TYLKO U NAS

Helena Norowicz: „Tak to już jest i kiedyś przychodzi ten końcowy etap”

W szczerej rozmowie o modelingu i przemijaniu...

Alina Mrowińska 4 maja 2019 11:52

Ona udowadnia, że wiek to tylko liczba. Helena Norowicz udzieliła wywiadu Alinie Mrowińskiej dla magazynu VIVA!, w którym szczerze opowiedziała o zmianach w swoim życiu, karierze modelki, przemijaniu i o tym, dlaczego przypadek pełni w jej życiu ważną rolę. Zapraszamy do lektury!

Pół roku temu skończyła Pani 84 lata. Czuje Pani swój wiek?

Jeszcze dwa lata temu nie czułam, ale niestety, nie tak dawno przydarzyły mi się bardzo nieprzyjemne historie. Złamałam nogę, a wcześniej miałam wylew podczaszkowy. Natychmiast z ostrego dyżuru po zrobieniu tomografii trafiłam na stół operacyjny. Proszę zobaczyć, włosy zakrywają, ale mam tu dwa duże wgłębienia w czaszce. To zresztą była zabawna historia, kiedy golili mi głowę, prosiłam, żeby zostawili trochę włosów, bo grałam wtedy w Teatrze Syrena w „Dogville”. 

Wylew wydarzył się nagle?

Nie, pewnie mogłam wcześniej pójść do lekarza, tylko nie zdawałam sobie sprawy, że coś złego się dzieje. Operację miałam 1 kwietnia, a na początku lutego byłam w Bieszczadach na zdjęciach do „Watahy”. Przyjechałam późno, o czwartej w nocy poszłam spać, a już o szóstej musiałam być na planie. Grałam chorą na alzheimera, fizycznie strasznie zmaltretowaną, więc im gorzej wyglądałam, tym było lepiej dla roli. W końcowej scenie moja bohaterka prawie siada na łóżku i dramatycznie potrząsa swoją córką, bo wydaje jej się, że to rywalka, której kiedyś zabrała męża.

Reżyser mówił: „Dobrze, niech te włosy tak fruwają, mocniej głową, mocniej”. Powtarzałam chyba z kilkanaście razy. I myślę, że wtedy nastąpiły jakieś pęknięcia naczynek, które doprowadziły do wylewu. Miałam zawroty głowy, czasem problemy z poczuciem równowagi, które kładłam na karb zmęczenia. Pewnego dnia poszliśmy z mężem na spacer, w jakimś momencie wyprzedziłam go, wróciliśmy do domu, a on od razu mówi: „Dzwonię po pogotowie, nie podoba mi się, jak ty chodzisz”. Jeszcze tego samego dnia byłam operowana.

Jak się Pani czuła po operacji?

Operował mnie Kamil Krystkiewicz, młody, utalentowany lekarz, któremu zawdzięczam moją sprawność. Nie miałam żadnego niedowładu, szybko dochodziłam do siebie. A kilka miesięcy później złamałam nogę. To długa, przykra historia. Lato zawsze spędzamy z mężem na działce niedaleko Żyrardowa. Którejś nocy zaczęli się do nas dobijać dwaj młodzi ludzie, chyba po dopalaczach. Krzyczeli, że chcą chleba. Mąż wyszedł na werandę i powiedział, że nie mamy chleba. Byliśmy już spakowani do wyjazdu rano do Warszawy, bo miałam następnego dnia zdjęcia.

Wyobrażam sobie Państwa przerażenie.

