Był 2013 rok. Helena Englert miała zaledwie 12 lat i właśnie debiutowała u boku mamy, Beaty Ścibakówny, w filmie „Układ zamknięty”. Choć od najmłodszych lat dorastała w świecie teatru, nie zamierzała budować swojej tożsamości wyłącznie na nazwisku sławnego ojca, Jana Englerta. „Czy to moja zasługa, że nazywam się Englert? Równie dobrze mogłabym się nazywać Nowak czy jakoś inaczej. I też bym była sobą” – mówiła wówczas Krystynie Pytlakowskiej w rozmowie dla VIVY!. Opowiadała też o pierwszych doświadczeniach aktorskich, bliskiej relacji z rodzicami i wielkiej pasji do tańca. „Tancerką zawodową nie będę, ale taniec to moja pasja” – cytowała córkę Beata Ścibakówna. Dziś, gdy Helena zachwyca na parkiecie „Tańca z gwiazdami”, te słowa brzmią szczególnie wymownie. Wracamy do wyjątkowej rozmowy sprzed 13 lat, w której przyszła gwiazda z niezwykłą dojrzałością opowiadała o tym, kim jest i kim chciałaby zostać.
WIDEO…
Helena Englert miała zaledwie 12 lat, gdy udzieliła VIVIE! tego wywiadu. Tak mówiła o aktorstwie, rodzinie i marzeniach
Helenko, chciałaś zagrać w filmie? Czy to rodzice chcieli?
Helenka: Do mamy zadzwonił reżyser, pan Ryszard Bugajski, i zaproponował jej rolę w filmie „Układ zamknięty”. Przy okazji zapytał, czy zna jakąś dziewczynkę, która mogłaby zagrać jej córkę.
Beata: Było trochę inaczej! Reżyser, opowiadając mi o roli, powiedział, że moja bohaterka ma dwie córeczki, do roli jednej już mają kandydatkę, ale może drugą mogłaby zagrać Helenka. To nie był więc nasz pomysł, tylko twórców filmu. Przeczytałam scenariusz i te fragmenty, w których miałaby Helenka wystąpić, i dopiero wtedy zapytałam ją, czy zechce tam zagrać, bo to mocny film i mocne, pełne przemocy sceny.
Helenka: Mama najbardziej się bała sekwencji z terrorystami. Ale przecież wiedziałam, że to się nie dzieje naprawdę. Antyterrorysta, który miał mnie aresztować, na twarzy miał kominiarkę. Tylko oczy mu było widać, a miał takie śliczne niebieskie oczki. Trudno się go było bać.
Beata: Potem zrobiliśmy naradę rodzinną i mąż powiedział, że to nie jest duże zadanie aktorskie, ale jednak postać Helenki jest bardzo ważna dla przebiegu akcji. Hela chciała przeżyć taką przygodę, a my się zgodziliśmy. Tak to się zaczęło.
A gdyby Jan Englert powiedział „nie”?
Helenka: To nie wiem, jak by to się potoczyło.
Beata: Mogłabyś tatę przekonać.
Helenka: Pewnie tak, ale nie musiałam.
Czy rodzice zwykle są zgodni w oczekiwaniach wobec Ciebie?
Helenka: Zwykle są zgodni. Jesteśmy w ogóle zgodną rodziną. Kłótnie w domu głównie zdarzają się między mną a tatą – o telewizor. Zawsze, kiedy idzie mój program, tata chce oglądać mecz. Nigdy nie możemy dojść do kompromisu. Lubię program „Top model”, choć nie chciałabym zostać modelką. Tata mówi: „Wieszakiem byś chciała być?”. Odpowiadam, że bardziej już projektantką mody. W modelkach podobają mi się tylko ich figury – nie chcę z wiekiem przytyć. Ale to przecież wszystko się może zmienić, prawda?
W filmie grałaś pierwszy raz?
Helenka: Pierwszy i było to duże przeżycie. Te kamery, charakteryzacja, wszystko było naprawdę fajne.
Beata: Pierwszy raz Hela mogła posmakować aktorstwa i przekonać się, że nawet przy niewielkiej roli trzeba skupiać się na graniu, bo to poważne zadanie.
Helenka: Przy nagrywaniu scen w kawiarni nie bardzo mogłam się skoncentrować, bo strasznie dużo działo się naokoło. Miałam być smutna, a tak naprawdę cały czas chciało mi się śmiać. Zachować powagę to było bardzo trudne. Zwłaszcza że to nie był tylko mój debiut, ale również debiut mojego ulubionego pluszaka.
