Olga Figaszewska 10 maja 2017 18:30
1/8
Bogna Sworowska
Copyright @Materiały praasowe, Marlena Bielinska/MOVE
1/8

Bogna Sworowska kończy 50 lat!

Polecamy też: 3xMiss na okładce! "Dojrzałość jest czymś wyjątkowym. Nie trzeba się jej bać"

Kariera zrodzona z przypadku? Jej historia mogłaby posłużyć za scenariusz filmu sensacyjnego. Bogna Sworowska, pierwsza Polka która pojawiła się na okładce "Playboya" w lutym 1990. W latach 80. i 90. wzięta modelka – chodziła po wybiegach całego świata, brała udział w licznych sesjach zdjęciowych, a jej twarz można było zobaczyć na billboardach w całej Ameryce. Nie spełniła ojcowskich ambicji, nie została prawnikiem czy lekarzem. Bogna Sworowska wybrała zupełnie inną drogę: kariera, podróże, życie w wielu krajach... Dziś szczęśliwa mama i spełniona kobieta. Z przyjaciółką prowadzi w Polsce agencję PR i stale rozszerza działalność.

Zapytana o to, kim jest teraz, odpowiedziała: „Kobietą pracującą, matką, czasami bywam singielką. Osobą, której życie nie szczędziło doświadczeń. Ale dzięki nim jestem mądrzejsza, silniejsza i spełniona. Niewiele potrafi mnie zaskoczyć. Wiem, dokąd idę i gdzie chcę dojść. I mam coraz to nowe marzenia. Z wiekiem jest ich więcej. I wiem, że wszystko można osiągnąć”.

Jaka jest teraz, blisko 20 lat po swoich traumatycznych doświadczeniach? Przypominamy wyjątkowy, archiwalny wywiad autorstwa Krystyny Pytlakowskiej z 2013 roku.

Zobacz też: Tak Pamela Anderson rozbierała się dla "Playboya". Monroe, Stone, pierwsza Polka i inne gwiazdy

2/8
Bogna Sworowska
Copyright @materiały prasowe
2/8

Kim teraz jesteś? Czym różnisz się od Bogny sprzed 20 lat?

Kim? Kobietą pracującą, matką, czasami bywam singielką. Osobą, której życie nie szczędziło doświadczeń. Ale dzięki nim jestem mądrzejsza, silniejsza i spełniona. Niewiele potrafi mnie zaskoczyć. Wiem, dokąd idę i gdzie chcę dojść. I mam coraz to nowe marzenia. Z wiekiem jest ich więcej. I wiem, że wszystko można osiągnąć. Nie chodzi tu o pieniądze, tylko o bogactwo wewnętrzne. Rodzina i przyjaciele są ważni… Od lat mam wokół siebie wspaniałych ludzi i to jest moje największe bogactwo. Jako młoda dziewczyna nie zastanawiałam się nad sobą, brałam, co niesie życie. Teraz umiem życiem sterować.


– A życie niosło Ci niezwykłe zdarzenia. Myślałaś jako 15-latka, że zostaniesz wziętą modelką? Że zobaczysz swoją twarz na billboardach w Ameryce? Że będziesz w kolorowych światowych magazynach?
Skąd! Nie! Myślałam wtedy, żeby napisać dobrze klasówkę lub marzyłam o nowych dżinsach. I pewnie bym na tym poprzestała, gdyby nie przypadek.

– I spotkanie właściwych ludzi?
Gdybym nie namówiła mamy, żebyśmy pojechały na ciuchy w Rembertowie tamtego dnia, pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale pojechałyśmy. Szłyśmy, zatrzymywałyśmy się przy stoiskach i nagle zaczepiła nas bardzo atrakcyjna dziewczyna. Za nią stał mężczyzna. Zaproponowali, że zrobią mi zdjęcia, bo mam interesującą urodę. Dziewczyna przedstawiła się: „Jestem Lidia Popiel, a to mój kolega Marek Czudowski”. Ich nazwiska nic mi nie mówiły, bo skąd miałam wiedzieć, że to znany fotograf i że Lidka jest jednocześnie jedną z najlepszych polskich modelek? Ta scena wydawała mi się kompletnie irracjonalna. Zdjęcia? Ja? Taka zwyczajna nastolatka, za chuda, nieproporcjonalna i zwykła? Bardzo się sobie wówczas nie podobałam. Ale mama się zgodziła. I tak to się zaczęło.

