Kiedy w 1992 roku zdobywała koronę Miss Polonia, jej życie zmieniło się na zawsze. Ponad trzy dekady później Ewa Wachowicz mogła świętować zdobycie zupełnie innej korony – Korony Wulkanów Ziemi, na którą zapracowała latami przygotowań i wymagających wypraw. Ostatni szczyt, Mount Sidley na Antarktydzie, okazał się jednak prawdziwym sprawdzianem charakteru. Śnieżyca, niemal zerowa widoczność i temperatura odczuwalna sięgająca minus 50 stopni sprawiły, że powrót do domu stał się najważniejszym celem. „Wiedziałam, że jestem mocna, ale nie przypuszczałam, że do tego stopnia, że nie da się mnie złamać” – wyznała w rozmowie z Katarzyną Piątkowską. Dziś, w dniu 56. urodzin Ewy Wachowicz, przypominamy wywiad, w którym opowiedziała o odwadze, pokonywaniu własnych ograniczeń i tym, co w życiu naprawdę się liczy.
WIDEO…
Wywiad VIVY!: Ewa Wachowicz: od korony Miss Polonia do Korony Wulkanów Ziemi
Niedawno Ewa Wachowicz wróciła z Antarktydy, gdzie zdobyła siódmy szczyt Korony Wulkanów Ziemi. Miss Polonia, sekretarz prasowy premiera Waldemara Pawlaka, restauratorka, szefowa kuchni opowiedziała Katarzynie Piątkowskiej o tym, jak ważne są dla niej różne korony, czego uczą góry, co daje jej wiara i jak przetrwać, gdy jest naprawdę źle.
– Korona Wulkanów Ziemi to Twoja kolejna korona. Można powiedzieć, że stajesz się ich kolekcjonerką.
Tylko że ta pierwsza, korona Miss Polonii z 1992 roku, była zupełnie inna. Tamtą dostałam, a tą zdobyłam sama.
– Mają jednak ze sobą coś wspólnego. Zakładam, że obie znacząco wpłynęły na Twoje życie.
Przyszły w kompletnie różnych momentach, ale obie mnie zmieniły, choć każda na swój sposób. Muszę przyznać, że ta druga, do której każdy diament szlifowałam sama, jest dla mnie ważniejsza i jestem z nią bardziej emocjonalnie związana.
– Lubisz zdobywać szczyty? Korona Miss Polonii otworzyła Ci drzwi do polityki i show-biznesu. A zdobycie siedmiu wulkanów sprawiło, że zapisałaś się w historii jako pierwsza Polka na Mount Giluwe w Papui-Nowej Gwinei i pierwsza Polka na Mount Sidley na Antarktydzie.
Zawsze ten, kto jest pierwszy, jest lepiej zapamiętany (śmiech). Ale szczyty zdobywam z Klaudią Cierniak-Kożuch, więc musimy mówić w liczbie mnogiej.
– Musisz mieć do niej absolutne zaufanie.
W górach to podstawa. Wiele razy byłyśmy spięte liną. A jeśli wisi się z kimś na linie, nawiązuje się zupełnie inna relacja, bo po prostu od drugiej osoby zależy nasze życie. Śmiejemy się, że te wyprawy spowodowały, że często nasza relacja z powodu krępujących sytuacji, których byłyśmy świadkami, jest bardziej intymna niż z partnerami życiowymi.
– Jeśli mogę zapytać… co to za krępujące sytuacje?
Na przykład na Antarktydzie obowiązują surowe zasady związane z zachowaniem dziewiczych warunków – niczego nie można po sobie zostawić. Dlatego wszyscy, którzy tam przebywają, załatwiają się do pojemników, które potem zabierają ze sobą. Gdy wraca się do bazy Union Glacier, nikt nie pyta, jak było, tylko gdzie są twoje pojemniki. A potem je liczą (śmiech). Tam wszystko błyskawicznie zamarza i w tym przypadku mogę powiedzieć: na szczęście.
– To przekroczenie granic intymności?
Wiedziałam, że tak będzie, bo zostałam o tym poinformowana przez naszego przewodnika Tomka. Poza tym trudne, krępujące sytuacje związane z ludzką fizjologią nie są mi obce. Podczas wspinaczki na Pico de Orizaba w Meksyku byłam spięta liną z mężczyznami i załatwienie swoich potrzeb na stromej ścianie było cholernie skomplikowane. Musiałam ściągnąć zabezpieczenie, zrobić sobie stanowisko asekuracyjne, a panowie na komendę musieli patrzeć w lewo. W górach to zupełnie normalne, że przełamuje się bariery, przekracza własne granice.
