Maciej Zakościelny przez lata funkcjonował w świecie pełnym obowiązków i oczekiwań innych. Dziś coraz częściej wraca do siebie, czyli do człowieka, który potrzebuje ciszy, wolności i przestrzeni na własne decyzje. W rozmowie z magazynem „PANI” opowiedział o wychowaniu synów, życiu po rozstaniu z ich mamą, przeciążeniu pracą i chwili wytchnienia, którą znalazł w Rzymie.

WIDEO

player placeholder

Maciej Zakościelny o wychowaniu synów. Tego chce ich nauczyć

Ojcostwo jest dziś dla Macieja Zakościelnego czymś znacznie więcej niż kontrolowaniem rzeczywistości swoich dzieci. Aktor przyznaje, że zależy mu przede wszystkim na tym, by jego synowie znali własną wartość i potrafili budować dobre relacje z ludźmi. „[przyp. red. "Aktor chce nauczyć synów"] Wiary w siebie. Ale takiej prawdziwej, spokojnej. Nie aroganckiej. Chciałbym, żeby czuli, jaką mają wartość niezależnie od tego, co im w życiu wyjdzie albo nie wyjdzie. Żeby umieli szanować siebie, ale też innych ludzi. Żeby byli konsekwentni, wytrwali, uczciwi. I żeby mieli pasję. Bo człowiek bez pasji trochę usycha od środka. Bardzo chciałbym też nauczyć ich miłości. Bliskości. Tego, że można być dobrym człowiekiem, i to nie jest słabość. Że czułość nie odbiera męskości. Chciałbym ich też nauczyć, że nie muszą być perfekcyjni, żeby czuć się kochani. I że dom powinien być miejscem bezpieczeństwa. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że dobry ojciec to nie jest człowiek, który wszystko kontroluje. Tylko taki, przy którym dziecko naprawdę czuje się bezpieczne”, zwierzył się ulubieniec publiczności.

CZYTAJ TEŻ: TYLKO W VIVIE! Gwiazda „Rancza” długo miała z tyłu głowy jedną obawę. Wszystko zmieniła rola jej przyszłego męża

Zobacz także:

Maciej Zakościelny, Viva! 22/2017.
fot. ZUZA KRAJEWSKA/LAF AM

Po rozstaniu wrócił do pustego domu. „Ta cisza potrafi człowieka zmiażdżyć”

Artysta wrócił również do mementu, który raz na zawsze zmienił jego dotychczasowe życie. Rozstanie z mamą jego synów sprawiło, że Maciej Zakościelny szczególnie mocno odczuł zmianę codzienności. Aktor zapamiętał moment, gdy po raz pierwszy znalazł się sam w domu, w którym wcześniej stale słyszał dzieci. „Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz wróciłem do pustego domu. Byłem przyzwyczajony do dziecięcego hałasu, a potem otwierasz drzwi i jest cisza. I ta cisza potrafi człowieka zmiażdżyć. Ratował mnie teatr. Wychodziłem na scenę i czułem, że nadal jestem potrzebny. A niedawno zrozumiałem, że mimo różnych życiowych trudności naprawdę jestem szczęśliwym człowiekiem. Tylko czasami o tym zapominam”, ujawnił. 

Zmiana, o której mówi aktor, dotyczy także jego podejścia do samego siebie. Maciej Zakościelny przyznaje, że kiedyś znacznie mocniej potrzebował potwierdzenia swoich wyborów z zewnątrz. Teraz częściej ufa własnym odczuciom i rezygnuje z relacji, które odbierają mu energię. „Chyba zacząłem bardziej ufać sobie. Swojemu czuciu. Kiedyś bardzo potrzebowałem zewnętrznych potwierdzeń. Dziś coraz częściej wiem po prostu, co jest moje, a co nie. Dotyczy to pracy, ludzi, relacji, nawet drobiazgów. Coraz częściej też odpuszczam relacje, które mi nie służą. I co ciekawe - nie ma już we mnie dramatu ani poczucia winy. Po prostu widzę, że coś mnie osłabia, zabiera energię, nie daje dobra, i odchodzę od tego. Bez obrażania się. Bez wojny. Mam poczucie, że po raz pierwszy od dawna naprawdę doceniam swoje życie. Ludzi wokół. To, co mam. To, że mogę robić rzeczy, które kocham”, mówi.