3/8
Bogna Sworowska, Viva! 2014
Copyright @Marlena Bielinska/MOVE
3/8

– Mama nigdy Ci nie mówiła, że jesteś piękną dziewczyną?
W moim domu nie było kultu urody. Pamiętam, że nawet przyjaciele rodziców mieli zakaz prawienia mnie i bratu komplementów. Dla rodziców ważna była przede wszystkim rodzina, no i edukacja. Nie spełniłam oczekiwań mojego taty, który chciał, żebym została prawnikiem lub lekarzem. Wybrałam inną drogę – karierę, podróże i życie w wielu krajach. Trudno. Choć wiem, że teraz jest ze mnie dumny z innych powodów – za konsekwencję, uczciwość i pracowitość.


– Trudno? Nie żałujesz chyba, że potem wyjechałaś do Włoch, by pozować renomowanym fotografom? Że chodziłaś po europejskich i amerykańskich wybiegach? Że stałaś się znana jako „ta piękna Polka”?
Nie żałuję, ale nie z powodu blichtru tak zwanego światowego życia. Gdybym jednak nie wyjechała, nie zasmakowała świata, może bym za tym smakiem tęskniła. A poza tym nie miałabym tego, co mam teraz. Nie przeżyłabym wielkiej i tragicznej miłości, która sprawiła, że myślę o wiele głębiej. No i nie byłoby Ivana – mojego syna.


– Jak to się stało, że zostałaś modelką we Włoszech?
Po prostu przyjechała włoska agentka szukać „świeżynek” zza żelaznej kurtyny. Byłyśmy dla Zachodu egzotyką. Koleżanki namówiły mnie: „Bogna, chodź z nami na casting”, chociaż nie bardzo wiedziałyśmy, co to takiego. Poszłam z nimi do hotelu Victoria i zostałam wybrana. Agencja Why Not zaprosiła mnie do Włoch. Pojechałam.


– Rodzice nie bali się o Ciebie? Miałaś wtedy zaledwie 16 lat?
Ufali mi. W domu miałam bardzo jasno określone granice tego, co dobre, i tego, co złe. Nie mówię, że byłam święta, gdy miałam 19–20 lat, szalałam, imprezowałam. Nie korzystałam jednak z życia pełnymi garściami, jak większość dziewczyn, bo miałam inne priorytety. Tak bardzo chciałam, żeby moi rodzice byli ze mnie dumni. Pamiętam słowa taty. Powiedział, że wierzy w moją mądrość i liczy na to, że uda mi się pogodzić pracę modelki z nauką. Nie zakazał mi tego wyjazdu, bo to była przecież wielka szansa.

4/8
Bogna Sworowska, Viva! 2014
Copyright @Marlena Bielinska/MOVE
4/8

– Wykorzystałaś ją.
Pojechałam do Włoch najpierw na miesiąc, potem na dwa. Wyjeżdżałam i wracałam. To była pierwsza lekcja, bo otarłam się o świat mody, poznałam prawa nim rządzące. Nauczyłam się tam, że nie zawsze się wygrywa. Bolało, gdy wybierano na pokaz inne dziewczyny, a nie mnie.


– To doświadczenie przydało Ci się, gdy startowałaś do konkursu Miss Polonia 1987? Bardzo przeżyłaś, gdy nie wygrałaś? Zostałaś wicemiss…
Pamiętam, że miałam ściśnięte gardło, nogi się pode mną uginały i że to wszystko rejestrowały kamery, które szukały takich spontanicznych reakcji. Wtedy porażka była dla mnie miażdżąca, bardzo chciałam wygrać. To też była dla mnie lekcja pokory. A druga, gdy wyjechałam do Paryża. Paryż – stolica mody. Chciałam tam chodzić po wybiegach, ale usłyszałam, że jestem za gruba. Zrobiło mi się przykro, bo byłam ze swojego wyglądu w miarę zadowolona. Na szczęście miałam do tego zdrowe podejście: skoro mnie tu nie chcą, jadę tam, gdzie mnie zechcą. A wiedziałam już, że takim krajem jest Ameryka.


