TYLKO U NAS

Jerzy Górski, bohater filmu „Najlepszy” o wychodzeniu z nałogu: „Narkoman działa na zasadzie dwóch stanów: albo jest nagrzany, albo jest na głodzie” EKSKLUZYWNE VIDEO

Konrad Szczęsny 2 grudnia 2017 17:00

„Najlepszy” Łukasza Palkowskiego z Jakubem Gierszałem w roli Jerzego Górskiego, byłego narkomana i triathlonisty, był zdecydowanym zwycięzcą tegorocznego festiwalu w Gdyni. W ekskluzywnym wywiadzie sportowiec opowiedział nam, jak wyglądała jego walka z nałogiem w ośrodku Monaru, za co podziwiał Marka Kotańskiego i jak zmieniło się jego życie, gdy zerwał z narkotykami.

 

Zobacz też: Jerzy Górski, bohater „Najlepszego” o filmie: „Nie chciałem tego oglądać” EKSKLUZYWNY WYWIAD VIDEO

Zobacz też: Jakub Gierszał w filmie „Najlepszy” wcielił się w Jerzego Górskiego: „Kuba jest jak młodszy brat, wiedziałem, że da radę” EKSKLUZYWNE VIDEO

 

Jerzy Górski o wychodzeniu z nałogu, narkomanii i filozofii życia

 

To zamieszanie, które obecnie jest wokół Pana w związku z filmem „Najlepszy”, może być niezwykle motywujące.

Jerzy Górski: Nawet przy słabościach, które posiadam, to mi dodaje dodatkowej siły. Bo wiem, że dla innych ludzi jestem tą siłą, jestem nadzieją. A ja też jestem słaby, po prostu. Tak jak każdy z nas. Nie ma ludzi silnych, jeśli ktoś mówi, że jest silny, to jest to nieprawda. Jeśli ktoś mówi, że nie ma problemów – absolutna nieprawda. Każdy z nas ma problemy, nie trzeba być narkomanem, żeby mieć problemy. Nie trzeba upaść na takie dno, na jakie ja upadłem. Po prostu każdy ma swój dołek i każdy ma swój szczyt. I tak lecimy przez całe życie. Prawo wyboru należy do nas. Nieraz trzeba wiele złych decyzji podjąć, żeby w jakimś tam czasie podjąć tę dobrą. Jak się ma problemy, trzeba przekroczyć pewne granice. Jeżeli się nie przekroczy, to się będzie żyło w tych problemach. Taka jest moja filozofia i to jest… po prostu dla ludzi. Ja to mam w głowie i w sercu. Musiałem pokonać wiele trudności, żeby dotrzeć do swojego celu. I tyle.

 

Jak wyglądała ta droga?

Dwie osoby mnie zainspirowały w życiu: Marek Kotański mówiący o wolności i Antoni Niemczak zainspirował mnie do sportu. Powiedział, że muszę mieć najtrudniejsze rzeczy przed sobą, muszę walczyć i moje życie chyba na tym polega. Ciągle gdzieś mam jakieś trudności, które muszę pokonywać. W tym wszystkim jest coś takiego fantastycznego.

 

Co?

Na mojej drodze spotkałem wielu fantastycznych ludzi, którzy od samego początku, gdy podałem im rękę i powiedziałem: „Cześć, nazywam się Jerzy Górski, byłem narkomanem, jestem po pobycie w Monarze”, nie odrzucili mnie, pomogli. W tej chwili jest łańcuch fantastycznych ludzi, moich przyjaciół i tych, z którymi znamy się od niedawna i oni pracują na rzecz książki czy filmu.

 

W książce padają z Pana ust słowa, które często powtarzał Marek Kotański: że najtrudniejsze jest to życie codzienne, które następuje po wyjściu z ośrodka. Nasuwa mi się pytanie: czy po takich przejściach trudno jest być wolnym człowiekiem?

