„To ważne, żeby mieć dobre, piękne wspomnienia, bo one dają nam siłę w najgorszy nawet czas” – mówiła Wanda Traczyk-Stawska. Dziś te słowa brzmią szczególnie przejmująco. W archiwalnym wywiadzie dla VIVY! wspominała Wigilię 1944 roku spędzoną w obozie jenieckim, wyzwolenie przez żołnierzy generała Maczka i niezwykłe spotkanie w Palestynie. Ale wracała również do zupełnie innych obrazów: szczęśliwego dzieciństwa, rodzinnego domu, pierwszej gwiazdki, zapachu lasu i starej jabłoni za oknem.
WIDEO…
Wanda Traczyk-Stawska w archiwalnym wywiadzie VIVY!
„W wigilijny wieczór wszystkie, które mogłyśmy chodzić, wyszłyśmy przed barak i czekałyśmy na pierwszą gwiazdkę. Kiedy zabłysła, patrzyłyśmy na wschód, w kierunku Polski i śpiewałyśmy »Bóg się rodzi…«”. Legendarna uczestniczka powstania warszawskiego, Wanda Traczyk-Stawska w poruszającej rozmowie z Aliną Mrowińską. O najpiękniejszej Wigilii w obozie jenieckim w 1944 roku, niezwykłym spotkaniu w dalekiej Palestynie i o wspomnieniach, które dają siłę na całe życie.
– Rozmawiamy w Domu Kombatanta, od kiedy Pani tu mieszka?
Jeszcze nie minął miesiąc. Przeniosłam się, mając świadomość, że już nie mogę zostawać w domu sama na noc. A poza tym już sobie nie radziłam. Za trudno było mi utrzymać taką własną dyscyplinę, żebym pamiętała o lekach i o wszystkich moich powinnościach, bo dalej muszę stale gdzieś gonić i coś robić.
– Trudno było Pani opuścić swój dom?
Wielki żal… Mieszkałam w przepięknym miejscu w Międzylesiu ponad 70 lat. Staram się tam wracać choć raz w tygodniu, żeby sobie chwilę posiedzieć i popatrzeć na las, na znajome wiewiórki, ptaki. Prawie codziennie mam jeszcze jakieś zajęcia związane z Cmentarzem Powstańców Warszawy na Woli. Od 1947 roku jestem nim zajęta, od kiedy wróciłam z Palestyny do Warszawy i dostałam rozkaz od mojego dowódcy, by odnaleźć groby kolegów poległych w powstaniu. Od roku jest już Izba Pamięci, a dwa miesiące temu otwarto wspaniałą wystawę Krzysztofa Wodiczki „Głosy pamięci”. Jest niezwykła, jedyna taka na świecie – w dużej, całkowicie ciemnej przestrzeni świeci się tylko płomień poruszany dźwiękiem nagranych relacji ludności cywilnej i żołnierzy. W tej ciemności jest jakaś nieziemska siła, to jest ogromnie wstrząsające słuchać ludzi, którzy opowiadają o swoich przeżyciach z czasu powstania – o dniach i nocach spędzonych w piwnicach, wysiedleniach z domów, bombardowaniach, masowych egzekucjach, głodzie. Moim marzeniem jest, żeby ten
cmentarz wołał na cały świat o pokój i żeby jak najwięcej ludzi to wołanie usłyszało. Na półtora hektara pochowano 104 105 osób. Jedyny taki wojenny cmentarz na świecie, gdzie leżą razem cywile i żołnierze. Bo razem walczyliśmy i razem ginęliśmy. Bez ludności cywilnej nie trwalibyśmy 63 dni.
– Często wraca Pani do wspomnień?