– Miałaś tam kogoś znajomego czy wybrałaś się w ciemno?
Mój pierwszy wyjazd do Stanów był nagrodą w konkursie Miss Polonia, ufundowaną przez Waltera Kotabę – znanego Polaka mieszkającego w Chicago, właściciela firmy Polamer. Mieszkałam wtedy w komfortowym apartamencie, odbywałam oficjalne wizyty w ambasadzie, konsulacie. I znalazłam tam agencję, która załatwiła mi pozwolenie na pracę. Gdy wróciłam do Stanów drugi raz, poszło już szybko. Zdjęcia na Florydzie i pokazy w Nowym Jorku. I powroty do Chicago. Do dzisiaj mam walizeczkę pełną świeczek, zdjęć, serwetek, którymi dekorowałam hotelowe pokoje, żeby poczuć się jak u siebie. Był też James – mój amerykański chłopak. Nie wytrzymał jednak moich ciągłych wyjazdów.


– To wtedy znalazłaś się, jako dotąd jedyna Polka, na okładce amerykańskiego „Playboya”? Jak Cię zauważono?
Trzy przecznice od mojego mieszkania w Chicago mieściła się redakcja tego pisma. Na budynku widniał olbrzymi napis: „Playboy”. Widywałam go, ilekroć szłam nad jezioro Michigan. Kiedy więc dowiedziałam się, że szukają dziewczyny wyglądającej jak Rosjanka, z wysokimi kośćmi policzkowymi, zgłosiłam się na casting. Mieli bardzo ładną rozebraną sesję z Moskwy. Potrzebowali tylko okładki. Zgłosiłam się ja i dwie inne dziewczyny – Czeszki. Jedna od razu odpadła, a nas zaproszono na zdjęcia próbne. Pozowałam w seksownej białej bieliźnie, białym futrze i wielkiej białej czapie z przypiętym króliczkiem „Playboya”. Nie musiałam pokazywać się nago. Na to pewnie bym się nie zgodziła. Potem podziękowali mi, zapłacili za dzień zdjęciowy i wyjechałam na Boże Narodzenie do Polski. Wracam po świętach do Chicago. Już na lotnisku widzę siebie na billboardach. Całe było nimi obwieszone. Czerwona ze wstydu uciekłam do taksówki. Ta okładka była dla mnie pełnym zaskoczeniem. Moja agentka chciała mnie powiadomić dopiero na drugi dzień. A potem szampan, wywiady i propozycje okładek od innych magazynów. Zrobił się szum wokół mnie, no i zarobiłam sporą sumę. Do dziś mam torbę Chanel, o jakiej wtedy marzyłam i pozwoliłam sobie na jej kupno.

5/8
Bogna Sworowska, Viva! 2014
Copyright @Marlena Bielinska/MOVE
5/8

– Gdybyś została w Ameryce, zrobiłabyś wielką karierę. Dlaczego wróciłaś do Paryża?
Bo tęskniłam za przyjaciółmi. A zwłaszcza za Kasią Zawidzką – Miss Polonia z 1985 roku. A może dlatego, że po porażce sprzed paru lat chciałam coś sobie udowodnić? W Paryżu już nie byłam za gruba, zresztą w Stanach trochę schudłam. Zaczęłam brać udział w pokazach. I poznałam Siergieja. Właśnie przez Kasię. Był dobrym znajomym jej męża.