Nie odchodzili, mąż wyciągnął pistolet gazowy i zagroził, że jeśli się nie uspokoją, będzie go musiał użyć. Odeszli, ale za chwilę wrócili i zaczęli walić kamieniami w okna werandy. Wszystkie rozwalili. Siedziałam w pokoju i cała się trzęsłam z nerwów. Wezwaliśmy policję. Następnego dnia sama pojechałam do Warszawy, a mąż porządkował dom. Dzień był upalny, miałam takie trochę za duże sandałki, a w obu rękach torby z rzeczami. I wysiadając z pociągu, zaczepiłam o peron. Runęłam z ogromną siłą, ból okropny. Ktoś mi pomógł wstać, jakoś doszłam do taksówki i już z domu zadzwoniłam po pogotowie. Kilka godzin czekałam na SOR-ze zanim się mną zajęli. Kolano strasznie spuchło. Włożyli mi nogę w gips od palców stopy aż do pachwiny. I wypisali do domu. Do łazienki przemieszczałam się na pupie z nogą w pionie. Przydało się moje wygimnastykowanie. To był dla mnie trudny czas. Dotarło do mnie, że jednak mam swoje lata. Za osiem tygodni miałam grać w Teatrze Polonia w „Chłopcach” Grochowiaka. Uprosiłam lekarzy, żeby mi zdjęli gips nie po sześciu, ale po pięciu tygodniach (śmiech).

Tęskni Pani za sobą młodą?

Oczywiście, że tak. Im człowiek starszy, tym częściej wraca do dawnych lat. Nagle ni stąd, ni zowąd staje mi przed oczami jakiś obraz, pojawia się refleksja, doznanie. Cudowny czas, kiedy grałam w Teatrze Studio u Józefa Szajny. Jeździliśmy ze spektaklami po całym świecie: Stany Zjednoczone, Australia, Izrael. Chłonęłam wszystkie cuda. Ja, dziecko, które przed wojną mieszkało w leśniczówce dziadka na Litwie, gdzie wszystko było w zasięgu kilku kilometrów. Szkoła, kościół, tory kolejowe, domy koleżanek. Piekliśmy codziennie chleb, pamiętam jeszcze jego smak.

Mieliśmy 40 hektarów ziemi, własny las, nowy dom. Uchodziliśmy za kułaków. Byliśmy na liście do wywózki na Sybir. Uratowała nas inwazja Niemców na Związek Radziecki. W 1946 roku rodzice zdecydowali się wyjechać z piątką córek do Polski. Przed Bożym Narodzeniem musieliśmy opuścić nasz dom. Wiedzieliśmy, że jedziemy w nieznane i że nigdy tu nie wrócimy… Jechaliśmy w bydlęcym wagonie przez trzy miesiące. Po przekroczeniu granicy z Polską na każdym dworcu czekali na nas ludzie z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego z chlebem, zupami, konserwami. Dotarliśmy do Koszalina i tam poszłam do szkoły.

Kilka razy w Pani życiu ogromną rolę odegrał przypadek, jak wtedy kiedy spóźniła się Pani na egzamin na AWF. 

Dziś mówię, że to jeden z najszczęśliwszy przypadków w moim życiu. Kiedy przyszło zawiadomienie o egzaminach, akurat byłam na spartakiadzie młodzieży we Wrocławiu. Sport zawsze był mi bardzo bliski, biegałam, grałam w siatkówkę. Wróciłam do domu, mama daje mi list i czytam, że egzamin na AWF odbył się tydzień temu (śmiech). Pojechałam na rok do siostry do Wrocławia. Zaczęłam chodzić do teatru. I kiedyś w holu zobaczyłam informację o naborze do szkoły teatralnej w Łodzi. To zawsze było moje ciche marzenie. Pamiętam, jak oglądałam w kolorowych pismach zdjęcia Grety Garbo, Marleny Dietrich, takich pięknych, wspaniałych i bałam się, że się do tego nie nadaję. 

Dostała się Pani za pierwszym razem.

Jechałam tramwajem na wstępne przesłuchania do Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nosiłam wtedy gruby warkocz do pupy. Siedziałam skupiona, lekko zdenerwowana, na nic nie zwracałam uwagi. A tym samym tramwajem jechała pani prorektor Janina Mieczyńska, wspaniała tancerka, która była w komisji. Uśmiechnęła się, kiedy weszłam na egzamin i powiedziała: „A ja cię cały czas obserwowałam, pomyślałam, że takie dziewczyny powinny zdawać do szkoły teatralnej”. Znowu przypadek. 