Niestety tak. Miałam zaledwie 17 lat, kiedy szłam do powstania, walczyłam na pierwszej linii, byłam ranna, odłamki utkwiły mi w czaszce. Kolega mnie opatrywał, nie mając ani kropli wody. W pobliżu był jakiś zrujnowany sklep z winami i pamiętam, że podnosił mi głowę, ja strasznie krwawiłam, a on lał na ranę wino. Wróciłam do walki, a potem przeszłam przez cztery obozy jenieckie. Po raz pierwszy w dziejach wojen kobiety były jeńcami wojennymi, na takich samych prawach jak mężczyźni. W tym strasznym mroku były też piękne chwile. Jedną z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających, która została ze mną na całe życie, była Wigilia w 1944 roku w obozie jenieckim w Zeithain. Głód był straszny, niektórym dziewczętom otwierały się rany, najmłodsze chorowały na szkarlatynę. Była tam z nami doktor Jadwiga Beaupré, pseudonim „Malina”, powstańcza lekarka, niezwykle mądra, odważna i piękna kobieta. Potrafiła dla naszych chorych wszystko wydębić od niemieckich lekarzy. Wiele dziewcząt zawdzięczało jej życie. Na kilka dni przed Wigilią starałyśmy się nie jeść przydzielonej margaryny, cukru, chleba, żeby jak najwięcej zaoszczędzić. Świąteczne paczki Czerwonego Krzyża dostały tylko osoby, które już wcześniej były w obozie. Do nas nie zdążyły dotrzeć. W wigilijny wieczór wszystkie, które mogłyśmy chodzić, nawet niektóre ranne, wyszłyśmy przed barak i czekałyśmy na pierwszą gwiazdkę. Stałyśmy w dwuszeregu, tak jak trzeba w wojsku. Kiedy zabłysła pierwsza gwiazdka… patrzyłyśmy na wschód, w kierunku Polski i śpiewałyśmy „Bóg się rodzi”. Był trzaskający mróz, padał śnieg, piękna zima. Niemcy patrzyli na nas z takim szacunkiem.

– Było w Was dużo nadziei, że niedługo skończy się koszmar wojny?
O tak, wiedziałyśmy z nasłuchów radiowych mężczyzn z drugiej części obozu, że Niemcy wszędzie przegrywają i że Rosjanie są coraz bliżej. Modliłyśmy się, żeby doszli do nas alianci. A stało się jeszcze piękniej. Zostałam wyzwolona w kwietniu, jeszcze przed zakończeniem wojny, w cudowny wręcz sposób, przez żołnierzy generała Maczka.
– W Oberlangen, blisko granicy z Holandią.
Stale to pamiętam, kiedyś nawet często śniło mi się w nocy. Proszę zobaczyć, tam na półce mam książkę o Oberlangen. Często do niej wracam, przypomina mi się jakaś koleżanka, przeczytam nekrolog, że któraś zmarła… Niewiele z nas już żyje. To był ogromny obóz, 1720 dziewczyn. Miałyśmy nawet zorganizowane tajne komplety. Najwięcej łacińskich słówek zapamiętałam z Oberlangen. Ale wracając do wyzwolenia, chłopaki od Maczka dowiedzieli się, że osiem kilometrów od nich jest kobiecy obóz i że Niemcy chcą go zatopić. Kiedy weszli, to było niezwykłe przeżycie, nigdy nawet o tym nie marzyłam, że będą nas uwalniać Polacy. Któraś dziewczyna spotkała swojego brata, inna ojca, narzeczonego. Jakież to było wzruszające patrzeć, jak się cieszą swoją obecnością.
– A jak to się stało, że po wyzwoleniu znalazła się Pani w Palestynie?
Słyszałyśmy straszne rzeczy, że w Polsce będzie nowa radziecka okupacja. Chłopcy od Maczka opowiadali o masowych wywózkach, łagrach, rozstrzeliwaniach. Zostałam skierowana przez generała Andersa do Szkoły Młodszych Ochotniczek, którą założył w Nazarecie. To jest jego wielka zasługa, że wyprowadził ze Związku Radzieckiego ludność cywilną i założył przy II Korpusie szkoły dla młodzieży. Pojechałam przez Włochy, Egipt do Palestyny. Strasznie się broniłam przed tym wyjazdem, pisałam podania, pisali moi koledzy, ich rodzice. Nic to nie dało.
– Dlaczego tak bardzo nie chciała Pani jechać do Nazaretu?
Bo cudownie mi było we Włoszech i nie chciałam się rozstawać z przyjaciółmi. Przepiękne miasteczko Macerata, bliziutko do morza, niezwykle piękna plaża. Raj na ziemi, po tym wszystkim, co przeżyliśmy.
– W Nazarecie wydarzyło się coś absolutnie niezwykłego. Nieoczekiwanie spotkała tam Pani matkę kolegi, z którym walczyła Pani w powstaniu.
Od tamtej pory jestem głęboko wierzącym człowiekiem. Bo to, co się wydarzyło, nie mogło się stać ot tak. Miałam w powstaniu kolegę, Andrzeja Chołowieckiego, wieczorami opowiadał mi o sobie, jak radzieccy żołnierze przyszli w Wilnie aresztować jego rodziców, a jemu udało się wyskoczyć w piżamie przez okno, dostał pieniądze od sąsiadów i przyjechał do Warszawy, studiował na Politechnice, a potem poszedł do powstania. Opowiadał bardzo szczegółowo, a ja nie chciałam tego słuchać, bo byłam potwornie zmęczona po całym dniu walk. Sen był dla mnie ważniejszy od jedzenia. A on mnie budził, szarpał i opowiadał bez końca całe swoje życie od ucieczki z domu. W końcu schowałam się na noc do szafy. Kiedy o wszystkim dowiedział się nasz dowódca, naskoczył na Andrzeja, żeby dał mi spokój, że jestem żołnierzem i muszę odpocząć: „Nie flirtuj z nią”, powiedział. A Andrzej na to, że on kocha się w łączniczce Baśce z długimi warkoczami, ale coś mu każe właśnie mnie opowiadać o sobie, nie wie dlaczego…
– Nieprawdopodobne.
