VIVA! MODA

Król Karl, czyli ostatni z wielkich!

Redaktor naczelna VIVY! MODY wspomina kreatora wszech czasów!

Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska 9 marca 2019 08:59

Chciał być ikoną, nie reliktem. Nie patrzył w przeszłość, kreował przyszłość. Twierdził, że jest nieśmiertelny, więc wiadomość o jego śmierci wydała się żartem. Kreator wszech czasów zmarł 19 lutego. Ostatni z wielkich? Brzmi banalnie? A jednak kto? Kto teraz? Kto Po nim?

Jedynym luksusem w życiu jest czas

Mówił, że jedynym luksusem w życiu jest czas. Nigdy nie wiesz, ile ci go pozostało. Można oszukać świat, ludzi, można igrać z losem. Ale ten cholerny czas zawsze cię dopadnie. Na ręku nosił dwa zegarki. Jeden – prezent od matki, drugi – męski zegarek Chanel z numerem jeden. W ogóle miał obsesję na punkcie czasu. Uważał, że młodzi nie potrafią go wykorzystać. On w ciągu 24 godzin umiał przemieścić się z Paryża do Mediolanu, zrobić zdjęcia do kampanii reklamowych, odbyć mnóstwo spotkań, w samolocie przeczytać książkę. I kiedy wracał do domu, nie rozumiał, że towarzyszący mu 20-latkowie padają ze zmęczenia. On nadal miał apetyt na wszystko.
O przeszłości rozmawiać nie lubił. „Dyskusje o tym, co było, śmiertelnie mnie nudzą”, mówił. Długo nie podawał daty swoich urodzin. Dopiero kilka lat temu udzielił wywiadu dziennikarzowi Paris Matcha, w którym przyznał, że przyszedł na świat w 1933 roku. Zdawał sobie sprawę, że jest to nieco szokujące, bo zdarzyło się w tym samym roku, w którym Adolf Hitler doszedł do władzy. I jak to wytłumaczyć ludziom urodzonym w XXI wieku, którzy dziś rządzą światem mody i social mediów, dla których wiek XX jest prehistorią? Karl chciał być ikoną, nie reliktem. I do końca kokietował. Pytany o Paryż lat 50. machał ręką: „To, co było, to jest dno w porównaniu z tym, co jest teraz”. Pytany o lata 60. odpowiadał: „Trzymałem się na dystans od tamtego szaleństwa. Nie piłem, nie paliłem, nie brałem narkotyków. Nie żebym był przeciwny. Podziwiam ludzi, którzy się wykańczali, to wymaga większej odwagi niż taki egoizm. Ja myślę tylko o tym, jak przeżyć”. Pytany o lata 80. wyraźnie znudzony mówił: „To już było. Zapytajcie mnie o to, co będzie jutro”.
Więc człowiek, który patrzył w przyszłość i umiał ją przewidywać, musiał wiedzieć, że tej przyszłości zostało mu niewiele. I, jak zwykle, nikomu o tym nie mówił. Ale za to w Paryżu się o tym mówiło.
Lagerfeld nie pojawił się w finale ostatniego pokazu Chanel haute couture, więc zaraz rozdzwoniły się telefony, internet zapłonął od spekulacji. Biuro prasowe Chanel milczało. Poszedł komunikat, że „Mistrz jest zmęczony”, ale histerii nie było. Nikt nie mówił, że Karl jest chory. Karl nie mógł być chory. To nie było w jego stylu. Teraz więc, kiedy już wiadomo, że 19 lutego nad ranem Karl Lagerfeld odszedł, Paryż wrze. Media prześcigają się w tytułowaniu. „Ostatni cesarz”, „Ostatni z wielkich”, „Ostatni wielki krawiec”, „Ikona popu”, „Legenda mody”. O Lagerfeldzie mawiało się, że bywał cyniczny i złośliwy, więc teraz zarzuca mu się, że odszedł przed pokazami, tak bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia i do tego nie wybierając następcy.
Świat nie znosi próżni. Umarł król, niech żyje król. Tyle że, gdyby ktoś zadał sobie trud przeczytać 
ostatni wywiad Lagerfelda, którego udzielił 5 lipca 2018 roku dziennikarce Paris Matcha, Elisabeth Lazaroo, wiedziałby, w czym rzecz. „Kto będzie pana następcą?”, zapytała Lazaroo. Karl odpowiedział zdegustowany: „Ja jestem nieśmiertelny. To pytanie w ogóle nie powinno paść”.

