TYLKO U NAS!

Natalia Niemen: „Przez lata miałam poczucie, że tata poświęca nam niewiele czasu”

W czym jest podobna do Czesława Niemena i czego nie zdążyła mu powiedzieć?

Beata Nowicka 2 czerwca 2019 08:51

Wybitnie uzdolniona plastycznie i muzycznie. Córka geniusza. Przez kilkanaście lat zajmowała się... domem. Mężem, synami, malutką córeczką, która urodziła się z wadą serca. Kochała to. Dziś mówi: ,,Tak się czasem życie układa, że zamyka marzenia w klatce. Ja z tej klatki dopiero teraz wychodzę”. Natalia Niemen niedawno ruszyła w trasę z piosenkami ojca. W czym jest do niego podobna, czego nie zdążyła mu powiedzieć, jak chce realizować swoje pasje, opowiedziała Beacie Nowickiej.

Trasa koncertowa „Niemen inaczej” rozpoczęła się w dniu 80-te urodzin Pani ojca, Czesława Niemena. Wyobraża sobie Pani czasami jaki tato byłby dziś, gdyby żył?

Natalia Niemen: Zanim odpowiem na pytanie, pozwolę sobie zareklamować troszkę ową trasę. To seria prawie dwugodzinnych koncertów, gdzie wraz z kwiatem polskiej wokalistyki męskiej, czyli ze Staszkiem Soyką, Januszem Radkiem, Kubą Badachem i Sławkiem Uniatowskim podejmujemy się prób interpretacji zarówno hitów, jak i mniej znanych utworów mojego taty. Towarzyszy nam kapitalny zespół „Kameleon” pod wodzą Hadriana Tabęckiego, autora pysznych i zaskakujących aranżacji. W roli chórku jest z nami legendarny „Kwartet Rampa”. Wszystko wymyślone i wyreżyserowane przez człowieka - orkiestrę, Marcina Kołaczkowskiego. Mamy za sobą pierwszą, zimowo - wiosenną część trasy. Organizator i producent koncertów, „Music Company” planuje wznowienie „Niemen inaczej” jesienią. Bardzo byśmy chcieli odwiedzić mniejsze miasta, gdyż wiemy, że tamtejsi mieszkańcy bardzo na te koncerty czekają. Ci z większych miast fundowali nam za każdym razem owacje na stojąco. Ludzie na tych koncertach śmieją się, płaczą, wpadają w zadumę. Zrywają boki oglądając nasz popisowy kwintet kabaretowy w piosence „Jaki kolor wybrać chcesz?” (śmiech). Zainteresowanych odsyłam na stronę www.niemeninaczej.com. Myślę, że tata byłby naszymi poczynaniami zachwycony. A co do pani pytania…. Czasem przelatują mi takie myśli przez głowę i zastanawiam się czy pozostałby poważny, smutny, milczący – choć bywał jednocześnie rubaszny, uwielbiał się przekomarzać- z małym dystansem do samego siebie, jak każdy artysta tak szczodrze obdarowany talentami? Czy byłby tak samo krytyczny?

 Wobec Pani?

Wobec praktycznie wszystkiego i wszystkich. Na przykład w naszej rodzinie słynne już były posiadówki przed telewizorem podczas dwóch najpopularniejszych w latach mojego dzieciństwa festiwali piosenki, czyli w Opolu i w Sopocie. Na ekranie festiwal piosenki, a przy naszym stole festiwal krytykanctwa made by Czesław Niemen (śmiech). Niestety było to zaraźliwe (śmiech). Wszak przykład idzie z góry. Potrafił być bezlitosny dla wokalistów niemuzykalnych, bezgustnych, bądź niezdolnych. Ale jego krytyka nie omijała również przedstawicieli innych zawodów. A także spraw różnych. Co do swoich dzieci, to oczywiście, że zdarzały mu się słowa krytyki. Był raczej surowy. Czasem była ona konstruktywna, czasem mało konstruktywna. Pedagogicznych talentów to tata nie miał (śmiech). No właśnie, czy tata by się zmienił? Czy częściej by się uśmiechał, częściej machał ręką na przykrości, których doświadczał? Bardzo przejmował się płytami pirackimi, i myślę że tym wciąż by się martwił, ale może nabrałby więcej dystansu do krytyki ze strony recenzentów?

A krytykowali go?

