Leonard Cohen urodził się w Montrealu w 1934 roku jako dziecko Nathana i Marshy. Jego nazwisko po hebrajsku znaczy „rabin”. Ojciec, inżynier z wykształcenia, był weteranem pierwszej wojny światowej i jednym z pierwszych Żydów, którzy w kanadyjskiej armii otrzymali stopień oficera. Zawsze wytworny, świetnie ubrany, trochę staroświecki jak na tamtą epokę, paradował niekiedy z monoklem w oku. To po nim Leonard odziedziczył poczucie obowiązku i słabość do wypolerowanych butów, spinek do mankietów czy kapeluszy. Jego matka, dyplomowana pielęgniarka, wywodząca się z Litwy, mówiąca z polskim akcentem, była wzorową żydowską gospodynią. Kobietą energiczną, obdarzoną pięknym głosem – Cohen zawsze mówił, że lepiej od niego śpiewała i wpoiła mu miłość. Przekazała mu skłonność do melancholii i depresji…
WIDEO…
„Czy z tego hobby da się wyżyć?”
Rodzina Cohenów cieszyła się względnym dobrobytem i dużym szacunkiem w lokalnej społeczności, choć jako anglojęzyczna nie mówiła po francusku. Leonard, zajmujący pokoik na tyłach domu z oknem wychodzącym na park, gdzie bawił się z ukochanym psem, mógł powiedzieć, że miał szczęśliwe dzieciństwo. Nigdy nie zbuntował się przeciw rodzinie, bo, jak mówił, byli to niespotykanie przyzwoici ludzie, a wyniesiona z domu religia przez całe życie wspierała go w trudnych chwilach.
Nim Cohen zyskał miano światowej gwiazdy muzyki, był kanadyjskim poetą z Montrealu. Jego młodzieńcze tomiki wierszy spotkały się z ciepłym przyjęciem, więc w środowisku studenckim szybko stał się lokalną sławą. Najczęściej przesiadywał w kultowym lokalu Bens de Luxe Delicatessen, słynącym z kanapek z peklowaną wołowiną. Spędzał tam nocne godziny, szkicując pierwsze wiersze, frazy, idee, które po latach trafiały do jego piosenek. „Zdarzało się jednak, że mój wujek lub dziadek brał mnie na stronę i mówił: »Masz bardzo sympatyczne hobby, ale czy z tego da się wyżyć?«”, wspominał. To były słowa prorocze, bo do 32. roku życia, tworząc poezję i powieści, takie jak „Piękni przegrani”, nie starczało mu pieniędzy na opłacenie rachunków.
Hydra, wyspa wolności
„Życiem każdego człowieka kieruje jakaś dłoń”, mówił Cohen i ta dłoń pokierowała go na grecką Hydrę, gdzie dotarł parowcem. Maleńka wyspa, na której cały transport opierał się na osiołkach, była tak tania w latach 60., że mógł tam żyć za grosze. Urok osobisty Cohena i wrodzona uprzejmość sprawiły, że szybko został przyjęty przez społeczność hipisujących artystów imigrantów. Na ich tle wyróżniał się strojem, chadzając podczas upałów po brukowanych uliczkach w idealnie skrojonym, ciemnym garniturze i eleganckich butach. Kiedy zszokowani hipisi w kolorowych, zwiewnych szatach pytali go, dlaczego nie nosi lekkich ubrań jak wszyscy, odpowiadał z właściwą sobie powagą: „Poezja to poważna sprawa. Jeśli zamierzam służyć muzom, muszę być ubrany jak urzędnik w ich banku”.
Słońce, bezkresne morze i retsina sączona w dużych ilościach i mieszana z narkotykami utwierdzały go, że jest to najlepsze miejsce na ziemi. Po jakimś czasie za pieniądze ze spadku po zmarłej babce Cohen nabył dwupiętrowy dom na zboczu wzgórza za 1500 dolarów, który był pierwszym z wielu domów, jakie miał później posiadać w różnych zakątkach świata. Nigdy go nie sprzedał. „Lubię moje biurko w tym domu, coś jest tam w świetle, że zawsze to na mnie działa”, mówił. I lubił tam wracać.
