Olga Figaszewska 30 sierpnia 2017 18:00
1/5
Krzysztof Antkowiak, VIVA! 2015
Copyright @Krzysztof Opaliński
1/5

Krzysztof Antkowiak w latach 80. był cudownym dzieckiem sceny, zwycięzcą Opola ’88 i wykonawcą kultowego przeboju „Zakazany owoc”.  Nagle zniknął. Przepowiadano mu świetlaną przyszłość ale jego życie nie było usłane różami. Pojawiły się narkotyki, alkohol, hazard... W 2015 roku ukazała się płyta „Dirt on TV”, której jest współtwórcą. Dziś znów będzie wzbudzać w zachwyt i emocje w ósmym sezonie hitowego show Polsatu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Co działo się z Krzysztofem Antkowiakiem przez te wszystkie lata? Nam opowiedział swoją historię.

Krzysztof Antkowiak u szczytu sławy

Miał zaledwie 13 lat kiedy jego potencjał odkryli Krzesimir Dębski i Jacek Cygan. Zaproponowali by nagrał płytę. Jej zwieńczeniem był festiwal w Opolu. Publiczność oszalała na punkcie piosenki „Zakazany owoc”. Na piętnastolatka spadła popularność, której nie dał rady udźwignąć, co przyznał dopiero po latach.   Występ przed opolską publicznością potraktował zadaniowo. Płyta odniosła ogromny sukces, osiągając status złotej. „Zakazany owoc” okrzyknięto największym przebojem 1988 roku.  Czy trudno mu było wrócić do normalności? Miał wszystko. Pieniądze, sławę, podróże, uwielbienie fanów. Musiał zmierzyć się z ludzką zawiścią, a dla młodego człowieka wchodzącego w dorosłe życie, to zbyt wiele. „Młoda psychika źle znosi zbyt duże kontrasty – od miłości i uwielbienia do nienawiści i zazdrości. Przeżyłem to”, mówił Krystynie Pytlakowskiej. Niedługo potem odbiło się to na jego życiu. Po sukcesie zapadła cisza. Krzysztof Antkowiak wycofał się z show-biznesu na kilkanaście lat. Zniknął, ponieważ nigdy nie marzył o wielkiej karierze, a taką mu wróżono. Gdy zrezygnował z koncertów, fani i media nie wiedzieli, co się z nim dzieje: „Może ma depresję albo się pogubił?”, wiele osób zadawało to pytanie. W tym czasie przeżywał prawdziwą tragedię. Chciał skończyć szkołę, zrobić dyplom z fortepianu… a potem przydarzyła się nieszczęśliwa miłość. I to ona dokonała w jego życiu prawdziwej rewolucji. „To straszne rozstanie, jakie przeżyłem, i dramatyczne jego okoliczności były dla mnie trudniejsze niż wszystko inne. W każdym razie wtedy właśnie zapaliłem pierwszego papierosa i wtedy wypiłem pierwszą butelkę wina…”, mówił w naszym wywiadzie.

Zobacz też: Krzysztof Antkowiak wraca do show-biznesu! Jak dziś wygląda nastolatek, który zaśpiewał hit „Zakazany owoc”!

Uratowała go muzyka i miłość


Nigdy nie zrezygnował z muzyki. Współpracował z Grzegorzem Ciechowskim, Edytą Górniak, grał z zespołem Drum Machina, komponował i nagrywał. W 1997 roku zagrał w w filmie „Młode Wilki 1/2”. Potem przyszły narkotyki, alkohol i hazard. To były jego narzędzia do resetowania się. Bywało, że wpadał w ciągi i stawał się agresywny. Pojawiły się myśli samobójcze. Czuł, że jego życie w pewnym sensie się rozpada. W końcu postanowił uwolnić się od nałogów. Bezskutecznie. Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy znowu zbliżył się do Boga, dzięki ukochanej kobiecie. Muzyka, wiara i miłość, stały się dla niego oczyszczeniem i azylem. Czy zostało w nim coś z tego czternastolatka? Spontaniczność, głód ludzi i świata i fakt, że ten świat cały czas go zaskakuje. Pokonał różne przeszkody. Niczego nie żałuje i żyje tu, i teraz.

