WYWIADY VIVY!

Miłka Raulin: „Konsekwencja to matka sukcesu! Zawsze trzeba walczyć o to, w co się wierzy”

Jej historia brzmi jak bajka...

Gabriela Czernecka 19 maja 2021 21:22

W ramach cyklu Archiwum VIVY! wywiady, przypominamy niezwykłą rozmowę Elżbiety Pawełek z Miłką Raulin. Wywiad ukazał się w magazynie VIVA! w maju 2021 roku.

Magazyn VIVA! Miłka Raulin wywiad

Jej historia brzmi jak bajka. Bajka o odważnej dziewczynie, niemającej nic prócz wielkich marzeń. Dla wielu stała się inspiracją, by spełniać swoje pragnienia. Trzy lata temu zdobyła Koronę Ziemi –najwyższe szczyty wszystkich kontynentów i została 10. i najmłodszą Polką, której się to udało. O tym, jak zaczął się ten „wysokogórski romans” i co jej dał, Miłka Raulin w niezwykle szczerej rozmowie z Elżbietą Pawełek.

Po wejściu na Island Peak w Nepalu popłakałaś się…

Zawsze są to łzy szczęścia. Im więcej jednak szczytów miałam na koncie, tym bardziej się kontrolowałam. Wiedziałam, że nie mogę całkowicie ulec euforii, bo będę miała problem z zaczerpnięciem powietrza, którego na górze brakuje. Ale trudno stłumić radość do końca. Szczyt jest uwieńczeniem wielkiego wysiłku.

 Skąd ta pasja do gór? Przecież jesteś dziewczyną z nizin.

Pochodzę z Kaszub i nigdy nawet nie miałam okazji być z rodzicami w górach. Kiedyś trudno było mi się przyznać, że pochodzę z niezamożnej rodziny, a rodziców na wiele rzeczy nie było stać. Dziś wiem, że w pewien sposób te braki mnie ukształtowały. Tak to jest w rodzinie muzyków… Razem z siostrami jeździłyśmy na najtańsze kolonie i w trakcie jednych z wakacji weszłam na Śnieżkę. Miałam 11 lat i choć ledwo trzymałam się na nogach, zachwyciło mnie to, co ujrzałam. Pamiętam soczystość kosodrzewiny, ogromną przestrzeń, powiew wiatru na twarzy i to niesamowite poczucie wolności. Chyba wtedy połknęłam górskiego bakcyla. Dziesięć lat później, mając na koncie organizację dla znajomych licznych wędrówek do Jury Krakowsko-Częstochowskiej czy w Beskidy, zgłosiłam się do konkursu „Zdobywcy”, gdzie nagrodą była wyprawa do Peru. Nie wiedziałam, że będzie to również program telewizyjny. Wpłynęło 11 tysięcy zgłoszeń, a do Peru pojechało pięciu uczestników, w tym ja. Zdobyłam tam mój pierwszy pięciotysięcznik – wulkan Mismi. Pomyślałam wówczas, że skoro udało mi się zdobyć taką górę i zwyciężyłam, to mogę zrobić wszystko, a świat stoi przede mną otworem. Po prostu w to uwierzyłam.

Miłka Raulin, Viva! 9/2021
Fot. Antoni Zamachowski

Cztery lata później stanęłaś na Dachu Europy. Weszłaś na Mont Blanc jako świeżo upieczona absolwentka Politechniki Warszawskiej i mama dwulatka…