Kobiety, muzy, kochanki…
Najważniejszym odkryciem na Hydrze była Marianne, typowa nordycka piękność i obiekt westchnień wszystkich mężczyzn. Ale to Cohen wpadł jej w oko. Wieczorami jak inne pary udzielali się towarzysko, biesiadując w tawernach. Marianne czasem tańczyła na dziedzińcu kafejki, wtedy cierpliwie czekał przy stoliku, podziwiając ją, jak umie się cieszyć życiem. Była to szaleńcza miłość, a Marianne stała się jego najważniejszą muzą. Po latach, gdy ta historia się wypaliła, napisał jeden z najpiękniejszych listów pożegnalnych, jakie kiedykolwiek powstały „So Long, Marianne”. Gdy umierała, wysłał do niej poruszający list: „Wiedz, że jestem tak blisko za Tobą, że jeśli wyciągniesz rękę, możesz dosięgnąć mojej…”. Odszedł niespełna cztery miesiące po niej, 7 listopada 2016 roku.
Kobiety były dla Cohena powracającym motywem i absolutną koniecznością. Kochał je, zdradzał i wpadał w kolejne romanse. Choć nazwano go kobieciarzem, on sam mówił, że jest to fascynacja pięknem i głęboka potrzeba duchowo-fizycznej bliskości z drugą osobą. Nie potrafił jednak stworzyć klasycznego domu i do końca pozostał wędrowcem. Każdą z tych ważnych relacji upamiętnił w swoich arcypięknych piosenkach. „Suzanne” stworzył dla żony swojego przyjaciela Suzanne Verdal, chociaż była to intymna, niemal platoniczna fascynacja. Zapraszała go do siebie na herbatki z pomarańczami i spacery nad rzeką… O spotkaniu z Janis Joplin w 1968 roku krążą legendy. Cohen wszedł do windy w legendarnym nowojorskim Hotelu Chelsea. W środku stała Janis. Nagle spojrzała na niego i spytała, czy nie wie, gdzie jest Kris Kristofferson, z którym szukała kontaktu. Niewiele myśląc, wypalił bez mrugnięcia oka: „Szczęśliwie się składa, że to ja jestem Kris Kristofferson”. Joplin roześmiała się, bo Cohen nie przypominał przystojnego gwiazdora country, ale zachwycona jego bezczelnością i dowcipem, spędziła z nim resztę nocy. Epizod z ikoną rocka przyniósł po latach jeden z najbardziej szczerych utworów o miłości i pożądaniu „Chelsea Hotel No. 2”.
Prawdziwą rewolucję w życiu Cohena zrobiła jednak 19-letnia Suzanne Elrod, poznana w Nowym Jorku, jego muza i długoletnia partnerka, której poświęcił piosenkę „The Gypsy’s Wife”. Była energiczną, bardzo zaborczą i pewną siebie kobietą. Imponowała Cohenowi spontanicznością. „Boże, jak tylko widzę jej tyłek, zapominam o wszystkich złych rzeczach, jakie się między nami zdarzały”, mówił. Z ich burzliwego związku w latach 70. narodziło się dwoje utalentowanych dzieci: Adam, który poszedł w ślady ojca i zajął się muzyką oraz przejął pieczę nad dorobkiem Cohena, oraz Lorca, fotografka, twórczyni artystycznych wideoklipów inspirowanych piosenkami ojca. Choć Cohen podarował Suzanne pierścionek zaręczynowy, nigdy się jej nie oświadczył w obawie, że utraci swoją wolność.