– Temat poboczny odwiódł nas od sedna rozmowy (śmiech).
Ależ on jest bardzo poważny i bardzo ważny (śmiech). Życiowy, powiedziałabym.
CZYTAJ TEŻ: „Wierzę, że dogląda mnie z nieba” Ewa Wachowicz o relacji z tatą i rodzinnych pamiątkach
Ewa Wachowicz na Mount Sidley. Jak wyglądało zdobycie ostatniego wulkanu na Antarktydzie?
– Stojąc na kolejnym szczycie, fizycznie odczuwasz szczęście?
Każda komórka mojego ciała krzyczy wtedy ze szczęścia. Chciałabym mieć w tych momentach jakiś miernik hormonów, żeby sprawdzić, co i ile się w moim ciele wydziela. To jest uczucie, którego nie da się z niczym innym porównać. Wchodząc na Mount Sidley, spotkaliśmy ekipę, która wyprzedziła nas o kilka godzin. Oni wtedy schodzili i powiedzieli, że przed nami jeszcze jakieś dwie godziny. Gdy zrobiliśmy przystanek, ostatni przed atakiem szczytowym, przestało na chwilę wiać, świeciło piękne słońce. I wtedy Tomek powiedział: „I co? Już wierzysz, że wejdziemy?”.
– Nie wierzyłaś?
Antarktyda jest nieobliczalna. Możesz być przygotowany na wszelkie możliwe sposoby, ale i tak może zdarzyć się coś, co spowoduje, że nie osiągniesz celu. Albo nie będzie okna pogodowego, albo rozchoruje się przewodnik, albo ktoś się przeziębi. Zasada jest taka, że wchodzi na górę albo cała ekipa, albo nikt. Nie ma opcji, że ktoś zostanie sam w obozie. I wtedy, te dwie godziny przed szczytem, poczułam całą sobą, że się uda. Dla mnie ta góra była niesamowicie ważna, również ze względu na to, że był to ostatni klejnot do mojej Korony. To jedyny szczyt, na którym nie mam zdjęcia z flagą. Mamy pamiątkowe zdjęcie ze zdobycia Mount Sidley, ale ze względu na nagłe załamanie pogody nikt nie był w stanie utrzymać flagi.
– Gdyby Wam się nie udało go zdobyć, wybrałabyś się drugi raz?
Mogę mówić tylko za siebie, ale moja odpowiedź brzmi: „Nie!”.
– Zabrzmiałaś bardzo kategorycznie.
Po tym, co przeżyłam, na pewno nigdy na Mount Sidley nie wrócę. Już droga na górę nie była łatwa, choć zjawiskowa. Labirynt seraków, ważących wiele ton fragmentów lodowca, był jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Ale żmudne podejście, cały czas pod wiatr, sprawiało, że wydawało mi się, że stoję w miejscu. Mózg w takich momentach wariuje i bardzo trudno oszacować odległość i czas. Gdy weszliśmy na szczyt, załamała się pogoda – zaczęło wiać jeszcze mocniej, a do tego zeszła chmura, która spowodowała, że odczuwalna temperatura spadła do około minus 50 stopni, a widoczność była zerowa.
– Bałaś się, że nie dasz rady zejść?
Takie myślenie jest mi zupełnie obce, co jest zasługą moich rodziców, charakteru i wewnętrznego optymizmu. W głowie miałam myśl, że zejdziemy, ale musimy zrobić to jak najszybciej.
– Czego się wtedy dowiedziałaś o sobie?
Wiedziałam, że jestem mocna, ale nie przypuszczałam, że do tego stopnia, że nie da się mnie złamać. Bardzo pomogła mi wiara, która dała mi nieprawdopodobną siłę. Tam, na górze, w pewnym momencie zrobiło się naprawdę źle. Szliśmy w bardzo gęstej mgle. Tak gęstej, że nie widziałam pleców osoby, która była przede mną. W takich warunkach wariuje błędnik, bo nie ma żadnego punktu odniesienia. Nie wiadomo, gdzie jest góra, gdzie dół, bo wszędzie jest biało. Zamarzły mi gogle, a pod żadnym pozorem nie mogłam ich zdjąć, bo groziłaby mi śnieżna ślepota. Udało mi się chuchać w jedno miejsce tak, że zrobiła się szczelina, przez którą widziałam kawałek przywiązanej do mnie liny. Nadeszła śnieżyca, a totalna wilgoć spowodowała, że czułam, jakby w ciało wbijały mi się miliony igieł. Poruszaliśmy się naprawdę powoli, bo rozrzedzone powietrze powodowało, że brakowało nam tlenu. Potykałam się o swoje nogi, o zaspy, o ukryte pod śniegiem bryły lodu. Znów straciliśmy poczucie czasu.