Ostatnia płyta „spodchmurykapelusza” została przyjęta raczej źle przez rodzimy światek redaktorów muzycznych. Jest to album, nad którym trzeba się pochylić. Przetrawić. Wymaga od słuchacza pewnego wysiłku intelektualnego. W mojej ocenie to krążek stworzony przez geniusza i proroka. I to od początku do końca, bo tata nie tylko skomponował utwory i napisał wiersze, które zaśpiewał i zagrał, ale sam był sobie realizatorem nagrań, producentem oraz twórcą szaty plastycznej płyty. Ten album, to ni pies, ni wydra. Znam tylko jeden tak „kopnięty” i niezrozumiały dla większości album muzyczny. To „Neither fish nor flesh” Terence’a Trenta D’Arby sprzed niespełna trzydziestu lat, na którym recenzenci anglosascy nie pozostawili suchej nitki. Zresztą Terence’a tata kazał mnie i siostrze słuchać, co wykonywałyśmy z przyjemnością. Do dziś wielbię tego geniusza pasjami.

A fizycznie jakby wyglądał? Kobiety mówiły o nim: „niepokojąco przystojny”, o „hipnotyzującej urodzie”...

Naprawdę (śmiech)? Tego nie wiedziałam. Ale wiadomo, że przystojnym facetem był. Wysoki, o atletycznej budowie ciała, męski. Miał taki typ urody, że czas tylko by ją podkreślił, uszlachetnił. Ostatnio Natalia Kukulska powiedziała mi: „Zobacz, artyści wolniej się starzeją”. W głowie wyświetlały mi się różne osoby, które zajmują się sztuką i przyznałam jej rację. Coś naprawdę w tym jest. I myślę, że nie chodzi tu o dostęp do nianiek, pań od sprzątania, ogrodników i czyścicieli basenów, co wtedy mogłoby dawać dużo czasu na zabiegi upiększające i relaks. Bo po pierwsze artysta nie równa się celebryta, czy ten, który ma świtę menadżerów i jest widoczny medialnie. Po drugie, większość artystów, których znam to ludzie bardzo ciężko pracujący za przysłowiowe parę groszy. Ale też urobieni rodzice zajmujący się sprawami domowymi, jak wszyscy obywatele. To artyści niezależni.

W moim domu rodzinnym wszystko robiliśmy sami, jak normalni ludzie. Nigdy nie mieliśmy tzw. pomocy domowej. A zarówno jak i tata nigdy nie wyglądał na swój wiek, tak i mama prezentuje się na lat ok. ze dwadzieścia mniej niż faktycznie liczy. A zaiwaniała z wszystkimi pracami domowymi przez całe życie jak dziki królik. Uprzedzam już potencjalne dywagacje niektórych czytelników. Nigdy nie korzystała z usług medycyny estetycznej, a do twarzy stosowała odkąd pamiętam najprostsze kremy polskich firm, co czyni do dzisiaj. Ja jestem pracownikiem fizycznym, ciężko pracującym w domu jako gospodyni domowa, matka, nauczycielka, etc. od lat. Generalnie jestem człowiekiem urobionym. Sama wszystko robiłam i robię przy dzieciach i domu, oczywiście z pomocą męża i okresowym ogromnym wsparciem mojej mamy i jej rodziców. A wyglądam też nie najgorzej jak na moje czterdzieści trzy lata (śmiech). Więc wrodzona wrażliwość i kreatywność działa na fizjonomię i ducha. A wracając do taty, to lubię myśleć, że byłby dzisiaj uśmiechniętym...

 … wyluzowanym staruszkiem?

(śmiech) To chciałam powiedzieć. Na pewno by taki był.

Kiedy zmarł miała Pani 28 lat. Na śmierć rodziców człowiek nigdy nie jest gotowy, ale Pani wiedziała, że ona nadchodzi?

Baliśmy się. Przy chorobie nowotworowej śmierć zawsze się czai. Był w nas strach, że nadejdzie, wszyscy o tym myśleliśmy. A z drugiej strony mieliśmy nadzieję, że będzie dobrze. Mamy przekonanie, że gdyby nie wymiana okien na korytarzach warszawskiego szpitala onkologicznego w styczniu, po których przewożono pacjentów, w tym i mojego tatę, żyłby do dzisiaj. Ojciec po takiej jednej przejażdżce na wózku dostał zapalenia płuc i zapadł w śpiączkę. Po około dziesięciu dniach zmarł. Przeżyliśmy szok, bo tata miał już dobre wyniki, lekarz był zadowolony, wszystko szło ku lepszemu. Co zrobić. Wszyscy jedziemy na tym samym wozie nomen omen i nie ma lepszych, czy gorszych.

