Na miłość nigdy nie jest za późno. Po raz trzeci brała ślub po 60-tce. Tylko VIVIE! Katarzyna Grochola zdradza, jak jedno przypadkowe spotkanie odmieniło jej życie

Katarzyna Grochola
„Pragniemy żyć w dobrych związkach, w których będziemy spełnieni.
Ale to jest dla wielu za trudne, łatwiej kogoś złapać z Tindera”, mówi Katarzyna Grochola w rozmowie z Elżbietą Pawełek. Po sześćdziesiątce wyszła za mąż, co graniczyło z cudem. W najnowszej książce daje przepis
na szczęście. Niemożliwe? „Właśnie że tak!”
Po 20 latach wskrzesiłaś Judytę, kultową bohaterkę swojej bestsellerowej powieści „Nigdy w życiu!”. Skąd pomysł, żeby dać jej drugie życie w nowej powieści „Właśnie że tak!”?
Moja córka poprosiła mnie w czasie pandemii, żebym napisała wesołą książkę. A jak córka prosi, to mama musi. Pisałam więc z wyraźną tezą, że książka ma być dobra, przyjazna, otulająca i nic strasznego nie może się wydarzyć.
– Co takiego jest w Judycie, że pokochały ją miliony Polek?
Skąd mogę wiedzieć, dlaczego ktoś kogoś kocha. Wiem, dlaczego ja ją kocham. Bo jest odważna, niekonsekwentna, roztrzepana, niegłupia, chce zbawiać świat i trochę chce zbawić siebie. Myślę, że jest typem przeciętnej kobiety.
– Taka polska Bridget Jones, która pokazuje, że można…
…porwać się z motyką na słońce i nie ma na to lepszej chwili niż obecna, z czego sama korzystam. Jedna z bliskich mi japońskich zasad mówi: „Zacznij teraz i skończ, nawet jeśli jest to niedoskonałe”. Świetne, bo następnym razem unikniemy błędów. A nas uczą: Musisz być perfekcyjna, zastanów się 10 razy, zanim coś zrobisz, odłóż na potem…
– Stworzyłaś Judytę na swoje podobieństwo. Tak jak Ty odpisywała na listy czytelników i podobnie jak Tobie rozpadło jej się małżeństwo…
Dałam jej kawałek siebie, który, nie wiem, jak to nazwać, jest do pokazywania czy do zaakceptowania. Nie chciałam z niej robić kobiety nieprawdopodobnie przeżywającej różne rzeczy, tkwiącej w toksycznym związku. To nie jest jeden do jednego, ale nie zapomnę, kiedy Ewa Telega czytała moją pierwszą książkę „Nigdy w życiu!” i z tyłu sali odezwał się głosik mojej córki: „To tak było, tak było…”.
– Nie pisałaś o zmaganiach z ciężką chorobą nowotworową, a może warto było podzielić się nimi z czytelnikami?
– Przyjdzie na to czas. Piszą do mnie chore dziewczyny, ponieważ jestem przykładem, że nie każdy rak kończy się śmiercią, więc czerpią ze mnie otuchę. Sama choroba nowotworowa to nie jest temat, raczej jak się pojawia i jak ją przeżywamy, czy jest przy nas ktoś bliski…
– Miałaś przy sobie rodziców, przyjaciół i Pana Boga.
Pan Bóg był zawsze.
– Jesteś bardzo religijna, ale czy wiara pomaga?
Bardzo pomaga, jak tylko sobie o niej przypomnę, bo często zapominam…
– Idąc tropem Judyty, widzimy, że w kobietach jest wielka siła. Są coraz lepiej wykształcone i świadome swoich praw. Czy to pomaga im lepiej żyć?
Być może pomaga, ale nie we wszystkich zakresach. Kobiety stały się wymagające, ostre i nie pozwalają sobie na okazywanie słabości. Oczekują zaś od facetów delikatności i wrażliwości, ale jak im się trafi taki mężczyzna, to jest wyśmiany. Trochę się wywyższamy po latach patriarchatu i bierzemy odwet za to, co faceci kiedyś robili kobietom. Jestem za tym, żeby kobiety były zabezpieczone, dbały o siebie, ale też nie użynały jaj facetom (śmiech).
– Wróćmy do Judyty.
Judyta nie użyna…
– No właśnie, ona uczy kobiety, jak kochać i być kochaną, i prowadzi biuro matrymonialne w starym stylu, niemające nic wspólnego z Tinderem.
