Na SUMMIT One Vanderbilt nie przychodzi się wyłącznie po to, żeby zrobić zdjęcie panoramy Manhattanu. To miejsce zaprojektowano tak, by od pierwszych chwil wytrącało z codziennego rytmu. Architektura, światło, lustra i instalacje artystyczne sprawiają, że granica między wnętrzem a miastem zaczyna się zacierać. Można tu spojrzeć na Nowy Jork z wysokości, która zmienia perspektywę, ale też sprawdzić własne granice — zwłaszcza jeśli, tak jak ja, nie przepada się za wysokością i otwartą przestrzenią. Przyjechałam przed zachodem słońca i zostałam do nocy. Nie chciałam przegapić ani chwili.

WIDEO…

player placeholder

Nie tylko panorama. Tutaj Nowy Jork staje się dziełem sztuki

SUMMIT mieści się w wieżowcu One Vanderbilt, tuż obok Grand Central Terminal. Sam budynek jest jednym z charakterystycznych elementów nowojorskiego Midtown, ale to, co czeka na odwiedzających na górze, trudno porównać z klasycznym tarasem widokowym. Na kilku poziomach rozplanowano przestrzeń, w której widok na miasto jest tylko częścią doświadczenia. Są tu przeszklone platformy, szklana winda, wielkie lustra i instalacje artystyczne. W niektórych pomieszczeniach trudno od razu zorientować się, gdzie kończy się rzeczywista przestrzeń, a zaczyna jej odbicie.

Za projekt wnętrz odpowiada norweska pracownia Snøhetta, a koncepcję immersyjnego doświadczenia AIR stworzył artysta Kenzo Digital. Efekt jest przemyślany: zamiast przejść szybko od windy do okna, zatrzymuję się w kolejnych salach i za każdym razem patrzę na miasto inaczej. SUMMIT nie jest miejscem, które zalicza się w kwadrans. Najlepiej pozwolić sobie na czas i sprawdzić, co dzieje się ze światłem, kiedy dzień przechodzi w wieczór.

Zobacz także:

Ciemny korytarz. Chwila ciszy przed tym, co czeka na górze

Zanim wsiadam do windy, przechodzę przez ciemny korytarz. To coś więcej niż zwykłe przejście prowadzące do kolejnej atrakcji. Panujący tu półmrok pozwala na chwilę odciąć się od zgiełku miasta i wyciszyć emocje. Mam wrażenie, że to celowy moment zawieszenia między tym, co zostawiam za sobą, a tym, co dopiero za chwilę zobaczę. Nie chodzi o to, by jak najszybciej dotrzeć na górę. Przeciwnie — trzeba na moment zwolnić, uspokoić myśli i przygotować się na doświadczenie, które za chwilę zacznie angażować wszystkie zmysły.

Potem wsiadam do windy i zaczyna się kolejny etap. Przejazd na 91. piętro trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale zmiana otoczenia jest natychmiastowa. Zostawiam za sobą zwyczajny rytm miasta i wkraczam do świata, w którym światło, odbicia i wysokość odgrywają równie ważną rolę jak sama panorama.

Szyby sprowadzane z Niemiec. Dlaczego zdjęcia wychodzą tu inaczej?

W miejscach widokowych zwykle trzeba walczyć z odbiciami w szybach. W SUMMIT szkło ma szczególne znaczenie, bo jest częścią całej koncepcji przestrzeni. Zastosowano tu specjalne przeszklenia ograniczające refleksy, dzięki czemu łatwiej fotografować panoramę bez własnego odbicia na pierwszym planie. Wykorzystane szkło sprowadzono z Niemiec.

To ważny detal, zwłaszcza dla tych, którzy chcą zrobić zdjęcia telefonem. W lustrzanych salach odbicia są zamierzonym elementem doświadczenia, ale przy oknach liczy się coś innego: jak najczystszy widok na miasto. Wystarczy podejść do szyby, żeby zobaczyć, jak blisko wydają się sąsiednie budynki i jak daleko sięga panorama. Nie trzeba być fotografem, żeby docenić różnicę.

Tom Ford i Chrysler Building. Widok, który potrafi zatrzymać

Jedną z najbardziej charakterystycznych budowli, które widać z SUMMIT, jest Chrysler Building. I to na wyciągnięcie ręki. Jego smukła sylwetka i charakterystyczna, lśniąca korona od lat należą do najbardziej rozpoznawalnych elementów nowojorskiego pejzażu. Z tej perspektywy widać ją wyraźnie, a w tle rozciąga się rzeka. To jeden z tych widoków, od których trudno się oderwać.

