W czasie wojny był więźniem Auschwitz, po wojnie został aktorem i często grał esesmanów. Historii Augusta Kowalczyka nie da się zapomnieć
Chciał zostać księdzem, ale te plany przekreślił wybuch wojny. Choć miał wtedy zaledwie 18 lat, postanowił walczyć. Nie zdążył. Niemcy złapali go i uwięzili w obozie koncentracyjnym Auschwitz. August Kowalczyk przeżył tam piekło, o czym opowiadał do końca życia. Podobnie jak o ucieczce z obozu. Po wojnie został aktorem i - jak na ironię - często był obsadzany w rolach oficerów SS. I grał ich tak, że widzów przeszywał dreszcz.

Niektórzy aktorzy potrafią przekonująco zagrać zło. August Kowalczyk znał je zbyt dobrze, nie musiał go sobie wyobrażać. Kiedy w „Stawce większej niż życie” i wielu innych filmach zakładał mundur SS, widzowie widzieli świetnego aktora. Niewielu wiedziało, że pod kostiumem krył się człowiek, który naprawdę patrzył w oczy esesmanom z Auschwitz. Człowiek oznaczony numerem 6804. Jeden z nielicznych, którym udało się uciec z obozowego piekła. Dziś, 15 sierpnia mija 105. rocznica jego urodzin. Jego historia opowiada nie tylko o wojnie. Ale też o odwadze, wdzięczności dla ludzi, którzy mu pomogli ryzykując własnym życiem i odpowiedzialności za pamięć.
August Kowalczyk – obóz i ucieczka z piekła
August Kowalczyk miał dziewiętnaście lat, kiedy w 1940 roku próbował przedostać się przez Słowację do formującego się we Francji Wojska Polskiego. Został zatrzymany, wydany Niemcom i trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Otrzymał numer 6804. „ Jedziemy nocą w nieznane aby już nad ranem znaleźć się na stacji kolejowej, na której murze widnieje napis Auschwitz. (…) Po 4 godzinach, ogolony, ostrzyżony, w pasiaku, z numerem na piersi stałem na placu apelowym obozu koncentracyjnego”, pisał we wspomnieniach. Początkowo wierzył, że obóz można przeżyć. Bardzo szybko zrozumiał, że tutaj śmierć jest codziennością, a życie zależy od przypadku, kaprysu strażnika albo odrobiny szczęścia. Został przydzielony do ciężkich robót budowlanych. Więźniowie pracujący na budowach mieli czasem kontakt z ludnością cywilną, co było zabronione i karane, dlatego że ludzie próbowali ich zaopatrywać w jedzenie, leki. Niektórzy strażnicy dawali się przekupić i przymykali oko na te kontakty.
Zobacz także: Władysław Bartoszewski kochał kobiety niezwykłe. Jedna była żołnierzem-minerem, druga patrzyła śmierci w oczy
Ale August Kowalczyk nie miał tego szczęścia. Odbierał właśnie zostawioną w schowku paczkę z żywnością i lekarstwami, kiedy został złapany. Po przesłuchaniach, które trwały dwa tygodnie, skierowano go do karnej kompanii, co praktycznie oznaczało wyrok śmierci. Kowalczyk, kiedy trafił do obozu był bardzo młodych człowiekiem, absolwentem liceum. Miał iść do seminarium, w każdym razie tak wymarzyła sobie jego matka. Nie znał jeszcze dobrze życia, a musiał nauczyć się życia w opresji, w ostatecznym zagrożeniu.

Chłopak trafił do kompanii karnej w Birkenau, gdzie budowano nowy, ogromny obóz Auschwitz II-Birkenau. Czuł, że niedługo zginie - jeśli nawet nie zostanie rozstrzelany, to mordercza praca i chłosta, na którą go skazano, zrobią swoje. 10 czerwca 1942 roku wydarzyło się coś, co wydawało się niemożliwe. Po gwizdku obwieszczającym zakończenie pracy około pięćdziesięciu więźniów rzuciło się do desperackiej ucieczki. Niemcy otworzyli ogień. Wielu zginęło natychmiast, inni zostali schwytani. Ostatecznie wolność odzyskało zaledwie dziewięciu. Wśród nich był August Kowalczyk, który rzucił się w krzaki, a potem uciekł do lasu. W swoich wspomnieniach pisał: „Przede mną las... Brama do wolności”. Nie wiedział jeszcze, że najtrudniejsze dopiero przed nim.
