Ewa Kasprzyk o macierzyństwie
Fot. TRICOLORS/East News
sylwetki

„Gdy ma się jedno dziecko, to człowiek chce mu wszystko dać”. Ewa Kasprzyk o bliskiej relacji z córką

"Bardzo chciałam mieć dziecko. Choć dla aktorki nigdy nie ma dobrego momentu"

Redakcja VIVA! 30 listopada 2021 12:45
Ewa Kasprzyk o macierzyństwie
Fot. TRICOLORS/East News

Kiedy po porodzie zobaczyła córkę, prosiła, żeby nie odcinać pępowiny. Chciała jak najdłużej czuć więź z dzieckiem. Ewa Kasprzyk opowiada ze śmiechem, że pępowiny nie potrafi odciąć do tej pory.

"Pamiętam Kazimierza Kutza, który darł sobie włosy z głowy, gdy się dowiedział, że zaszłam w ciążę, a obsadził mnie w jednej z głównych ról w teatrze. Mówił: »Jak mogłaś mi teraz to zrobić!«. Ale zrobiłam. Bardzo chciałam mieć dziecko. Dla aktorki nigdy nie ma dobrego momentu, taki to jest zawód, który oscyluje cały czas między silnymi emocjami, balansuje między tym, co jest dobre dla ciebie, a co dla teatru. Musisz postawić wszystkich przed faktem dokonanym: »Jestem w ciąży«. Ja na pewno nie podchodziłam do tego tematu pragmatycznie. Zakochałam się w moim mężu i najpierw urodziłam dziecko, a potem wzięłam ślub". Wspomnienia związane z macierzyństwem Ewy Kasprzyk ukazały się w „Urodzie Życia” 6/2015.

Klasyczna matka karmiąca

Miałam 27 lat, kiedy odezwała się we mnie potrzeba macierzyństwa, a hormony tak buzowały, że dziecko mogłabym mieć z każdym (śmiech). Takie miałam ciśnienie. To był koniec lat 80., byłam świeżo po debiucie w „Dziewczętach z Nowolipek” zmarłej niedawno Basi Sass. Po tym filmie zrobił się boom na mnie i pojawiły się tysiące propozycji.

A ja po prostu urodziłam moje dziecko. Urodziłam, mimo że obiecałam zagrać w serialu Jana Łomnickiego, który powiedział, że na mnie zaczeka. I co? Moja córka pojawia się na świecie, ekipa przyjeżdża, a ja siedzę z nią przy piersi jak klasyczna matka karmiąca. I po prostu nie wyobrażam sobie, że mogę iść od razu do jakiejś pracy. Byłam młoda, myślałam: „Jeszcze się nagram. Nie muszę się spieszyć, bo teraz mam to co najważniejsze – moje dziecko, które dało mi spełnienie”. Pamiętam jednak, że gdy zaszłam w ciążę, to musiałam oddać rolę. I nie wiem, czy poczułam wtedy zazdrość, czy raczej stratę. Że ktoś inny wziął coś, co wypracowałam.

Teraz czasy są takie, że aktorki rodzą dziecko i już mają przyczepę na planie do swojej dyspozycji. Co prawda przypominam sobie, że gdy robiłam teatr telewizji, to moja mama stała na dole z wózkiem i czekała na karmienie, a ja schodziłam i karmiłam.

Żona przy mężu

Kiedy Małgosia miała trzy miesiące, mąż dostał bardzo intratną propozycję pracy w Bułgarii. Wyjechał na kontrakt. Ja nie chciałam przerwać pracy, myśląc, że wszystko da się pogodzić. Dziecko zostawało u sąsiadki, zaprzyjaźnionej pani Jadzi, a ja szłam grać. Trwało to może z pół roku, po czym zdecydowałam, że pojadę do Bułgarii, choć nie wiem, czy ku radości, czy utrapieniu mojego męża (śmiech). Warna, ciepło, wieczorami wychodziło się do knajpy… Było fantastycznie, chociaż doskwierał mi brak pracy, bo wiodłam życie żony przy mężu. W pewnym momencie zadzwonił do mnie Roman Załuski z propozycją roli w filmie „Kogel-mogel”. Zgodziłam się i pojechałam grać, a roczne dziecko zostało z tatą. Trzeba było znaleźć Gosi opiekunkę, mąż nie wiedział, co zrobić, w końcu wynajął wczasowiczkę, która tam przyjechała i chciała sobie dorobić. Trwało to ze trzy lata – tak jeździłam do Polski i wracałam do Bułgarii.

Skurcze książkowo wyliczone

Narodziny dziecka to jeden z przyjemniejszych momentów w życiu kobiety, chociaż niektórzy twierdzą, że przereklamowany, bo teraz wiele kobiet robi sobie cesarkę, żeby uniknąć bólu. Mnie to w ogóle nie przychodziło do głowy, dlatego że byłam na to przygotowana emocjonalnie i wierzyłam, że wszystko będzie OK.

