Macierzyństwo przyszło do Katarzyny Warnke po czterdziestce i całkowicie przewartościowało jej świat. Aktorka nie ukrywa, że narodziny Heleny, której doczekała się razem z byłym mężem Piotrem Stramowskim, obudziły w niej siłę, o której istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Dla córki jest gotowa „stanąć na rzęsach”. To właśnie dla Heleny świadomie zawróciła z rozpędzonego świata show-biznesu i obrała zupełnie inną drogę. O tym aktorka mówi w najnowszym wywiadzie VIVY!
WIDEO…
Katarzyna Warnke o macierzyństwie w VIVIE! Narodziny córki przewartościowały jej świat
Katarzyna Warnke i Katarzyna Figura, dwie charyzmatyczne artystki, spotkały się na deskach Teatru 6. piętro w spektaklu „Antropologia”. Pierwsza z aktorek w nim gra, druga go wyreżyserowała. Nam opowiadają o macierzyństwie, sile, jaką dały im dzieci, codziennych wyborach i o tym, jak bycie mamą zmieniło ich życie oraz zawodowe priorytety.
– Obie jesteście silne i wrażliwe. Obie odrobiłyście parę bolesnych lekcji życia: porażki, rozczarowania, rozwody.
K.W.: Myślę, że nasza dzisiejsza siła bierze się z kryzysów, które obie przeszłyśmy. Brin, bohaterkę Kasi w „Antropologii”, nazywam survivalowcem albo feniksem. To kobieta, która zawsze się podniesie, nawet z potwornych przeżyć. Wydaje mi się, że to jest wielkie zwycięstwo człowieka – umieć podnieść się po klęsce. Powiedzieć sobie: „Jeszcze mam siłę. Jeszcze raz wstanę”.
K.F.: Najłatwiej się poddać. Złożyć broń.
K.W.: Kasia w finałowej piosence śpiewa, że dziś to jedyne, co mamy. Można zacząć od początku, napisać nową stronę własnego życia. Trochę jak Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”. Dystans daje czas na ochłonięcie, zebranie sił i odzyskanie woli walki. To jest „wirus”, który wpuszczamy w siebie i w widzów. Los jest w naszych rękach, cokolwiek by się nie działo czy nie stało w przeszłości. Dopóki żyjemy, mamy szansę wygrać. Nie mamy nikogo oprócz siebie, do takiego wniosku doszłam po czterdziestce.
K.F.: Niestety moje doświadczenia są podobne. W momentach kryzysowych zawsze kręci się wokół wiele osób. Niby wyciągają do ciebie rękę, chcą pomóc, oferują wsparcie, ale to jest bardzo mylące. Trzeba liczyć przede wszystkim na siebie. Bazować na tym, czego się w życiu dokonało. Na początku lat 90., po naprawdę dużych sukcesach w Polsce, wymyśliłam swoją eskapadę – najpierw było stypendium w Paryżu, potem wyjazd za ocean. Po powrocie do Polski urodziłam Koko i zderzyłam się z absolutną ciszą. Z różnych stron słyszałam: „To już nie jest ta sama Figura”.
K.W.: Przeżyłam to samo po narodzinach Helenki. Bali się zaprosić mnie na casting.
K.F.: Widać, jak niewiele zmieniło się w naszej branży. Kiedy zaczęłam w końcu dostawać jakieś propozycje, miałam wrażenie, że nie są na miarę mojego talentu i moich osiągnięć. Pamiętam, zgłosiła się jakaś włoska produkcja, ale bałam się, że się skompromituję. Znałam już wtedy Romana Polańskiego. Zadzwoniłam do niego po radę. Roman mi wtedy powiedział: „Bierz wszystko, co ci proponują, i zrób z tego diament. Sięgaj w głąb siebie i czerp z tego, co najlepsze. Nie możesz być aktorką, która czeka, aż telefon zadzwoni i zaoferują ci rolę życia”. Zapamiętałam to. Nie jesteśmy z Kasią rozpieszczonymi aktorkami, które bezwolnie zdają się na los. Nieraz zetknęłam się ze sceptycyzmem i ostracyzmem środowiskowym, ale naprawdę jestem jak Feniks, który odradza się z własnych popiołów. Kasia podarowała mi rolę Brin, bo zobaczyła to we mnie.
– Aktorstwo dało Wam popularność, miłość widzów, satysfakcję. A co Wam zabrało? Złudzenia, marzenia?