Zobacz też: Katarzyna Nosowska – artystka, która ostatnio podbija Instagram, kończy 46 lat! EKSKLUZYWNE VIDEO!

Co działo się z Krzysztofem Antkowiakiem przez ponad 20 lat? Kim jest teraz, jak pokonywał własne słabości, mówi w poruszającej rozmowie, wiele razy przerywanej milczeniem. W naszej galerii znajdziecie ekskluzywny wywiad VIVY! autorstwa Krystyny Pytlakowskiej. Zapraszamy do lektury.

2/5
Krzysztof Antkowiak, VIVA! 2015
Copyright @Krzysztof Opaliński
2/5

Ładnie wyrosłeś. Jak się zostaje takim supermenem?
Dziękuję ci. Jak? Nie wiem. Miałem okresy, w których żyłem niezdrowo. Były sytuacje, które mnie dołowały. Ale potem wziąłem się za siebie i pewno pomógł mi fakt, że od dziecka uprawiałem sporty. To ojciec bardzo dbał o to, żebyśmy z bratem grali w tenisa, piłkę nożną czy jeździli na nartach. Dzięki temu nie mogę teraz narzekać na formę.
– Nie o formę mi chodzi, tylko o to, że stałeś się przystojnym facetem… Porozmawiajmy jednak o roku 1988, kiedy publiczność w Opolu zwariowała na punkcie Twoim i piosenki „Zakazany owoc”. Miałeś wtedy 14 lat.
Prawie 15.
– Ale byłeś jeszcze dzieckiem i Twój głos brzmiał jak głos dziecka. A tu spadła na Ciebie taka popularność. Niełatwo unieść taki ciężar?
Dla mnie to był szok, chociaż pasję do muzyki miałem zawsze. Gdy byłem mały, zamiast na poduszkach spałem na winylowych płytach. Ojciec się śmieje, że wybierałem te najlepsze, które jemu udało się gdzieś zdobyć. Perły typu „The Wall” Pink Floyd czy wcześniej płyty Raya Charlesa, Jamesa Browna. A potem wystąpiłem w Koninie na festiwalu. Miałem niecałe 13 lat, zaśpiewałem „Hello” Lionela Richie.
– I zdobyłeś pierwsze miejsce!
To było niesamowite. Określiło moją przyszłość. To wtedy Krzesimir Dębski i Jacek Cygan zobaczyli mnie w telewizji i stwierdzili, że mam potencjał. I zaproponowali mi nagranie płyty. A festiwal w Opolu był jej zwieńczeniem i potwierdzeniem,że się nie pomylili. Ja do tego podchodziłem zadaniowo – trzeba coś wykonać, więc wychodzę na scenę i robię to. Myślę, że publiczność tak żywo reagowała na mnie dlatego, że zobaczyła chłopca, którego totalnie cieszy, że może dla nich śpiewać.
– Ale trudno jest potem wrócić do normalności. Często taki sukces dla dzieci, które stają się gwiazdami, jest niszczący.
Znam wiele przykładów ludzi, którzy osiągnęli sukces za młodu, a potem się zagubili i poszli nie w tę stronę. Młoda psychika źle znosi zbyt duże kontrasty – od miłości i uwielbienia do nienawiści i zazdrości. Przeżyłem to.
 