W ośrodkach Monaru w tamtym czasie, kiedy ja się leczyłem, przebywało się w nim dwa lata. Była pewna hierarchia: pierwszy etap to ten, w którym musisz cały czas pracować, chodzisz w specjalnym drelichu, siedzisz na podłodze i właściwie całe twoje życie to praca. Z każdym tygodniem człowiek jest silniejszy: wiadomo, że po odtruciu jest się najsłabszym. Natomiast po tym pierwszym okresie mamy nominację, mniej więcej po trzech miesiącach można było wystąpić do społeczności o ocenę, jak mnie widzą, bo chciałbym być na drugim etapie. Czyli lekarz ośrodka to grupa ludzi, z którą się leczymy. Tu nie ma lekarza, który przychodzi i jest odprawa i zaleca leczenie. Leczenie jest takie: źle pracujesz. Znowu masz problemy.

 

Co się wtedy dzieje?

Dostajesz „zastrzyk”, musisz ciężej pracować, musisz się czemuś oddać i czegoś się nauczyć. I wtedy zaczyna się ten proces farmakologiczny, w sensie psychicznego oddziaływania: po co ja tu jestem? Czy pokonam siebie?

 

A później?

W tym ostatnim etapie jest się monarowcem, który ma swój plan. On już jest mniej oceniany przez społeczność, choć nadal obowiązują go te same zasady, co wszystkich.

 

Jakie to zasady?

One powstały na podstawie leczenia ludzi, którzy byli obecni w placówce wcześniej. Mają odniesienie do życia, do konkretnych przypadków, gdy ktoś coś źle lub dobrze zrobił. Dzięki temu była możliwa ochrona podopiecznych przed sytuacjami trudnymi.

 

Jakimi?

Nie możemy dopuścić do lenistwa i do sytuacji, w której zacznie się myślenie o nałogu. Narkoman działa na zasadzie dwóch stanów: albo jest nagrzany, albo jest na głodzie. Nic innego nie wchodzi w grę. Teraz, żeby pomóc, trzeba zniszczyć te stare zachowania, budując nowe poprzez wiele zasad. Tworzymy siebie od nowa pod kontrolą. I kiedy jesteśmy w programie monarowca na tym ostatnim etapie, mamy wyjść z inicjatywą i powiedzieć, czego chcemy. Ma to być plan działania, program, który przez ostatni rok się realizuje. Od czasu do czasu jest on omawiany.

 

Co to daje?

To forma ochrony. Wiadomo, nie palę, nie piję, nie ćpam – wiele zasad tam obowiązuje. Minęły dwa lata. Wychodzę. Mogę palić, mogę pić – mogę różne rzeczy robić.

 

I wtedy…

Wtedy zależy, co zrobiliśmy z sobą i czego chcemy. I tu się naprawdę zaczyna prawdziwe leczenie. Bo ja jestem sam ze sobą. Owszem, mogę zadzwonić do wychowawcy, pojechać do ośrodka – wiele osób tak robiło, chcieli utrzymywać kontakt, żeby mieć tę dodatkową siłę. Podzielić się informacjami, że tu mam problem, tam mam problem. Wtedy przyjaciele z grupy podpowiadali, proponowali rozwiązania. Wtedy było łatwiej, bo wyrzucałem swoje problemy. Ale…

 

… najtrudniejsze jest życie na co dzień.

Było, jest i zawsze będzie. Czym więcej zasad wprowadzimy na „nie” w trakcie leczenia, tym dłuższy czas może minąć, nim będziemy wyrzucać te zasady, na przykład zaczniemy palić. Były takie osoby: w moich czasach w ośrodku się nie paliło. Oni kończyli leczenie, wychodzili za drzwi i palili. Nikt nie miał do nich pretensji. To była ich decyzja. A ja wiem, że z natury tak jest: na początku widzimy, że wszystko jest białe lub czarne. Ale w pewnym momencie życia pojawia się jeszcze inny kolor – szarość.

 

Już jako dziecko nie bał się pan ryzyka, wyzwań: czy to związanych ze sportem, czy z życiem codziennym. Lubił pan też silne bodźce. To może i ocalić, i zgubić.

I to mnie zgubiło, i później też wyrwało z tego wszystkiego. Bo czy ja się zmieniłem? Nie, ja jestem ciągle taki sam. Tylko że teraz mam inną świadomość, inne wartości. To, że je przyjąłem, zaczęło tworzyć nowego mnie. Ale z natury ja cały czas jestem taki sam: jak nie mam przed sobą czegoś większego, to się źle czuję. A jak mam coś przed sobą, to nawet jeśli mam bardzo ciężko to dążę do tego, żeby w jakiś sposób to osiągnąć, pokonać. Kiedy rozmawiamy to kolejny raz sobie uzmysławiam, że ja się naprawdę w ogóle nie zmieniłem.