To bardziej przypadek czy przeznaczenie w naszym życiu?

Wierzę, że przypadki miały nas spotkać. Że gdzieś tam jakaś siła wyższa o tym zadecydowała. Pewnie Bóg nie ma czasu, żeby każdemu określać jego los, ale… Kiedyś, byłam jeszcze na studiach, przyśniły mi się dwie wielkie aktorki – Irena Solska i Stanisława Wysocka. Wzięły mnie za rękę, narysowały na dłoni taki malutki kwadracik i powiedziały: „Kiedyś przybędziesz do Warszawy” (śmiech). I tak się stało. 

Ma Pani prorocze sny?

Nie, tylko ten jeden. Nie tak dawno przyśniła mi się zabawna historia. Byłam w domu na wsi, zaprosiłam kolegów. I przyszedł taki okrąglutki, malutki człowieczek, którego nie znałam. Zdziwiła mnie trochę jego obecność, spytałam: „Przepraszam, ale czy my się znamy?”. A on tak patrzy na mnie uważnie i mówi: „Co, nie poznajesz mnie? Czy mam się rozebrać?”. No kompletnie nie mogę tego z nikim skojarzyć (śmiech). 

A wracając do przypadku albo przeznaczenia, to propozycja od Bohoboco też była nieoczekiwana.

Absolutnie. Zaczęło się od Oli Popławskiej, z którą grałam w filmie „Ederly” Piotra Dumały. Chciała przygotować jakąś sztukę teatralną i zapytała mnie o zdjęcia. Żadnych aktualnych nie miałam. Ola sama mi zrobiła i powiesiła na swojej stronie internetowej. I odezwało się Bohoboco. Moda zawsze była mi bliska. W czasach młodości nic ciekawego w sklepach nie było, dlatego namiętnie chodziłam na ciuchy. Miałam fantastycznego krawca w teatrze. Raz kupiłam dwie kurtki – skórzaną srebrną i czarną zamszową, poprułam i pan Miecio zrobił mi płaszcz maksi. Wspaniałą skórzaną bananową spódnicę też miałam z dwóch przerobionych. Na początku lat 70. pojechaliśmy z teatrem Szajny do Paryża. Nosiłam traperską spódnicę z irchy. Usiadłyśmy z koleżanką na schodach do Bazyliki Sacré-Coeur i podeszła do nas jakaś dziewczyna, zapytała, skąd jesteśmy i skąd mam taką piękną spódnicę. Mówię, że z Polski. A ona: „To takie rzeczy są w Polsce?”. Ja na to: „W każdym sklepie” (śmiech). 

Przywoziła Pani piękne rzeczy?

To było poza moimi możliwościami finansowymi. Miałam osiem dolarów dziennej diety. Mogłam się tylko napatrzeć. Pamiętam, jak w latach 60. przez miesiąc byłam w Londynie, chodziłyśmy z kuzynką po ulicach i podziwiałyśmy przepiękne wystawy. 

A kiedy była Pani małą dziewczynką, strój był dla Pani ważny? 

Zawsze wiosną ubierałyśmy się z koleżankami w spódniczki z paproci. Miałyśmy z tym świetną zabawę. Wtedy nie zwracałam specjalnej uwagi na ubranie. Zastanawiam się, kiedy to się zaczęło… Chyba u siostry we Wrocławiu. Zobaczyłam piękną sukienkę w filmie „Czerwone i czarne”. Rozkloszowaną, na halce, z tafty. Na drugi dzień kupiłam atłasową podszewkę i krawcowa uszyła mi podobną. Nigdy nie lubiłam się ubierać jak wszyscy, nie podążałam za trendami. Sama dla siebie byłam projektantką i stylistką. Wie pani, że do dziś mam w szafie sporo rzeczy z tamtych czasów.

