Trudno byłoby o bardziej symboliczne spotkanie klasyki ze współczesnością. Serialowa „Lalka” Pawła Maślony zadebiutowała na Netfliksie 16 września 2026 roku, a zaledwie dwa tygodnie później, 30 września, do kin trafiła ekranizacja w reżyserii Macieja Kawalskiego. Dwie produkcje, dwie obsady, dwie wizje jednej z najbardziej znanych polskich powieści. I niemal natychmiast pojawiło się to, czego w takiej sytuacji trudno uniknąć: porównania.

W filmie Kawalskiego Stanisława Wokulskiego gra Marcin Dorociński, Izabelę Łęcką Kamila Urzędowska, Ignacego Rzeckiego Marek Kondrat, a u ich boku występują m.in. Maja Komorowska, Agata Kulesza, Andrzej Seweryn, Krystyna Janda, Borys Szyc i właśnie Maja Ostaszewska jako Baronowa Krzeszowska. Netflix postawił natomiast na Tomasza Schuchardta i Sandrę Drzymalską, a jego „Lalka” od początku zapowiadana była jako swobodniejsza, autorska reinterpretacja powieści.

Nic więc dziwnego, że podczas uroczystej premiery kinowej produkcji, która odbyła się 28 września w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie, jednym z tematów rozmów stało się właśnie to niezwykłe spotkanie dwóch „Lalek”. Rafał Kowalski z Viva.pl zapytał Maję Ostaszewską nie tylko o konkurencyjną produkcję, ale też o coś znacznie ważniejszego: czy historia napisana niemal półtora wieku temu może rzeczywiście zainteresować młodego widza?

Zobacz także:

Maja Ostaszewska wierzy, że młodzi pójdą na „Lalkę”. „Zrobiło się bardzo gorąco wokół tego tytułu”

Dla wielu dorosłych widzów „Lalka” jest czymś więcej niż tylko powieścią. Towarzyszyła im w szkole, później wracała w kolejnych interpretacjach, ekranizacjach i rozmowach o polskiej literaturze. To właśnie od tego pokoleniowego sentymentu Rafał Kowalski rozpoczął rozmowę z Mają Ostaszewską.

Reporter Viva.pl zastanawiał się jednak, czy podobne emocje może wywoływać ta opowieść w kimś, kto ma dziś 18 lat i sam decyduje, czy wyda swoje pieniądze na bilet do kina. Dlaczego młody człowiek, dla którego „Lalka” może być przede wszystkim pozycją z listy szkolnych lektur, miałby chcieć ponownie spotkać Wokulskiego, Łęcką i Rzeckiego?

Ostaszewska nie miała większych wątpliwości. Jej zdaniem wokół powieści wydarzyło się w ostatnim czasie coś, co samo w sobie może okazać się najlepszą zachętą.

„Myślę, że będą chcieli, bo też, co cudowne, zrobiło się bardzo gorąco wokół tego tytułu i wszyscy dyskutują, jaka ta „Lalka” powinna być, kto pasuje, kto nie pasuje, jaka interpretacja jest lepsza, właściwsza. To jest dla nas wszystkich cudownie. Nie, że kłócimy się tylko o sport i przeżywamy sport, ale tak gorąco przeżywamy też kulturę” – odpowiedziała.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego Maja Ostaszewska wierzy w zainteresowanie młodych widzów. Aktorka zwraca uwagę, że dzisiejszy osiemnastolatek nie musi już czytać Prusa dokładnie tak, jak czytali go jego rodzice czy nauczyciele kilkadziesiąt lat temu.

Ostaszewska podkreśliła w rozmowie z Viva.pl: „Pamiętajmy, że „Lalka” ciągle jest lekturą. W interpretacji dzisiejszego młodego pokolenia jest kompletnie inną powieścią niż ta interpretacja, którą nam się wręcz trochę narzucało. Dzisiaj też młodzi ludzie mają dużo większą wolność i swobodę w interpretacji, więc myślę, że będą ciekawi, będą chcieli to zobaczyć”.

Lalka 2026
fot. materiały prasowe

Dwie „Lalki” niemal jednocześnie. Ostaszewska o wersji Netfliksa: „To są kompletnie różne historie”

Druga część rozmowy dotknęła tematu, którego przy tej premierze właściwie nie sposób było ominąć. Co Maja Ostaszewska sądzi o drugiej „Lalce”?

Rafał Kowalski przypomniał aktorce wcześniejsze słowa o wolności młodych odbiorców i zauważył, że podobną wolność mają przecież twórcy. Jedni mogą niezwykle wiernie podążać za pierwowzorem, inni potraktować go jak punkt wyjścia i pozwolić sobie na znacznie dalej idące zmiany.

Serial Netfliksa idzie właśnie w stronę autorskiej reinterpretacji. Platforma opisuje produkcję Pawła Maślony jako współczesne odczytanie klasyki, w którym znana fabuła została rozszerzona m.in. o nowe wątki, rodzinne tajemnice czy elementy śledztwa.

Aktorka odpowiedziała bez próby wskazywania, która z nich jest „właściwsza”.

„To są kompletnie różne historie. Uważam, że wspaniale, że powstały dwie tak różne historie, że widz może zobaczyć bardzo różne interpretacje. I cóż, sztuka musi być wolna. Oczywiście, że ktoś ma prawo powiedzieć, że któraś z tych interpretacji nie jest mu bliska. Że jej nie czuje, okej, nie musi tego oglądać” – podsumowała

Netflix pokazał swoją sześcioodcinkową „Lalkę” 16 września, kinowa wersja Macieja Kawalskiego trafiła natomiast na wielki ekran 30 września. W praktyce w ciągu zaledwie dwóch tygodni widz dostał dwie duże interpretacje tej samej powieści.

Rafał Kowalski zapytał więc Maję Ostaszewską wprost, czy jego zdaniem tak niewielka odległość między premierami obu produkcji pomaga, czy raczej im przeszkadza. „Jakoś nie skupiam się na tym” – odpowiedziała aktorka.

Reporter Viva.pl zauważył wtedy, że można spojrzeć na tę sytuację jeszcze inaczej: żeby rzeczywiście zabrać głos w dyskusji o obu ekranizacjach, warto przecież zobaczyć obie.

„No właśnie, jest gorąco” – przyznała Ostaszewska. Po tych słowach nawiązała do obsady netflixowej wersji powieści: „My zresztą, trzeba powiedzieć, że jeśli chodzi o te obsady, my się bardzo lubimy i szanujemy i nawet nieraz sobie żartowaliśmy, jak można by nas pomieszać. Więc mnie się to w ogóle bardzo podoba. Naprawdę też uwielbiam kolegów, którzy tam zagrali. I zagrali fenomenalnie. Więc myślę, że to dobrze po prostu”.


Całe wideo znajdziesz na naszym YouTube. Zapraszamy do oglądania. 

Maja Ostaszewska.
Fot. Paweł Wrzecion/AKPA / Maja Ostaszewska.