 

To znaczy?

Nie biorę narkotyków, mam pewne zasady. Wiem, gdzie są moje słabe punkty, a więc staram się, żeby to była moja silna strona. Ale w normalnym życiu mam naprawdę różne słabości. Też muszę czasami walczyć bardzo mocno: może nie o to czy brać czy pić, bo to mnie w ogóle nie rusza. Ale w takim normalny sensie, o jakim mówił Kotan. Najtrudniejsze jest zwykłe życie i pytania: Czy to jestem ja? Czy chcę, patrząc na tych ludzi, rozmawiając z nimi, widząc różne rzeczy, kim ja tak naprawdę chciałbym być?

 

A Pan kim chciał być?

Kiedy Niemczak podniósł ręce do góry po zwycięstwie i zobaczyłem jego zdjęcie w tej pozie w gazecie, to powiedziałem „ja też chcę być taki sam”, to nie bardzo mi wierzono. A ja miałem cel i go zrealizowałem. Cały czas jestem w rozwoju czegoś, co nadaje mi sens życia.

 

Zobacz także: Uzależnienie od narkotyków i papierosów, próby samobójcze i... błyskotliwa kariera! Kim jest Jerzy Górski, bohater filmu „Najlepszy” z Jakubem Gierszałem w roli głównej?

 

Czy często młodzi ludzie proszą pana o radę, na przykład pytają, jak żyć? Po przeżyciu tego, co Pan przeżył, jest się w pewnym sensie mentorem w oczach innych ludzi.

Powiem szczerze, że nie wiem. Co ja mogę dać młodym ludziom? Nie mam recepty na to, jak oni mają żyć. Mogę tylko mówić o swoim życiu, kolejnym marzeniu, dążeniu do celu. Warto mieć marzenia! I tak młodzi ludzie doświadczą pewnych rzeczy. Jeśli mam sposób na siebie, jeżeli się realizuję, to nawet jeśli będę w grupie i przegram z grupą: przyćpam, popiję, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że to, co robię najlepiej, w co jestem zaangażowany, a pod wpływem innych osób na przykład przyćpam, to może nie kupię tego. Bo moja psychika jest w innym miejscu, ona czegoś innego chce.

 

W Pana przypadku tak nie było.

Tak, ja szukałem. Wszyscy młodzi ludzie szukają. To normalna, naturalna rzecz. Czym więcej dotkną różnych rzeczy, tym będą bogatsi. Gdy się ma 15 lat, jest się najmądrzejszym na świecie, wie się wszystko. Wtedy mogą odpowiedzieć: „Dziadek, spadaj, czego Ty chcesz ode mnie?!”. Ja nic nie chcę. To, co mogę powiedzieć, to: szukaj swojego sposobu na życie.

 

Na pewno jest Pan czasem pytany o zdanie w jakichś ważnych społecznych kwestiach.

Dzwonią czasem do mnie i pytają na przykład o dopalacze. A ja nie wiem, co to jest. I pytają, dlaczego ci młodzi ludzie biorą. Biorą, bo ja też brałem, bo nie miałem swojej ścieżki. Nie wykształciłem się, nie doszedłem do takiego etapu, na którym lubiłem siebie. Dotykamy jeszcze innych spraw, które mają znaczenie: rodzinnych, przyjacielskich. To wszystko gdzieś działa. Im więcej da się doświadczeń młodemu człowiekowi, tym mu łatwiej będzie znaleźć swoją ścieżkę. Tak to wygląda, tak to widzę z moją córką. To, o czym rozmawiamy, to trochę filozofia, ale wydaje mi się, że na ludzi działa wszystko, co robimy.

 

Zastanawiam się, jaki jest pana stosunek do liberalizacji podejścia do narkotyków wśród młodych ludzi. Często wciągają kreskę, żeby mieć większą wytrzymałość, lepsze wyniki w pracy. Jest to szczególnie popularne wśród ludzi, którzy funkcjonują na wysokich obrotach. Mówią, że jedno zażycie, wciągnięcie lub zapalenie czegoś nie jest ćpaniem. A nie znam osoby, u której to skończyło się na jednym razie.