Bez dobrych ludzi nie przeżyłby kilku dni
Przez kolejne dni ukrywał się we wsi Bojszowy na Śląsku. Pomagali mu ludzie, którzy ryzykowali własnym życiem. Rodziny Lysków i Sklorzów dały mu schronienie, gdy zobaczono go na polu. Choć za pomoc zbiegłemu więźniowi groziła natychmiastowa śmierć. Przypadkowo spotkani ludzie dali mu jedzenie i przebrali w kobiece ubrania - spódnicę, bluzkę, chustkę na głowę, żeby zmylić pogoń. Kowalczyk stał przebrany na polu, kiedy przejechał niemiecki żandarm, ale nie rozpoznał go. Nie sposób sobie dzisiaj wyobrazić, jak trudno było przetrwać w czasie takiej obławy. Niemcy ścigali bezwzględnie zbiegłych więźniów, mieli tropiące psy, które szły po zapachu. To były tereny gdzie mieszkali Polacy i Niemcy, w każdej chwili groziła wpadka. Uciekinier był przemoczony, głodny, wycieńczony, biegł na bosaka. Do tego wiadomo było, że za ucieczkę jednych, Niemcy rozstrzelają innych więźniów. Nie trzeba nawet wspominać, jakie to przeżycia.
Czytaj również: Aleksander Bardini w czasie wojny przeżył piekło, potem aresztowało jego ukochaną. Nowa biografia ujawnia nieznane fakty z życia legendarnego aktora
Po kilku dniach ukrywania się w zbożu August Kowalczyk trafił do domu Anny i Alojzego Lysków, gdzie przez kilka tygodni ukrywał się na poddaszu. Do końca życia powtarzał, że to oni są prawdziwymi bohaterami jego historii - Lyskowie, także Gertruda oraz Łucja i Róża Sklorz. Nigdy nie przedstawiał swojej ucieczki jako własnej wygranej. Mówił raczej o łańcuchu dobra, bez którego nigdy by sobie nie poradził. Z czasem wyrobiono mu fałszywą kenkartę na inne nazwisko. Pomogła mu kolejna osoba, Helena Stupkowa, która była kontaktem z Armią Krajową, punkt kontaktowy był w drogerii w Oświęcimiu. August Kowalczyk dostał się w okolice Miechowa, trafił do partyzantki, złożył przysięgę i aż do końca wojny walczył w Armii Krajowej.
Grał ludzi, przed którymi kiedyś uciekał
Po wojnie los napisał dla niego scenariusz, którego nie wymyśliłby żaden dramaturg. Trafił do teatru. Najpierw do legendarnego Teatru Rapsodycznego, później na sceny Warszawy i Częstochowy. Zagrał setki ról teatralnych oraz dziesiątki filmowych. Paradoks polegał na tym, że pomimo traumy wiele razy grał niemieckich oficerów. Obok roli oficera SS, Dehnego w "Stawce większej niż życie" (1968) zagrał niemieckiego zbrodniarza wojennego gen. Jodla w "Epilogu norymberskim" w reżyserii Jerzego Antczaka z 1971 roku. Z kolei w serialu "Polskie drogi" Janusza Morgensterna z 1977 roku Kowalczyk wcielił się w postać gestapowca Schroedera. Grał esesmanów, ludzi, którzy byli jego oprawcami. Niektórzy pytali, jak sobie z tym radzi. Odpowiadał, że aktorstwo nie jest zemstą ani terapią. Jest opowieścią o człowieku.
August Kowalczyk zagrał też wiele innych ról m.in. w ekranizacji „Chłopów” , w „Janosiku”. Kreował wiele ról w telewizyjnej „Kobrze”. Był wieloletnim dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie. Na podstawie swoich wspomnień z Auschwitz napisał wstrząsający monodram „6804” – tytuł pochodził wprost z numeru obozowego aktora. Od początku lat 80. jeździł z nim po Polsce, swój ostatni występ dał w samym Oświęcimiu w 2012 roku, w 70. rocznicę ucieczki z obozu. Miał wówczas 90 lat, umarł dwa miesiące później.