 Ma Pani jakieś nierozwiązane sprawy z ojcem? Domyślam się, że nie zdążyła Pani o paru ważnych rzeczach z nim porozmawiać, bo takie sprawy zawsze odkłada się na później. Tylko, że często...

… jest już za późno. Chciałabym przegadać z nim różne ważne sprawy. Były między nami, może konflikty to za dużo powiedziane, ale wzajemne niezrozumienie, po którym pozostał ...

 … żal?

Żal. Jakieś niespełnienie. Nie ma dziecka, które nie miałoby do rodzica żalu, pretensji. Chętnie, na spokojnie, porozmawiałabym dzisiaj z tatą o różnych rzeczach. Ale zrobiłam coś ważnego. Kiedy tata leżał w śpiączce, a wiem że ci ludzie słyszą co się do nich mówi, gadałam do niego. Z duszą na ramieniu, ze strachem, że on przecież może się z tej śpiączki nie wybudzić, powiedziałam, że przebaczam mu, a także ja proszę o przebaczenie. Czułam, że to jest dla nas obojga ważne.

Ale dlaczego Pani prosiła ojca o wybaczenie?

Bo zawsze jest coś do przebaczenia. Pomimo, iż uważam, że to rodzic przyczynia się w znacznym stopniu do niektórych problemów swoich dzieci własnymi niedojrzałymi postawami i nieumiejętnościami, to dziecko w pewnym momencie też ma swoje za uszami i dobrze jest przepraszać. A więc oczekiwać przebaczenia. Wiem, co mówię. Mam w domu dwóch cudownych, ale charakternych nastolatków i półtoraroczną księżniczkę. Młodzież odbija głupawka w każdym pokoleniu. Mój tata na przykład niejednokrotnie doprowadzał do białej gorączki swojego ojca. Wiem, bo sam o tym wielokrotnie opowiadał i miał poczucie winy, że go poważnie zasmucał nie będąc posłusznym synem.

 A co wybaczyła Pani ojcu?

Że za mało go było jako taty. Przez lata miałam poczucie, że tata poświęca nam niewiele czasu, że muzyka, sztuka była dla niego najważniejsza. Głównie pracował: komponował, nagrywał, jednym słowem tworzył, a wtedy każdy z domowników musiał być cicho jak mysz. Niestety, niewiele rozmów ze mną przeprowadził, bardzo tego żałowałam. Już jako dorosła kobieta, mając naturalną smykałkę do efektywnego analizowania siebie i innych ludzi pod względem psychologicznym, zaczęłam dostrzegać w sobie pewne braki, i ich źródło widziałam właśnie w niemocach i nieumiejętnościach taty. Ojciec jest w życiu córki bardzo ważny. To taki jakby pierwszy mężczyzna.

 Męża wybrała Pani na podobieństwo czy przeciwieństwo ojca?

Mój mąż na pewno jest do taty podobny w tym, że jest człowiekiem wielu talentów, nie tylko artystycznych. Jest wrażliwy, ale bardzo męski zarazem. Multiartysta. Z wykształcenia znakomity fotografik. Studiował we wrocławskim Wyższym Studium Fotografii AFA pod okiem m.in. Natalii LL i Piotra Komorowskiego. Jako muzyk jest samoukiem. Lider założonego przez siebie zespołu „Mate.O”. Komponuje, pisze teksty, śpiewa, gra na gitarze i innych instrumentach szarpidrucących (śmiech). Jest wybitnym melodykiem. Napisał w swoim życiu tyle genialnych piosenek, że niejeden gwiazdor z pierwszych miejsc list przebojów nie dałby rady stworzyć takich pięknych kawałków. Przepraszam, że tak się mężem chwalę, ale trafił mi się mężczyzna bardzo wyjątkowy, choć niepozbawiony oczywiście wad. Jest chwalonym w branży realizatorem nagrań ścieżek wokalnych. Stworzył przydomowe studio, w którym powstają rejestracje nagrań wokalnych do płyt jego, moich oraz innych wokalistów.