Rok 1949. Pokaz Diora w Hamburgu.

W biurze ojca była sala, w której odbywały się pokazy mody. Nastoletni Karl spędzał tam dużo czasu, zwłaszcza że działy się ciekawe rzeczy. Wystarczyło zejść na dół i już można było zanurzyć się w niezwykły świat. Wtedy też z przyjaciółką mamy obejrzał pierwszą powojenną kolekcję Chanel. „Ona uważała, że ta kolekcja była szpetna”, opowiadał po latach. „Jak wszyscy inni zresztą. Oprócz mnie. Już wtedy wiedziałem, że zamieszkam w Paryżu i zamieszam w modzie”. I tak się stało cztery lata później. Paryż od początku był jego przeznaczeniem. Ci, którzy odkrywali, że Karl jest Niemcem, mówili: „To niemożliwe”. Bo czy jest bardziej francuski Francuz i bardziej paryski paryżanin? W Paryżu Karl uczył się francuskiego i spacerował po mieście, chłonąc jego atmosferę i styl. W 1954 roku wygrał główną nagrodę w prestiżowym konkursie mody International Wool Secretariat w kategorii płaszczy. Dostał równowartość dziesięciu francuskich średnich pensji. Nazajutrz wszystko wydał na ubrania. Ale wygrana zapewniła mu pracę w domu mody Balmain. Cztery lata później projektował dla Jean Patou, a rok później swoje pracownie otworzyły przed nim domy mody Krizia, Charles Jourdan i Valentino. Kiedy w październiku 1957 roku zmarł Christian Dior, jego następcą obwołano Yves’a Saint Laurenta. Triumfy święcili Coco Chanel, Hubert de Givenchy i Balenciaga. Lagerfeld w tym czasie uczył się drapowania, upinania i plisowania, ale z większą pasją tańczył cza-czę w modnych klubach, rozbijał się najnowszymi modelami samochodów i podrywał żigolaków. Kilka lat później stwierdził, że świat przepychu i haute couture go nudzi, i na trzy lata zniknął we Włoszech, by studiować sztukę. Gdy powrócił w 1967 roku, został konsultantem domu mody Fendi. Pięć lat później, już jako projektant Chloé, stworzył czarno-białą kolekcję Deco, która nie tylko zmieniła bieg historii mody, ale także otworzyła mu drzwi do międzynarodowej kariery. W 1981 roku, dokładnie 10 lat po śmierci swojej wielkiej poprzedniczki, objął kreatywne kierownictwo domu mody Chanel. Podobno w latach 60. Lagerfeld i Chanel parokrotnie się spotkali, Karl jednak nigdy nie wspominał tych spotkań i choć jego kolekcje Chanel nawiązywały do tradycji i stylu Coco, miały już inny rys. Nowatorski, rewolucyjny, odkrywczy.

Kiedy obejrzał pierwszą powojenną kolekcję Chanel, zrozumiał, że musi zamieszkać w Paryżu i zamieszać w modzie

„Kiedy przejmowałem dom mody Chanel, nikt nie chciał tej starej budy”, mówił w reportażu o sobie zrealizowanym przez Discovery Channel. „Zgodziłem się wbrew powszechnej opinii ożywić firmę, która była skansenem. Nawet właściciele mówili, że jak się nie uda, sprzedadzą”. I dodawał: „Chanel uznała, że krótkie spódnice są okropne i nie spodobają się mężczyznom. Widocznie znała niewłaściwych mężczyzn. A to był początek jej końca. Kiedy w modzie czy w sztuce pojawia się coś okropnego, zadaję sobie pytanie, czemu innym się to podoba. Trzeba być oportunistą, tylko oni są wiecznie na fali”. Podobno w modzie wszystko już było, Lagerfeld nie godził się z tym stwierdzeniem. „Moja droga Elisabeth – tłumaczył dziennikarce w ostatnim udzielonym wywiadzie – nigdy nie mówię, że jestem najlepszy. Kopa w dupę i do roboty. Jedyne, co mnie interesuje, to eksperymentowanie”. I eksperymentował. Do ekskluzywnej mody wprowadził materiały i gadżety, które kiedyś kojarzyły się z tandetą. Wielbicielki eleganckich sukien oszalały na punkcie plastikowych toreb czy kozaków z futra. Przedłużył nieśmiertelność słynnemu żakietowi Chanel, sztucznym perłom czy torebce 2.55. Mademoiselle przewracała się w grobie, widząc, co Karl zrobił z niektórymi jej projektami. Krótkie spódnice, mnóstwo biżuterii, wszystkiego zbyt dużo. Ale była w tym magia, która połączyła mit Chanel, współczesną kobietę i wizję Karla. Przyjaźniąca się z Lagerfeldem dyrektor kreatywna La Manii Joanna Przetakiewicz parę lat temu zapytała go, skąd czerpie inspiracje. Odpowiedział jej wtedy: „Joanna, jestem jak budynek najeżony antenami telewizyjnymi. Ich wielkie talerze ściągają informacje z całego świata. Wszystko mnie inspiruje. Jest jedna zasada: Trzeba mieć oczy szeroko otwarte”.

