Moda od zawsze potrzebowała przedmiotów, które porządkują hierarchię i natychmiast komunikują, kto wie, co się nosi. Przez lata tę funkcję pełniły rzeczy, które nadal pozostają klasykami, ale przestały być znakiem modowego wtajemniczenia. Ich miejsce zajmują projekty zupełnie nowe albo takie, które zostały wydobyte z archiwów i przejęte przez kolejne pokolenie.
WIDEO…
Rue Cambon
W lipcu, podczas haute couture, Paryż topi się w 40-stopniowym upale. Turyści chłodzą się w Sekwanie, Paryżanie smażą jajecznicę na parapetach, a ja krążę między pokazami i prezentacjami haute joaillerie. To na gościach najlepiej widać, co się zmienia: nowe torebki, inne proporcje butów, powrót małych biżuteryjnych zegarków. Pierwszy trop prowadzi mnie na rue Cambon. W poniedziałek, dzień przed pokazem Chanel, nie mam cierpliwości czekać godzinę na obsługę w butiku. Odpuszczam i ten czas spędzam we mgle instalacji Fujiko Nakai w Bourse de Commerce. Dwa dni później wracam do kultowego butiku na umówione już spotkanie i pytam o Maxi Flap Matthieu Blazy’ego. Odpowiedź jest krótka: wszystko wyprzedane. Torebka zadebiutowała w pierwszej kolekcji Blazy’ego na wiosnę 2026. Odwołuje się do klasycznych kodów Chanel: ma charakterystyczną klapę i zapięcia z logo CC, ale jest duża, miękka i swobodna, bez pikowania i sztywności klasycznej Chanelki. Kilka miesięcy później noszą ją Dua Lipa, Penélope Cruz, a nawet Harry Styles. Gdy kolekcja trafia do butików, zaczyna się „chanelmania”: kolejki, znikające modele i nieformalny limit jednej torby na klienta.
Rue de la Paix
Z Chanel idę na rue de la Paix. Wiosną 1956 roku spacerowała tędy Sylvia Plath. W paryskim dzienniku zapisała, że gdyby była bogata, jej pomysłem na ekstrawagancję byłaby „szafa pełna kolorowych butów: czerwonych, pomarańczowych, przydymionych błękitnych i złotych”. Pod numerem 22 Repetto przez lata spełniało dokładnie ten rodzaj fantazji. Model Cendrillon rozsławiony przez Brigitte Bardot wracał później na nogach kolejnych pokoleń, od Kate Moss po Alexę Chung. Dziś mijam Repetto i idę pod numer 1, gdzie niedawno swój pierwszy butik otworzyła Nina Christen.
Jej nazwisko nie jest jeszcze powszechnie znane, choć od ponad dwóch dekad projektuje buty dla największych domów mody. Pracowała w Celine, stworzyła klapki Lido dla Bottegi Venety, a dziś projektuje obuwie dla Diora pod kierownictwem Jonathana Andersona. Jak powiedziała „Vogue France”: „Postanowiłam założyć Christen w chwili, kiedy sama nie mogłam już znaleźć żadnych butów, które chciałabym kupić”. Rozumiem ją doskonale. Wraz z końcem ery Phoebe Philo, pod kierownictwem której Nina projektowała w Celine, skończył się pewien rodzaj buta: mocnego projektowo, ale stworzonego do normalnego chodzenia. Buty jej autorstwa mają wyrazisty profil i lekko rozszerzający się obcas, dzięki czemu można je rozpoznać bez logo, choćby na nogach Alexy Chung, Victorii Beckham, a nawet Kate Middleton. Już przez witrynę widzę surowy beton, chrom i prawie żadnych dekoracji. Buty stoją jak obiekty w galerii. Mierzę kilka par i największym zaskoczeniem jest wygoda. Nawet w najwyższych szpilkach da się chodzić, a zamszowe klapki są miękkie jak masło. Christen ponad rok pracowała bowiem nad konstrukcją buta i wkładką podtrzymującą łuk stopy. Jej projekty mają przetrwać dłużej i funkcjonować jak obiekty designu, a nie produkty jednego sezonu. Podobną filozofię znajduję naprzeciwko, w Tiffanym, w projektach Elsy Peretti. Modelka i muza Halstona, jedna z najważniejszych projektantek biżuterii XX wieku, wprowadziła do marki srebro i organiczne, rzeźbiarskie formy. Jej Bone Cuff, asymetryczna bransoleta dopasowana do kości nadgarstka, była sensacją już w 1970 roku. Ponad pół wieku później Miley Cyrus odbiera w niej swoją pierwszą Grammy, a organiczna forma bransolety wciąż wygląda zaskakująco współcześnie. Kilka ulic dalej srebro zmienia skalę.
Avenue des Champs-Élysées
Na Champs-Élysées już z daleka widzę ogromny srebrny kufer Louis Vuitton: remontowaną kamienicę opakowano w metaliczną konstrukcję z monogramem i okuciami. Miesiąc wcześniej marka wprowadziła aluminiową walizkę Horizon projektu Marca Newsona, jednego z moich ulubionych projektantów przemysłowych. Jego aluminiowy fotel Orgone od dawna mam na liście marzeń. Jeszcze przed premierą, podczas festiwalu w Cannes, na lotnisku w Nicei sfotografowano Léę Seydoux i Cate Blanchett ze srebrnymi kabinówkami Vuittona. Przez lata kultową walizką była aluminiowa Rimowa, znak rozpoznawczy stylistów, fotografów i ludzi mody. Nadal jest ikoną, ale straciła część dawnej wyjątkowości. Horizon próbuje zająć jej miejsce, tyle że kosztuje 3800 euro, czyli ponad trzy razy więcej niż Rimowa. Co ciekawe, obie marki należą do LVMH, podobnie jak Dior, do którego kilka kroków dalej wchodzę przy avenue Montaigne.
Avenue Montaigne
Pod numer 30 sprowadza mnie Book Tote, z którego Jonathan Anderson po objęciu kierownictwa Diora zrobił „bibliotekę marzeń”. Zaczęło się od torby z okładką pierwszego wydania „Drakuli”, którą od razu zaczęła nosić Rihanna i która szybko stała się jednym z hitów nowego Diora. Dziś biblioteka jest już na tyle duża, że właściwie można wybrać ulubioną książkę: od „Ulissesa” po „The Very Hungry Caterpillar” Erica Carle’a. Na jesień 2026 dochodzą „Duma i uprzedzenie” i „Mechaniczna pomarańcza”.
Torebki wyglądają jak książki: haftowane reprodukcje okładek pokrywają całą ich powierzchnię. Sam shopper nie jest jednak projektem Andersona, lecz jednym z największych hitów Marii Grazii Chiuri. Dopiero Anderson potraktował jego nazwę dosłownie i, nie zmieniając modelu, nadał mu nową historię. Pomysł przypomina mi Olympię Le-Tan, która od 2009 roku zamienia okładki książek w ręcznie haftowane kopertówki. Sama mam jedną i wiem, że „książka” pod pachą łatwo staje się pretekstem do rozmowy. Patrząc na rosnącą „bibliotekę” Diora, w warszawskim butiku chętnie zobaczyłabym kiedyś książkę Olgi Tokarczuk.
Cały tekst przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu VIVA! Moda 2/2026