To trudna kwestia. Wiem jedno: jak się raz weźmie, jest duże prawdopodobieństwo, że się w to wpadnie, prędzej lub później. Jeżeli ten raz lub dwa wziąłem, powstaje pytanie: na ile mam tę drugą stronę, to, o czym rozmawialiśmy przed chwilą. Jeżeli ona jest silniejsza, dojdę do wniosku: nie, ja nie chcę tego robić. Doświadczyłem tego. Mówi się: a, napierdzielamy od rana do wieczora, dobrze byłoby wziąć jakiś speed, żeby przeżyć. Gdy mam jakieś spotkania, nazwijmy to, motywacyjne, to mówię, że można bez tego żyć, że można mieć kopa zupełnie inaczej. Świat jest dzisiaj naprawdę tak ułożony, że tempo jest cholerne. Obojętnie kim jesteśmy, pytanie jest jedno: czy ja mam coś swojego? Dlaczego teraz coraz więcej ludzi w wieku 30., 40 czy 50. lat zaczyna uprawiać triathlon i biegać? Ich to zaczyna nakręcać, jest tym speedem i nie muszą tej kreski brać. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będą już tego próbowali. Sprowadza się to do jednego: ciągle trzeba mieć pomysł na siebie. Mi się to kojarzy ze sportem, ale tu nie chodzi tylko o sport. Tu chodzi o pasję. Ona może być różna: jeśli mi nie przeszkadza tylko mnie wzmacnia, to rób to i nie zwracaj uwagi na nic, co jest naokoło. Bo daje ona nam siłę, żeby powiedzieć: ja tego nie chcę.

 

Zabrzmi to banalnie, ale idąc tym tropem, sięganie po narkotyki, jak i inne używki to wynik poczucia pustki, bezsensu oraz chęć doznań ekstremalnych.

Na początku podpowiadają nam rodzice, szkoła może nas inspirować, koledzy. Jeżeli tego nie ma, jeśli jest pustka, a do tego łatwość kupienia tego… Za moich czasów my wszyscy byliśmy przestępcami. To nie było tak jak dzisiaj, że w Internecie można było to zdobyć. Musieliśmy albo fałszować receptę, albo okradać apteki. Więc to były takie radykalne działania. Cały czas była o to walka. A dzisiaj?

 

No właśnie, jak to wygląda dzisiaj? Kontaktują się z panem rodzice dzieci, które ćpają?

Dzwoni na przykład do mnie rodzic, który jest nauczycielem i mówi, że jego dziecko bierze od trzech lat, przerwało leczenie. A on jest nauczycielem i ma dobrą radę dla innych, a w domu ma problem. Jest gotowy na wszystko, żeby dziecku pomóc. Pytanie tylko, czy dziecko jest gotowe. Co zrobić, żeby spróbować go sprowokować? To są cholernie trudne sprawy. Każdy przypadek jest czymś spowodowany: próbą, ciekawością, towarzystwem, łatwością dostępu. Ale nie wolno narzucać dzieciom niczego, trzeba umiejętnie podpowiadać, kierować. To, co mówię, to jest banał, ale to jest cholernie trudne. Dla rodziców też.

 

Jak Pan po przejściu tej drogi patrzy na takie wartości, jak miłość, zaufanie, dom, rodzina? Bo tak ekstremalne doznania zmieniają każdą sferę życia.

Pewnie, że tak. Jednak od razu chcę zaznaczyć, że moja żona i córka nie znają mnie z tej starszej strony. Oczywiście wiedzą, nigdy nie robiłem z tego tajemnicy, ale one nie chcą uczestniczyć w tym wszystkim. Dlatego, szanując ich decyzję, nie chciałbym o tym mówić. Ogólnie odpowiem tak: bardzo ważne, ale i najtrudniejsze jest wychowywanie dzieci, bycie w związku, zaspokajanie swoich różnych potrzeb. Na ile my jesteśmy jedną drużyną, na tyle mamy siłę i pokonujemy różne rzeczy, różne bariery. Nie byłbym tym człowiekiem, którym jestem, gdybym tamtego nie przeżył. Być może byłbym sportowcem, bo do tego mnie zawsze ciągnęło. Ale nie mam pewności. I nie chcę się nad tym zastanawiać. Dzisiaj jestem jaki jestem, robię swoje i jestem szczęśliwy.