Byłam do niej perfekcyjnie przygotowana sprzętowo i logistycznie, ale nie miałam zielonego pojęcia, czym jest wspinaczka wysokogórska. Dziś wiem, że w trakcie zdobywania Dachu Europy popełniłam kilka błędów, które mogły skończyć się źle. Mam nadzieję, że moje dziecko nie będzie miało tak szalonych pomysłów. A było tak, że w nagrodę po obronie pracy magisterskiej na wydziale elektrycznym Politechniki Warszawskiej postanowiłam wybrać się na Mont Blanc. Namówiłam na wyjazd nianię syna, która zorganizowała resztę ekipy. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy samochodem do Chamonix. Po nocy spędzonej w okolicy schroniska Tête Rousse ruszyliśmy w górę Kuluarem Śmierci. To miejsce co roku zbiera tragiczne żniwo z powodu lawin i spadających z góry kamieni. Szacuje się, że Mont Blanc zdobywa 20–30 tysięcy osób rocznie, z czego spory odsetek ginie. Droga na szczyt prowadzi piękną, wysoką na prawie 700 metrów ścianą, która uchodzi za bardzo niebezpieczną. Najtrudniejszym momentem było pokonywanie jej, gdy zerwał się tak silny wiatr, że z kurtki zrobił mi się żagiel. Myślałam, że odfrunę, przez moment straciłam równowagę, obleciał mnie strach i wpadłam w panikę. Kurczowo chwyciłam się ściany i nie potrafiłam zrobić kroku…

 Powiedziałaś, że życie to bieg przez płotki. Jak idzie Ci to skakanie?

W trakcie realizacji projektu Korony Ziemi nieraz musiałam zmierzyć się z trudnościami i je pokonać. Każdy upadek uświadamiał mi, że aby przeskoczyć płotek, muszę wyżej podnieść nogę i bardziej się rozpędzić. Wyprawa na Mont Blanc była moją pierwszą wysokogórską lekcją. Ruszyłam w góry wysokie jako żółtodziób, ale naprawdę bardzo dużo się nauczyłam.

 W ciągu siedmiu lat zdobyłaś najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, czyli słynną Koronę Ziemi…

Od mojego pierwszego zdobycia Mont Blanc starałam się raz w roku wyjeżdżać w góry. Na świecie był już Jeremi, więc moje wyjazdy trwały maksymalnie 2–3 tygodnie. Poza tym ograniczała mnie praca na etacie i 26 dni urlopu. Z wykształcenia i zawodu jestem kolejarką, a dokładnie magistrem inżynierem trakcji elektrycznej. Po Mont Blanc przyszedł czas na dwa łatwe himalajskie sześciotysięczniki – Island Peak i Stok Kangri. Potem było Kilimandżaro. Wracając z Nairobi do Warszawy, zamarzyłam, by związać się z górami na dłużej. Pomyślałam, że Korona Ziemi to idealny projekt. I pretekst do podróżowania w nowe, niesamowite miejsca i poznawania nowych kultur. Moją misją stało się zdobywanie co roku jednego szczytu. Z górami romansowałam i do dziś romansuję, ponieważ nie mogę oddać się im całkowicie.

Miłka Raulin, Viva! 9/2021
Fot. Antoni Zamachowski

 I stworzyłaś projekt pod nazwą Siła Marzeń.

Tak. Ale gdybym wiedziała, ile będzie kosztowało to przedsięwzięcie, to z pewnością bym je porzuciła i uciekła z krzykiem. Projekt Siła Marzeń nie ograniczał się tylko do wspinaczek wysokogórskich i treningów. To była również logistyka wyjazdów, sprawy organizacyjne, sprzętowe i przede wszystkim pozyskiwanie funduszy na bardzo kosztowne wyprawy. A nie jest to łatwe, gdy pracuje się na pełnym etacie i wychowuje dziecko.

 Skąd brałaś na to siłę?