Chciał przynosił żonie pudełko ciastek w niedzielę. Długo szukał rodzinnego szczęścia
Mówił o sobie, że najbardziej ze wszystkiego pragnął mieć dom. Był spragniony zwyczajnego życia, w którym w niedzielę mąż wraca z cukierni z paczką ciastek przewiązaną kokardą. To właśnie ten obrazek zapamiętany z młodości stał się jego definicją szczęścia. Paradoks polega na tym, że August Kowalczyk szukał tego szczęścia przez całe życie. Cztery razy stawał na ślubnym kobiercu i dopiero ostatnie małżeństwo przyniosło mu prawdziwy spokój.
Pierwszą żoną aktora była Maria Zbrożek. Pobrali się, gdy Kowalczyk zbliżał się do trzydziestki. Doczekali się syna Marka, ale po siedmiu latach ich drogi się rozeszły. Aktor nigdy nie ukrywał, że marzył o rodzinie, lecz nie zawsze potrafił ocalić własne związki. tYm bardziej, że podobał się kobietom, miał powodzenie.
Drugą żoną została prawniczka Gabriela Stawińska, córka ministra przemysłu lekkiego z czasów PRL - Eugeniusza Stawińskiego. Ich historia zaczęła się niemal filmowo – zakochała się w nim, oglądając go na ekranie w "Piatce z ulicy Barskiej", a później specjalnie chodziła na jego spektakle. Mieli syna Marcina, a ich małżeństwo trwało aż siedemnaście lat. Rozpadło się jednak po romansie aktora z młodszą koleżanką z teatru. Kowalczyk po latach otwarcie przyznawał się do błędów i mówił, że żona nigdy nie wybaczyła mu zdrady.

Trzecią żoną była aktorka Krystyna Królówna, niezapomniana Hanka z serialowych „Chłopów”. Mówił, że nie była może piękna, ale urzekała. Tak, że trudno było od niej oczy oderwać. Ich uczucie rodziło się powoli, na planie filmowym i początkowo brało się z fascynacji zawodowej. Sam Kowalczyk wspominał, że Krystyna Królówna była pierwszą kobietą, której nigdy nie zdradził. Przez dziesięć lat uchodzili za bardzo zgodne małżeństwo, ale tym razem to Królówna zakochała się w innym, młodszym mężczyźnie i odeszła. Aktor bardzo boleśnie przeżył to rozstanie.
Po trzecim rozwodzie był przekonany, że już nigdy się nie ożeni. Los zdecydował jednak inaczej. Gdy miał ponad siedemdziesiąt lat, poznał Eugenię Gromysz. To ona została jego czwartą żoną i – jak sam mówił – największą miłością życia. Pobrali się tuż przed jego 75. urodzinami i pozostali razem aż do śmierci aktora w 2012 roku.
Czy lekko traktował małżeństwa? Raczej nie, po doświadczeniu Auschwitz rozpaczliwie potrzebował bliskości. Wojna odebrała mu młodość, poczucie bezpieczeństwa i zwyczajność. Przez całe życie próbował je odzyskać. Sam przyznawał, że nie znosił samotności i zawsze marzył o prawdziwym domu. Być może właśnie dlatego, mimo kolejnych rozczarowań, nie przestawał wierzyć, że jeszcze można zacząć od nowa. A kiedy w późnym wieku spotkał Eugenię, miał powiedzieć, że przydarzyło mu się „coś najbardziej niezwykłego w życiu”. I tym razem już niczego nie musiał szukać.
Do końca życia był wdzięczny tym, którzy ratowali więźniów
Angażował się w działalność Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Polskiej Unii Ofiar Nazizmu oraz Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Z jego inicjatywy powstała idea Pomnika-Hospicjum w Oświęcimiu – miejsca poświęconego pamięci ludzi, którzy ratowali więźniów Auschwitz. Wierzył, że pamięć nie może być wyłącznie pomnikiem. Musi być także konkretnym dobrem czynionym drugiemu człowiekowi. Co poruszające, ostatnie dni swojego życia spędził właśnie w tym hospicjum. August Kowalczyk odszedł 29 lipca 2012 roku. Miał 90 lat. Został pochowany na warszawskich Powązkach. Pozostawił po sobie nie tylko świetne role. Jego książka „Refren kolczastego drutu” to przejmujące świadectwo o Auschwitz.