Mimo tego aktor nie ukrywa, że wciąż zdarzają mu się chwile, kiedy chciałby odciąć się od wszystkiego. „Bardzo często. Zwłaszcza kiedy wszystko się kumuluje. Ostatnio miałem taki moment przy przygotowaniach do urodzinowego koncertu. Dzień wcześniej grałem w Słupsku z orkiestrą symfoniczną koncert muzyki filmowej. Wracałem nocą, praktycznie bez snu, rano już kolejne próby, wejścia na żywo, telewizja, nagrania, instrumentaliści, goście, scenariusz koncertu, który sam wymyśliłem, ustalałem tonacje, wybierałem repertuar. I każdy czegoś ode mnie chciał. Telefon za telefonem. „Maciek, jeszcze to”, „Maciek, a może tamto”, „Maciek, możesz nagrać zapowiedź?”. I nagle czuję, że zaczyna mi brakować tlenu. Że nie mam przestrzeni nawet pomyśleć spokojnie o tym, co właściwie chcę powiedzieć ludziom ze sceny”.

W rozmowie pojawiło się pytanie zainspirowane filmem „La Grazia”: „Do kogo należą nasze dni?”. Dla Zakościelnego odpowiedź wiąże się między innymi z umiejętnością postawienia granicy światu, który wymaga ciągłej dostępności. „Kiedyś odbierałem każdy telefon. Miałem poczucie, że muszę być dostępny cały czas. A teraz uczę się czegoś bardzo trudnego - że mogę nie odebrać. Że mam prawo powiedzieć: „Oddzwonię za kilka dni”. I to nie znaczy, że jestem niemiły albo egoistyczny. To znaczy tylko tyle, że próbuję chronić siebie. Bo my żyjemy dziś trochę na smyczy telefonu. A ja pamiętam jeszcze świat analogowy. Nie było tego ciągłego poczucia, że trzeba natychmiast odpisać, zdecydować, potwierdzić, nagrać, zaakceptować. I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, że szacunek do siebie polega też na tym, żeby wyłączyć telefon i wrócić do własnej ciszy. Wtedy jest mi dobrze”.

CZYTAJ TEŻ: Jej mąż był jednym z najprzystojniejszych aktorów, przez lata pozostawała w jego cieniu. Mając 68 lat całkowicie zmieniła swoje życie. „Teraz nic nie muszę”. Dziś Hollywood leży u jej stóp

Maciej Zakościelny, Viva! 22/2017.
fot. ZUZA KRAJEWSKA/LAF AM

Maciej Zakościelny nauczył się stawiać granice. „Nie udaję kogoś, kim nie jestem”

Aktor jasno mówi też, po czym poznaje, że pozostaje w zgodzie ze sobą. „Po tym, że można na mnie polegać. Że mam kręgosłup. Że nie udaję kogoś, kim nie jestem. Że umiem być dobry dla ludzi, ale też dla siebie”. Nowym doświadczeniem w życiu zawodowym Macieja Zakościelnego była praca przy włoskim filmie „Prendiamoci una pausa” („Zróbmy sobie przerwę”). Aktor znalazł się w środowisku, w którym jego dotychczasowa kariera i rozpoznawalność nie definiowały tego, kim jest. „Chyba bardziej poczułem ciekawość niż potrzebę porównywania się. To było dla mnie przede wszystkim fascynujące doświadczenie wejścia do świata, w którym nikt nie zna mojej historii. Oni nie widzieli Zakościelnego z filmu, seriali, tylko człowieka, który pasuje do tej opowieści. I to było bardzo odświeżające. Bo nagle zostajesz wyjęty z własnego kontekstu. Bez etykiet, bez oczekiwań, bez całego tego bagażu, który niesiesz w swoim kraju”.

Pobyt w Rzymie stał się dla niego również okazją do prawdziwego zwolnienia tempa. „W Rzymie pierwszy raz od dawna naprawdę zwolniłem. Włóczyłem się po mieście, piłem kawę, obserwowałem ludzi i było mi dobrze. To było bardzo uwalniające. Ten film miał zresztą tytuł „Zróbmy sobie przerwę” i coś symbolicznego rzeczywiście w tym było. Bo ja naprawdę poczułem tam rodzaj przerwy. Od pędu. Od napięcia. Od bycia cały czas dla innych”, podsumował. 

CZYTAJ RÓWNIEŻ: TYLKO W VIVIE! Robert Górski zdobył się na zaskakujące wyznanie. Nawet żona mówi mu: „Przestań w końcu żartować!”

Maciej Zakościelny, Viva! 22/2017.
fot. ZUZA KRAJEWSKA/LAF AM