3/5
Krzysztof Antkowiak, VIVA! 2015
Copyright @Krzysztof Opaliński
3/5

– Czyjej zazdrości? Kolegów?
Kolegów akurat miałem fajnych, do dzisiaj trzymamy kontakt. Mówię o nauczycielach ze szkoły muzycznej, gdzie panowała duża konkurencja.
– W takich szkołach nie lubi się utalentowanych?
Nie lubi się uczniów, którzy wyrastają ponad przeciętność. Ta zazdrość wynikała też z powodu moich koncertów, wyjazdów. Jeszcze za komuny wyjechałem do Stanów i zarobiłem dolary, przywiozłem płyty CD, kupiłem sprzęt grający, instrument. Stać mnie było na to. I w dodatku zarobiłem te pieniądze własną pracą. Pojawiła się więc zawiść: „Nasza gwiazda wróciła, posłuchajmy, co nam teraz powie”. Nie byłem superuczniem, ale nie byłem też najgorszy. Ale oni chcieli, żebym zrezygnował ze śpiewania, wyjazdów, skupił się na nauce, nie wychodził przed szereg. Poza tym zaczęła mnie przytłaczać rozpoznawalność, która sprawiała, że musiałem się bardzo pilnować, kontrolować zachowanie, odpowiedzialność, bo przecież „wiedzą, jak się nazywasz i co robisz”. Powiesz „kurwa”, od razu cię osądzą: „Antkowiak to zdemoralizowany cham”. Nie reagujesz na zaczepki, to słyszysz: „Ale mu odpaliło”. Kiedy jest się nastolatkiem, taka ilość emocji – poczucia krzywdy z powodu ataków – jest trudna do zniesienia. Ale do pokonania. Bo kiedy ma się pasję, to ona ratuje życie.
– Rodzice nie ostrzegali Cię przed zasadzkami, jakie niesie kariera? Twój ojciec też śpiewał i był znany, choćby z Duetu Egzotycznego, przeżył to na własnej skórze.
Tak, ale to były inne czasy. Nie doświadczył takiej zawiści. Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że moja popularność będzie miała taki wymiar. Płyta, która wyszła po Opolu, sprzedała się w ogromnej ilości, została złotą płytą i złotą kasetą. „Zakazany owoc” stał się piosenką „Lata z Radiem”, okrzyknięto ją największym przebojem roku 1988. Ja tak naprawdę zorientowałem się, co się dzieje, dopiero na wakacjach, gdy ludzie podchodzili, prosząc mnie o autografy. To na nas – na mnie i na rodziców – spadło jak grom z jasnego nieba.
– Liczyłeś się z ich zdaniem? Tolerowałeś ich zakazy?
Zawsze dawali mi dużo powietrza, chociaż dbali też o to, bym nie przekraczał ich granic zaufania. Ale jak zapowiadałem, że przyjdę o 21.00, to byłem. Zdawałem sobie sprawę, jak łatwo można zboczyć z drogi. Jak łatwo popaść w samouwielbienie. Musiałem więc poradzić sobie z tym sukcesem, chociaż, nie miałem jakiejś wypracowanej metody. Byłem wrażliwy i to zostało mi do dziś. Przeżywałem więc, gdy chłopak zazdrosny o dziewczynę, która powiesiła na ścianie plakat ze mną, chciał mi przywalić.
– Biłeś się?
Nie załatwiam niczego rękoczynami. Ale parę razy w życiu pobiłem się – w obronie kobiety. A z takimi agresywnymi typami starałem się po prostu nie wchodzić w zatargi, tylko zachowywać się całkiem normalnie. I nagle oni widzieli gościa nie za szybą telewizora, tylko na żywo i że jest on taki sam jak oni – jeździ do szkoły autobusem, wychodzi na spacer z psem, gra w piłkę. Właściwie moją metodą było nie dać się sprowokować, nie poddawać się cudzym negatywnym uczuciom. Na stres jednak najlepiej robiła mi muzyka. Mając 19 lat, założyłem zespół, jeździłem na koncerty, miałem grono przyjaciół.
– Ale po „Zakazanym owocu” nastąpiła cisza. Nie masz poczucia, że zostałeś bohaterem jednej piosenki?
Mam. I może jeszcze drugiej, „Pada śnieg”, którą zaśpiewałem z Edytą Górniak w latach 90. i która dla ludzi jest do dzisiaj jakimś symbolem.
– Sukces jednego utworu może skaleczyć człowiekowi całe życie. Bo potem dąży się, żeby go powtórzyć.
Może tak być, pod jednym warunkiem, że nie masz w życiu nic zastępczego, a mnie, co powtarzam ciągle, uratowała muzyka i miłość do kobiety, która jest moją opoką od wielu lat.
– A jednak gdy ktoś znika na długo, nie wiadomo, co się z nim dzieje, można się domyślać, że ma depresję, że się pogubił?
Zniknąłem w mediach, ale nigdy nie miałem parcia na szkło. Natomiast przyrzekłem ojcu, że do matury zrezygnuję z występów – chciałem skończyć szkołę, zrobić dyplom z fortepianu. I koncerty ograniczyłem do minimum. A poza tym… wydarzyło się coś bardzo dla mnie traumatycznego i to mnie poraniło na długo.
– Nieszczęśliwa miłość?
Nietrudno się domyślić. Zakochałem się, mając 17 lat, tą pierwszą trudną miłością. Skończyła się nagle i tragicznie. To straszne rozstanie, jakie przeżyłem, i dramatyczne jego okoliczności były dla mnie trudniejsze niż wszystko inne. W każdym razie wtedy właśnie zapaliłem pierwszego papierosa i wtedy wypiłem pierwszą butelkę wina.  