– O czym wtedy myślałaś?
Odmawiałam różaniec. To była moja medytacja. Bardzo mocno skupiłam się też na oddechu, bo to mnie uspokaja. Mam zresztą za sobą różne kursy związane z nauką oddychania.
– To Cię uchroniło przed wpadnięciem w panikę?
Sama jestem zdziwiona, że nie spanikowałam. Potężne anioły musiały otoczyć mnie skrzydłami. Podejrzewam, że do dzisiaj mają w nich zakwasy (śmiech). Jestem zadaniowa. A moim zadaniem było zejście do obozu, a potem powrót do domu. Moja córka powiedziała kiedyś: „Góra jest zdobyta, jak wrócisz do domu”. Dom. To był mój azymut. Wyobraź sobie, że gdy tam, na Antarktydzie było już naprawdę źle, Ola, która na mnie czekała w Polsce, czuła, że coś poszło nie tak. Gdy po przylocie zobaczyłam ją na lotnisku, jak czeka z koronami i szarfami, jak przytuliłam ją, a ona szepnęła mi do ucha, że bardzo się o mnie bała, po prostu się rozpłakałam.
– To była Twoja siódma góra…
A ją pierwszy raz ogarnął taki lęk. Mój mąż zresztą też go odczuwał. To pokazało mi, jak mocną relację mam z najbliższymi.
– Coś zawiodło?
Nic nie zawiodło. Po prostu natura jest nieobliczalna. Ekipa była sprawdzona: Klaudia Cierniak-Kożuch, z którą wspinam się od początku, doświadczony przewodnik Tomek Kobielski, Marek Kubica i Marek Leszkiewicz, z którym wcześniej się nie znałyśmy, ale okazał się fantastycznym kompanem. Byliśmy bardzo dobrze przygotowani. Mieliśmy za sobą miesiące intensywnych treningów, doskonały sprzęt.
Jak Ewa Wachowicz przygotowywała się do wyprawy na Antarktydę?
– Czy w kilka miesięcy można się przygotować do takiej wyprawy?
Jeśli ktoś jest cały czas sprawny fizycznie, to tak. A ja przecież wspinam się od lat, jeżdżę na nartach. Cztery miesiące poświęciłam tylko na przygotowania. Do tego stopnia, że zrezygnowałam z uprawiania sportów, które mogłyby na przykład spowodować u mnie kontuzję. Przestałam jeździć na rowerze, na nartach, które kocham…
– Chęć przekraczania granic, wyjścia ze swojej strefy komfortu, bo tak rozumiem zdobywanie szczytów, spowodowała postawienie innych granic.
Dokładnie tak. Tu wielkie ukłony dla moich bliskich, mojej córki i męża, że to wytrzymali. Nawet jak z mężem jechaliśmy z Krakowa do Zawoi, gdzie jest mój dom, łaziłam z ciężarami na Babią Górę, zamiast być z nim.
– Sławek nie chodził z Tobą?
Czasami to robił, ale nie zawsze. Gdy nadszedł mój ostatni trening, okazało się, że jest bardzo dużo śniegu i nadciąga śnieżyca. A ja patrzę do Excela, w którym miałam rozpisane codzienne treningi, i co widzę? Trening z obciążeniem. I wiem, że przede mną od trzech do pięciu godzin targania plecaka i obciążonych sanek. Rozumiesz, że nie było szans, żebym go na to namówiła (śmiech)?
– Podczas przygotowań przychodziła Ci do głowy myśl: Co ja robię? Nie chce mi się. Nie idę?
Myślisz, że nie mam lenia? Mam. Jesteśmy w Zawoi, ogień buzuje w kominku, jest ciepło i przytulnie, za oknem skrzy się śnieg. Ale jest też Excel (śmiech). I proponuję Sławkowi wyjście, chociaż z góry znam odpowiedź. I samej też mi się nie chce. Ale umiem swoim leniem zarządzać. Gdybym tego nie zrobiła w tym momencie, to potem nie miałabym już takiej możliwości, a jestem osobą odpowiedzialną. A odpowiedzialność za los swój i całej ekipy to podstawa. Wiem, że na wyprawie nie mogę się rozchorować, nie mogę mieć kontuzji. Tam głupi katar czy przeziębienie jest problemem i wszystko się przez to może zawalić. Ostatni wulkan, który miałyśmy z Klaudią zdobyć, jest górą bardzo specyficzną. Tam nie ma zaplecza w postaci TOPR-u czy GOPR-u, który pospieszy na ratunek. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Sami zakładamy obozy, a baza, czyli cywilizacja, jest tysiąc kilometrów od miejsca docelowego. To, co mamy w plecakach, w namiotach, to, co wzięliśmy ze sobą do jedzenia, musi nam wystarczyć.