Beata: Helenka nie była jedynym dzieckiem na planie. W scenach otwarcia fabryki brała udział wnuczka Feliksa Falka, która grała wnuczkę Janusza Gajosa. Dziewczynki się szybko zaprzyjaźniły.
Helenka: I biegałyśmy po plaży w Gdyni, bo tam odbywały się zdjęcia.
Miałaś tremę przed zdjęciami?
Helenka: Troszeczkę, ale przecież mama zawsze tam była.
Beata: Helenka była ze mną wcześniej na planie kilku seriali. I w teatrze bywa regularnie. Jest obyta z kamerą, aktorami, reżyserami.
Helenka: Lubię oglądać mamę w filmach i przedstawieniach. Bardzo mi się podobała w „Balladynie”, bo miała perukę z długimi rudymi włosami, do pół łydki. Gra tam taką szaloną panią, a szalone panie są fajne.
Beata: Panią jak panią – zjawę „z mgły i galarety”, jak napisał Słowacki. „Szkołę żon” też widziałaś wiele razy, reżyserował ją tata. Wtedy właśnie okazało się, że jestem w ciąży, całą ciążę więc Helena odbywała ze mną próby (śmiech). Premiera odbyła się drugiego marca, w dniu imienin Heleny, i dlatego córeczkę nazwaliśmy Helenką.
Przykro Ci, gdy piszą w Internecie, że dzieci aktorów dostają rolę po protekcji i rodzice wpływają na ich wybór zawodu?
Helenka: Po pierwsze, nie wchodzę do Internetu, więc nie czytam tych plotek, a po drugie – to nieprawda, mama zawsze daje mi wolny wybór. Mogę spróbować wszystkiego: balet, szkoła muzyczna, rysunek. Ja decyduję, czego chcę się uczyć. Myślę, że najważniejsze dla rodziców, żebym była szczęśliwa, a to, kim zostanę, stawiają na drugim miejscu.
Beata: Po prostu chcemy stworzyć jej najwięcej możliwości. Tak postępowali moi rodzice. Też chodziłam do szkoły muzycznej, na kurs tańca towarzyskiego, brałam udział w konkursach recytatorskich, prowadziłam konferansjerkę. Nie przymuszamy Helenki do matematyki czy zajęć fakultatywnych z fizyki, to nie jej bajka, ale z baletem jest inaczej. Chciała tańczyć od trzeciego roku życia. Podoba mi się to, co Helena powiedziała kiedyś: „Tancerką zawodową nie będę, ale taniec to moja pasja”.
Wasza córka jest bardzo rozsądna.
Beata: Jaki pan, taki kram. Teraz jednak przed nią najważniejsze wyzwanie – dostać się do wymarzonego gimnazjum. Jest już po rozmowie kwalifikacyjnej.
Helenka: Bardzo bym chciała pójść właśnie do tej szkoły, bo podobno dzieci bardzo dobrze się tam czują. Nie łamie się ich osobowości. A mnie interesują bardziej kierunki artystyczne.
Czytaj też: Agata Kulesza zabrała głos w sprawie Heleny Englert. Zna ją od zupełnie innej strony
Beata Ścibakówna, Helena Englert, Jan Englert, Viva! 2002
Jesteś bardziej córeczką tatusia czy mamusi?
Helenka: Czasami mam dzień na mamę, a czasami na tatę. Jak jest dzień na mamę, to się tulimy i tulimy. A jak dzień na tatę, to siadam koło niego i też się przytulam.
Beata: Helenka jest zodiakalnym Bliźniakiem, często jej preferencje się zmieniają. Zresztą w zależności od rodzaju problemu, zwraca się albo do mnie, albo do taty. Bardzo dużo rozmawiamy ze sobą.
Helenka: Zwierzam się rodzicom i to ja mówię dużo o sobie. Gdy zrobię coś głupiego albo jakaś kłótnia zdarzy się w szkole, nie zatrzymuję tego w środku, tylko to z siebie wyrzucam.
Kłócisz się w szkole z koleżankami?
Helenka: Nie mogę, bo jestem jedyną dziewczyną w klasie. A koleżanki w balecie i szkole muzycznej są bardzo miłe.
