Jan Mela, Jasiek Mela, VIVA!, 2014
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM
Z ŻYCIA GWIAZD

„Wszelkie ograniczenia są w głowie, nie w nogach”, mówił kiedyś Jan Mela. Udowadnia to od wielu lat

Co słychać u Jaśka Meli? Czym się teraz zajmuje?

Ksenia Krasko 12 lipca 2021 18:52
Jan Mela, Jasiek Mela, VIVA!, 2014
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Jest najmłodszym w historii zdobywcą dwóch biegunów w jednym roku (miał wtedy 15 lat) i pierwszą osobą z niepełnosprawnością, która tego dokonała. Mimo tragedii, jaka spotkała go niemal dwadzieścia lat temu, nigdy nie stracił pozytywnego podejścia. Od lat pomaga potrzebującym, a od niedawna jest szczęśliwym tatą. Jan Mela skończy w tym roku 33 lata i wciąż ma apetyt na życie. Czym się teraz zajmuje? Sprawdźmy.

Jasiek Mela - wypadek, który zmienił jego życie

Padało, kiedy 13-letni wówczas Jasiek Mela wszedł do niezabezpieczonej stacji transformatorowej na placu zabaw w Malborku. Było to niemal dwadzieścia lat temu, 24 lipca 2002 roku. „Nie pamiętam, ile tam staliśmy. W pewnej chwili poczułem, że przepływa przeze mnie prąd. Ocknąłem się po jakimś czasie. Leżałem na betonowej podłodze. Nie miałem czucia w lewej nodze od kolana w dół, prawą rękę jakby mi ktoś przykleił do piersi. Nie wiem, jak to zrobiłem, ale wstałem i kulejąc, doszedłem do domu”, wspominał.

„Tata wziął mnie na ręce i zawiózł na pogotowie. Byłem w szoku. Nic mnie nie bolało”, opowiadał VIVIE! o wydarzeniach tamtego dnia w rozmowie z Katarzyną Przybyszewską-Ortonowską w 2009 roku. Trafił do szpitala w Gdańsku. Po trzech miesiącach leczenia lekarze zdecydowali, że niezbędne są dwie amputacje – lewego podudzia i prawego przedramienia. Rehabilitacją nastolatka zajął się ojciec, chociaż nie było łatwo.

„Rzucił wtedy pracę, żeby zająć się moją rehabilitacją. To było niewiarygodnie trudne, ponieważ go nie znosiłem. [...] Mobilizował mnie za pomocą dość brutalnych metod, co odbierałem jako chęć zniszczenia mnie”, opowiadał Jan Mela w wywiadzie dla magazynu VIVA!. Wkrótce los po raz kolejny go zaskoczył.

Zobacz też: Kilka lat temu straciła nogę, dziś walczy o swoje marzenia i jest przykładem dla innych... Historia Paoli Antonini porusza!

Jasiek Mela w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Jan Mela, Jasiek Mela, VIVA!, 2014
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Jan Mela - jak zdobywał dwa bieguny?

Historię 13-letniego wtedy chłopca poznał Marek Kamiński, podróżnik ekstremalny. Kiedy dowiedział się, że stan psychiczny Jaśka Meli nie jest najlepszy, postanowił mu pomóc – załatwić protezę i zabrać go na biegun. „Nie do końca wierzyłem, że dojdziemy. Ale chciałem, żeby Jasiek zaczął ćwiczyć. Chciałem, by miał w życiu cel. A biegun to cel trudny”, tłumaczył Marek Kamiński w rozmowie z VIVĄ! w 2009 roku.

„Nie od razu powiedziałem „tak”. Po wypadku jeździłem na wózku, wożono mnie, bo jedną ręką wózka nie poprowadzisz. Byłem nieszczęśliwym człowieczkiem, ze spuszczoną głową”, wspominał Jan Mela w tym samym wywiadzie. Miał poczucie strachu, ale pomyślał: „A może jak dojdę tam, to już będzie mi łatwiej wspinać się w życiu?”. Rozpoczął więc półtoraroczny trening przygotowujący do wyprawy.