Wyprawa na Antarktydę i Mount Sidley. Ewa Wachowicz o ekstremalnych warunkach
– Zanim się zdecydowałaś na tę wyprawę, spodziewałaś się, co tam może Cię spotkać?
Z Marcinem Kacperkiem, doświadczonym przewodnikiem, z którym dużo chodzę po górach, omawialiśmy różne możliwe scenariusze.
– Ile trwała Wasza wyprawa?
Na Antarktydzie życie wszystkich tam obecnych definiuje pogoda. Żeby to zobrazować… Na Antarktydę leci się z Chile, gdy jest okno pogodowe. Tylko mniej więcej wiemy, kiedy tam dotrzemy. Samolot, wielki boeing, ląduje na lodzie. Nie ma pasa startowego. To znaczy jest, na lodzie, ale nie ma światełek, wieży, nic. Jest biel. Dlatego musi być doskonała pogoda, żeby pilot widział, gdzie ląduje. Dopiero tam, na miejscu zrozumiałam, dlaczego mamy wszędzie takie duże ramy czasowe po trzy czy po cztery dni.
– Co miałaś napisane na karcie pokładowej, skoro tam nie ma żadnego miasta ani lotniska?
W telefonie mam jeszcze kartę… Chwilka… Sprawdzę. Union Glacier.
– Nie jest łatwo się dostać na Antarktydę?
Przede wszystkim trzeba mieć specjalne pozwolenie. Samolot lata mniej więcej raz na 10 dni i musisz udowodnić, że twoja obecność tam jest po prostu konieczna. Trzeba prowadzić albo badania naukowe, albo jak my zdobywać szczyty z Korony Ziemi. Poprzednie więc trzeba mieć udokumentowane.
– Teraz rozumiem, dlaczego ten wulkan zostawiłyście sobie z Klaudią na koniec…
Musiałyśmy mieć dokumentację, że wszystkie pozostałe wulkany już zdobyłyśmy, i oczywiście musiałyśmy zdobyć fundusze. Na przykład na Kilimandżaro, od którego zaczynałyśmy i które jest górą komercyjną, możesz polecieć w zasadzie, kiedy chcesz. Na Antarktydę można lecieć tylko w arktyczne lato, czyli w grudniu lub w styczniu. Dodatkowo z Polski mogły lecieć tylko cztery osoby, bo tylko cztery miejsca miał Tomek Kobielski posiadający licencję przewodnika po Antarktydzie. W innym wypadku musielibyśmy dostać się przez zagraniczną agencję, co jest wyjątkowo trudne. Niesamowite jest też to, że przed wejściem do samolotu przechodzi się po specjalnych oczyszczających matach, które chronią przed przeniesieniem niepożądanych wirusów czy bakterii.
Trening Ewy Wachowicz przed zdobyciem Korony Wulkanów Ziemi. Liczy się ciało i psychika
– W góry potrzebne jest przygotowanie fizyczne i psychiczne?
Jestem wspinaczem amatorem, który kocha góry, spotkania ze sobą i przełamywanie swoich ograniczeń. Przygotowując się fizycznie, wykonując codziennie ćwiczenia z tabelki Excela, moja głowa też się przygotowywała. Po czterech miesiącach weszłam na przykład 200 pięter bez odpoczynku w 57 minut. Klaudia jest lepsza o minutę (śmiech).
– Przy którym piętrze miałaś dość?
Zazwyczaj pomiędzy 120. a 130. Ale ja zawsze widzę szklankę do połowy pełną. Szłam i mówiłam sobie: „Co tam mięśnie, co tam wspinanie, ale jaki ja będę miała piękny tyłek” (śmiech). Gdy zrozumiałam, że moje ciało jest przygotowane tak, że na pewno mnie nie zawiedzie, poczułam się naprawdę bezpiecznie.
– O niczym nie zapomniałaś?