Gwiazdy żegnają Mistrza.

„Dziś elegancja jest w żałobie”, napisała Laura Smet, córka francuskiej ikony rocka Johnny’ego Hallydaya. „Drogi mistrzu, dziękuję Ci za całą miłość, którą włożyłeś w modę”. To aktorka Marion Cotillard. „Wiem, że nie lubiłeś ani kwiatów, ani łez, ale nie potrafię inaczej wyrazić żalu. Będzie Cię brakowało nie tylko mnie, ale całemu światu”. Carla Bruni, supermodelka z lat 90., była pierwsza dama Francji. „Będziemy tęsknić. Dziękuję, Karl, za wszystkie momenty, które spędziliśmy razem, za Twoją dobroć, wielkie serce i poczucie humoru. Moda bez Ciebie nigdy nie będzie taka sama”. Top modelka Anja Rubik. „Twojego niezwykłego talentu i miłości do życia nie zapomni nikt, kto naprawdę kochał modę”. Top modelka z lat 90., Cindy Crawford. „Odpoczywaj w pokoju, królu Karlu”. Supermodelka Amber Valletta. Tysiące komentarzy, tysiące zdjęć.
W social mediach dzień czarnych serc. Jaki to paradoks, zwłaszcza że mówimy o człowieku, który nie korzystał z internetu, nie używał komputera i nie miał prywatnego konta na Instagramie. Karl Lagerfeld kochał młodych i takimi się otaczał. Uważał, że ludzie w jego wieku są nudni. Niespecjalnie miał z nimi o czym rozmawiać. Ale bywał bezlitosny dla młodego pokolenia. Zwłaszcza dla młodszych kolegów po fachu. „Kiedy Ludwik XVI odziedziczył tron – mówił w wywiadzie dla Paris Matcha – Maria Antonina powiedziała: »Za szybko, za młody«. W modzie bycie młodym też nie jest dobre”. Uważał, że żeby przetrwać w świecie fashion, trzeba z nim dorastać, nie tylko z niego korzystać. I zżymał się, że młodzi projektanci chcieliby być natychmiast wielkimi artystami, a zajmują się szyciem ubrań. Przewidywał trendy i wyprzedzał czas. Nigdy nie zależało mu na promowaniu własnego nazwiska. Mówił: „Mam mentalność najemnika, nie muszę myśleć o marketingu, sprzedaży. Żyję oderwany od rzeczywistości”.
I nigdy nie bał się kontrowersyjnych wypowiedzi. Ostatnio wieszczył koniec street style’u, uderzając tym w blogerów – nową napędową siłę rynku mody. „Mogę mówić, co chcę. Mam wolny zawód. Nie mam litości dla nikogo”, perorował. „Trudno wyobrazić sobie świat mody bez pana”, stwierdziła w wywiadzie Elisabeth Lazaroo. „I tym lepiej”, odparł Lagerfeld. „Bo to mnie trzyma w formie. Jestem młody, pełen energii i to mi się podoba. Robię 12 kolekcji rocznie, nie widzę nikogo, kto mógłby je zrobić za mnie, chociaż z pewnością jest wielu, którzy by chcieli. Jeśli jest chętny, żeby się odważyć, to do dzieła”.