 

4/5
Krzysztof Antkowiak, VIVA! 2015
Copyright @Krzysztof Opaliński
4/5

– Zaczął się alkohol, narkotyki?
Powiem ci szczerze, że dzieci gwiazdy mają często problemy z nałogami, chociaż ten z alkoholem nie był dla mnie wielkim problemem. Inne nałogi niszczyły mnie bardziej.
– Heroina?
Nie, nigdy nie używałem narkotyków twardych. Ale czasem marihuana i temu podobne… Nie mogę jednak powiedzieć, że nałogi zrujnowały mi życie do tego stopnia, iż nie byłem w stanie pracować czy w ogóle zapominać o pracy. Ale czułem, że po prostu rozmieniam się na drobne. A zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli teraz nie pokieruję sobą właściwie i tą energią, jaką mam, to się skończę jako artysta, a może i jako człowiek. Zawsze miałem świadomość, że talent to nie wszystko i że muszę dużo pracować, by być coraz lepszym w muzyce… A z drugiej strony to, że lubiłem wypić czy coś zapalić, było ucieczką przed tym, żebym nie traktował siebie zbyt poważnie. Potrzebowałem luzu, a nie płaczu nad sobą.
– Jak myślałeś wtedy o sobie? Że jesteś gorszy czy lepszy niż inni?
Były takie momenty, że zaczynałem myśleć: jestem do bani. Tym bardziej że nadal doznawałem ataków zazdrości. A kiedy dostajesz takie sygnały, zaczynasz szukać przyczyny w sobie. Na szczęście miałem okazję rewidować te moje odczucia, bo pojawiały się koncerty, które wzmacniały moje poczucie wartości, podnosiły mnie z kolan. I nie było tak, żebym przez kilka miesięcy pozostawał bez pracy. Powiedziałaś, że zniknąłem. To nie ja zniknąłem, to media przestały się mną interesować.
– A co się z Tobą działo, kiedy Cię nie było?
Miałem próby z zespołem, współpracowałem z Grzesiem Ciechowskim, przeniosłem się z Poznania do Warszawy. Zamieszkałem z Magdą Steczkowską. Magda zaczęła śpiewać w chórkach u Maryli Rodowicz, a ja nagrałem z Grześkiem płytę „Delfin”. Potem grałem przez siedem lat z zespołem Drum Machina, dużo komponowałem i nagrywałem… Zresztą nie chcę się tak obnażać. Mnie broni muzyka.
– Tylko szczerość jest ratunkiem dla artysty.
Rozmawiam z tobą bardzo szczerze, chociaż mam też świadomość, że taka otwartość na forum może się obrócić przeciwko mnie. Odważam się na to, bo cały czas wierzę w ludzi i ich mądrość. Można wiele mówić o sobie, ale opakowanie jest tylko opakowaniem, prawda jest w działaniu, a nie w słowach. Tak samo jest z muzyką – jeśli nie ma w niej prawdziwych emocji, to nie przetrwa próby czasu.