 – Często wspominasz Siergieja, tę tragicznie zakończoną miłość?
Teraz już rzadziej o nim myślę, ale wtedy, gdy umierał na moich rękach, dokładnie 19 lat temu, zadawałam sobie pytanie: „Czy ja chcę żyć?”. I: „Jak będę żyć dalej?”. Bywały chwile, że traciłam wiarę w to, że sobie poradzę, miałam stany lękowe, spazmofilię, czyli zatrzymanie oddechu, omdlenia. Nie chciałam korzystać z pomocy psychologa, sama się leczyłam magnezem i bardzo dużo czytałam, a potem kupiłam bilet w jedną stronę do Polski. Pojechałam do rodziców, babci i to było najlepsze lekarstwo. Strasznie płakałam, a babcia uparcie powtarzała: „Płacz, płacz, dziecko, to jest ci bardzo potrzebne, nikt ci nie pomoże, tylko czas uleczy twoje cierpienie”.


– Ile to trwało?
Kilka lat cierpienia i trudności w pozbieraniu się z rozsypki. Ale miałam bazę, jaką dali mi rodzice – niesamowitą siłę, miłość i poczucie bezpieczeństwa w domu. To oni napełnili brata i mnie pewnością siebie, poczuciem, że wszystko jeszcze się ułoży. Ale śmierć Siergieja podkopała moją wiarę w siebie, w swoje szczęście.


– A dzisiaj już w nie wierzysz?
Teraz już tak, ale jestem też wobec siebie bardzo krytyczna i wymagająca. Ciągle na siebie krzyczę, mówię, że powinnam być jeszcze silniejsza, lepsza. Chociaż wszystkie moje doświadczenia życiowe sprawiły, że mam bardzo mocną konstrukcję. I wiem, że sukces to tylko niewielka część talentu, reszta zależy od wytrwałości w pracy. Jestem z natury chyba pozytywistką i w każdym z zawodów – a teraz wykonuję już chyba trzeci – daję z siebie wszystko.


– Żałujesz, że za wcześnie zrezygnowałaś z modelingu?
Niczego w życiu nie żałuję. Natomiast na wszystko przychodzi właściwa pora i trzeba wiedzieć, kiedy odejść. Po śmierci Siergieja nie mogłam być modelką, ponieważ nie wyglądałam najlepiej co najmniej przez kilka lat. Źle się czułam psychicznie, a to się zawsze odbija na wyglądzie.

6/8
Bogna Sworowska, Viva! grudzień 2013
Copyright @Zdjęcia Marlena Bielińska/Move Picture
6/8

– Wróciłaś jednak znowu z Polski do Paryża, miasta Twoich lęków.
Przyjaciele mnie bardzo namawiali. Gdybym wtedy została w Polsce, poddałabym się. Polska była ucieczką od moich koszmarów, ale Paryż był wyzwaniem, by te koszmary oswoić. Wróciłam tam więc, ale zmieniłam zawód. Stałam się fachowcem od PR i marketingu. Odnosiłam sukcesy i myślałam, że już tam zostanę. Ale wróciłam, gdy pojawiła się propozycja pracy dla stacji TVN jako rzecznik prasowy. Nowa dziedzina, nowe zajęcia, nowi wyjątkowi ludzie – to bardzo kuszące. A ja mogłam już zacząć żyć na nowo.


– Pracowałaś w Polsce, ale na weekendy jeździłaś do Paryża. I tam spotkałaś tatę Ivana. To on był Twoją nagrodą za to, co przeszłaś?
On i Ivan. Takich łez radości i szczęścia jak wtedy, kiedy urodził się nasz syn, nie wylałam nigdy przedtem ani nigdy potem. Tym bardziej, że wcale nie było pewne, że zostanę matką.


– Jesteś jedną z niewielu kobiet, które przyznają się do tego, że ich dziecko pochodzi z in vitro.
Czuję po prostu obowiązek włączyć się do ogólnopolskiej dyskusji, nie jestem zakłamana. Dumna jestem z tego, że mogłam skorzystać z metody in vitro i że mam Ivana, który jest fantastycznym chłopcem. Nigdy nie traktowałam tej decyzji w kategoriach jakiegoś wyboru pomiędzy Bogiem a szatanem. Nie mieściło mi się w głowie, że decydując się na sztuczne zapłodnienie, opowiadam się po czyjejś stronie. Jestem osobą wierzącą. Skorzystałam z dobrodziejstwa, jakie niosą nasze czasy.