Wizerunek Karla Lagerfelda

„Bardzo podoba mi się ta lalka, którą stworzyłem”. Tak kiedyś powiedział, oglądając wywiad z sobą w telewizji. Rzeczywiście swój wizerunek dopracował do perfekcji. Karl Lagerfeld. Marionetka idealna. Na początku XXI wieku porzucił image z lat 90. – otyłego pana skrywającego się za gigantycznym wachlarzem. Schudł 43 kilo w 13 miesięcy, pożegnał się z ciastkami i zwykłą coca-colą. Nowy Karl był szczupły i fit. Nowy Karl miał nowy styl. Jego kreacje dla Chanel czy Fendi na pewno przejdą do historii, ale największą kreacją Karla był on sam. Nie wiem, czy był ktoś na świecie o tak rozpoznawalnym image’u. Białe, ściągnięte gumką włosy, które rano posypywał specjalnym pudrem. „Mam kręcone włosy, a to najwygodniejsza fryzura”. Czarne okulary, których nigdy nie ściągał. „Lubię obserwować niepostrzeżenie, choć sam jestem widoczny. Dzięki okularom nikt nie wie, co widzę i co myślę”. Gdy dwa lata temu ktoś zrobił zdjęcia Lagerfelda w okularach ze zwykłymi szkłami, świat mody wstrzymał oddech. A jednak Karl ma oczy! Większe poruszenie mogłoby wywołać jedynie pojawienie się królowej Elżbiety II bez kapelusza albo papieża bez piuski. Od lat chodził w nienagannie skrojonych garniturach. Proste marynarki, spodnie z lampasami. Przy białych koszulach wysoki, sztywny kołnierzyk. Sam zaprojektował ponad 300 modeli tych kołnierzyków i miał manufakturę, która te kołnierzyki i koszule mu szyła. W krawat lub kamizelkę wpinał starą biżuterię. Na rękach rękawiczki, czasem pełne, czasem z odkrytymi palcami, duże pierścienie. Ręce były podobno jego największym kompleksem i w ten kompleks miała wpędzić go matka, mówiąc, kiedy jeszcze był młody: „Nie powinieneś palić. Masz brzydkie ręce”. Wziął to sobie do serca. Ale tłumaczył, że rękawiczki chronią go też przed zanieczyszczonym światem.
Pod tą maską ukrywał prawdziwe emocje i, jak się właśnie okazało, swój stan zdrowia. Miałam zaszczyt poznać Karla Lagerfelda osiem lat temu, po wiosennym pokazie Chanel. Choć w finale pokazu wyszedł, jak zawsze, lekko zblazowanym krokiem, w jego ruchach było widać zmęczenie. Kiedy razem z Joanną Przetakiewicz spotkałyśmy się z nim za kulisami, wydał mi się dużo mniejszy niż na wybiegu. Podał mi rękę na powitanie, delikatnie uścisnął. Miałam wrażenie, że dotykam porcelany. Czy geniusz może być aż tak kruchy, pomyślałam abstrakcyjnie. W ostatnich miesiącach bardzo się zmienił. Lekko przytył, twarz mu stężała, kiedy wchodził na wybieg, poruszał się sztywno, jakby przeszkadzał mu za ciasno związany gorset. Kto przypuszczał, że tym gorsetem jest śmiertelna choroba, którą do końca trzymał w tajemnicy.

Jak zresztą całe swoje prywatne życie.