Ani z niego rockman, ani operowy śpiewak
Decyzja o wejściu w świat muzyki była aktem determinacji. Leonard zaczął śpiewać, żeby nie umrzeć z głodu. Nie miał ani operowego głosu, ani dynamiki rockmana, ale miał opanowanych sześć prostych akordów na gitarze, nienaganny zmysł rytmu i teksty, które brzmiały jak poezja pisana na krawędzi nocy. Ale łatwo nie było. Podczas nagrywania jednej z pierwszych płyt producent muzyczny uznał, że głos Cohena jest zbyt matowy, niski i monologowy. Zasugerował, aby Leonard napił się ciepłego mleka z miodem lub oddał śpiewanie bardziej doświadczonym wokalistom. Cohen wysłuchał rady, wypił szklankę ginu z tonikiem i od tamtej pory nikt już nie ważył się go poprawiać, jak wspominał po latach. Jego pierwszy album „Songs of Leonard Cohen” nie od razu przebił się do szerokiej publiczności, co skomentował z właściwym sobie poczuciem humoru: „Między 30. a 35. rokiem życia poeta zgodnie z tradycją odbiera sobie życie. W tym wieku człowiek zaczyna rozumieć, że wszechświat nie spełni wszystkich jego oczekiwań za życia”. Jeszcze w Montrealu zawsze widział siebie jako kogoś, kto w przyszłości będzie śpiewał, i często robił to przed lustrem, akompaniując sobie na gitarze. Kiedy jednak na Uniwersytecie Stanowym Buffalo miał wystąpić przed wypełnioną po brzegi salą, trząsł się jak osika na wietrze. Trema szczęśliwie przeszła, ale nie przeszły kompleksy: „Mam straszny głos, poza tym jestem niewysoki, kiepsko zbudowany. Z daleka widać we mnie Żyda, czego nie można powiedzieć o Dylanie”.
„Hallelujah” i męki na podłodze
To, że genialny poeta nie staje się automatycznie gwiazdą estrady, w przypadku Leonarda Cohena miało konkretne przyczyny. Swój pierwszy album wydał w 1967 roku, w wieku 33 lat, gdy rynkiem rządził ruch hipisowski, a słynne hasło brzmiało: „Nie ufaj nikomu po trzydziestce”. Cohen zaś wyglądał i zachowywał się jak przybysz z zupełnie innej epoki. Zamiast kolorowych strojów, nosił z elegancją skrojone na miarę garnitury, co nijak się miało do wizerunku młodych buntowników, takich jak Bob Dylan. Zazdrościł mu nie tylko scenicznego luzu i młodości (był siedem lat od Dylana starszy), ale też łatwości tworzenia.
Dzisiejsze „Hallelujah” Leonarda Cohena to globalny hymn, dzieło wszech czasów, śpiewane przez setki artystów. Mało kto jednak pamięta, że ta monumentalna kompozycja rodziła się w bólach i została odrzucona przez wytwórnię płytową. Utwór powstawał w obsesyjnym, niemal desperackim procesie. Cohen pracował w samych bokserkach, leżąc na podłodze w pokoju nowojorskiego Hotelu Royalton, uderzając głową w dywan z frustracji. Według różnych szacunków napisał od 80 do 150 zwrotek. Jedna z wersji głosi, że tak mocno wbił długopis w materac, że niemal przebiegł go dreszcz obłędu. Piosenka nie miała być słodką, religijną pieśnią pochwalną, lecz głęboką refleksją nad złamaną miłością, seksem, zdradą i świętością codzienności, a słowo „hallelujah” okrzykiem rozkoszy, rozpaczy, rezygnacji i triumfu.
Kiedyś Dylan zagadnął go, jak długo pisał „Hallelujah”. Cohen aż poczerwieniał i skłamał: „Około dwóch lat”. W rzeczywistości pracował nad tym utworem niemal pięć lat, biczując się każdym słowem i przerabiając dziesiątki odrzuconych zwrotek. „A tobie ile zajęło napisanie poruszającej piosenki »I and I«?”, zapytał Cohen. „Jakieś 15 minut”, odpowiedział Dylan. Nie szczędził jednak pochwał dla twórczości Cohena, co u kapryśnego króla sceny folkrockowej było rzadkością: „Jego melodie są jak modlitwy. Zostają w głowie na zawsze. Kiedy myślisz o Leonardzie, myślisz o kimś, kto ma w sobie spokój i wielkość”, mówił.