Siła jest wszędzie. Siłę ma myśl, słowo, marzenie. U mnie wszystko zaczyna się od założenia folderu na pulpicie komputera. Niby nic, ale ten folder to skarbnica wiedzy i zadań, które muszę wykonać, by być bliżej swojego szczytu. Dziś daję sobie medal za to, że zrealizowałam tak poważny projekt, organizując wszystko samodzielnie. Porównując się z tamtą Miłką, wydaje mi się, że dziś jestem gorzej zorganizowana. Kiedyś mój dzień był tak napięty, że nie dało się w niego nawet wcisnąć szpilki, za co zapłaciłam chronicznym zmęczeniem i anemią. Z rana zawoziłam dziecko do szkoły, potem jechałam do pracy… wiadomo, jak jest w korporacji. Odbierałam Jeremiego i wracaliśmy do domu. Zakupy, obiad, lekcje, lekarz, zepsuty samochód etc. Bieżące sprawy pochłaniały mnie do 22. Kiedy Jeremi szedł spać, siadałam przed komputerem, obrabiałam zdjęcia, montowałam filmy, przygotowywałam ofertę sponsorską, uczyłam się social mediów, a po zrobieniu wszystkiego szłam jeszcze biegać. Dużo się nauczyłam dzięki temu projektowi. Musiałam go również nagłośnić, żeby pozyskać niebotycznie wysoką kwotę. Cały projekt kosztował pół miliona złotych, a takiej sumy nie zapewniłby mój kolejarski etat, nawet gdybym odkładała środki przez kilkanaście lat. Przed wyprawą na Mount Everest wysłałam sześć tysięcy ofert sponsorskich. Byłam tak bardzo zdeterminowana. A musiałam za każdym razem przekonać daną firmę, że warto zainwestować w drobną, niepozorną dziewczynę z dużymi marzeniami.

 Waleczna Kaszubka?

Tak, jestem uparta, ale Kaszubi tacy są. Mówi się, że Kaszuba dobrze mieć za przyjaciela, ale niedobrze jest się z Kaszubem poróżnić.

W swoich książkach z cyklu „Siła Marzeń” piszesz, że miłość do gór jest jak romans z Bradem Pittem czy Tomem Cruise’em, ale w odróżnieniu od tych przystojniaków góry są dostępne dla każdego. Wiesz, jak spełniać marzenia?

Wiem, schemat jest dla każdego dostępny. Każde marzenie trzeba potraktować jak projekt, który ma początek i koniec. Trzeba też wierzyć, że nam się uda, bo przecież głęboko tego pragniemy, prawda? Ja marzenia wizualizowałam, wieszając na ścianie sypialni kartki z hasłami zapisanymi w trybie dokonanym. Na jednej napisałam: „W 2018 roku zdobyłam Everest, była cudowna pogoda, a ja zostałam najmłodszą Polką z Koroną Ziemi”. Patrzyłam na tę kartkę kilka lat. To była pierwsza rzecz, jaką widziałam po przebudzeniu. Byłam na Mount Evereście, nim go zdobyłam, czułam niezmierne szczęście i radość, wyobrażałam sobie każdy krok mojej drogi na wierzchołek. Byłam na Antarktydzie, zanim tam pojechałam. Śnił mi się ogromny księżyc i wielka biała góra. Ale to, co jest najważniejsze w realizacji każdego projektu, to plan działania. Żadna wizualizacja marzeń nie będzie skuteczna, jeśli nie określimy ram czasowych i listy zadań.

 Elbrus był dla Ciebie dużym wyzwaniem. Przypuszczałaś, że ta góra da Ci tak popalić?

Elbrus, tak jak większość gór, zdobywałam w pojedynkę. To były początki moich wypraw, a ja straciłam wtedy czujność. Jestem wdzięczna tej górze, że pogroziła mi palcem. W samą porę dostałam lekcję pokory i zrozumiałam, że nie jestem niezniszczalna, a moje ciało podczas wielogodzinnej wspinaczki w ekstremalnie złych warunkach ma określoną wytrzymałość. Nabierałam doświadczenia.

Miłka Raulin, Viva! 9/2021
Fot. Antoni Zamachowski

 Zdobywałaś je na kolejnym szczycie – Denali w górach Alaski, choć i tam było ciężko. Nie wyobrażam sobie drobnej Miłki obciążonej 50-kilogramowym ekwipunkiem…

Dźwigałam na tej wyprawie masę własnego ciała. Na plecach miałam 24-kilogramowy plecak, a na saniach ciągnęłam 28 kilogramów. Wydawało mi się, że w górach muszę być silna, odważna. A w górach trzeba być rozważnym i rozsądnym, żeby potem nie mieć problemów z kręgosłupem, z którymi się teraz zmagam. Denali dało mi w kość.

 Pomyślałaś kiedyś, że mogłabyś nie wrócić z gór i osierocić Jeremiego?