Proszę słuchać dalej – Andrzej poległ 13 sierpnia w pierwszej próbie przebicia drogi na Stare Miasto. Biegliśmy razem i w pewnej chwili on mnie sobą zasłonił,
dlatego żyję… Pocisk z czołgu rozszarpał mu szyję. Rana była śmiertelna.
– Jak spotkała się Pani z jego matką?
W drugi dzień Bożego Narodzenia szkoła zorganizowała 30 dziewczętom z powstania wycieczkę po Ziemi Świętej. Byłyśmy w Betlejem, Bazylice Grobu Pańskiego, a nocowałyśmy pod Jerozolimą u polskich zakonnic. I wieczorem, kiedy byłyśmy już po apelu w łóżkach, ktoś zapukał do naszego pokoju. Weszła kobieta i spytała: „Czy któraś z was zna może Andrzeja Chołowieckiego?”. Przestraszyłam się, bo była do niego bardzo podobna, też wysoka, z bardzo niebieskimi oczami. Wstałam, idę do niej z rozpaczą i czuję, że po policzkach płyną mi łzy. Przytuliła mnie. Nie zapytała, jak zginął, tylko gdzie go pochowaliśmy. A potem pytała, czy coś wiem o jego losach przed powstaniem, bo od czasu, jak wyskoczył przez okno ich domu, nie miała z nim żadnego kontaktu.
– I dzięki jego opowieściom, które nie dawały Pani spać, mogła jej Pani wszystko opowiedzieć. Panią wybrał…
…coś mu kazało mnie wybrać… Nie jest możliwe, żeby to były tylko zbiegi okoliczności. Musiałam przyjechać tak daleko, a tak bardzo się przed tym broniłam, żeby spotkać jego matkę. A ona była akurat w Jerozolimie, od kogoś się dowiedziała, że tej nocy w klasztorze są dziewczyny z powstania. Nigdy więcej nie spotkałyśmy się, wiem tylko, że jej mąż został rozstrzelany w Katyniu.
– Tak myślę, że jest w tym coś bardzo poruszającego, że działo się to w święta Bożego Narodzenia…
Tak, ma pani rację… Też o tym wiele razy myślałam.
– Boże Narodzenie to był dla Pani zawsze ważny czas?
Z dzieciństwa wyniosłam wielką miłość do mojego kraju, do święta 11 listopada i do Bożego Narodzenia, które uważam za najpiękniejsze polskie święto. Do dziś pamiętam smak cukierków, które wisiały na naszej choince. Proszę spróbować, tam na stole leżą krówki milanowskie, były produkowane jeszcze przed wojną, takie same jak te dzisiejsze.
– Pyszna jest.
Prawda? Nie ciągnie się, jest krucha, nie za słodka, ma dużo mleka. A cukierki wedlowskie były specjalnie produkowane na święta, w kolorowych błyszczących papierkach. W Wigilię ubieraliśmy z rodzeństwem choinkę, jak szliśmy spać, staraliśmy się choć jeden cukiereczek ściągnąć i zabrać pod poduszkę. Dla mnie, starego już człowieka, święta Bożego Narodzenia to wspomnienie beztroskiego, szczęśliwego dzieciństwa. Miałam kochających rodziców, brata i dwie siostry. Pamiętam, jak czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. To ważne, żeby mieć dobre, piękne wspomnienia, bo one dają nam siłę w najgorszy nawet czas. Byliśmy pierwszym pokoleniem urodzonym po odzyskaniu niepodległości. Polska scaliła się po tylu latach trzech okupacji zaborców. Zawsze wracam do tego myślami z ogromnym wzruszeniem. Mam nadzieję, że teraz w Polsce nastaną czasy tolerancji i wzajemnego zrozumienia. Że nikt już nie będzie poniewierał kobiet, jak przez ostatnie lata, i wmawiał ludziom rzeczy, które nie istnieją, że skończy się bezczelna propaganda, odrodzi polska szkoła.
– Pani dzieci przyjadą do Warszawy na święta?