Mateusz jest na scenie od ponad dwudziestu lat. Nagrał siedem płyt, współpracował jako wokalista i kompozytor z wieloma muzykami, zespołami. Swego czasu pracował rownież jako fotograf przy sesjach mody i innych. Namawiam go, aby wrócił na poważnie do fotografiki. Poza tym potrafi pomóc murarzom w budowie domu, fascynuje go stolarka, synom porobił stoliki, szafki, nawet malutkie harfy. Jest w nim czułość, delikatność, olbrzymia poezja ale też agresja, taka dobrze rozumiana, bardzo ważna męska cecha, która objawia się w tym, że facet ma instynkt samozachowawczy, w chwili zagrożenia jego rodziny lub słabszych, czy poszkodowanych i natychmiast reaguje bojowo, walczy. Poza tym mój mąż będąc typem intelektualisty jest też typem sportowym. Podobnie jak mój ojciec, ma piękną, męską sylwetkę. Niewiele mu trzeba pracy nad tkanką mięśniową, aby wyglądać niczym Adonis (śmiech).

Ten typ już tak ma (śmiech). W latach młodzieńczych zwracał uwagę otoczenia, farbując włosy na różne kolory i ubierając się krzykliwie i nietuzinkowo. Szedł zawsze pod prąd. To także cały Niemen (śmiech). Ach! Byłabym zapomniała! Mati genialnie gotuje i odnajduje się w kuchni! Potrawy przez niego przygotowane są przepyszne i przepiękni podane! A mój tata też gotował. Mój mąż, to niezwykle fascynujący facet. I tu byłby koniec podobieństw.

A w czym jest przeciwieństwem?

Ano chociażby w tym, że jest niezwykle oddany rodzinie. Ofiarny, zgadujący potrzeby najbliższych. Wychodzący naprzeciw tym potrzebom. Oddałby ostatnią koszulę i dał gwiazdkę z Nieba. Mężczyzna, który przyniesie kawę z ciastkiem do łóżka. Zrobi ci śniadanie, o jakim marzysz od rana. Kupujący kwiaty bez okazji. To człowiek, o którym się mówi, że nigdy nie spotkał nieznajomego (śmiech). Lubi ludzi i kocha pomagać potrzebującym. Staje na głowie, żeby z synami spędzać czas, nie wiem, który ojciec robi to w takim zakresie jak mój mąż. Specjalnie dla nich został druhem jednego z zastępów szczepu Royal Rangers, czyli organizacji harcerskiej. Żeby być bliżej nich, jeździć z nimi na obozy, na zbiórki, uczestniczyć, w taki praktyczny sposób, w ich wychowaniu.

To było poważne wyzwanie, ponieważ mąż ma dziesiątki innych zajęć. Ostatnio o tym rozmawialiśmy, mąż głośno zastanawiał się czy coś wartościowego przekazał naszym synom. Stuknęłam się w głowę: „Człowieku, przecież wyprułeś z siebie flaki, oddałeś siebie całego. Nawet, jeśli tego teraz nie widzimy, czas pokaże wartość twojej inwestycji w relację z dziećmi”. Jest jeszcze jedna różnica. Mój mąż dużo szybciej wyrzuca z siebie złe i trudne emocje. Tata niestety zbierał je pod powierzchnią. Przeciwieństwem ogromnym jest też to, że Mateusz jest gadatliwy, wylewny i umie słuchać. Co prawda mój tata też słuchać umiał, ale dopiero z wiekiem przyszła do niego łagodność i delikatność wypowiedzi, taki szacunek do intelokutora. Trzeba przyznać, że mój Mateusz pod kilkoma, poważnymi względami przerósł mojego tatę o parę długości.

 Pani też jest wszechstronnie uzdolniona. Co było pierwsze: malowanie czy muzyka?

Malowanie, rysowanie, rzeźbienie, robienie kolaży. Rysowałam od około drugiego, trzeciego roku życia, mama zachęcała mnie do oglądania albumów z malarstwem, które były w domu. Sama jest malarką samoukiem. Z mojego dzieciństwa pamiętam mamę prawie cały czas „plastyczącą”. A to z nami coś malowała, robiła kolaże, uczyła technik malarskich. Robiła dla nas tekturowe zamki dla lalek. Chodziła z nami po galeriach sztuki. Ciągłe ćwiczenie czyni mistrza. Już w podstawówce rysowałam na zamówienie. Wtedy była popularna kreskówka „D'Artagnan i trzech muszkieterów” gdzie wszyscy bohaterowie byli zwierzętami, hit dla dzieci z lat 80-tych i ja na przerwach rysowałam tego pieska D'Artagnan i jego przyjaciół. Koledzy i koleżanki zamawiali. W liceum „trzaskałam” natomiast na zamówienie malowaną farbami plakatowymi romantyczną scenę rozstania Kevina Costnera i Mary Elisabeth Mastrantonio z ówczesnego hitu kinowego „Robin Hood: Książę złodziei”.