W 2004 roku osiagnął cel. Został najmłodszym w historii zdobywcą dwóch biegunów w jednym roku (miał wtedy 15 lat) i pierwszą osobą niepełnosprawną, która tego dokonała. Później wielokrotnie udowadniał, że nie ma rzeczy niemożliwych. W 2008 roku młody podróżnik wziął udział w wyprawie na Kilimandżaro (najwyższy szczyt Afryki), w 2009 roku – na Elbrus (najwyższy szczyt Kaukazu). Przebiegł też New York City Marathon.

Zobacz też: „Urodziłem się bez kończyn, ale żyję pełnią życia”. 11 inspirujących cytatów Nicka Vujicica

W 2013 roku powstał film „Mój biegun”, którego scenariusz oparty był na historii Jaśka Meli. W role główne wcielili się Maciej Musiał, Magdalena Walach i Bartłomiej Topa.

Jasiek Mela w 2004 roku

Jasiek Mela - czym zajmuje się teraz?
Fot. MIROSLAW NOWORYTA/East News

Jasiek Mela - czym się zajmuje teraz?

W 2009 roku Jan Mela założył fundację „Poza Horyzonty”, którą zajmuje się do dziś (pomaga osobom po amputacjach, między innymi w zakupie protez). Jest również coachem i na własnym przykładzie udowadnia, że niepełnosprawność nie musi być ograniczeniem. Był też współtwórcą programu podróżniczego „Między biegunami” (Radio Kraków), zasiadał w Radzie Programowej „Radia IN” i był ambasadorem Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku.

Pojawia się w reklamach, bywa w programach telewizyjnych, kiedyś wziął udział w show „Dancing with the Stars: Taniec z gwiazdami”. W programie Kuby Wojewódzkiego wyznał kiedyś: „Brak ręki i nogi, nie ma co udawać, utrudniają codzienność. Ale powtarzam, że najgorszą amputacją byłaby amputacja głowy. Jak masz łeb na karku, to nie ma znaczenia ile masz rąk i nóg, dasz sobie radę” [cytat za onet.pl].

Zobacz też: Monika Kuszyńska wstydziła się niepełnosprawności: „Czułam się gorszym człowiekiem”

A w wolnych chwilach? „W wolnych chwilach podróżuje autostopem, robi zdjęcia w pustostanach, szyje na maszynie i chodzi na slackline. A, i objada się burgerami”, czytamy o Jaśku Meli na stronie jego fundacji.

Na początku 2021 roku pojawił się w reportażu „Dzień Dobry TVN”, w którym wyznał, że od niedawna uczy się... stolarki. „Lubię taką fachową pracę. Zresztą bardzo przydatne jest to, żeby móc się oderwać od tak zwanej „pracy intelektualnej” i rzeczywiście zrobić coś konkretnie. Nie ma większej radości niż to, kiedy się wychodzi po zajęciach takim brudnym, w wiórach, pachnącym drewnem”, opowiadał reporterom DD TVN.

W zeszłym roku Jasiek Mela został ojcem malutkiej Jadzi i jak przyznał na antenie radiowej Czwórki, córka „zmieniła jego życie”. „Ojcostwo mnie przerażało, bo na co dzień jestem zwykłym gościem z obniżonym poczuciem własnej wartości. Strasznie martwiłem się więc, jak odnajdę się w nowej sytuacji, a dziś widzę, że ojcostwo to coś przepięknego. Żyjemy w czasach, w których staramy się przedłużać swoją niezależność, a tymczasem dziecko nie musi być ograniczeniem”, tłumaczył w audycji „Strefa prywatna”.

Jan Mela, 2017 rok

Jan Mela był pierwszym niepełnosprawnym zdobywcą biegunów. Co u niego słychać?
Fot. Robert Wozniak/East News

Jasiek Mela - wywiad magazyn VIVA!

„Wolność jest super. A wszelkie ograniczenia są w głowie, nie w nogach”, mówił w poruszającej rozmowie z VIVĄ!. Mimo przeciwności losu zawsze stawia na swoim. Nigdy nie traci nadziei i może właśnie w tym tkwi jego siła. Przypominamy fragmenty wywiadu Jaśka Meli i Elżbiety Pawełek z 2014 roku.

