O TYM SIĘ MÓWI

„Znalazłam się kilka razy w sytuacji, że mogłam stracić życie”

Martyna Wojciechowska o najtrudniejszych i przełomowych momentach

Roman Praszyński 3 października 2019 20:02

Zdobyła Koronę Ziemi. Ukończyła Rajd Dakar. W męskim świecie wytycza nowe szlaki kobietom. Ale Martyna Wojciechowska już nie chce się ścigać. Chce pomagać. Założyła Fundację UNAWEZA, która wspiera bohaterki jej programów „Kobieta na krańcu świata”.

Ile masz córek?

Martyna Wojciechowska: Urodziłam jedną, Marysię. Ale opiekuję się wieloma, przede wszystkim dwoma dziewczynami z Tanzanii – Kabulą i Tatu. Obie cierpią na albinizm i zaznały z tego powodu wiele cierpienia. Kabula została napadnięta, maczetą odcięto jej rękę na wysokości barku. W Tanzanii uważa się, że takie osoby są obdarzone szczególną mocą i że z części ich ciał można produkować magiczne eliksiry i amulety.  

Wstrząsające. Ile lat ma Kabula?

Teraz ma już 21 lat, uczy się, aby zdać na studia prawnicze. Jest mocno spóźniona w edukacji, bo w Tanzanii dzieci z albinizmem nie posyła się do szkół, uważa się, że są niedorozwinięte. Kabula ma kłopoty ze wzrokiem, ale intelektualnie jest więcej niż sprawna.

Co Twoja córka na swoje afrykańskie „siostry”?

Marysia kilka razy mnie zaskoczyła, organizując zbiórki czy kiermasze w szkole, żeby zebrać pieniądze dla Kabuli i innych dzieci z albinizmem w Tanzanii. Na pewno nie mają siostrzanej więzi, jest między nimi zbyt duża różnica wieku i różnica kulturowa. Ale zdjęcie Kabuli wisi u nas na ścianie nad stołem, więc mogę powiedzieć, że codziennie razem jemy śniadanie. Często o niej rozmawiamy, łączymy się na wideo. Myślę, że prawdziwa więź jeszcze przed nimi. Na razie nie udało mi się pojechać do Tanzanii z Marysią. Nie dostałam pozwolenia na wjazd.

Podpadłaś rządowi w Tanzanii?

Po 11 pobytach w tym kraju, który traktowałam jak swój drugi dom, stałam się tam niemile widziana. Zrealizowałam film dokumentalny „Ludzie duchy” o ludziach chorych na albinizm, na których w Tanzanii urządza się polowania. Film odbił się szerokim echem na świecie i, zdaniem władz, w nie najlepszym świetle pokazał starania rządu. Ale nie chodziło mi o krytykę rządu, problem jest głęboko zakorzeniony w kulturze, wymaga głębokiej zmiany społecznej i edukacji. A to wymaga czasu.

Dlaczego bierzesz osobistą odpowiedzialność za swoich bohaterów?

Pamiętam, jaka byłam zdziwiona, gdy na lekcji biologii dowiedziałam się, że życie sprowadza się do fizjologii. Zastanawiałam się, co można zrobić, żeby na tym świecie zostawić po sobie coś więcej. Później, na skutek różnych zbiegów okoliczności, znalazłam się kilka razy w sytuacji, że mogłam stracić życie. Straciłam też najbliższych. To wyzwoliło we mnie ogromny głód potwierdzania sensu istnienia.

Dotknęłaś śmierci?

Momentem przełomowym był wypadek samochodowy na Islandii, w którym zginął Rafał, mój przyjaciel i operator. Zginął na moich oczach. Miał żonę, związek pełen miłości, trójkę dzieci. Położyłam na wadze Jego życie i swoje. Zdałam sobie sprawę, że jeżeli nie zbuduję czegoś głębokiego, jeśli nie zacznę dzielić się tym, co mam i co mogę zrobić dla innych, będę miała poczucie, że ta decyzja losu była bardzo niesprawiedliwa. W gruncie rzeczy On powinien przeżyć, zostać dla swojej rodziny i zrobić to, co miał do zrobienia.

Co dodało Ci mocy?

Pierwsza decyzja, jaką podjęłam, leżąc jeszcze na szpitalnym łóżku, była taka, że w następnym sezonie zdobędę Mount Everest. Zakomunikowałam to lekarzowi patrzącemu na moje zdjęcie rentgenowskie złamanego kręgosłupa.

Szaleństwo?