Nie dopuszczałam do siebie takiej myśli, choć musiałam przygotować rodzinę na taką ewentualność. Po raz pierwszy napisałam testament w wieku 34 lat. Mówiłam moim bliskim, co mają zrobić, gdybym nie wróciła. Ale ja wiedziałam, że wrócę i nigdy, przenigdy nie ściągałam do siebie czarnych myśli…

 Spotykałaś się z zarzutami, jaka z Ciebie matka, która idzie w góry i zostawia swoje dziecko?

Tak, ale uważam, że dzieci powinny czasem odpocząć od rodziców.  Nie jestem tylko mamą, ale kobietą, która ma swoje pasje i marzenia. Czy zostawianie dziecka pod opieką taty, babci czy dziadka jest zbrodnią?

 Zdradziłaś, że w góry zabierasz ze sobą rysunki Jeremiego.

Rysunki Jeremiego mam zawsze przy sobie i trzymam je przy piersi w trakcie ataku szczytowego. Wielokrotnie to, co narysował, sprawdzało się. Kiedy wybierałam się na Aconcaguę do Ameryki Południowej, narysował mnie w połowie góry. Zapytałam, dlaczego nie ma mnie na szczycie i dlaczego na rysunku nie ma słońca? Poprosiłam, żeby narysował mnie na wierzchołku, bo bardzo chcę zdobyć tę górę. W rezultacie miałam dwa rysunki i było dokładnie tak, jak przedstawił to Jeremi. Wspinałam się na Aconcaguę dwa razy. Za pierwszym razem był straszny wiatr i po doświadczeniach z Elbrusem odpuściłam. Dwa dni później było okno pogodowe, a ja zdobyłam najwyższy wierzchołek obu Ameryk. Rysunki Jeremiego są dla mnie jak talizmany.

W zdobywaniu wysokich gór pomagają jakieś zaklęcia?

Zawsze gadam z górą. Gdy już ją widzę, to grzecznie proszę, by była dla mnie łaskawa i pozwoliła na sobie stanąć. Wychodzę z założenia, że wszystko drga i jest energią. Każdy kamyk, płatek śniegu, bryła lodu. Góra to ogromna ilość energii. Nieporównywalna z moją energią.

 Zdobyłaś Everest w 2018 roku, 40 lat po tym, jak stanęła na nim Wanda Rutkiewicz jako trzecia kobieta świata i pierwsza Polka. To dodało Ci skrzydeł?

2018 rok był wyjątkowy dla Polaków. Z dumą niosłam polską flagę na najwyższą górę na świecie w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości i 40. rocznicę zdobycia przez Wandę Rutkiewicz najwyższej góry na świecie. Ta kobieta utarła nosa wszystkim facetom.

 Everest nie zawsze jest łaskawy. Co było najtrudniejsze podczas wspinaczki?

To piekielnie trudna góra, która eksploatuje człowieka. To góra, która wymaga nie tylko dobrej kondycji fizycznej, ale i psychicznej. Na pewnej wysokości, w strefie śmierci, źle się oddycha, źle chodzi i trawi. Cały organizm wystawiony jest na ciężką próbę. Ból głowy, wymioty, biegunka, kaszel doliny Khumbu, bezdech senny, bezsenność. Lista jest długa. A do tego wszystkiego czas płynie koszmarnie wolno…

 Jeszcze na wspinaczy czyhają śmiertelnie groźne szczeliny…

Tak, szczeliny mnie przerażały. Choć muszę przyznać, że miałam wyjątkowe szczęście, bo lodowiec Icefall, który trzeba pokonać w trakcie ekspedycji trzykrotnie, bardzo korzystnie się ułożył i szczelin było wyjątkowo mało.

Miłka Raulin, Viva! 9/2021
Fot. Antoni Zamachowski

Patrząc na Twoje wyczyny, można by powiedzieć, że każdy jest skazany na sukces. Tylko, człowieku, nie pękaj, dasz radę!

