O NIM JEST GŁOŚNO

„Śmierć bliskich jest czymś strasznym”. Jan Jakub Kolski o córce, której zadedykował swój najnowszy film

Zuzanna zginęła w 2014 roku...

Weronika Bruździak-Gębura 18 stycznia 2017 08:15
Jan Jakub Kolski, Viva! grudzień 2014
Fot. Olga Majrowska

W piątek do kin wchodzi najnowszy film jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów, Jana Jakuba Kolskiego. Produkcję „Las, 4 rano” reżyser zadedykował zmarłej córce, Zuzannie. 23-latka zginęła w lipcu 2014 roku w wypadku samochodowym. To był ogromny cios dla reżysera i jego byłej żony, Grażyny Błęckiej-Kolskiej, która wtedy prowadziła.

 

W grudniu 2014 roku reżyser udzielił wywiadu VIVIE!. We wzruszającej rozmowie z Krystyną Pytlakowską po raz pierwszy poruszył ten trudny temat. Poniżej przypominamy jej fragmenty.

 

O śmierci córki

Krystyna Pytlakowska: Śmierć dotyczy tych, którzy zostają, a nie tych, którzy odchodzą.

Jan Jakub Kolski: Śmierć bliskich jest czymś strasznym, bolesnym. A najbardziej dolegliwe jest odwrócenie kolejności. Kiedy stawałem nad grobem matki, łatwiej mi było się z tym pogodzić, niż kiedy stałem nad grobem córki w dwa tygodnie po tym, jak dostała dyplom ukończenia wymarzonych studiów w Londynie. Przecież to jej ostatnie zdjęcie, które obiegło media, było fotografią w birecie.

 

Krystyna Pytlakowska: Taka piękna dziewczyna…

Jan Jakub Kolski: Zuzia była niezwykle zdolna, piękna i utalentowana. Skończyła wydział mediów i fotografię na Westminster University w Londynie – bardzo poważnej uczelni. Świetnie wiedziała, gdzie chce zdawać. Wszystko załatwiła sobie sama. Żeby zdążyć na egzamin, zatrzymała śmieciarkę i dwóm czarnoskórym dżentelmenom kazała się zawieźć na uniwersytet. Zdążyła być jednocześnie w dwóch miejscach w Londynie, bo zdawała na dwie uczelnie równolegle. Do obydwu się dostała. Zuzia rozdawała karty, to ona stawiała światu warunki. Myślę że też robiłaby filmy. Wszystko ku temu zmierzało.

 

Krystyna Pytlakowska: Była silniejsza niż Pan?

Jan Jakub Kolski: Nie poznałem mojej córki na tyle, by być tego pewnym. To nasze poznawanie się miało się dopiero zacząć.

 

 

(...)

 

Krystyna Pytlakowska: Kiedyś powiedział Pan: „Dajmy sobie prawo do błędów, usiłuję być szczęśliwy”. Usiłuje Pan na pewno?

Jan Jakub Kolski: Ale to słowa z kiedyś. Ja teraz już jestem innym człowiekiem, przyziemnym. Niedługo po śmierci córki dałem sobie zadanie, żeby codziennie coś o mnie i moim życiu zanotować. Żeby nie zwariować. I wtedy zorientowałem się, że jestem obywatelem czołgającym się i nawet tym notatkom dałem taki tytuł: „Dziennik czołgającego się”. To pisanie codzienne przerwałem niedawno. Muszę żyć, mam obowiązki wobec drugiej córki i Oli. Muszę więc iść do przodu. Nawet czołgając się, ale do przodu. Odkrywam też, że jest jeszcze we mnie światło.

 

 

O paparazzi, którzy nie dawali spokoju

Jan Jakub Kolski: Proszę sobie wyobrazić kogoś, kto idzie przygarbiony, złakniony spokoju. Światła i pogodzenia się ze sobą. I już się prawie prostuje… I nagle okazuje się, że znajduje siebie znowu w pozycji czołgającego się. Wtedy trzeba tę wędrówkę zacząć jeszcze raz, i to ze startu trudniejszego niż poprzednio. A mnie się już nie chce. Najchętniej zostałbym przy ziemi i żeby mnie nie było w ogóle widać. Tymczasem mój zawód wymaga wystawiania się od czasu do czasu na widok, bo jestem, nie wiedzieć czemu, osobą publiczną. Jeśli ktoś mówi: „Porozmawiajmy, bo to, co masz do powiedzenia, jest ważne dla kogoś innego, czy może też dla ciebie”, 
to wykładnia, którą rozumiem. Ale jeżeli ktoś mówi: „Będziemy cię fotografować na cmentarzu, na którym chowasz własne dziecko, ponieważ jesteś osobą publiczną”, to jest s•••••••••••• i bandytyzm. „Będziemy fotografować waszą rozpacz, wasze cierpienie”. Górnik, który stracił dziecko, miałby święty spokój na pogrzebie. Dlatego marzę o tej pozycji przy ziemi, na równi z poszyciem, mchem, z roślinami, niewidzialny.

 

(...)

 

Krystyna Pytlakowska: Ale nie może Pan wrócić do anonimowej niewidzialności. Obejrzałam Pana ostatni film „Serce, serduszko”. Porusza Pan widzów, rzuca na kolana. I pomyślałam, że skoro dla Pana film jest albo udręką, albo ekstazą, to czym dla Pana był właśnie ten – o relacjach ojca z córką?

Jan Jakub Kolski: Ten film ratuje mi życie, pozwala odzyskiwać równowagę, ten film wcześniej niż ja wiedział, co się stanie. Nie chcę schodzić do poziomu magii Harry’ego Pottera – ja w takie rzeczy nie wierzę. Ale kiedy zacząłem robić „Serce, serduszko”, nie wiedziałem, jak bardzo mi się przyda. To miał być tylko film. Miał ucieszyć mnie, potem miał ucieszyć widzów. Ale nie miał zadania ratowania mi życia. Ja często ukryty na sali oglądam film razem z widzami i staram się uchwycić refleksy. A ten film daje refleks ożywczy. Po raz pierwszy od „Jańcia Wodnika” wraca to, co w film zainwestowałem – radość, zadowolenie. A to dla mnie ratunek.

 

Krystyna Pytlakowska: Bo pozwolił Panu oderwać się od rzeczywistości po stracie, jaką Pan poniósł?

Jan Jakub Kolski: Nie rozmawiajmy o tej stracie tak wprost, bo jak to potem przeczytam, doznam tej straty jeszcze raz. I tak wszyscy wiedzą, co się stało. Choćby za sprawą sześciu okładek w tych superch••••••• gazetach i wyścigu, kto lepiej sfotografuje zrozpaczoną matkę i zrozpaczonego ojca.

 

Polecamy też: Céline Dion uczciła pamięć męża w pierwszą rocznicę śmierci. Czym wzruszyła fanów i media?​

Wideo

Test redakcji Viva! Czy terapia śluzem ślimaka naprawdę działa?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magda Gessler z synem Tadeuszem po raz pierwszy tak szczerze o swojej relacji!