– Nie pomyślałeś nigdy, że droga, którą idziesz, jest niewłaściwa, że powinieneś może inaczej, bo sztuka to chimeryczna partnerka?
Nie, nigdy. Nigdy nie miałem wątpliwości.
– I wierzyłeś, że to muzyka da Ci chleb?
Chcę wierzyć, że talent i ciężka praca dają chleb. Jest różnie. Były okresy, gdy podejmowałem ostrą walkę, żeby przetrwać, ale to wyszło mi tylko na dobre. Są momenty zwątpienia, ale nie wyobrażam sobie iść inną drogą. Kryzysy też są potrzebne, czuję, że mnie to kształtuje, że coraz lepiej reaguję na niepowodzenia. Szczególnie te sprawy, na które nie mam do końca wpływu, kiedyś wyprowadzały mnie z równowagi. Nauczyłem się z tym sobie radzić. Wszystkie doświadczenia są ważne. Gdyby nie one, być może dzisiaj nie byłbym w miejscu, w którym jestem.
– A gdzie byś był?
Albo w czarnej dziurze, albo w ogóle nigdzie. Był momenty, kiedy miałem myśli samobójcze.
– Każdy wrażliwy człowiek je czasem miewa.
Ale ile kosztowało mnie to ciężkiej pracy, takiej prawdziwej orki, to tylko ja wiem. Dlatego mówię o muzyce i sporcie jako o swoim błogosławieństwie. Sport kształtuje charakter. Chociaż często kompletnie nie mam na niego ochoty, ale idę, przepływam ileś tam basenów, bo traktuję to jako pewnego rodzaju pokutę, która mnie wzmacnia.
– Uprawianie sportu daje endorfiny i wyklucza picie alkoholu?
Ale w moim życiu pojawiła się też bardzo ważna kwestia, jaką jest obecność Boga. Był czas, że się od niego oddaliłem. Kiedy się bawiłem, sporo piłem i wchodziłem w niewłaściwe relacje… Choć na swoją obronę powiem, że zawsze miałem szczere intencje, nigdy nie chciałem nikogo skrzywdzić.
– Ale krzywdziłeś, bo sam byłeś skrzywdzony?
Kiedy się bawisz na luzie i uważasz, że to jest fajne i że ta druga strona też tak to odczuwa, nie myślisz o tym, że nieświadomie możesz kogoś zranić… I nie myślisz o konsekwencjach uczuciowych u tej drugiej strony. Próbowałem z tym skończyć, zacząłem szukać prawdy w innych filozofiach. Zanurzyłem się w buddyzmie, co było mi potrzebne do tego, bym wiedział, że to nie dla mnie. Myślę, że gdybym się nie oddalił od Boga, to nie poczułbym potrzeby Jego obecności w moim życiu. Zwróciłem się do niego, żeby mi pomógł, gdy już wszystko inne zawiodło.
– W czym Bóg miał Ci pomóc?
Przede wszystkim w wyzwoleniu się z nałogów, modliłem się, żeby to on kierował moim życiem. I żeby mi dał siłę, wyznaczając przede mną właściwą drogę.
 