Miałam książkowo wyliczone skurcze i godzinę, o której mam iść do szpitala. Chodziłam do szkoły rodzenia, w której powiedzieli mi, że nie ma żadnego bólu, jeśli się dobrze oddycha. Ale gdy przekroczyłam próg szpitala i usłyszałam wrzaski kobiet, to stwierdziłam, że chyba jednak czegoś mi nie powiedzieli, bo dlaczego one tak krzyczą? Schowałam się ze strachu w łazience, choć wiedziałam, że ta ciąża jest nie do cofnięcia… (Śmiech).

W trakcie porodu nie wydałam z siebie ani jednego krzyku. Urodziłam dziecko, fakt, że małe, bo 2,4 kg, i nawet chcieli zabrać je do inkubatora, ale znajoma pielęgniarka powiedziała: „Damy radę, pani Ewo!”. Mąż był zdziwiony, że tak szybko się uwinęłam i on nawet jednego gema nie mógł zagrać, bo odwiózł mnie do szpitala i pojechał grać w tenisa. Musiał przerwać mecz, bo nagle był telefon, że urodziłam. A w szpitalu było przyjemnie, był zaprzyjaźniony lekarz ginekolog, szampan i wszystko jak trzeba.

Zobacz także: „Zaczynałam wszystko od zera”... Ewa Kasprzyk szczerze o nowym życiu, upływie czasu i sile kobiet

Ewa Kasprzyk o macierzyństwie
Fot. Zenon Zyburtowicz/East News

W roli matki i ojca

Gosia była dzieckiem bardzo pogodnym. Nie zabierałam jej do teatru, bo ona jakoś tego nie lubiła. Inne dzieci częściej przychodziły, ona nie. Dzieciństwo miała kolorowe, ponieważ gdy mieszkaliśmy w Gdyni, gdzie mieliśmy duży dom, to cała ulica była zaprzyjaźniona. Były wspólne ogniska, przebieranki, dzieci grały w piłkę, w badmintona. Pamiętam, że kupiliśmy przyczepę, vana, którym mieliśmy jeździć po Europie, ale okazał się takim złomem, że mógł tylko stać i być domkiem dla lalek dla Gosi (śmiech). Cała ulica się tam bawiła, bo w środku były łóżka, kuchnia do gotowania – taki większych rozmiarów „domek Barbie”.

Gdy ma się jedno dziecko, to człowiek chce mu wszystko dać. Gosia była przeze mnie totalnie rozpieszczana. Kiedy wyjechałam na trzymiesięczne tournée z pantomimą po Anglii i Szkocji, to każdego dnia z pieniędzy, które zarabiałam, kupowałam coś dla Małgosi. To była masakra! Zwoziłam tony rzeczy, a to były czasy PRL-u, więc np. dżinsowe ubranka to był rarytas! Gdy jeździłam z teatrem do zachodnich Niemiec, to przywoziłam nawet soki. Dużo pracowałam i myślę, że to czas, którego już się nie odda dziecku.

Był czas, że Małgosi bardzo doskwierało to, że ma znaną matkę. Ma inne nazwisko, więc łatwiej to ukryć, ale np. gdy jechała na wycieczkę i zawoziłam ją pod autokar, to kazała mi parkować o wiele dalej, żeby nikt nie zobaczył, że to ja ją przywiozłam. Było mi strasznie przykro i mówiłam: „Pewnie chciałabyś mieć matkę, która pracuje w warzywniaku”.

Tak, Małgosia chciała mieć normalną matkę, marzyła o tym, że kiedy przychodzi ze szkoły, na stole czeka rosół albo pomidorowa, że potem odrabiam z nią lekcje i wspólnie gdzieś idziemy na spacer.

Najgorszy był okres po naszej przeprowadzce do Warszawy. Wcześniej Gosia przez wiele lat miała swoje towarzystwo, chodziła do szkoły tenisowej, w której był inny sposób uczenia. W Warszawie nie miała nikogo. Gdy tylko tu wjeżdżaliśmy, słyszałam płacz. Ale nie wyobrażałam sobie, że przeniosę się tu bez córki. I w końcu stało się tak, że zostałyśmy w Warszawie, walczyłyśmy, mój mąż troszkę się usunął i ja przejęłam obowiązki matki i ojca. To się ułożyło w naturalny sposób i tak już jest.