 

Czytając o tym, czego dokonał pan w 1990 w Alabamie, zdobywając tytuł Iron Man, pomyślałem, że to niezwykle stymulujące, gdy ma się tak jasno wytyczony cel.

Tak, to niewątpliwie stymulujące. Ja w tym biegu w pewnym momencie nie byłem w stanie nawet schodzić z górki, bo miałem tak załatwione nogi. I dlaczego ja tego dokonałem? Głowa mnie tam zaprowadziła. Nie umiem tego wytłumaczyć. Wygrała wolność, bo to był bieg do wolności. Tak samo gdy pierwszy raz pobiegłem w ośrodku: wymiotowałem krwią, organizm nie wytrzymywał fizycznie, bo był wycieńczony po odwyku, ale później było coraz lepiej. Przy Double Iron Man byłem totalnie uspokojony. Siedziałem w samochodzie, wszyscy ze sraczką biegali i mnie szukali, a ja wiedziałem, że mam robić swoje. Wyszedłem, skoczyłem do wody i nie oglądałem się na nikogo. W biegu popełniłem błąd, bo za szybko przebiegłem pierwsze 50 kilometrów, potem za szybko zbiegałem, choć wcześniej zbiegania nie trenowałem, miałem złe buty i jeszcze różne inne rzeczy. Żeby być silnym, trzeba zobaczyć, gdzie jest się słabym. To wtedy daje nam siłę. Ale w głowie musi być też cel i pasja, bo to one prowadzą do przodu. To, co przeszedłem jako ćpun w tym moim pierwszym złym życiu, potem wszystkie trudności, które miałem w życiu, były niczym w porównaniu do tamtego. To też mi pomagało. Nie myślałem w ten sposób, ale moja psychika, głowa miała tyle złych doświadczeń, że kolejna, inna walka, była już czymś lepszym. Chcę być na mecie, bo to moje marzenie. Ja walczyłem o większą wolność. A wcześniej, gdy byłem uzależniony, walczyłem o wolność, której nie miałem. Walka ta dała mi jednak siłę do tej ważniejszej, drugiej walki.

 

Wydaje mi się i mam takie wrażenie, że dla pana im trudniej, tym lepiej. Gdy na przykład mówił pan, że będzie sportowcem jak Niemczak, wszyscy patrzyli na pana jak na wariata i mówili…

… popier*olony narkoman.

 

A jednak pan tego dokonał.

Bo robiłem swoje.

 

Nadal pan to robi?

Tak, muszę biegać. Choćby przez chwilę. A jak nie mogę biegać, to chodzę.

 

No właśnie, bo ma pan problemy z sercem.

Tak, gdy je wykryto, umówiłem się z lekarzami. Powiedziałem: „Ale jak to? To ja już nic nie mogę?”. Odpowiedzieli: „Nie, po prostu nie możesz biegać na zawodach, nie możesz sobie już wyznaczać takich celów”. Zapytałem: „Co mogę? Nie wyobrażajcie sobie, że ja siądę teraz z pilotem i powiem „o Jezu, jaki jestem chory!”. Po kilku rozmowach powiedzieli mi: „Ty wszystko rób, tylko slow”. Zatem wszystko robię slow (śmiech). Chodzę na marszobiegi, pływam, uczę pływać. Kontroluję tętno, jak jest 120, z biegu przechodzę do marszu. To jest moje, robię to dla siebie, to dodaje mi sił, to element kontroli nad sobą.

 

Jak Pan wstaje rano i patrzy w lustro, to myśli Pan sobie: Jerzy, dajesz sobie radę z tym życiem.

Pewnie! Lustro to oczywiście przenośnia, ale popatrzę i powiem: Siemanko, idziemy na basen. Kurde, znowu się nie chciało wstać, ale tam są ludzie, odpowiedzialność (śmiech). Trudno mi wstać o 4.30. To jest to, czego się nauczyłem: mógłbym spojrzeć w lustro i powiedzieć: „spieprzaj, idę spać”. Zamiast tego mówię: No ciężko, ciężko, stary, ale bierz dupę w troki i na basen! Później, jak się wejdzie do wody, jest już łatwiej. Ale ja usypiam z tą świadomości i wstaję z tą świadomością: Ok, w porządku. Pasja. Kładę się spać i wstaję z pasją. Tak to działa.