Mówił: „Ci, którzy znają mnie naprawdę, są już na cmentarzu lub w niebie, jak kto woli. Nigdy nie napiszę wspomnień ani pamiętników. Nie mam nic do powiedzenia. Nie wygłaszam przemówień, odpowiadam na pytania”. Ale żaden z dziennikarzy nie ośmielił się zapytać Lagerfelda o jego życie uczuciowe, o najbliższych. Na pytania o dzieciństwo odpowiadał zdawkowo. Był późnym dzieckiem, matka urodziła go po czterdziestce, ojciec miał już wówczas ponad 60 lat. Podobno matka była wielką pięknością, grała na skrzypcach w berlińskich klubach lat 20. To po niej Karl odziedziczył niezwykłe wyczucie stylu. Ustatkowała się dopiero, gdy poznała przyszłego ojca Karla, przez pierwsze lata małżeństwa mieszkali na farmie na północy Niemiec. Wojnę Karl spędził z dala od bomb, otoczony książkami i rysunkami. Mówił, że urodził się z ołówkiem w ręku. Choć bardzo chciał grać na pianinie, po kilku próbach matka powiedziała: „Nie masz za grosz talentu. Rysuj, to cichsze zajęcie”. Od dziecka uważał się za pępek świata. Gdy ktoś go pytał: „Jak tam w szkole?”, odwracał się plecami, uznając, że to pytanie dla debilów. Nie chciał też być podobny do rówieśników. Oni nosili swetry wydziergane z wełny przez mamy, jego matka nie robiła na drutach. Ponieważ nikt na północy nie nosił tyrolskich strojów, zapragnął taki mieć. Kiedy przymierzył tyrolski kapelusik, matka oznajmiła: „Wyglądasz jak stara lesbijka”. A kiedy zapytał: „Co to jest homoseksualizm?”, odpowiedziała: „Coś w rodzaju koloru włosów”. Gdy Karl miał 10 lat, przeprowadzili się do Hamburga. Nigdy nie wrócił do miejsc dzieciństwa. W myśl zasady „przyszłość, nie przeszłość” wymazał wszystko z pamięci. Zwłaszcza Holocaust. Mówił: „Nie wierzę, że obciążają nas czyny poprzedniego pokolenia. A jednak to niewyobrażalny wstyd. I jedna z przyczyn, dla której nie chcę mieszkać w Niemczech”.
Od kiedy zaistniał w świecie mody, nie był bohaterem obyczajowego skandalu. Nic nie mówiło się o jego życiu uczuciowym, on sam zresztą sugerował, że ono po prostu nie istniało. W latach 70. zakochał się podobno w playboyu Jacques’u de Bascherze, choć twierdził, że związek nie został skonsumowany. De Bascher zmarł na AIDS w 1989 roku i potwierdzał słowa Lagerfelda, dodając, że „jedyną miłością projektanta, prócz mody, była coca-cola i ciasto czekoladowe”. Jakakolwiek była prawda, śmierć de Baschera była dla Karla końcem pewnej epoki. I tak lata 90. stały się dla niego czasem żałoby i nudy. Przybyło mu książek, domów i kilogramów, otłuszczoną twarz zaczął zasłaniać wachlarzem. Teraźniejszość po raz pierwszy go przytłaczała, zrobił wtedy kolekcję w stylu XVIII wieku. Po dekadzie ocknął się i zaczął od zera.

„Karl Lagerfeld” to dziś logo od Paryża po Hongkong. Zachód uczynił z luksusu marzenie, a z Karla swoją ikonę. Do końca się dziwił, że dorównuje popularnością gwiazdom rocka

Karl otaczał się milionem ludzi, ale przyjaciół miał niewielu. Od lat tego samego asystenta, Sebastiana, tego samego prawnika, Luciena, i tę samą muzę, Amandę. Ale i oni rzadko mieli okazję przebywać z Mistrzem. W prywatnym czasie lubił być sam. Parę lat temu to się zmieniło. Kiedy poznał Choupette, natychmiast pozwolił jej bezwarunkowo wejść do swojego świata. Piękna kotka stała się jego muzą i towarzyszem. Zamieszkali razem w apartamencie w dzielnicy Quai Voltaire. Choupette miała sypialnię i garderobę i mogła patrzeć, jak Karl rysuje nowe kreacje. Jeździła z nim po świecie, miała prywatnego fryzjera, masażystę i kucharza. „Mam bardzo wiele służby w domu”, mówił Karl w wywiadzie dla Paris Matcha. „Choupette i ja nie potrafimy nic zrobić, może tylko otworzyć drzwi do lodówki. Nie umiem pościelić łóżka, gotować, prasować… Mama mi powtarzała: »Nie musisz nic umieć, bo to cię zmusi do zarabiania dużych pieniędzy, by płacić tym, którzy wszystko zrobią za ciebie«”.
Może sam nie sprzątał swoich apartamentów, ale sam je urządzał, projektował w najmniejszych szczegółach. Uwielbiał otaczać się pięknymi przedmiotami, choć się do nich nie przywiązywał. Kilka lat temu wystawił na aukcji swoją kolekcję mebli z XVIII wieku i cenne klasyczne obrazy. Dostał za nie ponad 30 milionów dolarów. I już planował, czym zapełni puste wnętrza. Kochał książki i one wypełniały po sufit jego pracownię na rue de Lille w Siódmej Dzielnicy. Kupował je na tony. I wciąż ubolewał, że nie zdąży przeczytać wszystkiego, co chciałby. Czas, znów czas.

Paryż wrze. Wieża Eiffla stoi, jak stała. I obelisk na placu de la Concorde, i Luwr. Ale Lagerfeld już nigdy nie pójdzie na spacer brzegiem Sekwany, nie wychyli się z limuzyny przy Grand Palais, nie podniesie ręki w triumfalnym geście na koniec pokazu. Nie ma już ludzi takiego formatu. Odchodzą powoli. Ta przyszłość, którą tak cenił Lagerfeld, wcale nie przynosi nowych autorytetów.

Globalizacja i unifikacja nie rodzi geniuszy.