Zdaniem lekarza tak. Ale mnie to bardzo zmotywowało. Wyobraziłam sobie Martynę Wojciechowską na szczycie Mount Everestu. Tak wysoko, że wyżej już się nie da. Wyobraziłam sobie, że tam będę miała najlepszą perspektywę, żeby zobaczyć, co robić dalej. I wszystko, co się wydarzyło przez następne półtora roku, było realizacją tego planu. Nie skupiałam się na tym, że jutro postawię krok, a za tydzień drugi, tylko na tym, co jest na końcu drogi.


 I co znalazłaś na końcu?

Na szczycie góry tak wysokiej jak Mount Everest dociera do ciebie parę rzeczy. Pierwsza: Co za ulga, że nie muszę iść wyżej! Ale zaraz potem uświadamiasz sobie, że szczyt góry to jest tylko połowa drogi. Trzeba jeszcze zejść. To uczy niesamowitej cierpliwości, pokory i umiejętności rozkładania sił w długim okresie. Druga rzecz to taka, że, siedząc na najwyższym punkcie świata, przekonujesz się, że niemożliwe nie istnieje. Wstałeś z wózka inwalidzkiego, pokonałeś miliard kroków. Czujesz w sobie ogromną siłę i moc sprawczą. A trzecia rzecz – dopiero z najwyższego szczytu doskonale widać inne góry do zdobycia. Piękne ośnieżone szczyty. I myślisz sobie wtedy: Jest jeszcze tyle do zrobienia! Więc zaczęłam działać.

Jaki szczyt zdobywasz dzisiaj?

Globalny zasięg pozytywnego działania. Poczucie, że moje działanie ma wpływ na ludzi wokół mnie, w Polsce, ale też w innej części globu. Założyłam fundację. Za każdym razem, kiedy jechałam na kraniec świata i spełniałam się jako dziennikarz, czułam, że nie mogę zostawić moich bohaterów z problemami. Gdyby mieć trochę pieniędzy i pomocnika na miejscu, gdyby pokazać właściwy kierunek, potrzymać za rękę, wesprzeć w realizacji ich celów. Pomóc zmienić życie. Podejmowałam się heroicznych prób z oddaną grupą przyjaciół. Organizowaliśmy zbiórki wśród krewnych i znajomych, żeby pomóc komuś na Filipinach, w Tanzanii czy Boliwii. Budowaliśmy sieć, ale potrzebowaliśmy struktury. Więc ją mamy. Fundacja UNAWEZA właśnie zaczęła działać, 28 września oficjalnie zaczynamy finansować projekty równocześnie w kilku miejscach świata. Zrobiłam sobie piękny prezent na moje 45. urodziny! Naszym celem jest wspieranie kobiet, ich dzieci i rodzin. Wyrównanie szans i edukacja. Póki co będziemy zajmować się bohaterkami, które poznałam w trakcie realizacji programu „Kobieta na krańcu świata”.

UNAWEZA?

Z języka suahili, po angielsku znaczy „you can”, po polsku „możesz”. To słowo usłyszałem od Kabuli w 2014 roku, kiedy spotkałam ją po raz pierwszy. Zobaczyłam je w zeszycie do suahili, zaintrygowało mnie. Zapytałam, co znaczy, a ona po raz pierwszy podniosła głowę i spojrzała na mnie. Bo na początku mnie ignorowała i była wręcz opryskliwa. Powiedziała: „You can”.

Piękna historia.

Zdałam sobie sprawę, że wszystko, co robiłam, doprowadziło mnie właśnie do tego miejsca. Zawsze wiedziałam, że sensem mojego życia jest pomaganie innym. Widziałam się co prawda w szpitalu polowym gdzieś w Afryce. I nie wykluczam, że tam trafię. Ale na razie jestem w Polsce i zajmuję się realizacją projektu o światowym zasięgu.

Kiedy odkryłaś kobiety w swoim życiu?

Późno. Gdy miałam 10 lat, postanowiłam, że będę wyścigowym kierowcą motocyklowym. Czułam, że aby to zrealizować, muszę zostać chłopakiem. Ubierałam się jak chłopak, miałam krótkie włosy, nawet chodziłam jak chłopak. I przebijałam się łokciami w męskim świecie. Na pewnym etapie życia byłam bezkompromisowa. Szłam jak przecinak. Czułam, że jakiekolwiek okazanie słabości, emocji spowoduje, że mnie zwyczajnie rozjadą.

Kiedy się zmieniłaś?

Punktem kulminacyjnym był Rajd Dakar, na który wyjechałam w ostrym zacietrzewieniu i „na pełnej petardzie”. Doświadczyłam tam wielu wspaniałych momentów przyjaźni i wsparcia. Pożyczaliśmy sobie opony, żeby pokonać odcinek specjalny, ale doświadczyłam też momentów rywalizacji i wyścigu szczurów do celu po trupach. Kiedy dojechałam do mety, wiedziałam, że chcę pokazywać kulisy, zaplecze, prawdziwe emocje i prawdziwą walkę. A nie to, kto pierwszy dojedzie do mety, bo w gruncie rzeczy to jest najmniej istotne. To doprowadziło mnie do programu „Kobieta na krańcu świata”.