Sama kiedyś pracowałam w biurze matrymonialnym. Okazuje się, że jest powrót do tradycyjnych biur matrymonialnych, które stały się marką premium. Płaci się w nich ciężkie pieniądze, ale mają psychologów i specjalistów pomagających w doborze par. Rzeczy prawdziwe mają sens, czyli prawdziwe spotkania z drugim człowiekiem, seks z drugim człowiekiem, a nie na łączach internetowych. W świecie podsuwającym nam ciągle przyjemności, kolejne orgazmy, zrób go sobie tak lub tak, można się łatwo zatracić.
– Wpadła mi w ręce książka pod tytułem „Dlaczego mężczyźni pragną seksu, a kobiety potrzebują miłości”. Wiesz dlaczego?
Myślę, że kobiety też bardzo pragną seksu, i ich wyzwolenie na tym polu trochę mężczyzn peszy. Mężczyźni nie chcą być traktowani jak zabawki do zaspokajania pożądania, też pragną miłości, tak jak my wszyscy. Pragniemy żyć w dobrych związkach, w których będziemy spełnieni. Ale to jest dla wielu za trudne, łatwiej kogoś złapać z Tindera.
– Byłaś w przemocowym związku. Myślisz, że dużo kobiet tkwi w takich?
Myślę, że bardzo dużo, z czego niektóre kobiety albo nie zdają sobie sprawy, albo nie potrafią z nich wyjść, bo są całkowicie uzależnione od męża czy partnera. Żyją w wygodnym domu, mają samochód i mają zajmować się dziećmi, a tak naprawdę stają się ofiarami przemocy. Ale cóż mogą zrobić, wyjść z dziećmi na ulicę? Żadna kobieta nie lubi być bita, chyba że jest to zabawa w klapsy, a nie prawdziwe bicie. I żadna kobieta nie zasługuje na to, by zostać odrzucona przez społeczeństwo. Choć kobiety odsuwają się od maltretowanych kobiet. Pamiętamy też słynne powiedzonko: „Bo jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”.
– Jak sobie z tym poradziłaś w swoim związku?
To był mój drugi partner, z którym nie mam dzieci, za co Bogu do dzisiaj dziękuję. Ale miałam córkę z pierwszego małżeństwa. Ten związek od początku budził moją wątpliwość, ponieważ on od razu chciał się żenić. A to jest rzadkość, żeby tak natychmiast mężczyzna się deklarował. Wtedy jednak uznałam, że musi mnie bardzo kochać. Nie czułam tego, że jestem powoli odcinana od świata. Mieszkałam na uboczu, do kolejki miałam półtora kilometra, a samochodem nie jeździłam. Nie brałam tego wszystkiego pod uwagę, co potem opisałam w „Trzepocie skrzydeł”. W którymś momencie pomyślałam, że albo coś z tym zrobię, albo popełnię samobójstwo…
– Jak to się skończyło?
Mąż wyrzucił mnie z domu, grożąc, że zabije mnie i moją córkę. Chyba mówił to serio, bo tak szybko nigdy w życiu nie wychodziłam donikąd z dzieckiem, psem, szczurem w klatce, za to bez dokumentów, pieniędzy, czegokolwiek. Po tym zdarzeniu wiedziałam, że kolejny raz zakończy się tragedią. Pojechałam na policję i pokazałam ślad na szyi od duszenia. Zapytali mnie, czy złożę zeznanie przeciwko mężowi. A ja, że nie, na pewno był zdenerwowany. Zachowałam się jak typowa żona przemocowca, bo przecież jak się dowie, to co?
– Wyszłaś z tego mocno poraniona psychicznie?
W tym związku byłam tylko trzy lata, ale odcisnęły się one bardzo na mnie i mojej córce. Jednej rzeczy nie mogę zrozumieć. W „Poradniku Domowym” w tym samym czasie odpowiadałam na listy, które dostawałam od żon alkoholików i kobiet w przemocowych związkach. Radziłam im, gdzie mają się zgłosić, żeby nie trzymały tego w tajemnicy, poprosiły o pomoc przyjaciółkę, kuzynkę, kogokolwiek, żeby wyjść z tego kręgu. A ja miałam taki stopień wyparcia tego, co sama przeżywałam, że do dzisiaj się dziwię. To było coś nieprawdopodobnego. Nie znam mechanizmów wyparcia. Może jest to sposób obrony, która się sprawdziła w innych okolicznościach lub w dzieciństwie.