 Za darmo?

Za darmo. Nie wpadło mi do głowy, że mogłabym w ten sposób zarobić parę złotych. Aha! jeszcze pod koniec podstawówki, również na zamówienie produkowałam broszki z gliny. To były twarze kobiece o wydatnych ustach, pomalowanych lakierami do paznokci. Kiedy ciocia z Kostaryki przywiozła nam pewnego razu fioletowy lakier do paznokci, moje broszkowe panie zaczęły wzbudzać jeszcze większe zainteresowanie (śmiech). Również w liceum okazało się, że potrafię uchwycić podobieństwo w karykaturach. Na lekcjach, zamiast skupić się na nauce karykaturowałam nauczycieli.

Powstała z tego wzbudzająca salwy śmiechu kolekcja, którą ówczesna pani dyrektor zgodziła się wywiesić na ścianie szkolnego holu. Mój pierwszy zarobek artystyczny jest związany z polską edycją ELLE. Zauważyłam, że publikują rysunki i pomyślałam, że pojadę do redakcji, pokażę im swoje prace, może się spodobają. Spotkałam się z redaktor naczelną, i w drugim numerze pisma ukazał się mój rysunek nagiej kobiety jako ilustracja notatki o kosmetyku pod prysznic firmy Clarins bodaj. Dostałam za to chyba dwadzieścia złotych, o ile dobrze pamiętam. Był 1994 rok.

A muzyka?

Lubiłam sobie podśpiewywać, ale przez lata miałam bardzo cichy głos. To był efekt nieśmiałości, braku wiary w siebie. Nie mogłam głośno śpiewać, bo wszystkie moje mięśnie były ściśnięte, a tata nie wiedział, jak pracuje przepona. Gdy go o to pytałam, odpowiadał: „Dziecko, słuchaj Raya Charlesa” (śmiech). Plus w tym był taki, że rzeczywiście Raya, jak i innych „misiów” z tamtej epoki się osłuchałam, dzięki czemu mam w sobie stary soul z jego frazowaniem, rytmem, akcentami, zaśpiewami. A uświadomienie sobie pracy przepony i wzmocnienie głosu przyszły później.

Chodziłam do szkoły muzycznej, komponowałam na pianinie utwory, które tata chwalił, ale ćwiczenie na instrumentach było dla mnie zmorą. Trzeba było przysiąść i pracować, a mi się nie chciało. Leń, po prostu. Bardzo szybko zniechęcałam się jak coś mi nie wychodziło. Machałam ręką i twierdziłam, że jestem niezdolna, nie umiem. Gdyby nie wybitny altowiolista i pedagog, pan Marek Iwański, rzuciłabym szkołę muzyczną tuż przed metą. Pan profesor potrafił rozpalić we mnie miłość do altówki, a przede wszystkim nauczył mnie wierzyć w siebie, jako altowiolistkę. To piękny instrument, bardziej liryczny niż skrzypce, gram na nim do tej pory. Mimo to, zawsze wolałam „plastyczyć”.

 Podobają mi się Pani prace. Często rysuje Pani siebie i często ma Pani smutne oczy na tych obrazach.

Tak, bo jestem raczej smutną osobą. Melancholijną. Tzw. konflikty wewnętrzne i nadwrażliwość to cechy artystów. Coś za coś. Skoro dostałam tak dużo talentów artystycznych, to jest chyba niemożliwe, żebym była do końca ogarnięta psychicznie (śmiech). Z drugiej strony jestem ogromnie towarzyska i zabawowa. Ubóstwiam się śmiać i szaleć. Jednak uważam, że dobry portret, to smutny portret. Chociaż w życiu codziennym jestem dość poukładana.

Chyba nie ma Pani wyboru jako mama trójki dzieci.