 

Trudno jest polubić siebie?

Najtrudniej. Ale różnica między praktykiem i teoretykiem jest taka, że praktyk powie Ci: to będzie cię napieprzało całe życie, to nie będzie proste, łatwe i przyjemne, ale Ty musisz wygrać z tym bólem. Pewne rzeczy trzeba robić schematycznie, nie na zasadzie zrywu, usprawiedliwiania się i szukania wymówek.

 

Nie mogę nie zapytać o osobę, która tego Pana nauczyła. Kim był dla Pana Marek Kotański? Mentorem, przyjacielem, autorytetem?

Wszystko po trochu. Ja byłem, jeśli mogę tak powiedzieć, zakochany w nim. W sensie nie fizycznym, ale ja na niego patrzyłem, chciałem go dotknąć, chciałem z nim chwilę porozmawiać. Jeśli coś powiedziałem źle, on mnie zaraz prostował. Myśmy wspaniałe rzeczy zrobili razem! Bieg z Wrocławia do Warszawy, jego charyzma i osobowość sprawiły, że wziął mnie na największą wojnę na świecie, czyli wolność. Dążyliśmy ciągle do wolności, on nam to powtarzał. Był dla mnie wszystkim w tamtym czasie. A po kilku latach patrzyłem na niego jak na normalnego człowieka.

 

Tak też wielu ludzi patrzy teraz na Pana.

Wyszedłem z Monaru kilkadziesiąt lat temu, być może ludzie odbierają mnie tak, jak ja Marka na początku, ale z czasem zobaczą, że ja też mam różne problemy. Rozumiem go inaczej w tej chwili, ale mój stosunek do niego się nie zmienił. Zawsze będę o nim mówił. On mnie zainspirował do wolności. Kiedy siedziałem i pisałem do siebie listy w areszcie na pryczy: „Jestem narkomanem, siedzę tu i tu, chciałbym pojechać do ośrodka”, to komu ja zaufałem? Marek mi to wszystko podpowiedział. „Halo, chodź tu chłopie do mnie, czekam na Ciebie”.

 

Czytając o Marku Kotańskim widzę, że on był z jednej strony ostry i bardzo konkretny, a z drugiej był człowiekiem, który zawsze pomagał tym, których wszyscy skreślili.

Tak, on dawał siebie innym. To było jego hasło. Ja tym hasłem też jestem. Nie mówię o tym głośno. Ale są tacy, którzy mnie nie lubią.

 

Dlaczego?

Bo mówię im wprost, kim są. Mówię tak, jak czuję, nie owijam nigdy w bawełnę. Ja też się wkurzam, jak dostaję informację zwrotną, że coś jest nie tak. Wkurzam się, ale mówię: mają rację. To mi poszerza świadomość, mówię: „dzięki”. To jest fajne.

 

Kończąc… Co jest najważniejsze w życiu według Jerzego Górskiego?

Mieć jak najwięcej wolności. Nie ważne kim jesteśmy i co robimy. Bo wtedy jesteśmy szczęśliwi. Mamy tego szczęścia mało na co dzień, więc go szukajmy. Szukajmy swojej ścieżki. To nie przychodzi łatwo i od razu. Z jednego nałogu wejdź w drugi nałóg. Szukaj. To jest najtrudniejsze. I jeszcze: Jeżeli coś nas wkurza i zaczyna nam przeszkadzać: „Halo, zastanów się, czy to jest ci potrzebne?”. Proste, nie?

 

8 listopada do sprzedaży trafiła książka „Najlepszy” Łukasza Grassa, opowiadająca o życiu Jerzego Górskiego. Z kolei 9 dni później, 17 listopada do kin wszedł film o tym samym tytule w reżyserii Łukasza Palkowskiego, reżysera „Bogów”, z Jakubem Gierszałem w roli Jerzego Górskiego.

Okładka książki „Najlepszy” Łukasza Grassa
Fot. Materiały prasowe

 

Zobacz też: Kto inspiruje Jakuba Gierszała? Czy pójdzie w ślady swojego idola? EKSKLUZYWNE VIDEO

Wideo

Style&Color Trophy L’Oréal Professionnel 2018, czyli największa impreza fryzjerska w Polsce!  

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Agnieszka Woźniak-Starak rozprawia się z plotkami na swój temat!