– Mówi się: „Do trzech razy sztuka”. Wyszłaś po raz trzeci za mąż, będąc już po sześćdziesiątce. Po co był Wam ślub?
Można brać ślub i można go nie brać. Myśmy chcieli i wzięliśmy sobie ślub w ogrodzie pod lipą o zachodzie słońca. Było bardzo miło, a mój mąż w trakcie składania mi obietnicy zapytał, czy strogonow się nie przypala (śmiech). Ale świadkowa go uspokoiła, że nie. Jakoś nie widzieliśmy powodu, żeby nie brać ślubu. No bo na kocią łapę mają żyć starsi państwo? A mogą sobie żyć normalnie.
– Czy poznaliście się przez biuro matrymonialne opisane w książce?
Nie, poznaliśmy się na schodach, w pewnym dworku na benefisie zaprzyjaźnionego saksofonisty i moja przyjaciółka powiedziała: „Kasiu, chyba nie znasz Stasia”.
– Mówił potem, że poznał czarującą kobietę.
Nie wiem, czy byłam czarująca, ale siedzieliśmy do białego rana i gadaliśmy…
– Pocałował Cię?
Tak, ale zapytał wcześniej, czy może to zrobić. Zgodziłam się i pocałowaliśmy się o czwartej nad ranem w świetle słonecznych promieni. Ujął mnie łagodnością, wewnętrznym spokojem, pewną nieśmiałością. A potem się okazało, że pięknie gra…
– Twój wybranek Stanisław Bartosik jest muzykiem. Wydaliście nawet wspólnie płytę pod pięknym tytułem „Moje kochanie”.
Zrobiliśmy ją sobie na siedemdziesiątkę i te wszystkie piosenki na płycie Staszek skomponował dla mnie.
– Jest jakaś recepta, żeby stworzyć szczęśliwy związek?
Przedwczoraj wróciłam późno do domu i mój mąż powiedział przy śniadaniu: „Wiesz, teraz rozumiem, co było złe w moim poprzednim związku. Myśmy się bez przerwy dopytywali: »Co zrobiłeś, gdzie byłaś, nie uprzedziłaś, że później wrócisz«. A dzisiaj rozumiem, że nie mogę cię ani śledzić, ani kontrolować czy mieć pretensji o to, że wrócisz późno”. Powiedział to tak łagodnie i było mi głupio, bo wystarczył jeden telefon, żeby powiedzieć, że mam spotkanie.
– Nie jest o Ciebie zazdrosny?
Nie. Chyba nie docenia moich walorów (śmiech). Za późno na zazdrość.
– Twoja książkowa bohaterka uczy nas miłości. A czym jest miłość dla Ciebie?
Dla mnie, tak jak powiedział profesor Andrzej Wiśniewski, to trzy razy Z: zaufanie, zawierzenie, zaryzykowanie. To tworzy przestrzeń, w której czujemy się bezpieczni i odpowiedzialni za uczucia drugiej osoby. Usłyszałam kiedyś najpiękniejszą prawdę o miłości, że tam, gdzie jest dzielony smutek, to zmniejsza się on dwa razy. A tam, gdzie jest dzielona radość, to zwiększa się dwa razy. To jest chyba wykładnik miłości w związku, ale też w przyjaźni, w stosunkach z ludźmi, z sąsiadem, z psem, z kotem, ze szczurem, jeśli ktoś go ma. Tworzy się przestrzeń, w której nie trzeba mieć euforycznego stanu, bo w miłości jest też nienawiść, nielubienie i złość na kogoś, ale to nie szkodzi temu fundamentowi.
– Psycholożka Katarzyna Miller mówi, że jak na terapii para się ze sobą kłóci, to jest nad czym pracować, ale jeżeli milczy, to znaczy, że związek się już wypalił.
My z mężem mało rozmawiamy. On jest milczkiem, choć mówi, że w życiu nie rozmawiał nigdy z nikim tak dużo jak ze mną. Mam wrażenie, że tylko jedna rzecz zagraża wszelkim związkom na ziemi i jest to pogarda zaczynająca się lekceważeniem. Wtedy rzeczywiście nie ma już o czym rozmawiać ani o co walczyć. Natomiast milczenie czasami jest złotem, chociaż sama nie należę do osób, które by to złoto rozsypywały.
