacji Polski, a ja oglądam, leżąc na kanapie z piwem.

– Skoro pojawił się temat piłki – możemy się cofnąć do Pana dzieciństwa?

Nie.

– Dlaczego nie?!

Bo ja nie mam życiorysu.

Zwiastun filmu "Dom zły"

– Jak to nie?! Urodził się Pan w 1963 roku w Korczynie. Wychował się Pan w Jedliczu, gdzie grał Pan w piłkę w Nafcie Jedlicze. Na ścianach Pana dziecinnego pokoju wisiały plakaty przedstawiające największych polskich piłkarzy…

…no dobra. Pyta pani.

– Jedlicze. Jak tam było?

Jak wszędzie.

– Była rzeczka, jak u Miłosza i Konwickiego?

Tak, była. W Jedliczu była rafineria i ona za pomocą rury ładowała ścieki do tej rzeki. Ktoś inny zobaczyłby to pewnie inaczej – była rzeka, las, jelenie, było fantastycznie. Ja pamiętam rurę. Ważne, z której strony rury się kąpałeś. Załatwiliśmy już temat dzieciństwa?

– Nie. Bo była jeszcze ta drużyna piłkarska.

Wtedy wszyscy grali w piłkę. To nie była wielka sprawa.

– Pan grał na obronie i pomocy.

Bez ambicji i bez osiągnięć. Nie miałem szans. Chociaż z drugiej strony, kiedy ja grałem w piłkę, to Polska była trzecią drużyną świata. Może gdybym z tymi moimi umiejętnościami grał dzisiaj, to załapałbym się na kadrę?

– A miał Pan takie marzenia?

Miałem buty z korkami, poważnie traktowałem treningi, miałem te plakaty – więc pewnie fantazje z tym związane też. Bardzo mi się podobało to, że podczas treningów wszyscy mieli to samo obciążenie – niezależnie od wzrostu, wagi. Wszyscy po równo. I biegaliśmy po lesie z tymi obciążeniami do upadłego. Tak trenowało się wtedy w całej Polsce i dlatego byliśmy trzecią drużyną świata.

– Chodzi Pan jeszcze na mecze?

Rzadko. Byłem na pierwszym polskim meczu na Euro 2012. Nie że popelina, ale wyszło jak zwykle. Ale potrafię się jeszcze na meczach wzruszać – jeśli o to pani pyta.

– Podobno łzę Pan potrafi nawet uronić.

Ostatnio na meczach reprezentacji płaczę jak bóbr. Z żalu. Chcę kiedyś zrobić film o piłce. Akcja ma trwać tyle, co mecz. Kiedy wpadłem na ten pomysł, pomyślałem, że miejscem akcji musi być Wembley albo Maracanã. Dzisiaj już wiem, że boisko piątej ligi też będzie niezłe. Za faul uznaję tylko otwarte złamanie.

– Kiedy zdecydował się Pan na studia filmowe?

W takiej dwuletniej szkole, którą robiłem cztery lata w Krośnie.

– Dlaczego cztery?

Bo nie miałem pomysłu na siebie i uciekałem przed wojskiem. Byłem w paru różnych szkołach, których nie kończyłem. Wtedy brali do wojska chyba do 27. roku życia. To była moja jedyna motywacja. W tej szkole w Krośnie było kilka sensownych osób, które też myślały o szkole filmowej i ja za nimi. Za pierwszym razem odpadłem od razu. I słusznie, bo kompletnie nie miałem pojęcia, o co chodzi na tych egzaminach. Za drugim razem też nie zdałem, ale byłem tuż pod kreską. Za trzecim razem dostałem się na wydział operatorski.  

Zwiastun filmu "Wesele"

– Dziesięć lat czekał Pan na debiut. Miał Pan chwile zwątpienia w swój talent?

Przez te dziesięć lat musiałem się przeformatować z operatora na reżysera. Najpierw – w szkole – spodobała mi się przygoda z filmem, potem zorientowałem się, że ciężko mi się dogadać z reżyserami. Może mam trudny charakter? Chciałem sam robić filmy, więc napisałem scenariusz "Małżowiny", a potem musiałem wymyślić, jak tu się przerzucić z Łodzi do Warszawy i się tu utrzymać. Pojechałem na krótko na Zachód, zarobiłem na wynajęcie mieszkania. Po powrocie pracowałem jeszcze jako operator i wynajmowałem się do telewizyjnych produkcji. Zacząłem też kręcić teledyski. I w końcu udało mi się nakręcić tę "Małżowinę". Po sześciu latach.

– Przełomem był Fryderyk za teledysk dla Myslovitz?

Polska kinematografia była wtedy w jakimś tragicznym momencie – to był czas, kiedy próbowaliśmy kopiować wielkie amerykańskie produkcje, gonitwa za Hollywood na naszą skalę. "Quo vadis", "Wiedźmin", "Gulczas" itd. Ciężko się było przebić przez to z moim kinem.

– Co jest w życiu najważniejsze?

Rodzina.

– Coś mi Pan o niej opowie?

Grubą kreską oddzielam życie zawodowe od domowego.  

– Bo z rodziną odpoczywa Pan od tych hardcorowych historii, które Pan kręci?

Na pewno. To nie jest tak, że wracam po zdjęciach do "Domu złego" i idę z siekierą usypiać dzieci.

– Odkłada Pan siekierę na progu i z miejsca siada Pan z synami do playstation?

Jak przegram w FIFĘ trzema bramkami z młodszym synem, uznaję to za sukces. Teraz pomyślałem, że to zupełnie tak, jak nasza reprezentacja… Wciąż się tego uczę. Odkąd pojawiła się rodzina, dzieci, filmy przestały być najważniejszą rzeczą w moim życiu. To zresztą jest dość zabawne, bo rodzina pojawiła się, zanim zacząłem robić filmy. Może chodziło o to, że nie było już takiego ciśnienia, że jak w filmie nie wyjdzie, to nie mam nic?

– Ma Pan dwóch synów.

Tak. 9 i 11 lat.

– Chcą robić filmy, tak jak tata?

Nie, dlaczego? Chciałbym, żeby byli przede wszystkim szczęśliwi. Żeby weszli jak najmniej pokopani w dorosłe życie. 

– Wyobraża Pan ich sobie jak dorosną?

Nieustannie. Ale tu się nie będę rozwijał.

– Jak ich Pan wychowuje?

Nie przeszkadzam. Pokazuję drogi, które wydają mi się rozsądne, i przyglądam się z boku. Ale każdy przypadek jest inny. To chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy w życiu człowieka – żeby tego wychowania za bardzo nie spieprzyć. Stworzenie dzieciom szczęśliwego dzieciństwa – to teraz dla mnie najważniejsze.

Rozmawiał Magdalena Żakowska

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dorota Wellman w naprawdę mocnej rozmowie z Aleksandrą Kwaśniewską!