A najstarsza rzecz?

Dżinsy, które kupiłam ponad 40 lat temu i nadal w nich chodzę. Może odrobineczkę są przyciasne. Wtedy w talii miałam 58 centymetrów, dziś 64. Skórzana kamizelka też ma około 40 lat i bardzo ją lubię. 

Jakie ubranie najlepiej Panią określa?

Skórzane spodnie, mam kilka par. Zdecydowanie jestem bardziej spodniowa niż sukienkowa. Latem uwielbiam ubrania z lnu, bawełny. Luźne spodnie, podkoszulki, w których mogę spokojnie chodzić po lesie, pielić grządki w ogródku, nosić ziemię i przesadzać rośliny. 

A jak Pani o siebie dba? 

Nie robię i nigdy nie robiłam nic specjalnego. Żadnych zabiegów z chirurgii plastycznej czy dermatologii estetycznej. Nic sobie nie wstrzykiwałam, nie podciągałam. Kilka razy w tygodniu przykładam pod oczy maseczkę z esencji herbaty. Świetnie działa. Zawsze mało jadłam. Lubię warzywa, owoce, nie przepadam za słodyczami. Nigdy sama nie kupię sobie ciastka czy czekolady. Na scenę zawsze wychodzę lekko głodna. Staram się ruszać. Usłyszałam kiedyś od rosyjskiego lekarza: „Biegaj, jeśli nie możesz, spaceruj. Jeśli nie możesz spacerować, czołgaj się. Ale się ruszaj”. 

Nadal robi Pani szpagat?

Miałam może 10 lat, kiedy poszłam z rodzicami do cyrku. Byłam zafascynowana akrobacjami. Co też ci ludzie potrafili zrobić z własnym ciałem. Mieliśmy mały ogródek i zaczęłam próbować a to mostek, a to szpagat. Łatwo mi szło. Kiedyś moja nauczycielka francuskiego była na pokazie gimnastycznym, a potem już na lekcji zadała mi jakieś pytanie i podsumowała: „Norowicz, inteligencję to ty masz w nogach” (śmiech). Pamiętam zabawną historię – robiłam szpagat i przemknęła mi myśl: Ciekawe, czy zrobię, jak będę miała 66 lat. Moja babcia miała właśnie tyle i wydawała mi się bardzo stara. Dochodziłam już do siedemdziesiątki, kiedy odeszłam z teatru na emeryturę. I któregoś dnia postanowiłam sprawdzić, jak to jest z tym szpagatem. Trochę mi brakowało. Zawzięłam się i po dwóch miesiącach już robiłam bez problemu. Dziś też mi się udaje. Nawet wysiedzę w szpagacie kilka minut.

 To był trudny czas, kiedy odeszła Pani na emeryturę?

Zawsze mówiłam, że nie wyobrażam sobie życia bez pracy. Ale potrafiłam się pogodzić, że tak to już jest i kiedyś przychodzi ten końcowy etap. Zaczęłam dostrzegać przyrodę, hodować kwiaty w ogrodzie. Koszami znosiłam ziemię z lasu, ze stawu przenosiłam wodę wiadrami. Mama jeszcze żyła, przerażona pytała, dlaczego ja tak ciężko pracuję. A mnie to sprawiało ogromną frajdę. Prawie cały rok siedziałam na działce. Czasem było mi troszkę smutno. Propozycja od Bohoboco była totalnym zaskoczeniem. Otrzymałam drugie życie. Cudowne jest, że ludzie mnie zaakceptowali. To mi dodaje sił i budzi wiarę, że to, co robię, ma sens. Chcę powiedzieć kobietom, żeby robiły to, co kochają, co daje im szczęście, poszukały w sobie ukrytych talentów. Świat wtedy jest piękny, kiedy z niego korzystamy. A życie trwa nadal i może być piękne także na starość. 