– Kto w Waszym związku rządzi?
Mój mąż mówi, że ja, co jest absolutną nieprawdą, bo jak się na coś uprze, to nie ma zmiłuj się… Ja rządzę, pod warunkiem że on się ze mną zgadza, a jak się nie zgadza, to on (śmiech).
– Ale chodzi z Tobą na zakupy, za którymi nie przepada?
No tak, ale rzadko go zabieram, poza tym woli sam robić zakupy, na przykład spożywcze. Lubi sam być w kuchni, bo mu przeszkadzam. Gotujemy więc sobie osobno, a jak proponuję, że mu coś pokroję, to nie chce, bo źle kroję (śmiech). On kroi spokojnie, ja nad zlewem, szybko, ciach, ciach i do widzenia. On liczy ziarenka, ja daję tyle, ile mi się sypnie. Ale dobrze gotuję, chyba że tak się przy tym spinam, żeby wyszło pysznie, że to napięcie udziela się jedzeniu. Jestem szybka, a Staszek jest szybki w muzyce, bo swoją naukę gry pianinie zaczął od „Lotu trzmiela”. To potwornie szybki utwór. Od dziewięciu lat, odkąd jesteśmy małżeństwem, sprzątam wieczorem w kuchni, czego nauczyłam się dopiero na stare lata, bo uważałam, że naczynia nie uciekną mi ze zlewu, nawet jakby bardzo chciały. Ale wiem, jak mężowi jest miło w czystej kuchni z rana, bo wcześnie wstaje. Robię to bez przymusu, bez względu na porę, o jakiej idę spać. Andrzej Wiśniewski kiedyś powiedział, że w dobrym związku naczynia myją się same.
– Duży dom w Milanówku z ogrodem pewnie wymaga dużo pracy. Kto sadzi, kto przycina, podlewa trawę i kwiaty?
Ja podlewam, mąż przycina trawnik, ale do poważniejszych prac zapraszamy naszego ogrodnika, bo sami nie przesuniemy ciężkich donic, obsadzonych przeze mnie kwiatami, które tak lubię. W tym roku róża pnąca mi zwariowała, bo wypuściła trzymetrowe kwitnące odnogi i udaje, że chce wejść na drzewo, które rośnie cztery metry dalej. Ciągle coś zakwita, najpierw były niezapominajki, aż zrobiło się od nich niebiesko, potem wychyliły się tulipany, dość skarłowaciałe, bo nie wykopałam jeszcze cebulek. Dawniej słychać było kumkanie żab, ale jakoś przestały, więc się o nie martwię.
– Można pozazdrościć.
Tu nie ma nic do pozazdroszczenia, bo takie jest życie, że jak coś odpuścimy, to ono też nam trochę odpuszcza. Jak nie jesteśmy ciągle w pędzie, łatwiej zauważamy drobne rzeczy. Ale mój mąż, na przykład, nie lubi siedzieć ze mną w ogrodzie, bo go komary gryzą, a ja lubię, więc siedzimy sobie osobno. On w domu zamkniętym, bo komary, a ja w ogrodzie…
– A co razem lubicie robić?
Śpimy, gadamy, czasami gramy w jakieś gry i w brydża z przyjaciółmi, chodzimy na spacery, to znaczy on bardziej, ja mniej. Lubię, jak przesiada się ze swojego Hammonda do pianina. Czasami myśli, że mnie nie ma, a ja wracam wcześniej i słyszę…
– Czyli związek idealny?
Staszek się nie kłóci, bo uważa, że jest to zagrażające dla związku. Próbowałam go tego nauczyć i nic z tego. Ale też nie znam jego wcześniejszego życiorysu. Ma kapitalne dzieci, więc musiał mieć też kapitalną żonę, skoro dzieci są tak dobrze wychowane i lubią swojego ojca.
– Tworzycie fantastyczną, dużą rodzinę, bo masz cudowne wnuki, Wandzię i Antka, grającego już duże role w teatrach, a Twoja córka Dorota Szelągowska jest w gwiazdą w telewizji.
– Z Dorotką od początku było wiadomo, że coś cudnego z niej wyrośnie. Za cokolwiek się wzięła, wychodziły jej niezwykłe rzeczy. Wracałam z urlopu, a mieszkanie było już przemeblowane. Zawsze wiedziała, co do czego pasuje. Pisała znakomite krótkie opowiadania i listy do mnie.