Miał trzynaście lat. Padał deszcz. Chciał schronić się w bezpiecznym miejscu. Piętnaście tysięcy wolt przepłynęło przez jego ciało. Od tamtej stał się najmłodszym w historii zdobywcą dwóch biegunów, podróżował po norweskich Lofotach, wspiął się na Kilimandżaro i Elbrus, odbył samotną wyprawę do Azji. Stanął przed kolejnym wyzwaniem jakim okazał się program „Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami”. Stworzył własną fundację „Poza Horyzonty”, wspierającą niepełnosprawne osoby.

[...]

Dla wielu ludzi stałeś się guru. Jak się czujesz, kiedy na spotkaniu podchodzi do Ciebie ojciec z nastoletnim synem i mówi: „Panie Jaśku, Pan powie chłopakowi, jak żyć”?

Totalnie nie wiem, co wtedy powiedzieć. Ludziom się wydaje, że istnieje jedna recepta na szczęście. A czegoś takiego nie ma, bo wszystkie patenty życiowe, złote myśli mają sens tylko wtedy, jeśli dotykają czegoś, czego sami doświadczyliśmy. Łatwo jest być psychologiem dla kogoś, gorzej dla siebie. Znam wielu ludzi, którzy pozwalają się ranić, dziewczyny dające się wykorzystywać facetom w różny sposób, facetów żyjących w cieniu swoich obaw, którym powiedziałbym: „Zrób to lub tamto, a będziesz szczęśliwy”. Ale sam nie potrafię sobie poradzić ze swoimi demonami. Czasem trzeba dostać porządnego kopa od życia, żeby się czegoś nauczyć.

Dostałeś tych kopów od życia chyba wystarczająco dużo?

To prawda. Życie nie oszczędziło mojej rodziny: mój wypadek, wcześniej pożar domu i śmierć mojego młodszego brata Piotrusia, który utonął na moich oczach. To było dla mnie najtrudniejsze doświadczenie, bo kiedy traci się część siebie, to zawsze pozostaje reszta, można się psychicznie odbudować. Ale kiedy ktoś na zawsze odchodzi, pozostaje ogromna pustka. To były makabryczne przeżycia, ale mimo wszystko jestem Bogu wdzięczny za każde z nich, bo czuję, że to one sprawiły, że dzisiaj jestem tym, kim jestem. Bardzo mnie wzmocniły.

Ale kiedy poraził Cię prąd i okazało się, że straciłeś nogę i rękę, była wściekłość i rozpacz?

Był przeogromny bunt: Dlaczego mnie się to przytrafiło? Czym sobie na to zasłużyłem? Co będzie dalej? Czy w ogóle cokolwiek będzie? Nikt nas nie uczy, co zrobić, jak się człowiek staje niepełnosprawnym lub jak umiera mu bliska osoba. Stąd to takie bolesne.

Jasiek Mela w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Jan Mela, Jasiek Mela, VIVA!, 2014
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Powiedziałeś, że chciałeś ocaleć tylko ze względu na mamę, która jeszcze przed Twoim wypadkiem mówiła, że nie przeżyłaby śmierci drugiego dziecka po odejściu Piotrusia i że lista nieszczęść w rodzinie się wyczerpała. A przecież w szpitalu lekarze nie dawali Ci większych szans?

Wiesz, nikt nie powie podczas obchodu, że ten przeżyje, a ten umrze i już szykujcie prześcieradła. Ale to się czuje, jak patrzą na ciebie. A kiedy patrzyli na mnie, widziałem w ich oczach śmierć. To był cud boski, że przeżyłem. Bardzo mnie poruszyło, że tata płakał podczas mojego pobytu w szpitalu. Jego płacz był dla mnie novum, bo kto jak kto, myślałem, ale ten gość zawsze wie, co zrobić. Jeżeli tata płacze, to znaczy, że naprawdę jest źle. Na początku czułem się ofiarą w tym wszystkim, kiedy przez wiele dni centymetr po centymetrze obcinano mi obumierające kończyny. Ale potem uzmysłowiłem sobie, że najcięższa robota spadła na rodziców – stali obok, czuli się winni i nie mogli nic z tym zrobić.

Cisi bohaterowie?

Tak, osoby, które ze mną razem niosły ten krzyż.

Ale często iskrzyło między Tobą a ojcem?