A pierwszy pokaz? Obawiała się Pani trochę?

Chyba nie byłam tak zdenerwowana przed swoją pierwszą rolą teatralną. Miałam na sobie smoking ze spodniami. Stałyśmy stłoczone, nie było gdzie usiąść ani się oprzeć. Wychodziłam jako ostatnia. Stopy w szpilkach gdzieś po pół godzinie strasznie zaczęły mnie piec. A do przejścia miałam spory odcinek, bo wybieg był na trzech poziomach. Szłam jak po rozżarzonych węglach. Ze wszystkich stron oślepiające światła. Prawie nic nie widziałam, czułam się jak w malignie. I nagle widzę, że ludzie wstają i klaszczą, wtedy wstąpił we mnie taki power… Byłam szczęśliwa. 

Jak to jest zostać osobą powszechnie znaną w wieku 80 lat?

To nie ma dla mnie większego znaczenia. Nigdy nie dążyłam do sławy. Pogodziłam się, że moja uroda była trudna dla reżyserów filmowych, że nie dostawałam głównych ról. Nie czułam aktorskiego niedosytu. Zawód zawsze dawał mi ogromną frajdę i spełnienie. A popularność teraz… Nie jest natrętna. Spotykam się tylko z ciepłymi, życzliwymi reakcjami. To piękny czas w moim życiu. Przypomniało mi się, że kiedy byłam dzieckiem, nie chciało mi się żyć. Nie byłam wtedy pogodzona ze światem. Zastanawiałam się, czy życie ma jakikolwiek sens. Długo to we mnie było. 

 Wracały wspomnienia z wojny?

Tak, zasłyszane w wieku kilku lat historie, że gdzieś niedaleko spalono Żydów w stodole. Wiedziałam, jak bardzo boli, kiedy sparzę sobie palce ogniem. Wyobrażałam sobie, jak strasznie ci ludzie musieli cierpieć, nim przyszła śmierć. Byliśmy przygotowani do wywózki na Sybir. Pamiętam tamten ciągły strach. Koszmary wojny długo wracały do mnie w snach. Do dziś mam w sobie taki wewnętrzny smutek, melancholię. Ale nauczyłam się też, że w takich chwilach trzeba sobie powiedzieć: „No dobrze, posmuciłaś się, to teraz się pociesz”. Bardzo ważna rzecz, to nauczyć się ze sobą rozmawiać. 

 Co jest najważniejsze z Pani perspektywy długiego życia?

Być pogodzonym ze światem i ze sobą. Robić to, co się lubi. Kochać i być kochanym. Z moim mężem poznaliśmy się jeszcze w szkole teatralnej w Łodzi. Bardzo się różnimy, ale mamy dużą dozę wzajemnej tolerancji i akceptacji. Przechodziliśmy przez różne momenty, było rozdrażnienie, zwątpienie. Przez lata nauczyliśmy się dostrzegać własne mankamenty, nie tylko tej drugiej strony. Jesteśmy razem już ponad 60 lat. Możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Samotność, szczególnie w starszym wieku, jest czymś bardzo dotkliwym. 

W Pani życiu wydarzyło się to, o czym Pani marzyła jako młoda dziewczyna?

Nawet znacznie więcej. Nie śmiałabym sobie wymarzyć takiego życia. Nigdy bym nie przypuszczała, że teraz będę miała tyle propozycji zawodowych. Cieszę się, że mam jakąś sesję, rolę w teatrze, że pani chce ze mną rozmawiać. Jutro tego wszystkiego może nie być, ale dzisiaj jest. I to jest piękne. Jestem wdzięczna losowi.  ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Joanna Krupa w oczekiwaniu na córeczkę zdradza tajemnice nowego życia we troje. Anna Puślecka mówi wprost, że nie podda się chorobie, a Katarzyna Cichopek i Marcin Hakiel opowiadają nam o pokonywaniu trudności, 14 wspólnych latach i nowych wyzwaniach