Mam w sobie kilka cech kobiety, która zawsze sobie poradzi. Z drugiej jestem słabą kobietką, która szalenie potrzebuje zaopiekowania. Wielobarwna jestem. Z ogromem wad. Czasem mam dosyć tego wachlarza kolorów w sobie. Tak to jest, że artyści, szczególnie ci, którzy zajmują się kilkoma sztukami płacą za owo piękno i wzniosłość kreatywności tym, jakby bez skóry odczuwali świat. To jest ta melancholia. Taka symboliczna Szkocja.

 To znaczy?

Nie lubię ciepłych, zalanych słońcem krajów. Kocham kraje Północy, a szczególnie Szkocję z jej ascetycznym krajobrazem, zmienną pogodą, górami, zamkami... Mam w duszy taką Szkocję, jej surowość, szarość i mgłę. A dlaczego często rysuję siebie? Bo zazwyczaj byłam jedynym modelem na podorędziu i nie miało to żadnego związku z samouwielbieniem, z wpatrzeniem w siebie. Choć nie przeczę, że jestem kobietą, która lubi przeglądać się w lustrze, lubię się zrobić (śmiech). Myślałam, że mnie to nie dotknie, ale chyba mam kryzys czterdziestolatki, która wciąż chce być młoda i atrakcyjna. Dlatego rozumiem te wszystkie panie na Instagramie robiące dziubka i pozujące trzy czwarte twarzy (śmiech). Przecież trzeba głowę pochylić, bo wtedy buźka wydaje się smuklejsza (śmiech)

 Pani nie musi, jest Pani bardzo szczupła, a przecież w prezencie na 40 urodziny urodziła Pani córeczkę. Danusia ma siedemnaście miesięcy.

W prezencie na czterdziestkę mąż zabrał mnie i synów do Szkocji właśnie (śmiech), a Danusię urodziłam przed skończeniem 42-ich urodzin. Dana jest darem z nieba. Zawsze mówiłam: „Jak będę miała córeczkę, nazwę ją Danusia”. W ciąży przeczytałam, że to imię litewskie, oznacza „dana z nieba”. Jak to się wszystko pięknie zgodziło! Miałam bardzo trudną ciążę. Zaskoczyło mnie to, bo z synami w brzuchu mogłam robić wszystko do końca. A tu, prawie non stop leżałam. Czułam, że umrę na porodówce. Że mój organizm nie wytrzyma. Nie miałam dobrych wyników badań.

Długa historia. Kiedy urodziła się Danusia, okazało się że nie wszystko jest z nią w porządku. Nie chciała jeść. Potem trudna diagnoza, wada serca. Pierwsze pół roku swojego życia ta maleńka dziewczynka spędziła w szpitalach, odżywiana sondą, wymiotowała, czasem nawet kilka razy na dobę…..to była gehenna i dla nas i dla niej. Po tylu cierpieniach, nieskutecznym zabiegu w trzecim miesiącu życia jest bardzo pogodną, silną i czarującą dziewczynką. Danusia jest pod opieką zespołu lekarzy z Centrum Zdrowia Dziecka. To dziecko jest światełkiem dla nas wszystkim, również dla moich synów, którzy szaleją na jej punkcie z wzajemnością.

 Zapala się w Pani jakieś wewnętrzne światło, kiedy opowiada o najbliższych, zresztą to Pani słowa: „Przez kilkanaście lat byłam kurą domową i matką. I kochałam to bardzo”.

Nadal mnie to fascynuje. Uwielbiam być z dziećmi, lubię gotować, sprzątać, potem wypić sobie kawę, obejrzeć coś na Netflixie, zasnąć i w kółko to samo... Ale z drugiej strony dzisiaj, w wieku, w którym jestem, przyznaję się do tego, że przez lata kiedy tak trąbiłam o tym, że dam radę przeżyć bez moich pasji i nie muszę się rozwijać, nie muszę realizować swoich marzeń związanych ze sztuką, bo realizuję się jako matka, okłamywałam sama siebie.

Wytrzymała Pani kilkanaście lat.

Dlatego nie krytykuję kobiet, które dokonały takiego wyboru i wciąż tak żyją, uważam jednak, że każda z nas ma różne talenty, wcale nie chodzi o talenty artystyczne, i nie wolno ich zmarnować. Kiedyś czytałam wywiady z artystkami, które mówiły: „Urodziłam dziecko trzy miesiące temu i wróciłam do pracy, bo chcę, żeby moja córka była ze mnie dumna”. Czytałam i myślałam: „Boże, co za kobieta! Jej dziecko nie chce być z mamy dumne….