5/5
Krzysztof Antkowiak, VIVA! 2015
Copyright @Krzysztof Opaliński
5/5

– Mówiłeś: „Panie Boże, teraz cały jestem w Twoich rękach, a Ty mną kieruj”?
Bogu trzeba zawierzyć do końca. Mój proces nawracania się cały czas trwa. Codziennie o tym z Bogiem rozmawiam i to on sprawił, że zrozumiałem, jak wiele życzliwych osób jest wokół mnie. Poznałem ludzi, którzy wyszli z nałogów i wielu związanych z nimi trudności, wybrali inną drogę, a mnie pokazali, że nie jestem wyjątkiem. Myślę też, że ratowała mnie miłość do ludzi i świata. Ona nigdy we mnie nie umarła.
– Nie chodziłeś na odwyk, na odtrucia?
Nie, bo nigdy nie byłem w stanie takiego rozkładu, bym tego potrzebował. Nie wpadałem w ciągi, pijąc codziennie. Problem zauważyłem wtedy, gdy co weekend znajdowałem w alkoholu narzędzie do zresetowania się i wtedy zdarzało mi się przeginać. A na drugi dzień czułem się fatalnie. Niedziele bywały nie do zniesienia – kac, ból głowy. Zaczęło mi to bardzo w życiu przeszkadzać. Dzisiaj mogę napić się z tobą lampkę wina i na tym poprzestać. Nie jestem uzależniony. Ja chcę życie przeżyć na swój sposób. Nie zarzekać się, że czegoś nie zrobię, tylko po prostu tego nie robić. Każdy ma w sobie duszę i piękno. Tylko czasami głęboko je ukrywa. Ludzie są tacy, bo brakuje im miłości.
– Agresja bierze się z braku miłości?
Najczęściej, dlatego trzeba sięgnąć głębiej. Jeżeli ktoś pokazuje mi „fucka”, to ja nie myślę o nim, że mnie nienawidzi, tylko zastanawiam się, skąd w nim tyle złości. Ja też bywałem agresywny. Moja agresja ujawniała się, kiedy piłem. I wtedy stwierdziłem, że mam jakiś nierozwiązany problem.
– Jaki?
Ciągła huśtawka emocjonalna, mieszanka uwielbienia i zawiści zostawiła na mnie piętno. Ale wyleczyłem się. Podstawą jest przebaczenie. Ja przebaczyłem i innym, i sobie.
– Na co te doświadczenia przekułeś?
Na muzykę i na relacje z ludźmi. Bardzo mnie to wzmocniło. A teraz czuję, że nastąpił mój czas. Miałem swoje pięć minut jako 15-latek, ale dzisiaj mam dużo więcej do zaoferowania. Jestem już dojrzałym facetem i naprawdę czuję się cudownie z moim wiekiem, z moimi doświadczeniami. Z odbudowaniem pewnych relacji z innymi ludźmi.
 – Masz kontakt z Edytą Górniak?
Czasem gdzieś się mijamy… Mamy fajne wspomnienia z nagrywania piosenki „Pada śnieg”, ale było to wieki temu.
– Wracasz myślami do dawnych piosenek? Pamiętasz, jak zaśpiewałeś ze Stanisławem Soyką „Zamień się ze mną na marzenia”?
To było mocne przeżycie. Miałem wtedy 13 lat, przyjechałem do Warszawy z Poznania. Jacek Cygan stwierdził, że fajnie byłoby postawić obok siebie dwóch wykonawców – dojrzałego artystę i chłopca. Soyka napisał piosenkę, nauczyłem się jej i razem zagraliśmy ją przy dwóch fortepianach w programie „Dyskoteka Pana Jacka”. Czasami lubię powspominać.
– Co było dla Ciebie przełomowym momentem, w innym kolorze?
To nastąpiło wtedy, gdy znowu zbliżyłem się do Boga, bez niego nie byłoby dzisiaj tej rozmowy.
– Ósmego marca byłam na Twoim koncercie w Teatrze Syrena. To Twój powrót?
O powrocie można mówić tylko w kontekście medialnym, bo ja pracuję bezustannie od 27 lat.
– Nowy projekt to Simplefields?
Tak. Współtworzę ten projekt z Marcinem Domuratem, który jest autorem tekstów i gitarzystą. Obaj jesteśmy fanami kina i nasze utwory na koncertach są wzbogacone wizualizacjami, które sami montujemy. Ludzie porównują naszą muzykę do innych twórców, padają ciekawe porównania… Bowie, Waits… Co oczywiście nam schlebia, ale to nieważne, kogo się w tej muzyce doszukują, ważne, że czują emocje, jakie w niej są zawarte. Myślę, że ta płyta jest dojrzałą wypowiedzią. Mieliśmy dużo fajnych momentów, pracując nad tym materiałem. Najważniejsze, że ludzie na koncercie reagują na emocje, które im dajemy. Bisujemy, czyli się podoba, a to daje kopa, by tworzyć dalej… Dla artysty to bardzo ważne. Cierpię na bezsenność, ale kończę materiał na kolejną płytę.
– Zostało w Tobie coś z tamtego 14-letniego chłopca?
Bardzo dużo. Spontaniczność, głód ludzi i świata i fakt, że ten świat cały czas mnie zaskakuje. I chyba jeszcze nigdy nie miałem w sobie tyle miłości. Pokonałem różne przeszkody i wyrzuciłem je do śmietnika. Nie boje się już, co będzie ze mną jako twórcą. Wszystko działo się po to, żebym dzisiaj, tu i teraz, z otwartą przyłbicą mógł opowiedzieć, że naprawdę niczego nie żałuję. Nawet tego, że gdy dostałem stypendium w Berkley School of Music w Stanach u Bruce’a Hornsby’ego, odmówiłem, wróciłem do Polski, do dziewczyny, w której byłem zakochany.
 

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Anja Rubik opowiada o miłości i seksie, a Qczaj o trudnym dzieciństwie… Zobacz sesje modelki i trenera!