Tom Ford przyjechał do SUMMIT, ponieważ chciał zorganizować tam pokaz mody. Kiedy zobaczył Chrysler Building z tej perspektywy zamilkł i przez około pół godziny stał bez ruchu, wpatrując się w panoramę. Ta historia dobrze oddaje siłę tego miejsca. Są widoki, które ogląda się przez kilka sekund, i takie, które każą zostać na dłużej.

Ja również spędzałam przy szybach po pół godziny. Najpierw obserwowałam miasto w świetle późnego popołudnia, a potem wracałam do tych samych okien, kiedy zapadał zmrok. Chrysler Building nie znikał z pola widzenia, ale wraz ze zmianą światła nabierał zupełnie innego charakteru. Z góry można dostrzec, jak Manhattan przygotowuje się do nocy: zapalają się kolejne okna, ulice rozświetlają się światłami samochodów, a miasto, które za dnia wydaje się niemal nieogarnione, zaczyna przypominać ogromną, pulsującą sieć.

To właśnie dlatego warto zaplanować wizytę tak, by nie ograniczać się do jednej pory dnia. Zachód słońca jest spektakularny, ale nie mniej interesujące są chwile później, kiedy niebo ciemnieje, a Nowy Jork zaczyna świecić własnym światłem.

Summit One Vanderbilt widok na Chrysler Building
materiały prasowe

Yayoi Kusama. Instalacja, która zmienia sposób patrzenia

Wśród immersyjnych przestrzeni SUMMIT znajduje się Reflect — sala z instalacją japońskiej artystki Yayoi Kusamy, jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci sztuki współczesnej. Jej prace często grają z powtarzalnością, odbiciem i percepcją, a w SUMMIT ten sposób myślenia spotyka się z architekturą pełną luster. Przestrzeń zmienia się w zależności od tego, gdzie stanę i pod jakim kątem spojrzę na otoczenie. Granice pomieszczenia przestają być oczywiste, a własne odbicie staje się częścią artystycznego doświadczenia.

To jeden z tych momentów wizyty, w których warto odłożyć telefon i po prostu popatrzeć. W SUMMIT niemal każda sala kusi, by natychmiast zrobić zdjęcie, ale instalacja Kusamy najlepiej działa wtedy, gdy pozwalam sobie chwilę w niej zostać. Zamiast oglądać dzieło jak kolejny punkt na turystycznej liście, można obserwować, jak zmienia się przestrzeń i własne wrażenie przebywania w niej.

Summit One Vanderbilt Kusama
Fot. Marta Cieplak

Sala pełna srebrnych balonów. Cztery miliony dolarów rocznie za ten efekt

Jednym z najbardziej fotogenicznych miejsc jest sala Affinity, wypełniona lekkimi, srebrnymi kulami-balonami. Wypełnione helem unoszą się i przemieszczają przy każdym ruchu, odbijając światło oraz sylwetki odwiedzających. Efekt jest trochę zabawny, trochę surrealistyczny — trudno przejść przez pomieszczenie, nie obserwując, jak kule reagują na ruch i jak zmieniają się ich odbicia.

Za tym pozornie prostym pomysłem kryje się jednak kosztowna codzienna praca. Kule są napełniane helem, który stopniowo uchodzi, a część z balonów pęka. Dlatego każdego dnia trzeba wymieniać je na nowe. Zajmują się tym dwie osoby, które na bieżąco przygotowują kolejne balony. Roczny koszt utrzymania tej instalacji ma wynosić aż cztery miliony dolarów! Trudno nie pomyśleć o tej kwocie, kiedy patrzy się na salę pełną srebrzystych kul, które sprawiają wrażenie lekkich i beztroskich. To, co wygląda jak spontaniczna zabawa, wymaga nieustannej pracy i ogromnych nakładów.

Summit One Vanderbilt
materiały prasowe

700 osób na godzinę. A jednak nikt nie każe mi wychodzić

SUMMIT może przyjmować około 700 osób na godzinę, ale duża liczba odwiedzających nie oznacza, że każdy musi przejść przez wszystkie sale w pośpiechu. Można zostać i wracać do ulubionych miejsc, oczywiście w ramach godzin otwarcia i zasad obowiązujących przy danym bilecie. To szczególnie ważne, jeśli chce się zobaczyć miasto w różnych odsłonach.