Bo obaj mamy niełatwe charaktery. Upór i nieustępliwość mam po tacie, za co jestem mu ogromnie wdzięczny, ale to stało się powodem konfliktów między nami. Pewnie nie dochodziłoby do nich, gdybyśmy umieli odpuścić. Zamiast jednak podkulić ogon pod siebie, zawsze musiałem mu odpyskować. Przez wiele lat w ogóle siebie nie rozumieliśmy, dopiero mój wypadek nas zbliżył, bo tata wtedy rzucił pracę, żeby zająć się moją rehabilitacją. To było niewiarygodnie trudne, ponieważ go nie znosiłem.

Bo kiedy ledwo szedłeś, to tata mówił: „Idź prosto, nie wlecz nogą jak oferma!”.

Mobilizował mnie za pomocą dość brutalnych metod, co odbierałem jako chęć zniszczenia mnie. To brzmi strasznie głupio, ale wtedy myślałem: Pewnie gość, który mnie nienawidzi, chce mi dokopać, dowalić i zmiażdżyć. Są różne szkoły motywacji. Można kogoś pochwalić, widząc jego starania, a można mu powiedzieć: „Jeśli się poddasz, to nigdy nic nie osiągniesz, zostaniesz cholerną kaleką!”. Nie ukrywam, że po części to dla taty poszedłem na biegun, żeby mu pokazać, że dam sobie radę. Patrząc z boku, można by powiedzieć: „Biedny chłopiec, a ojciec tyran”, ale to krótkowzroczna i powierzchowna ocena. Jestem mu wdzięczny za tę szkołę i najlepszym dowodem na to są dziś nasze bardzo dobre relacje. Możemy szczerze o wszystkim pogadać, a oprócz tego, że kocham go jako ojca, bardzo go lubię jako faceta, spoko gościa, jako kumpla i przyjaciela.

A jednak wyprowadził się z domu na jakiś czas, gdy nie mogliście ze sobą wytrzymać?

To było nam wtedy potrzebne i obu nam wiele uświadomiło. Poza tym sam fakt, że mój tata zgodził się wyprowadzić, co na pewno wymagało ogromnej pokory, świadczy o tym, że bierze odpowiedzialność za to, co robi. Zdałem sobie też sprawę z tego, że to nie jest mój wróg, który chce mnie zniszczyć. Zacząłem ćwiczyć z mamą, ale zobaczyłem, że nie daje sobie z tym rady, że do tego potrzebny jest silny facet, jak mój tata.

Największe załamanie było, kiedy miałeś założyć protezę?

Nie, wtedy to była dzika radość, choć proteza okazała się marna. Protetyk, zakładając mi ją, powiedział: „Pamiętaj, żeby chodzić delikatnie, najwyżej pół godzinki dziennie, bo noga jeszcze wrażliwa”. Ja: „Dobra, dobra”. Weszliśmy z tatą do samochodu, kula fru do bagażnika, długo była nietknięta, cały dzień zapieprzałem na nowej nodze. Poczułem się znów człowiekiem, bo wcześniej czułem się niedorajdą. Przełaziłem cały dzień, nogę do krwi obtarłem, więc potem trzy dni leżałem w łóżku. Ale miałem to gdzieś. I powiem ci, że zrobiłbym dokładnie to samo drugi raz.

Ale z protezy ręki zrezygnowałeś?

Nigdy nie była mi do niczego potrzebna. A nawet najlepsza proteza ręki i tak będzie gorsza od najsłabszej zdrowej ręki, za to dobra proteza nogi, na przykład do wyczynu – niestety, kosztująca nawet 100 tysięcy złotych, potrafi być lepsza od kiepskiej nogi.

Jasiek Mela w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Jan Mela
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Jasiek Mela o wyprawie na biegun

Po tych trudnych doświadczeniach dołożyłeś sobie jeszcze upiorną podróż na biegun. Byłeś najmłodszym uczestnikiem w historii takich wypraw, w dodatku niepełnosprawnym, któremu udało się osiągnąć cel. To wciąż niepobity rekord.