K.W.: Niczego mi nie zabrało, chociaż nie miałam szczęścia do kina. Miałam ogromne szczęście do teatru. W Teatrze Starym i Teatrze Rozmaitości pracowałam z najlepszymi: Grabowskim, Kutzem, Wajdą, Jarzyną, Lupą. Jeździliśmy na międzynarodowe festiwale, o czym marzyłam. Grałam w Madrycie, Adelajdzie, Nowym Jorku, Paryżu, Berlinie, Wiedniu. Doświadczyłam, co to znaczy grać na wielkich scenach i spotkać się z różnym odbiorem tego samego przedstawienia. Jako aktorka teatralna czuję się spełniona, jako filmowa – mam pewien niedosyt. Myślę, że zawsze byłam bezwzględna w egzekwowaniu tego, co mnie interesowało. Nie znoszę się nudzić, nie znoszę miałkości, nie znoszę braku jakości. Dlatego na pewne rzeczy nigdy się nie godziłam. Mam opinię niepokornej, ale wolałabym, żeby mówiono o mnie – charyzmatyczna. Zauważyłyście, że charyzmę najczęściej przypisuje się mężczyznom?
– Zauważyłyśmy! Aktorstwo zdefiniowało Wasze macierzyństwo?
K.F.: Moje dzieci uważają, że jestem najwspanialszą matką na świecie. Dostałam nawet czapkę z napisem: „Mother, jestem dumna!”. Bardzo identyfikuję się z byciem mamą. To mój największy sukces. Życie to rollercoaster. Moje związki z mężczyznami nie udały się z różnych powodów, ale dzieci mam wspaniałe.
Katarzyna Figura, Katarzyna Warnke, Viva! 18/2026
– Aleksandra urodziłaś w wieku 25 lat. Ty Helenkę po czterdziestce.
K.F.: Po czterdziestce urodziłam Koko i Kaszmir. Pragnęłam być matką po raz kolejny i tak się stało. Poszłam za marzeniami. Wierzę w naszą biologiczną siłę wewnętrzną i intuicję. Dzięki nim jesteśmy w stanie odpalić w kosmos. Sięgnąć gwiazd.
– Odpaliłaś w kosmos, gdy urodziłaś Helenę?
K.W.: Myślę, że odpaliłam swoje Wunderwaffe. Nie wiedziałam, że mam tyle mocy w sobie. Dla dziecka zrobię wszystko. Stanę na rzęsach. Helena nauczyła mnie panowania nad emocjami, cierpliwości. Odsuwania własnych potrzeb na drugi plan, żeby ona mogła się rozwijać. Kontroli w dobrym tego słowa znaczeniu. I poświęcenia, które polubiłam. Kiedyś myślałam, że w miłości do dziecka nie chodzi o poświęcenie, ale zmieniłam zdanie. Człowiek musi wycofać się ze swojego „tiepier ja”, żeby dać dziecku przestrzeń.
K.F.: Na mojej pierwszej sprawie rozwodowej z drugim mężem, czyli ojcem moich córek, usłyszałam okrutne słowa. To było kilkanaście lat temu. Pełnomocniczka mojego męża powiedziała: „Ale pani jest aktorką, to jaką pani może być matką?”. W domyśle – beznadziejną. Sędzia kobieta nie zareagowała.
K.W.: Kobieta kobiecie… Straszne.
K.F.: No, straszne… Całe życie łączyłam różne role. W pewnym momencie byłam mamą, głową rodziny i jej jedynym żywicielem. Musiałam przynieść do domu przysłowiowe zwierzę. Jeździłam na próby do teatru i do ostatniej chwili gotowałam obiady. Czasami część pakowałam i zabierałam. Myślałam, że gdy koledzy dostaną coś dobrego do jedzenia, wybaczą mi, że się spóźniłam (śmiech). Wybaczali. Bezpieczeństwo i edukacja moich dzieci były dla mnie najważniejsze. Jeździliśmy po świecie ze spektaklem „Persona. Marilyn” Krystiana Lupy: Paryż, Sankt Petersburg, Chile, Hongkong. Wszędzie zabierałam dzieci, choć dużo mnie to kosztowało. Dosłownie i w przenośni. Koleżanka, świetna aktorka i mądra kobieta, zapytała: „Ale po co ty bierzesz dzieci?! Są małe, nic nie będą pamiętały. Zostaw je w domu z babcią, poradzą sobie bez ciebie. Skup się na pracy, na karierze. Na sobie”. Ale ja się uparłam. Zabawne, córki wszystko pamiętają i są wdzięczne. Oswojone od małego z obcymi językami i kulturami, dziś studiują za granicą.
K.W.: Nie miałam tak ciężko jak Kasia. Rozstaliśmy się z Piotrkiem cztery lata temu, ale dzielimy się opieką nad Helenką. Nasza córka wczoraj skończyła siedem lat. Nie zna świata, w którym mamy nie ma w domu. Jestem i codziennie gotuję obiady. Odprowadzam ją do szkoły, wcześniej do przedszkola, wieczorem czytamy bajki. Było mnóstwo produkcji, w których mogłam wziąć udział. Nie wzięłam i nie żałuję. Nie wyobrażam sobie, że przez pół roku jadę o szóstej rano na plan, wracam w nocy i nie widuję dziecka. Mam poczucie, że odkąd zostałam mamą, zawróciłam z show-biznesu i blockbusterów w stronę niszy: pisania tekstów, scenariuszy, teatru i reżyserowania. Dobrze mi z tym. Czuję się niezależna.
Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 24 września.