Ja przyjechałam przed zachodem słońca i zostałam aż do nocy. Nie próbowałam zaliczać kolejnych atrakcji w jak najkrótszym czasie. Zatrzymywałam się przy szybach, obserwowałam Chrysler Building i wracałam do tych samych miejsc, kiedy zmieniało się światło. Każda kolejna chwila odsłaniała inny Nowy Jork. Właśnie możliwość niespiesznego oglądania miasta uważam za jeden z największych atutów tej wizyty.

Summit One Vanderbilt
materiały prasowe

Ascent. Szklana winda, która wyjeżdża poza budynek

Największe emocje wzbudził we mnie jednak przejazd windą Ascent. Jej przeszklona kabina porusza się po zewnętrznej stronie wieżowca i wznosi dodatkowe dwanaście pięter ponad poziom 93. piętra. Z trzech stron otacza nas wtedy Nowy Jork — za szybami rozciąga się panorama Manhattanu, a kolejne ulice i dachy stają się coraz mniejsze. To zupełnie inne doświadczenie niż oglądanie miasta z tarasu. Mam wrażenie, że na moment wysuwam się poza budynek i zostaję zawieszona nad metropolią.

Mam lęk wysokości i otwartej przestrzeni, więc sama myśl o takim przejeździe budziła we mnie respekt. Mimo to się odważyłam. I nie żałuję ani przez chwilę. Widok za szybami, świadomość wysokości i poczucie, że Manhattan rozciąga się niemal na wyciągnięcie ręki, składają się na doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na zdjęciach. To jeden z tych momentów, które pamięta się długo po powrocie do domu. Polecam ten przejazd absolutnie każdemu, kto ma ochotę zobaczyć Nowy Jork z zupełnie innej perspektywy — nawet jeśli, tak jak ja, musi najpierw pokonać własne obawy.

Summit One Vanderbilt
Fot. materiały prasowe

Levitation. Ponad 300 metrów nad Madison Avenue

Ascent i Levitation to dwa różne doświadczenia, choć oba pozwalają spojrzeć na miasto z niezwykłej perspektywy. W przypadku Levitation nie wsiadam do windy, lecz wchodzę do przeszklonych kubików wysuniętych poza fasadę One Vanderbilt. Znajdują się na 92. piętrze, około 1070 stóp, czyli 326 metrów, nad Madison Avenue. Przeszklone podłogi i ściany pozwalają spojrzeć w dół na ulicę i ruch miasta. To właśnie tutaj wysokość przestaje być abstrakcyjną liczbą, a staje się czymś, co czuje się całym ciałem.

Wystarczy zrobić krok do przodu, by znaleźć się w szklanej przestrzeni zawieszonej nad ulicą. Dla osób, które nie boją się wysokości, to przede wszystkim okazja do zrobienia spektakularnych zdjęć. Dla mnie — kolejny moment, w którym trzeba zmierzyć się z własnymi obawami. Ale właśnie na tym polega siła SUMMIT: nie tylko pokazuje Nowy Jork, lecz także pozwala doświadczyć go w sposób, którego nie da się porównać ze zwykłym oglądaniem panoramy przez okno. I doskonale rozumiem, dlaczego ten taras widokowy stał się największą atrakcją miasta ostatnich lat.

Summit One Vanderbilt
Fot. materiały prasowe

Nowy Jork, który zostaje w pamięci

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że po dwóch godzinach w SUMMIT wcale nie miałam ochoty wracać na dół. Przyjechałam przed zachodem słońca, zostałam do nocy i przez długi czas wracałam do tych samych szyb. Widziałam, jak miasto zmienia kolory, jak znikają ostatnie promienie słońca, a potem zapalają się tysiące świateł. Każda z tych odsłon miała w sobie coś innego. I choć SUMMIT oferuje wiele atrakcji, to właśnie możliwość spokojnego obserwowania Manhattanu okazała się dla mnie najważniejsza.

Jest jeszcze jeden powód, by nie odkładać takiej wizyty na nieokreśloną przyszłość. Plany rozbudowy hotelu Hyatt położonego obok One Vanderbilt ,w ciągu najbliższych 5-7 lat wpłyną bowiem znacząco na część panoramy, a przede wszystkim przesłonią widok na Chrysler Building. Więc jeśli planujesz wizytę w Nowym Jorku w najbliższym czasie, nie możesz tego miejsca ominąć.