Konsekwencja to matka sukcesu! Nie wolno się poddawać i zawsze trzeba walczyć o to, w co się wierzy. A ja przecież wierzyłam w swoje marzenia. Wiedziałam, że muszę być odważna i waleczna. Uparta z pewnością jestem po moich kaszubskich przodkach, których ukształtowała niewola pruska i ciężka praca na roli. Waleczna po różnych życiowych doświadczeniach, choćby tych z technikum, gdzie jako jedyna dziewczyna w klasie musiałam dosłownie walczyć o swoje. Do swoich zalet dorzuciłabym jeszcze analityczny umył, który pozwalał mi przekuwać marzenia w fajne projekty.

 Po zdobyciu Korony Ziemi bynajmniej nie osiadłaś na laurach.

Tak, to prawda. Napisałam dwie książki, wydane przez turystyczne wydawnictwo Bezdroża, z czego jestem bardzo dumna. Moja pierwsza książka otrzymała Nagrodę Magellana za najlepszą publikację turystyczną 2019.

Twoja strona w Internecie pęka od kolejnych akcji, których jesteś pomysłodawczynią. Od 2018 roku organizujesz Rajd Rowerowy Południe–Północ.

Rajd to rowerowa lekcja historii, do której każdy może się przyłączyć, przejeżdżając fragment ponad 900-kilometrowej trasy. Kolejną akcją jest Festiwal Siły Marzeń, tłumaczony na polski język migowy, którego jestem organizatorką i pomysłodawczynią.

 Włączyłaś się w kampanię zwalczającą nowotwory krwi, założyłaś fundację przeciwdziałającą mobbingowi i dyskryminacji. Masz jeszcze jakieś plany, marzenia?

Tak, chciałabym… dubbingować bajkę, podłożyć swój głos pod jakąś ciekawą postać. Co jeszcze? Kocham uczyć się nowych rzeczy i na pewno pójdę jeszcze na studia związane z lotnictwem i kosmonautyką. Moim największym marzeniem jest zobaczyć Ziemię z międzynarodowej stacji kosmicznej. Obecnie Europejska Agencja Kosmiczna poszukuje astronautów, więc nie omieszkam złożyć swojej aplikacji. Preferowany wiek kosmonautów to 40–50 lat, więc może jeszcze zdążę…

Gdybyś miała jeszcze raz zacząć, powtórzyłabyś swoją drogę?

Podjęłam w życiu dużo dobrych decyzji, choć często ryzykownych. Czasem czuję się dziewczyną od zadań specjalnych. Ale każda decyzja była przemyślana i zgodna z tym, co czuję… Nic bym w swoim życiu nie zmieniła, choć niejednokrotnie było naprawdę trudno. Jestem wdzięczna za to, co do mnie przyszło. Bo właśnie to mnie kształtowało. Dziękuję ci za to pytanie.

 Twoja zasada brzmi, że lepiej kolekcjonować przeżycia niż rzeczy.

Jest takie angielskie powiedzenie „Collect dreams not things”, któremu jestem absolutnie wierna. Wszystko, co materialne, się zniszczy, zestarzeje, przestanie być aktualne bądź ważne, a przeżycia pozostają w naszych głowach jak zdjęcia z wywołanej kliszy. Są tylko nasze, niepowtarzalne, nieścieralne, niezniszczalne. Ważne, by marzenie rodziło się w sercu i dojrzewało w głowie. Naprawdę wierzę, że Siła Marzeń ma gigantyczną moc, a każdy z nas stworzony jest do rzeczy wielkich. 

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

NATALIA KUKULSKA Z CÓRKĄ ANNĄ: Wzruszająca rozmowa o tym, jak być matką, kiedy samej się jej nie miało. JUSTYNA I JAKUB PRZYGOŃSCY: Motocyklista i kierowca rajdowy i współwłaścicielka modowej marki – jak łączą życie rodzinne z pasją i pracą? DEKADA GIERKA: Dlaczego lata 70. wciąż fascynują i inspirują? LILIANA GŁĄBCZYŃSKA-KOMOROWSKA: Aktorka i reżyserka, kobieta po przejściach, celebruje dojrzałą miłość. Matka ANNY LEWANDOWSKIEJ – MARIA STACHURSKA snuje historię cioci Stanisławy, położnej w hitlerowskim obozie koncentracyjnym.