– Miałaś już 37 lat. Bałaś się, że nie zaznasz macierzyństwa?
Długo nie miałam potrzeby posiadania dziecka. Byłam zajęta innymi sprawami, nie zaglądałam do wózków obcym kobietom. Taka potrzeba pojawiła się we mnie nagle. A jednocześnie wiedziałam, że to nie będzie takie proste. Kilka lat wcześniej przeżyłam poważny wypadek na motorze, a niedługo potem wypadek samochodowy. Kiedy mnie ratowano, podczas operacji coś uszkodzono. Wiedziałam więc, że nawet przy metodzie in vitro mam niewielkie szanse na bycie matką. Byłam przygotowana więc na kilka prób lub inne opcje, jak na przykład adopcja. A tymczasem udało się właściwie od razu.

7/8
Bogna Sworowska, Viva! 2014
Copyright @Marlena Bielinska/MOVE
7/8

– Dziecko Cię zmieniło?
Dodało blasku mojemu życiu, jest tak wielką, po prostu niewyobrażalną moją radością, pomaga mi w osiągnięciu równowagi pomiędzy pracą a codziennością. Jest punktem odniesienia we wszystkim, co robię. I to Ivan właśnie daje mi tę niezwykłą energię, którą inni tak się zachwycają. Wiem, że przy nim wszystko musi być dobrze. I dla niego.


– Trzeba mieć do życia pozytywne nastawienie?
Tak, a ja na nie ciężko pracuję. Wstaję o szóstej rano, potem zawożę dziecko do szkoły, cały dzień jestem w firmie, później pilnuję, aby syn odrobił lekcje. Robię zakupy. Załatwiam niezliczone ilości spraw, telefonów, odbywam mnóstwo spotkań. Czasem padam ze zmęczenia. I wtedy zwykły uśmiech wydaje się osiągnięciem. Ale lubię to tempo – życie daje też mnóstwo przyjemności, na przykład kiedy uczę mego syna gotowania albo czytamy razem książki. Nawet wtedy, kiedy on nie chce odrabiać lekcji, stawia się i jest niegrzeczny. Wiem, że to superczłowiek, który od maleńkości podziela moją pasję. My ciągle podróżujemy. Lotnisko jest jego drugim domem, ma to we krwi po mnie. Po tacie odziedziczył ciemne oczy.


– Opowiedziałaś Ivanowi swoje życie?
Nie, on jest jeszcze za mały. Od czasu do czasu coś pomiędzy wierszami mu delikatnie przemycam, ale to małe fragmenty, bardziej mówię o przygodach i podróżach, to go bardzo ciekawi. Ivan wie, że jest owocem miłości i powstał dzięki metodzie in vitro, wie też na jej temat sporo jak na swój wiek. Mój były partner, a ojciec Ivana, to świetny ojciec, wyjątkowy człowiek, dobry i uczciwy. Mieszka w Paryżu, poukładaliśmy sobie jakoś życie, chociaż się rozstaliśmy.


– Szkoda, że się rozeszliście?
Nie zadaję sobie takich pytań. Ta decyzja była właściwa, teraz oboje, choć oddzielnie, jesteśmy szczęśliwi. Może tylko naszemu synowi jest trochę trudniej, ale robimy wszystko, żeby nie odczuł rozłąki. Obserwuje nas, kiedy jego tata przyjeżdża, i widzi, że mamy bardzo fajny kontakt, mądrą relację. Zresztą jego ojciec i wcześniej dużo pracował – jest architektem. Wyjeżdżał, wracał tylko na weekendy. Ivan więc od zawsze pamięta tatę, który wyjeżdża i przyjeżdża. Z pewnością za nim tęskni, ale prawie codziennie rozmawiają przez telefon, planują wakacje, spędzają je razem. Jest między nami szacunek i przyjaźń.
 