Jej los jest w jej rękach

Gosia miała różne problemy w szkole. A ja doszłam w którymś momencie do wniosku, że skoro ciężko pracuję, zarabiam pieniądze, to ona pójdzie do takiej szkoły, gdzie nauczą ją, jak się uczyć. Wcześniej, w szkole tenisowej, nie chodziło o stopnie, tylko o to, żeby dobrze grać w tenisa. Jestem wdzięczna dyrektorowi tej prywatnej szkoły, że Gosia wciągnęła się w tę naukę, bo myślałam, że będzie zamiatała ulice.

Potem nagle okazało się, że przegapiłam ten moment, kiedy moja córka sygnalizowała, że chce śpiewać. Ale tak naprawdę jej los jest w jej rękach. Widzę, że obecny czas skłania do nadmiernej opiekuńczości, że hołubimy dzieci, jakby były ciągle malutkie. Ja też ciągle mam jakiś parasol ochronny roztoczony nad Małgosią. Cały czas mieszkamy w jednym apartamentowcu, co jest fajne, tylko ciągle nie możemy się odciąć.

Pamiętam film o matce z Sophią Loren. Z jednej strony matka – córka, ta sama płeć, więc chcesz mieć przyjaciółkę, a z drugiej rywalizacja i zazdrość. Moja córka była zazdrosna – takie miałam wrażenie – kiedy gdzieś wyjeżdżałam z jej ojcem, a ona zostawała. Sama też nie chciała jechać, gdy mieliśmy być we trójkę. Czułam to i myślę, że ona chciała, żebym była niepodzielnie tylko dla niej.

Sposób na depresję

Małgosia ma 28 lat i myślę, że z każdym rokiem będzie lepiej, ale ile trzeba było do tego dochodzić, przez jakie rafy przechodzić. Przede wszystkim przez jej depresję, która była dla mnie bardzo bolesna, bo nie wiedziałam, jak Małgosi pomóc. Dopiero potem, gdy zaczęłam o tym czytać, zrozumiałam, że jeżeli ja jej nie pomogę, nie dotrę do niej, to będzie coraz gorzej. Często dochodziło do spięć spowodowanych jej chorobą. To były przesadne reakcje i ja w ogóle nie wiedziałam, co mam powiedzieć, żeby nie doszło do jakiejś eskalacji. Trwało to długo i myślę, że takim przełamaniem był wspólny wyjazd na obóz, którego strasznie się bałam…

Wcześniej poznałam trenera od tajskiego boksu, który zaproponował, żebym przychodziła na ćwiczenia z Gosią. Moja córka zareagowała nieufnie, ale zaczęła chodzić. On przynosił tarcze, a my zaczęłyśmy w to po prostu napieprzać, dzięki czemu Gosia zaczęła uwalniać swoje emocje. Trener powiedział nam o tym obozie – decyzja o wyjeździe, zamieszkaniu w jednym domu i praktycznie w jednym szerokim łóżku nie była łatwa i strasznie się tego bałam, jak my tam razem wytrzymamy.

Ale wszystkie okoliczności okazały się sprzyjające. Ta dyscyplina, cały rytuał tego boksu, dzień w dzień trenowanie od 7.00 do 10.00. To, że przez tydzień nie wiesz, kim jesteś, bo wszystko cię boli, to, że gubisz kilogramy – to wszystko razem zadziałało. Na boksie tajskim byłyśmy razem już pięć razy, bo jeździmy dwa razy do roku. Jest tanio, ciepło, jest morze, jest świetne jedzenie… To jest raj dla ludzi.

Serce mi rośnie

Mam wrażenie, że moja córka lepiej funkcjonowałaby gdzieś poza Polską. Że to nie jest kraj, w którym ona dobrze odnajdzie się ze swoim temperamentem, swoją twórczością. Bardzo ciężko jest się przebić z jej muzyką. Wchodzę w świat przyjaciół Gosi przez to, że gdzieś razem funkcjonujemy.

Ona zaprasza mnie do swojego teledysku. Dla mnie jest zaszczytem, że zagram u córki. Wchodzę na plan i wszystko jest zorganizowane. Serce mi rośnie, gdy patrzę, że młodzi ludzie tak fajnie kombinują, że są tym innym pokoleniem. Kiedy mówiłam Gosi o tolerancji wobec homoseksualistów, ona odpowiadała: „Ja nie jestem na etapie tolerancji, tylko na etapie akceptacji”.

Magia słowa „kocham”

Jestem otwarta, pogodna, szybko sobie zjednuję ludzi, a Małgosia jest trochę zaprzeczeniem mnie. Może jest w niej dużo takiego szaleństwa jak u mnie, ale mimo wszystko ona nigdy nie zaparkowałaby na miejscu, gdzie jest to niedozwolone. Więc mnie czasami porządkuje. Myślę, że w tym układzie moje dziecko bywa bardziej matką niż ja. Ma mi za złe, że dopuszczam do siebie wielu ludzi, którzy chcą mnie wykorzystać. Ona to wyczuwa.