Ewa i Paweł w tym roku nie, ale przyjadą z Londynu moje dwie wnuczki Nina i Hania, i prawnuczek Tadeusz Marcus, syn Niny. Ma 17 lat i jeszcze się uczy. Nina skończyła prawo i filozofię, gra na skrzypcach i uczy w szkole, Hania robi doktorat z psychologii, zajmuje się muzykoterapią. Bardzo się cieszę, że zabiorą mnie do domu… Jest uroczy, jak z piosenki czy bajki, w cichej uliczce, ogród dotyka lasu. Bardzo kocham moje róże, tak pięknie pachnie las o każdej porze roku. Zawsze miałam zwierzęta, od dzieciństwa uwielbiam psy i koty, a tu nie wolno mieć nic, nawet jeża.
– Kiedy rozmawiałyśmy trzy lata temu, z Pani powstańczego oddziału zostało Was troje.
Dziś żyję tylko ja i Witek Kruczek, który ma 102 lata, ja siódmego kwietnia przyszłego roku skończę 97. Baśka „Bomba”, czyli Barbara Matys-Wysiadecka, minerka i pielęgniarka, zmarła kilka miesięcy temu. Jak trzeba było, to potrafiła zrobić dziurę w ziemi i wyjść z okrążenia, a jak opatrywała rannych, to nie umierali. Z Witkiem często rozmawiamy, kłócimy się już ponad 70 lat, że mi zabrał w czasie powstania broń. Zacięła mu się Błyskawica, wtedy wyrwał mi moją i dał swoją zaciętą. Byłam za słaba, żeby uwolnić spust i żeby łuska wyszła. Omal przez to nie zginęłam. Przeprasza mnie i błaga, żebym już o tym zapomniała. A ja stale mówię, że wszystko wiem i pamiętam (śmiech). Z Kruczkiem przypomniała mi się zabawna historia – Basia „Bomba” upinała taki koszyczek z włosów i któregoś dnia zgubiła w gruzach szpilki, martwiła się, że będzie musiała obciąć włosy. A Kruczek gdzieś znalazł i przyniósł jej szpilki. Kiedy szłam do niewoli, moje ubranie całe było we krwi i błocie i to Kruczek z jakiegoś domu przyniósł mi czystą bluzę, jest teraz w Muzeum Powstania Warszawskiego.
– Kim są dziewczynki na tamtym zdjęciu na ścianie?
To moje wnuczki Hania z Niną, kiedy były małe. Niewiele rzeczy tu zabrałam – kilka zdjęć, sporo książek, dwa rysunki moich dzieci z przedszkolnych czasów – Calineczka na listeczku mojej Ewy i okręt niszczyciel Pawła.
– A ten uroczy kotek na zdjęciu?
To nie jest zwykły kot, tylko mieszaniec ze żbikiem, uratował mi życie. Jakieś 20 lat temu, kiedy wyjmowałam ze skrzynki pocztowej list, wielki pies sąsiadki skoczył na mnie z tyłu i chwycił za kark. A mój Mruczek tak się rozgniewał, że wskoczył mu na łeb i sprał na kwaśne jabłko. Był malutki, kiedy gdzieś go znalazły i przyniosły do domu moje wnuczki. Kochałam Mruczka, bardzo cierpiałam, kiedy odszedł.
– Ma Pani tutaj wszystko, co najważniejsze.
Tak… Bardzo tęsknię za domem. Kiedy rano się budziłam, za oknem miałam starą jabłonkę. W tym roku tak pięknie kwitła, a owady tak na niej cudnie grały. Zawsze zimą dawałam wiewiórkom orzeszki, jak jeszcze miałam kota, pilnowałam, żeby nie wchodził na drzewa do ptaków.
– Na co Pani jeszcze czeka?
Muszę dokończyć kilka spraw – brak jest krzyża na kurhanie na Cmentarzu Powstańców Warszawy, a tam leżą prochy ponad 50 tysięcy ludzi! Zimą dzieci zjeżdżają na sankach, ludzie robią sobie zdjęcia, nikt tej mogiły nie szanuje. Nie mogę tego tak zostawić. Na murze cmentarza jest wyryty w trzech językach – polskim, niemieckim i hebrajskim – fragment wiersza „Modlitwa Szarych Szeregów” 17-letniego Janka Ramockiego z batalionu „Zośka”, który poległ w powstaniu: „Od wojny, nędzy i od głodu, sponiewieranej krwi narodu, od łez wylanych obłąkanie uchroń nas, Panie!”. Chciałabym bardzo, żeby został jak najszybciej przetłumaczony na język ukraiński i umieszczony na Murze Pamięci.




