– Czyli są podobieństwa do matki. Jakbyś opisała siebie w kilku słowach?
Mam wrażenie, że jestem dobra, niekonsekwentna i chyba kochająca, bo kocham a priori, w ciemno. Lubię ludzi i musieliby mi bardzo zaszkodzić, żebym ich znielubiła. Daję duży kredyt zaufania i staram się nie oceniać. Nawet jeśli ktoś był dla mnie niemiły, to tłumaczę to sobie, że jego życie było niefajne w tym momencie.
– A możesz wybaczyć?
Wybaczenie jest absolutnie konieczne dla własnego komfortu. Zawsze ma się niechętnych sobie ludzi czy zazdrosnych. Może nawet ich skrzywdziliśmy lub wiązali z nami jakieś nadzieje. Ale życie nie polega na tym, żeby się przyglądać ludziom, którzy nas nie lubią.
– Czujesz się zrealizowana?
Mam odciśniętą łapkę na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach. Obok wybitnych postaci. Ale ja w ogóle nie rozumiem, co to znaczy być zrealizowaną. Że już po wszystkim, że osiągnęłam wszystko, czego chciałam, że nie mam już marzeń? Zrealizowałam się jako pisarka, ale to nie znaczy, że chcę przestać pisać. Czuję się zrealizowana jako matka, ale matką zawsze będę dla mojej córki. Wyszłam za mąż po sześćdziesiątce, co graniczy z cudem, i chyba tylko ja i Ula Dudziak tego dokonałyśmy. Ale dużo rzeczy mi się w życiu nie udało i dziękować Bogu, bo nie tędy droga. Miałam kiedyś własną firmę, byłam dyrektorką, pracowałam w urzędzie celnym i dobrze, że nie jestem tam do dziś, choć pewnie byłabym bogatsza. Róże mi się przyjęły, które miały się piąć po ścianach mojego domku, o czym marzyłam, mając 17 lat. Staram się nie pamiętać o smutnych rzeczach, ale zdaję sobie sprawę z upływającego czasu, o czym świadczą te telefony, pod które już nie mogę zadzwonić, a których nigdy nie wykreślam. Pewne rzeczy mijają, przychodzą nowe, więc otwórzmy serca na te nowe.
– Na targach książki ustawiają się do Ciebie długie kolejki. Jak smakuje sława?
Nie wiem, czy to jest sława, ale smakuje absolutnie cudownie. Na targu w Milanówku pewien pan zapytał, czy może mnie pocałować w rękę, bo się nie spodziewał takiego spotkania. Jedna pani w Asyżu krzyknęła na mój widok: „Boże, jakbym wiedziała, że panią tu spotkam, to zabrałabym z Anglii pani książkę”. W Bangkoku na olbrzymich schodach w centrum handlowym usłyszałam głos dochodzący z dołu: „Grocholo, Grocholo, poczekaj na mnie”. To „Grocholo” tak mnie rozbawiło, że krzyknęłam: „Będę czekać!”. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość od Wietnamki, która napisała do mnie na Facebooku, że książka „Nigdy w życiu!” w jej kraju też osiągnęła ogromny sukces. Pomyślałam, jak to możliwe, tam jedzą psy, a moja bohaterka Judyta śpi z nimi w łóżku. To jednak nas różni. Ale jak mi powiedział tłumacz wietnamski: „Pani Kasiu, kobieta polska i wietnamska to jest ta sama kobieta”.
– Czego Ci życzyć?
Żeby na podstawie ostatniej książki powstał piękny film z Danutą Stenką i Arturem Żmijewskim. Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że tak trudno będzie znaleźć pieniądze na film. Ale mamy podpisaną umowę ze wspaniałym dystrybutorem i zaczynamy w lipcu zdjęcia. I żebyśmy zdrowi byli. Jak mówią, za pieniądze można mieć lekarstwa, ale zdrowia nie kupisz. A jak zdrowie jest, można wszystko… No i skończę jak światowa miss – kurczę, po prostu pokoju na świecie!
Rozmawiała Elżbieta Pawełek
Zdjęcia Krzysztof Opaliński
Stylizacja Robert Kiełb
Makijaż Julita Jaskółka
Włosy Kamil Pecka
Produkcja Wojciech Klauze
################################################################################