Zawsze strasznie się bałam, żeby nie zrobić swojemu dziecku „obciachu”. Żeby nie mówili o mnie w kategoriach, że widzieli mnie tańczącą i nietrzeźwą na imprezie, bo to będzie ją obciążało. Ale czasy są takie, jakie są.

Niezasłużenie byłam bohaterką brukowców. Nikt z nas tego nie uniknie, ale myślę, że ona na początku to przeżywała. Teraz nabrała dystansu. O niej też piszą, bo niestety, jak nic nie robisz, to nie będą pisać, a jak cokolwiek zrobisz, to musisz się uodpornić.

Gosia nie jest zbyt wylewna. Parę lat temu nauczyłyśmy się mówić: „Kocham cię”. Dawniej było z tym ciężko, ale teraz to bardzo pomaga. Nawet gdy kończysz zwykłą rozmowę i mówisz: „Kocham cię, pa”, to czujesz magię tego słowa. To, że odkryłyśmy, że możemy razem funkcjonować, też przyszło późno. Ale teraz nie ma dnia, żebyśmy nie zadzwoniły do siebie: „Może ci coś kupić, może czegoś potrzebujesz? A może chciałabyś ze mną pójść?”. Poza tym więcej się przytulamy, obejmujemy. Ludzie w ogóle za mało dają sobie ciepła, takiej fizyczności.

Gosia jest moją kopią. Kiedy zobaczyłam jedno z jej zdjęć, uświadomiłam sobie, że ja tak wyglądałam, gdy grałam w „Dziewczętach z Nowolipek”. Miałam wtedy tak jak ona ciemne włosy… Miło jest patrzeć na młodą wersję mnie. Na dodatek moja córka ma poczucie humoru, na szczęście abstrakcyjne. Możemy nadawać na jednej fali.

Nie ma ze mną lekko

Do jej życia w ogóle już się nie wtrącam. Nie robię uwag typu: „Ten twój kolega mi się nie podoba... Tego nie śpiewaj, tego nie zakładaj, w tym źle wyglądasz”. Nie mam do tego prawa, dlatego że ona jest na tyle wolnym atomem i ja jestem na tyle wolna, że to jest za mocne pchanie się do czyjejś duszy. W ogóle myślę, że Gosia jest tak wrażliwą osobą, tak kruchą, że bardzo łatwo można ją dotknąć jednym koślawym słowem. Bardzo się pilnuję, ponieważ uważam, że słowa ranią jeszcze mocniej niż fizyczny ból. Przede wszystkim staram się nie przeszkadzać, ale też nie mogę już za bardzo pomagać, wtrącać się. Nienawidzę takich matek, które wiedzą lepiej od dziecka, co jest dla niego dobre. To jest toksyczna zależność.

Czasami oczywiście może za bardzo wyrażam swoje zdanie, ale też myślę, że Gosia nie ma ze mną lekko. Ma silną matkę i żeby mnie przebić pod każdym względem – charakteru, osiągnięcia, przejścia tej drogi – trzeba trochę wysiłku. Ma jeszcze trochę czasu i dobrze poukładane w głowie, myśli dość bystro. Da sobie radę. Myślę coraz częściej o tym, jak to było w słynnej „Magdzie M.”, kiedy będą wnuki, kiedy zostanę babcią. Ale nie ma jakiegoś nacisku z mojej strony, bo jak będzie, to będzie. Na razie mamy kota Azora, dla którego jestem babcią (śmiech). Ale nie miałabym nic przeciwko temu, żeby pojawiło się małe dzieciątko w naszej przestrzeni… No, ja już nie urodzę. 

Wspomnienia Ewy Kasprzyk ukazały się w „Urodzie Życia” 6/2015

Czytaj też: Wiek to tylko liczba! Wyjątkowe wydanie VIVY! z pięcioma okładkami

Ewa Kasprzyk o macierzyństwie
Fot. TRICOLORS/East News

Wideo

Polska nie mogła wygrać Eurowizji Junior trzeci raz? Sara James odpowiada na słowa Jacka Kurskiego

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

IRENA SANTOR mówi: „Cóż jest piękniejszego, niż żyć, istnieć? Interesuje mnie jutro, odkąd zachorowałam na raka...”. MAGDA i JASIEK MELA – Był najmłodszym zdobywcą bieguna, pomimo utraty ręki i nogi. Co dziś najbardziej w nim ceni jego żona Magda? ANNE APPLEBAUM, słynna dziennikarka, laureatka Pulitzera, o odwadze Polaków, domu w Chobielinie i wolności. PIOTR JACOŃ o córce Wiktorii i tym, jak to jest być rodzicem dziecka transpłciowego oraz budowaniu rodzinnych relacji na nowo.