Depresja, używki i pobyt w klasztorze zen
Cohen przez dekady borykał się z ciężką, obezwładniającą depresją. Szukając ukojenia, sięgał po amfetaminę, alkohol, LSD i leki psychotropowe. Wino i papierosy stanowiły stały element jego wizerunku i rytuału pracy nad tekstem. Dopiero w połowie lat 90., gdy paraliżujący mrok wciąż nie ustępował, zdecydował się na krok drastyczny – wycofał się z życia publicznego i zamknął się w klasztorze zen Mount Baldy pod Los Angeles, gdzie przez pięć lat nosił imię Jikan, czyli Cichy. W dyscyplinie i milczeniu miał odnaleźć wreszcie spokój ducha, którego nie dały mu ani używki, ani sława. Jak się potem okazało, jego głównym zadaniem nie było wcale ciągłe medytowanie, ale… bycie osobistym kucharzem i kierowcą 80-letniego mistrza Sasaki Roshiego, który kochał dobre jedzenie i drogi alkohol. Sam Cohen wspominał po latach z uśmiechem, że jego wielogodzinny „trening duchowy” polegał często na tym, iż siedział w nocy z mistrzem w drewnianej chatce i polewał mu francuski koniak Courvoisier, podczas gdy Roshi wybuchał śmiechem i powtarzał: „Leonardzie, jesteś bardzo złym mnichem, ale robisz świetne drinki!”.
„Dziękuję, że nie zbankrutowałem wcześniej”
Ostatni akt życia Cohena przypomina scenariusz filmowy. Kiedy na początku XXI wieku powrócił z klasztoru, dowiedział się, że jego menedżerka sprzeniewierzyła niemal cały jego majątek, około pięć milionów dolarów, zostawiając go na skraju bankructwa. Zamiast się poddać, ponad 70-letni Cohen spakował jednak walizki i ruszył w wieloletnie, wyprzedane do ostatniego miejsca trasy koncertowe na całym świecie. Krytycy obawiali się, że wyprzedane trasy będą smutnym widowiskiem finansowej desperacji. Tymczasem Cohen przekształcił tę tragedię w osobisty triumf. Ludzie gromadzili się w kompletnej ciszy, by słuchać klasyków na czele z „Hallelujah”, śpiewanych przez artystę, który przeszedł przez własne piekło, przeżył swoje miłości i wrócił, by opowiedzieć o tym z klasą i dostojnością.
Gdy na jednym z pierwszych koncertów w Londynie publiczność zgotowała mu 10-minutową owację na stojąco, wyciągnął kapelusz, ukłonił się nisko do samej ziemi i powiedział ze sceny: „Ostatni raz stałem przed wami, gdy miałem 60 lat i byłem tylko dzieciakiem z szalonymi marzeniami. Od tamtej pory przeczytałem mnóstwo poradników i przestudiowałem wiele religii… ale nic nie pomogło. Więc jestem tutaj znowu. I muszę szczerze podziękować mojej byłej menedżerce – gdyby mnie nie okradła, nigdy nie poczułbym znów tej miłości”.
Potrafił ubrać w słowa to, co w ludzkim doświadczeniu najtrudniejsze: rozczarowanie, samotność, pożądanie i ułomną wiarę. Szedł do kresu miłości i do kresu samego siebie, nie oszczędzając się po drodze. Zostawił po sobie wspaniałą muzykę, udowadniając, że nawet w największym mroku kryje się szczelina, przez którą wpada światło.
Przy pisaniu inspirowałam się biografami: „Leonard Cohen. Życie sekretne”, Anthony’ego Reynoldsa oraz „Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów”, Christophe’a Lebolda.
Tekst: Elżbieta Pawełek.