Kochała intensywnie i na własnych zasadach. Katarzyna Warnke nigdy nie ukrywała, że miłość była w jej życiu źródłem zarówno wielkich uniesień, jak i bolesnych doświadczeń. Była dwukrotnie mężatką, a z drugim mężem doczekała się córki Heleny. Przeżywała bliskość, rozczarowania i rozstania, ale żadnego z tych doświadczeń nie chciałaby wymazać. Bo dla niej kochać znaczy przede wszystkim naprawdę przeżywać.
WIDEO…
Dziś, po wszystkich zakrętach swojej uczuciowej historii, Kasia Warnke wciąż pozostaje romantyczką. W rozmowie z VIVĄ! mówi o potrzebie bliskości, o chwilach, które potrafią zatrzymać czas, i składa zaskakujące wyznanie.
Wywiad VIVY!: Katarzyna Warnke o miłości i zakochaniu
– „Antropologia” to historia młodej dziewczyny, która w niewyjaśnionych okolicznościach znika bez śladu w drodze do domu. Hołubicie 20-letnie wersje siebie? Jakie były? Ślad po nich zaginął czy coś pozostało?
K.W.: Myślę, że już wtedy tliła się we mnie reżyserka. Byłam dziewczyną żarłocznej pasji. Docierania do sedna, wyrywania wiedzy, zdobywania narzędzi do rozumienia świata. Nic innego mnie nie interesowało. Wystawiana jako amantka na scenie Starego Teatru, w Teatrze 38 wyreżyserowałam „Drzewo tropików” Yukio Mishimy w zupełnie awangardowym stylu. Napisałam o tym pracę magisterską, która mogła być wstępem do studiów reżyserskich.
– Ale o czym marzyłaś? Chłopakach, miłościach, podróżach…?
K.W.: O sztuce. Inwestowałam w to, żeby przeżyć. Nie przetrwać, tylko intensywnie przeżywać. W miłościach pakowałam się w sytuacje emocjonalnie wyczerpujące. Pierwszą, długą i głęboką relację zaczęłam na początku liceum, skończyła się małżeństwem i… rozwodem po studiach. Przeżywałam gwałtowne szarpaniny emocjonalne, często skrajne: euforia, smutek, bliskość, ucieczka. Długo byłam bohaterką piosenki Agnieszki Osieckiej: „Oczy tej małej jak dwa błękity. Myśli tej małej – białe zeszyty”. Jednym słowem – rozczulająca naiwność. Ale też szarża do doświadczania. Do tego, żeby to życie pięknie „nadpisać”. Wyszarpać z niego… [...]
Katarzyna Figura, Katarzyna Warnke, Viva! 18/2026
– Obie jesteście silne i wrażliwe. Obie odrobiłyście parę bolesnych lekcji życia: porażki, rozczarowania, rozwody.
K.W.: Myślę, że nasza dzisiejsza siła bierze się z kryzysów, które obie przeszłyśmy. Brin, bohaterkę Kasi w „Antropologii”, nazywam survivalowcem albo feniksem. To kobieta, która zawsze się podniesie, nawet z potwornych przeżyć. Wydaje mi się, że to jest wielkie zwycięstwo człowieka – umieć podnieść się po klęsce. Powiedzieć sobie: „Jeszcze mam siłę. Jeszcze raz wstanę”.
K.F.: Najłatwiej się poddać. Złożyć broń.
K.W.: Kasia w finałowej piosence śpiewa, że dziś to jedyne, co mamy. Można zacząć od początku, napisać nową stronę własnego życia. Trochę jak Scarlett O’Hara: „Pomyślę o tym jutro”. Dystans daje czas na ochłonięcie, zebranie sił i odzyskanie woli walki. To jest „wirus”, który wpuszczamy w siebie i w widzów. Los jest w naszych rękach, cokolwiek by się nie działo czy nie stało w przeszłości. Dopóki żyjemy, mamy szansę wygrać. Nie mamy nikogo oprócz siebie, do takiego wniosku doszłam po czterdziestce.
K.F.: Niestety moje doświadczenia są podobne. W momentach kryzysowych zawsze kręci się wokół wiele osób. Niby wyciągają do ciebie rękę, chcą pomóc, oferują wsparcie, ale to jest bardzo mylące. Trzeba liczyć przede wszystkim na siebie. Bazować na tym, czego się w życiu dokonało. Na początku lat 90., po naprawdę dużych sukcesach w Polsce, wymyśliłam swoją eskapadę – najpierw było stypendium w Paryżu, potem wyjazd za ocean. Po powrocie do Polski urodziłam Koko i zderzyłam się z absolutną ciszą. Z różnych stron słyszałam: „To już nie jest ta sama Figura”.
K.W.: Przeżyłam to samo po narodzinach Helenki. Bali się zaprosić mnie na casting.
K.F.: Widać, jak niewiele zmieniło się w naszej branży. Kiedy zaczęłam w końcu dostawać jakieś propozycje, miałam wrażenie, że nie są na miarę mojego talentu i moich osiągnięć. Pamiętam, zgłosiła się jakaś włoska produkcja, ale bałam się, że się skompromituję. Znałam już wtedy Romana Polańskiego. Zadzwoniłam do niego po radę. Roman mi wtedy powiedział: „Bierz wszystko, co ci proponują, i zrób z tego diament. Sięgaj w głąb siebie i czerp z tego, co najlepsze. Nie możesz być aktorką, która czeka, aż telefon zadzwoni i zaoferują ci rolę życia”. Zapamiętałam to. Nie jesteśmy z Kasią rozpieszczonymi aktorkami, które bezwolnie zdają się na los. Nieraz zetknęłam się ze sceptycyzmem i ostracyzmem środowiskowym, ale naprawdę jestem jak Feniks, który odradza się z własnych popiołów. Kasia podarowała mi rolę Brin, bo zobaczyła to we mnie.