Beata: Helenka chodzi do szkoły kanadyjskiej, w klasie jest dziesięć osób i rzeczywiście dziewięciu chłopaków, a ona jedna.
Helenka: Cały czas mam z nimi problem, bo chcieliby mnie zdyskwalifikować jako dziewczynę, ale daję sobie radę. Myślą, że wygrywają, ale tak naprawdę przegrywają.
Beata: Jesteś od nich po prostu bardziej dojrzała i masz swoje kobiece metody.
Helenka: Gdy przychodzi do trudniejszego zadania i nauczyciele dzielą nas na grupy, to w mojej grupie ja jestem szefem. Słuchają mnie i przepisują ode mnie wszystko.
Beata: Byłaś przewodniczącą szkoły. Helena rządzi!
A w domu kto rządzi?
Helenka: Bella rządzi – nasz piesek kochany. Wszystko, czego chce, to ma.
A po Belli kto jest najważniejszy?
Helenka: To zależy od sytuacji. Chociaż to mama nakazuje mi: „Idź teraz spać, zrób to lub tamto”. Ale trudno mi o tym opowiadać, bo może nie wypada?
Beata: Nie wstydź się, mów śmiało.
Helenka: No dobra, mama rządzi.
Beata: To ja organizuję życie domowe, wycieczki, wyjazdy, gdzie wychodzimy i co gotujemy.
Helenka: Jeśli będzie gotowane, bo mama jest słabą kucharką. Gdy rodzice się sprzeczają, to jestem pośrednikiem, próbuję ich pogodzić. Pamiętam, jak kiedyś strasznie krzyknęliście na siebie, a ja zaczęłam was ustawiać: „Przestańcie, zachowujecie się jak dzieci”.
Beata: Ale my prawie się nie kłócimy, bo spalamy się na scenie, w pracy. Tam wyładowujemy emocje. A w domu spokojnie rozmawiamy o wszystkim, zwłaszcza że jesteśmy w jednym teatrze i na bieżąco wiemy, co nas tam boli.
Helenka: To prawda, rzadko się kłócą, nie rzucają w siebie talerzami (śmiech).
Zobacz też: Beata Ścibakówna i Jan Englert – bohaterowie naszej pierwszej okładki 25 lat później!
Helena Englert i Beata Ścibakówna, maj 2013 r.
Nie zraża Cię do aktorstwa fakt, że rodziców ciągle nie ma w domu? I wieczorami musisz być sama?
Helenka: Jak byłam młodsza, bardzo chciałam, żeby mama wracała wieczorem do domu. Teraz już się z tym pogodziłam.
Beata: Zawsze jednak pytasz: „O której będziecie?”. Czasami oboje wyjeżdżamy ze spektaklem.
Helenka: I wtedy muszę zostawać na tydzień u babci, za czym nie przepadam, bo nasza babcia łagodnieje tylko przy rodzicach. Ma bzika na punkcie mojej chudości i cały czas nakazuje mi coś jeść.
Beata: Ale jak już jesteśmy razem, to takie bycie ze sobą na 100 procent, a nie obok siebie. Chodzimy do kina, do opery, na balet. Zakupy też lubię robić z Helenką. Janek się wymiksowuje.
Helenka: Najbardziej lubię wakacje, kiedy jedziemy razem do Juraty. Jurata to taki szpan dla wtajemniczonych. Tam jest bardzo dużo znajomych i mogę wszędzie chodzić sama, bez meldowania się co pół godziny, gdzie jestem.
Jurata to też wakacyjne miłości?
Helenka: Moje wakacje są kompletnie „bezchłopakowe”. Dość mam ich na co dzień, w klasie. Ale gdybym się zakochała, chyba powiedziałabym o tym mamie. Tata czasami mówi: „Niedługo będziesz miała chłopaka, a ja pójdę na bok”. Ale tata i tak będzie dla mnie najważniejszy.
A mama?
Beata: Kilka razy słyszałam, że jestem najlepszą mamą na świecie.
Helenka: Ale słyszałaś też, że cię nienawidzę. Bo mi czegoś zakazałaś.
Jesteście pewnie w swojej córce nieprzytomnie zakochani?
Beata: Nie ma innego wyjścia, jest przecież naszą jedynaczką, chociaż mąż ma starsze dzieci.