Czym się różni siła kobiet od siły mężczyzn?

Siła mężczyzn jest jak skała. Rzecz w tym, że mocnym naciskiem jesteś w stanie skruszyć każdą skałę. A siła kobiet jest jak ocean. Jest niewyczerpana, ma umiejętność dostosowywania się do warunków. To prawdziwy żywioł.

Odczuwasz solidarność kobiet?

Tak. Spotkałam w swoim życiu wiele wspaniałych kobiet na kierowniczych stanowiskach, które dały mi szansę. Mam wokół siebie grono dziewczyn, bez których nie byłabym tym, kim jestem. Miałam szczęście do silnych, mądrych kobiet. Począwszy od tego, że miałam świetną babcię, z ogromnym dystansem do siebie, i mamę, która jest szalenie otwarta i tolerancyjna.

Co masz po niej?

Często słyszę, że jestem odważna. Tę cechę zawdzięczam mamie. Nigdy nie słyszałam od niej krytyki. Dawała mi popełniać błędy i nie gasiła słynnym: „A nie mówiłam?”. Tylko przez próbowanie i doświadczanie, czasem nieudolne, dziecko może uczyć się zaufania do swoich wyborów. Gdy karcimy dzieci, budzimy w nich wstyd. Nie chcą już próbować, bo za bardzo boją się porażki.  

A nauczyłaś się już okazywać słabość?

Nie jest to łatwe, ale próbuję. Jednak dalej nie lubię folgowania swoim słabościom. Tak było ze skokami ze spadochronem. Przez wiele lat nie mogłam dotrzeć na kurs dla skoczków. Zawsze coś mi wypadało i zdałam sobie sprawę, że zwyczajnie się boję i odsuwam ten moment! A strach nie jest zły, chodzi jednak o to, żeby działać pomimo strachu. W końcu zostałam licencjonowanym skoczkiem spadochronowym. I co się okazało? Skoki ze spadochronem to najlepsza rzecz, jaką można robić w ubraniu. Naprawdę mogę latać!

A na ziemi okazujesz emocje?

Bardzo dobrze potrafię okazywać dobre emocje. Jednak wciąż zbyt dobrze potrafię powstrzymywać te negatywne. Zachowuję kamienną twarz. Ludzie mogą przypuszczać, że mnie nic nie dotyka. Co nie jest prawdą. Jednak potrafię już powiedzieć, że jestem zmęczona. Albo że jest mi przykro. Przez 11 lat jeżdżenia po świecie i wysłuchiwania historii kobiet bardzo dużo się nauczyłam. Właśnie moim bohaterkom zawdzięczam umiejętność mówienia o słabościach. Obecny, 11. sezon „Kobiety na krańcu świata” jest najlepszy z dotychczasowych, bo i ja jestem inna, z roku na rok coraz bardziej dojrzała, ekipa jest coraz lepsza, dotarliśmy się. A bohaterki niezwykłe, złożone, nieoczywiste.

Na przykład?

Wyobraź sobie scenę. Siedzę na ławce ze starszą kobietą, rozmawiamy. Zaprasza mnie do siebie do domu. Wchodzimy, widzimy, że to dom, gdzie mieszka więcej starszych kobiet. Jedne się uśmiechają, drugie są zamyślone. Moja bohaterka zaczyna opowiadać swoją niezwykle poruszającą historię. A za chwilę okazuje się, że jesteśmy w jedynym na świecie domu dla emerytowanych bezdomnych prostytutek. Czy raczej pracownic seksualnych, bo słowo prostytutka jest negatywnie nacechowane i nie powinno się go używać. Te kobiety żyją na marginesie społecznym, ale ty już nie możesz ich odlubić. O tym właśnie jest program, że zbyt łatwo szufladkujemy ludzi. A przecież każdy człowiek potrzebuje miłości, bliskości i zasługuje na godną starość. Wierzę, że ta historia z Mexico City uruchomi w widzach empatię i większą tolerancję. Bo bez tego nie da się przecież dobrze żyć. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie de Luxe VIVA!, a w nim: ANJA RUBIK o tym, jak się czuje w roli singielki i o planach na przyszłość. Intymna sesja KINGI KORTY z synkiem GREYSONEM i inspirująca rozmowa na temat późnego macierzyństwa. Skandalista i geniusz – ELTON JOHN. RODZINA KOKCZYŃSKICH, właścicieli Park Cafe w Konstancinie, o tym, jak stworzyć „fajne miejsce”.