– Aktorstwo dało Wam popularność, miłość widzów, satysfakcję. A co Wam zabrało? Złudzenia, marzenia?
K.W.: Niczego mi nie zabrało, chociaż nie miałam szczęścia do kina. Miałam ogromne szczęście do teatru. W Teatrze Starym i Teatrze Rozmaitości pracowałam z najlepszymi: Grabowskim, Kutzem, Wajdą, Jarzyną, Lupą. Jeździliśmy na międzynarodowe festiwale, o czym marzyłam. Grałam w Madrycie, Adelajdzie, Nowym Jorku, Paryżu, Berlinie, Wiedniu. Doświadczyłam, co to znaczy grać na wielkich scenach i spotkać się z różnym odbiorem tego samego przedstawienia. Jako aktorka teatralna czuję się spełniona, jako filmowa – mam pewien niedosyt. Myślę, że zawsze byłam bezwzględna w egzekwowaniu tego, co mnie interesowało. Nie znoszę się nudzić, nie znoszę miałkości, nie znoszę braku jakości. Dlatego na pewne rzeczy nigdy się nie godziłam. Mam opinię niepokornej, ale wolałabym, żeby mówiono o mnie – charyzmatyczna. Zauważyłyście, że charyzmę najczęściej przypisuje się mężczyznom? [...]
Katarzyna Figura, Katarzyna Warnke, Viva! 18/2026
Katarzyna Figura, Katarzyna Warnke, Viva! 18/2026
– Obie jesteście niezależne. Zapytam więc przewrotnie: Mężczyzna jest Wam potrzebny do życia?
K.W.: Jestem typem romantycznym. Hołubię chwile z mężczyznami. Wszystkimi, z którymi miałam do czynienia. Bo w każdej relacji były piękne momenty. Oczywiście z biegiem czasu pojawiało się rozczarowanie, niezrozumienie, zdrady, rozstania.
K.F.: Czasami związek zamieniał się w piekło.
K.W.: Dużo było przeżyć bolesnych, ale wiecie co? Nie chciałabym ich wymazać. Nie chodzi tylko o to, że porażki mnie zbudowały. Po prostu samo przeżywanie życia jest piękne. To są momenty zatrzymania czasu. Leżysz z kimś w łóżku, nic specjalnego nie robiąc, nie musisz wykazywać się orgazmem. Po prostu leżysz, milczysz, czujesz bliskość drugiej osoby.
K.F.: Jesteś na klifie. Wieje wiatr. Słyszysz, jak w dole szumi woda. Nic nie robisz, nic nie mówisz, siedzisz oparta o czyjeś ciepłe ramię. Też jestem bardzo romantyczna (śmiech). Niedawno moja młodsza córka Kaszmir, lat 21, zapytała, a raczej stwierdziła: „Mamo, gdy byłaś taka młoda jak ja, to byłaś kochasia, co?”. „Byłaś kochasia…”, cudowne. Rozczuliła mnie. A potem dodała: „Koko jest w tym do ciebie podobna. A ja nie”. To prawda. Kaszmir jest bardziej introwertyczna, zamknięta w sobie. Tydzień temu ruszyła sama, on the walk, po Szkocji. Idzie z namiotem na plecach, nocuje w polu. Dzisiaj przeszła 30 kilometrów. Miała potrzebę wsłuchać się w siebie… W liceum na wagarach w warszawskich Łazienkach przeczytałam „Czuła jest noc” Scotta Fitzgeralda. Napisał tam, że szczęście jest nieuchwytne. „Nie można przeżyć na nowo czasu, który raz już się przeżyło”. Często myślisz sobie po fakcie: Kurczę, ale przecież to było szczęście! Tak. Ale już go nie ma. Umknęło. Dlatego trzeba być czujnym, żeby niczego nie przegapić.
– Też byłaś Kasią „kochasią”?
K.W.: (Śmiech). Przypomina mi się tekst przedwojennego szlagieru „Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie”. Robię to, odkąd sięgam pamięcią. I ciągle mi się chce. Mało tego. Wydaje mi się, że jestem zakochana, tylko… jeszcze nie wiem w kim. Czuję obecność osoby, którą kocham, ale wciąż jej nie poznałam. Czasami ktoś się pojawia, mówię: „O Boże, to jesteś ty!”…
K.F.: …Ale to nie on (śmiech). Wieczorem zmywam makijaż i patrzę w lustro. Gdy jestem szczęśliwa, widzę światło, czuję się piękna i kocham życie. Gdy przychodzą trudne chwile, widzę mrok.
K.W.: Kasia ma dostęp do anielskiej jasności i do mroku. Mrok to wysokie koszta emocjonalne, ale na scenie – z perspektywy reżyserki – bezcenne. Tam jest prawda. W „Antropologii” grają same kobiety. Wspólnie zastanawiamy się, co jest dla nas ważne w byciu człowiekiem. Kim jesteśmy? Gdzie jest granica między światem rzeczywistym a wirtualnym? Gdzie się zaczyna i kończy człowiek? Czym jest sztuczna inteligencja? Przez wieki kwestie antropologiczne były rozważane wyłącznie w męskim gronie.
K.F.: Mężczyzna, czyli człowiek.
K.W.: My mówimy: „Kobieta, czyli człowiek”.
K.F.: W finałowej piosence moja Brin śpiewa:
„Dzisiaj jest pierwszy dzień
Reszty twojego życia
Nowy dzień i nowa strona do napisania
Dzisiaj jest pierwszy dzień
Reszty naszego życia
Wykorzystamy go i stworzymy nowe życie
Razem”.
Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 24 września.