Helenka: Tak i bardzo się lubimy z moim przyrodnim rodzeństwem. Oni mają córeczki – mam więc cztery siostrzenice. Kiedy przychodzą, ze wszystkimi trzeba się bawić. Na szczęście nie mówią do mnie „ciociu”, tylko „Hela”. Mają pięć, sześć i siedem lat. Ale nie chcą się bawić w teatr.
Beata: Dzieci Janka nie chciały zostać aktorami, to Helenka na razie się wyrodziła. Mamy do tego dystans, ale mąż mówił, że bardzo dobrze wypadła w filmie, że jej twarz potrafi odzwierciedlić emocje.
A Helenka widziała ten film?
Helenka: Nie widziałam.
Beata: Uważaliśmy, że jest zbyt drastyczny dla niej.
Helenka: Ale obiecaliście mi, że obejrzę go na DVD, bo nie wiem, co powiedzieć, kiedy Kasia, koleżanka z baletu, mówi, że podobało jej się, jak zagrałam.
Chwalisz się tatą dyrektorem teatru, mamą aktorką i znanym nazwiskiem?
Helenka: Zupełnie nie. Zresztą czy to moja zasługa, że nazywam się Englert? Równie dobrze mogłabym się nazywać Nowak czy jakoś inaczej. I też bym była sobą. Denerwowało mnie, kiedy nowa nauczycielka chciała zrobić sobie ze mnie pupilkę z powodu nazwiska.
Beata: Hela nie jest przemądrzała ani egocentryczna. Staramy się jej nie rozpieszczać, mnie się podoba w niej dystans do siebie.
Helenka: A to mam po was, oboje jesteście skromni i macie poczucie humoru na własny temat.
Beato, często rozmawiasz z mężem o Helence?
Beata: Janek jest bardzo wyczulony, jeżeli chodzi o naszą córkę. Hela to nasz pierwszoplanowy temat. Jeszcze tyle przed nami – dojrzewanie, jej pierwsza miłość, pierwsza praca. Ale nie będzie takie bardzo trudne przy więzi, jaką ze sobą mamy.
Zobacz też: Beata Ścibakówna o małżeństwie: „Nie jest usłane różami, chyba że różami z kolcami”
Może tylko zabronić Wam wchodzenia do jej pokoju. Ja to przerobiłam.
Helenka: Nie wieszam na drzwiach karteczki z ostrzeżeniem: „Nie wchodzić”.
Beata: Napisałaś tylko: „Teren Heleny”… Widzisz, Krysiu, jacy jesteśmy nudni? We wszystkim się zgadzamy, nie wywołujemy skandali, nie śledzą nas paparazzi.
Helenka: Bo nie macie kryzysów.
Helena miała wtedy 7 lat i już czuła się przed aparatem jak ryba w wodzie
Helenko, co zrobiłaś z pierwszymi pieniędzmi zarobionymi na filmie?
Helenka: Pierwsze dostałam wcześniej, za dubbing, i nic z nimi nie zrobiłam, leżą sobie u mamy na koncie i czekają, aż będę dorosła.
Beata: No coś ty!
Helenka: Tak, bo ja mam zamiar studiować w Londynie, więc zbieram środki.
Beata: No tak, grosik do grosika… Byłyśmy w Londynie jesienią, Heli bardzo tam się spodobało.
Helenka: Tak bym chciała kiedyś mieszkać tam na stałe. Ale aktorką lepiej być w Polsce niż za granicą?
Beata: Chyba że byłabyś tak dobra, jak Nicole Kidman.
Chciałabyś być sławna, jak rodzice?
Helenka: Nie, chciałabym tylko żyć w dostatku pod Londynem, w bliźniaku, ze swoją rodziną, z mężem i dziećmi. Nie marzę o wielkiej willi z basenem. Chciałabym mieć akurat tyle pieniędzy, żeby nie musieć na wszystko oszczędzać. Ale nie marzę o tym, żeby być miliarderką, bo od tego się tylko przewraca w głowie.
Beata: (śmieje się) Heleno, chyba trochę za wcześnie o tym mówić. Teraz to chcielibyśmy tylko, żebyś nadal miała taką wysoką średnią, jaką masz do tej pory.
Helenka: A ja to bym chciała tylko zobaczyć ciebie w takiej komedii – komedii. Bo w „Tartuffe” bardzo mi się podobałaś.
Beata: Wszystko jest możliwe.
Helenka: Niemożliwe tylko, żebym polubiła pająki. Nienawidzę ich tak, jak ty boisz się myszy.
Rozmawiała Krystyna Pytlakowska