 ...tylko?

Chce mieć mamę dla siebie. Dzieci, zwłaszcza takie małe nie mają potrzeby, żeby być dumne z rodziców. One chcą mieć rodziców w domu. Przy sobie. Blisko.

Te panie mówiły również: „Chcę być spełnioną mamą, bo wtedy jestem lepszą mamą”. Śmiałam się z tego przez wiele lat. Czułam się lepsza, że oto ofiarowałam swoje pasje i marzenia dla rodziny. Jednak nawróciłam się z tej pychy (śmiech). I dziś wiem, że gdybym wtedy tylko mogła realizować się jako artystka, byłabym dużo lepszą matką. Usprawiedliwia mnie jednak fakt, że nasze losy tak się potoczyły, że - nie wnikając w szczegóły, bo to długa i bolesna historia - nie miałam absolutnie żadnych szans na rozwój jako muzyk i plastyk przez ostatnie kilkanaście lat.

Tak się czasem życie układa, że naszpikowane niesprzyjającymi okolicznościami zamyka marzenia w klatce. Ja z tej klatki dopiero teraz wychodzę. Moje bałwochwalcze podejście do roli Matki Polki było tak naprawdę zakneblowaniem w sobie artystki. Paniczną próbą wytłumaczenia sobie, że mi nie wolno być tym, kim naprawdę jestem. Takie uciekanie od siebie. Trzeba nauczyć się żonglować sobą, swoim czasem, a nie rzucać się ze skrajności w skrajność: najpierw całkowicie się poświęcasz, a potem masz w pompce rodzinę, bliskich ludzi i stajesz się egoistą do kwadratu.

Pani udało się to jakoś wyważyć. Faktycznie zaczęła Pani nowy rozdział w życiu, wystawy, koncerty, nowa płyta… Dużo tego.

To prawda, moje obrazy wisiały trzy miesiące w klubokawiarni „Kalinowe Serce” na warszawskim Żoliborzu, od kwietnia są wystawiane w Centrum Sztuki i Nauki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu, potem nam kolejne zaproszenia. Biorę udział w różnych koncertach. Bardzo się cieszę, że niezwykły muzyk, Michał Zator przyjął moje zaproszenie do współtworzenia duetu „Niemen Zator”. Michał cudownie muzykuje na harfie celtyckiej i śpiewa. Mamy kilka cykli koncertowych na głosy, hatfę i altówkę. Skupiamy się na recitalach pt „Improwizacje”, gdzie na gorąco tworzymy utwory do wybranej współczesnej poezji polskiej. Ale gramy też utwory rozrywkowe, kolędy, czy pieśni wielkopostne.

Dla mnie to jest coś nowego, szokującego i…czasem nie dowierzam, że ludzie chcą oglądać moje obrazy, że są pod ich wrażeniem, albo są zainteresowani moją autorską twórczością muzyczną. Że słuchają naszych dziwnych z Michałem improwizacji. Niedawno odświeżyłam znajomość z kolegą sprzed lat, Jurkiem Runowskim, wybitnym gitarzystą, aranżerem, producentem. Zaprosiłam go do jednego z moich projektów koncertowych „Piosenki mojego dzieciństwa”, gdzie wykonujemy z całym bandem stare hity soulowe i rhytm’n’ bluesowe, jak np. piosenki Arethy Franklin, czy Otisa Reddinga.

Zgadaliśmy się, że bardzo chcemy razem pracować nad moją płytą, o której zrobieniu marzę od niespełna trzydziestu lat. Pomału nad tym materiałem pracujemy. Trafiła pani na taki moment, że w moim życiu pojawiła się wiosna. Pączkują zakopane przez lata ziarenka, na razie są to tylko jasnozielone kiełki, ale chyba pierwszy raz w życiu odczuwam aż taką radość, nieśmiało bratam się z nadzieją na piękne jutro. Być może w końcu będę mogła być prawdziwie sobą. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie de Luxe VIVA!, a w nim: ANJA RUBIK o tym, jak się czuje w roli singielki i o planach na przyszłość. Intymna sesja KINGI KORTY z synkiem GREYSONEM i inspirująca rozmowa na temat późnego macierzyństwa. Skandalista i geniusz – ELTON JOHN. RODZINA KOKCZYŃSKICH, właścicieli Park Cafe w Konstancinie, o tym, jak stworzyć „fajne miejsce”.