Kombinezon i śpiwór zamówiłam u Bartosza Małachowskiego. Buty, dzięki przyjacielowi Jackowi Grzędzielewskiemu, miałam takie, jak na ośmiotysięczniki, więc mi stopy nie odmarzły. Cały ekwipunek zapewnił mi dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdybym coś przeoczyła. Wiesz, na czym często padają wspinacze? Na nieprzygotowanej skórze. Popękana od mrozu skóra może zaważyć na losie całej wyprawy. Ostatnio słuchałam fantastycznego podcastu Piotra Krzyżowskiego, który opowiadał, że podczas pierwszej wyprawy był nie do końca przygotowany. Po prostu nie zadbał o skórę i odpowiednie kremy. To był pierwszy i ostatni raz. Pod tym kątem specjalnie nie musiałam się przygotowywać, bo zawsze dbam o skórę. Nie zasnę w makijażu, bez nałożonego serum albo jakiejś maseczki. To są moje codzienne rytuały. Podczas wyprawy, już na samej Antarktydzie używałam oczywiście specjalistycznych kremów, ale gdy już z powrotem znalazłam się w Chile, w Punta Arenas zrobiłam sobie kurację kosmetykami z serii AA Technologia Wieku Aktywny Lifting. Zabrałam ze sobą z Polski maseczkę, peeling, nałożyłam dobre serum, a potem nawilżałam skórę i nawilżałam, i nawilżałam… Mróz nieprawdopodobnie wysusza.
– Miałaś momenty, kiedy myślałaś, że nie dasz rady?
Miałam.
– I co wtedy?
Musisz sobie wytłumaczyć, że nie ma opcji, że nie dasz rady. Bo jak nie dasz, to i ty, i twoi towarzysze mogą nie wrócić do domu.
Ewa Wachowicz o tym, czego nauczyły ją góry i jakie ma plany na przyszłość
– Inna Ewa wchodziła na Kilimandżaro, a inna na Mount Sidley.
Z biegiem czasu ludzie się zmieniają i to jest normalne. Ale góry też sprawiają, że stajemy się innymi ludźmi. Tam bardzo mocno stykasz się ze sobą. Świat mediów, telewizji, z którym mam do czynienia od wielu lat, jest specyficzny. Żyjąc w nim, można się odkleić od rzeczywistości i pogubić. A w górach bardzo szybko trzeba się posklejać. Bez dobrego kontaktu z sobą samym, z własnym ciałem nie wejdzie się na żadną górę. Zawsze powtarzam, że na szczyty nie wchodzi się samymi nogami, ale przede wszystkim głową. Widziałam wielu fantastycznych, doskonale wytrenowanych wspinaczy, dużo mocniejszych ode mnie. Wymiękali po drodze, bo psychicznie nie dawali rady.
– Przez taki szmat czasu Twoje życie kręciło się wokół wypraw na szczyty wulkanów, przygotowań do nich. A teraz? To ostatni wulkan…
Jest wiele pięknych szczytów do zdobycia, choć może nie będą tak spektakularne.
– Góry Cię przyciągają i pociągają?
Czuję do nich respekt, szacunek. One uczą mnie pokory i uważności. W górach się urodziłam, ale miłość do nich zaszczepili mi nauczyciele, którzy w siermiężnych czasach PRL-u zabierali nas tam na wycieczki. To było moje życie. Miałam pionierki, flanelową koszulę i wełniany sweter, który sobie sama wydziergałam ze sprutego swetra brata. Dzięki temu jestem sumą życzliwości dobrych ludzi, na których trafiłam w życiu. Tych, którzy pokazali mi piękno, dzikość gór, i tych, którzy byli ze mną nie tylko w dobrych momentach. Dzięki górom jestem spokojniejsza, bardziej dojrzała, mam większą akceptację. Czasem przyglądam się, jak ludzie się emocjonują, jak się wkurzają, jak się indyczą. I zastanawiam się po co? Co to zmieni w ich życiu? Dostrzegam, jak wiele rzeczy jest po prostu nieistotnych.
– Myślisz już o kolejnej wyprawie?
Tak, ale myślę, że poświęcę jakiś czas pasji mojego męża, bo on kocha żeglowanie. Może odwiedzimy najpiękniejsze plaże na wszystkich kontynentach?
– Ciekawe, czy długo wytrzymasz.
To wejście na wulkan na Antarktydzie było tak mocnym przeżyciem, że wciąż we mnie rezonuje, ale podejrzewam, że długo bez gór nie wytrzymam. Są moją wielką miłością i są mi niezbędne do tego, żeby nie zwariować. Nie da się pracować bez przerwy, bo styki w mózgu mogą się przepalić. Na szczęście mam góry, które dają mi twardy reset.
Czytaj też: „Grozi ślepota śnieżna”: Ewa Wachowicz o kulisach swojej ekstremalnej wyprawy na Antarktydę