8/8
Bogna Sworowska, Viva! grudzień 2013
Copyright @Zdjęcia Marlena Bielińska/Move Picture
8/8


– A między Tobą i Ivanem jest wielka więź także dlatego, że jesteście tylko we dwoje? Nie pytał Cię, czemu żyjesz samotnie?
Nie, bo on tego tak nie odczuwa, a ja nie czuję się samotna. Jestem kobietą spełnioną. Bardzo się rozumiemy. A ja się ciągle uczę być mamą Ivana. I muszę powstrzymać swój lęk o niego. Właściwie wszystko, co robię, robię dla syna.

– To dla niego tyle pracujesz? Lubisz to?
Bardzo lubię to, co robię, ale też muszę utrzymać mój dom. Jeszcze w Paryżu, kiedy zrezygnowałam z zawodu modelki, dostałam angaż w firmie architektury i dekoracji wnętrz agencji, która umożliwiła mi szkolenie na najwyższym poziomie w dziedzinie PR i marketingu. Uczyłam się przez kilka lat. Kiedy wróciłam na stałe do Polski w 1998 roku, najpierw pracowałam jako rzecznik prasowy TVN, a potem postanowiłam robić to, czego się nauczyłam w Paryżu. Wprowadzanie na rynek firm i marek, dbanie o ich wizerunek i docieranie do odpowiednich grup docelowych, przygotowywanie strategii dla nich jest naprawdę pasjonujące. Klienci, dla których mam przyjemność pracować, stali się bliskimi mi ludźmi – CH Carolina Herrera sprowadzona do Polski przez rodzinę Bachleda-Curuś, Klinika Ambroziak Estederm, Mokobelle… to wyjątkowi, zdolni i pracowici ludzie, fantastyczne historie. Poza tym to też bardzo przyjemna praca. „Złote dłonie” doktora Ambroziaka dbają o mój dobry wygląd, do swojego królestwa kosmetologii wpuszcza mnie bardzo hojnie Joanna Ambroziak, gdzie mogę od czasu do czasu zrelaksować się i dzięki zabiegom wyglądać młodziej, w CH Carolina Herrera wybieram odzież na moje dzienne i wieczorowe wystąpienia, a Mokobelle wraz ze swoją piękną biżuterią dopełniają mój wygląd… I jak tak wspaniały czas nazwać pracą? A tak, to możliwe połączenie, gdy kocha się to, co się robi. Monika zajmuje się swoimi projektami, ale zawsze pomagamy sobie i możemy na siebie liczyć. Nasza agencja jest mała: my, dwie wspólniczki, plus jedno wyjątkowe wsparcie – nasza Ewelina. I naprawdę świetnie nam razem. Na rynku mamy opinię agencji skutecznej i odpowiedzialnej.


– Osiadłaś? Nie myślisz już o wyjazdach?
Ależ myślę. I co jakiś czas jeżdżę do Stanów, gdzie mam tylu kochanych przyjaciół, za którymi tęsknię, i drugi dom. Ale Ivan chodzi tu do szkoły, nie będę zaburzać mu rytmu życia. Dziecko musi mieć poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Żałuję tylko, że nie mam jeszcze jednego dziecka. Ivan niebawem pójdzie swoją drogą. Mam świadomość, że wychowuję go nie dla siebie, tylko dla świata. Już teraz coraz mniej go mam, bo interesuje się wieloma sprawami, ma dużo przyjaciół, a ja nie będę go od nich separować. Chociaż mi ciężko pogodzić się z jego samodzielnością, ale to właśnie mogę dla niego zrobić – powstrzymać swoje egoistyczne, nadopiekuńcze zapędy. Nauczyłam się wybaczać nie tylko innym, lecz też i sobie. Jestem o wiele cierpliwsza niż kiedyś. I mam pokorę. Do niej dochodzi się z czasem.

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Gwiazdami nowego numeru są: Paulina Krupińska, Kamila Szczawińska i Karolina Malinowska. Zobacz, co jeszcze w nowej VIVIE!