Geniusz Karla pozwolił mu robić rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydawały się szaleństwem. Udostępnić luksus? Czemu nie. Jako pierwszy wszedł w kooperację z sieciówką H&M, tworząc dla niej specjalną linię. Jako pierwszy zerwał z odwiecznym rytmem tworzenia kolekcji prêt-à-porter dwa razy do roku. W ostatnich latach tworzył nawet 12 kolekcji. Wiedział, że małe kolekcje zarabiają na to, by powstawały kolekcje główne, do których zużywał nawet po 30 czy 40 kilometrów materiałów. Nigdy nie liczył się z finansami. Scenografie do jego pokazów kosztowały kilka milionów euro i nikt w Chanel nie mrugnął okiem.
Miał rękę do talentów i jako jeden z nielicznych projektantów wciąż powtarzał, że modelka musi być szczupła. Claudia Schiffer, żegnając Mistrza, napisała: „Z nieśmiałej niemieckiej dziewczyny zrobiłeś mnie supermodelką”. Naomi Campbell: „Otworzyłeś mi oczy”. Kiedy do finału jednego ze swoich pokazów wybrał jedną z Kardashianek, Kendall Jenner, mówiono, że chyba oszalał. Nie zmienił zdania. Wciąż zresztą powtarzał: „Polegam jedynie na własnej intuicji”.
Dystans do swojego geniuszu skracał niezwykłym poczuciem humoru. „Czy jest pan narcyzem?”, zapytał Lagerfelda dziennikarz Discovery Channel. Odpowiedział: „Narcyzm to dobra rzecz, bo nie pozwala się zaniedbywać. Tak traktowany powinien być obowiązkowy, to instynkt przetrwania. Gdy widzę się w lustrze? Cóż… w stosunku do niektórych znajomych wyglądam nieźle”.

Legendą się nie bywa. Legendą się jest

Legendą się nie bywa. Legendą się jest. Karl Lagerfeld nie był modny. On był modą. Pomimo wieku najbardziej żywiołowy z projektantów. Publikował, fotografował, rysował, projektował, jeździł po świecie, kreował trendy, nowe marki, otwierał muzea, dyskutował z wielkimi. I nigdy nie wydoroślał. „Robię to samo co w wieku pięciu lat”, mawiał. „Rysowałem stroje, nie znając jeszcze słowa moda”. Olivier Rousteing, projektant Balmain: „Byłeś szkołą dla nas wszystkich”.
Czego nauczył nas Karl? Co po nim pozostanie prócz milionów torebek, butów, żakietów, spódnic sygnowanych markami Chanel, Fendi czy jego własną marką Karl Lagerfeld? „Nie mam pojęcia, jaki ślad chciałbym lub mógłbym pozostawić po sobie”, mówił. „Nie warto mnie pytać, co po mnie zostanie. Ja jeden nigdy się tego nie dowiem”.
Dekalog według Lagerfelda? Proszę bardzo. Po pierwsze: Zawodzenie nad własną przeszłością to początek końca przyszłości. Po drugie: Jeśli polubisz to, co robisz, nie będziesz musiał nigdy pracować. Po trzecie: Moda to gra, w której trzeba grać na poważnie. Po czwarte: W małej czarnej albo w małym czarnym żakiecie nigdy nie wygląda się ani zbyt elegancko, ani nie dość elegancko. Po piąte: Trzeba być wojownikiem, inaczej będziesz zdeptany. Po szóste: Tatuaże są okropne. To jakby całe życie chodzić w sukience Pucci. Po siódme: Zapach książek to najpiękniejszy zapach na świecie. Po ósme: Ważne nie są wszelkie znajomości, ważne są właściwe znajomości. Po dziewiąte: Jest w życiu taka chwila, w której musisz zaakceptować fakt, że ktoś inny jest od ciebie młodszy, świeższy i gorętszy.
I w końcu po dziesiąte: Szczypta humoru i odrobina lekceważenia – oto czego trzeba do przetrwania legendy. 

Tekst Katarzyny Przybyszewskiej-Ortonowskiej, redaktor naczelnej dwutygodnika VIVA! i magazynu VIVA! MODA znajdziecie w magazynie VIVA! MODA! Już w sprzedaży!

Wideo

Jennifer Lopez uhonorowana nagrodą Fashion Icon 2019!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Odkrywamy zaskakującą szafę Małgosi Kożuchowskiej
Supermodelka Anna Jagodzińska i jej szaleństwa