Możliwe. Nie wiem. Według mojej mamy wyprawa z Markiem Kamińskim okazała się najlepszą z możliwych rehabilitacji. Już sam pomysł wyprawy na biegun przywracał nadzieję, dawał szansę zrobienia czegoś niezwykłego. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli oleję treningi, to sobie nie poradzę. A wtedy bardzo potrzebowałem pokazania sobie, zakompleksionemu chłopakowi, że jestem coś wart. Chciałem też pokazać światu, że niepełnosprawność jest w naszych głowach, a nie w nogach. Choć wyprawa była bardzo trudna.

I ryzykowna, mogłeś z niej nie wrócić.

Jasne, że tak. Ale czasem lepiej zaryzykować, niż wieść nudne życie.

Marek Kamiński mówi, że w drodze nie można się zatrzymać, zawsze trzeba iść. Dokąd teraz idziesz?

Różne doświadczenia życiowe są u mnie powiązane. Po wypadku poznałem Marka Kamińskiego, poszliśmy na biegun, zaczęliśmy być zapraszani na różne spotkania motywacyjne w gimnazjach, na uczelniach wyższych, do telewizji. Zauważyłem, że ludzie potrzebują odpowiedzi nie tylko na pytania, czy na biegunie jest zimno, co jedliśmy, ale jak sobie dać radę, jak się nie poddawać? Pytali, jak to zrobiłem, że nie mając ręki i nogi, byłem na basenie, gdzie również trenowałem przed wyprawą. Bo oni, niepełnosprawni od lat, boją się wyjść z domu z obawy przed spojrzeniami ludzi. Wtedy zaświtała mi myśl, żeby założyć fundację, która nie tylko pomagałaby osobom po amputacjach i dawała im protezy za friko, bo nie o to chodzi, ale mobilizowała ich do działania.

[...]

Stawiasz sobie wciąż nowe cele. Chcesz sprawdzić granice swoich możliwości? Czy może to bierze się z przymusu, bo ludzie oczekują, że Mela znów ich czymś zaskoczy?

To najtrudniejsze z pytań, bo dla mnie najbardziej aktualne. Na pewno są bardzo duże oczekiwania społeczne: Wejdź wyżej, zrób więcej, jeszcze szybciej. Przyzwyczaiłem się do rzucania się na głęboką wodę, na zasadzie: biegun – OK, Kilimandżaro – też, maraton – dobra, potrenuję i przebiegnę, taniec – OK, wiem, że się nauczę, bo dam z siebie wszystko. Tylko mam taką paskudną cechę, że rzucam się na różne rzeczy, a potem to zostawiam. Nie jestem zdobywcą, nie jestem biegaczem czy tancerzem, i pewnie nim nie będę. Problem w tym, że zaczynam masę rzeczy naraz i chciałbym w końcu wybrać takie, w których mógłbym się realizować. Mam bardzo niewiele stałych rzeczy w życiu, do których należy moja rodzina i fundacja. A reszta? Mieszkam raz tu, raz tam, gdzieś pojadę. To jest fajne w pewnym momencie życia. Ale chciałbym wydorośleć, osadzić się w jednym miejscu i rozpocząć coś konsekwentnie.

Następnym celem będzie dom i rodzina?

Jak najbardziej. Biologia na mnie to wymusza, że coraz częściej o tym myślę. Jak widzę dzieciaki, to mi się „micha” uśmiecha od ucha do ucha. A dawniej patrzyłem z niechęcią na jakieś bachory w pociągu. Trochę mnie boli, że nie mam zawodu. Jestem mówcą, szefem fundacji, fotografem, jednak nie przełożyło się to na zawodowstwo. Mam potrzebę posiadania zawodu, żebym mógł sobie poradzić, gdybym chciał, na przykład, przeprowadzić się do Ameryki Południowej, gdzie nie będę bazował na tym, że jestem Jaśkiem Melą.

[...]

Wielu ludzi sądzi, że Mela nie płacze.

A to absolutna nowość! Mógłbym przynieść całe siaty pełne łez.

Ale kiedy patrzy się na Ciebie, widzi się radosnego faceta. Skąd ten optymizm u kogoś, komu życie zafundowało tyle cierpienia?

Chyba stąd, że obok siebie mam odpowiednich ludzi: świetną dziewczynę, fajne, inteligentne siostry, mądrych rodziców. Dzięki nim łatwiej radzę sobie z trudnościami. Tragedie, które wydarzyły się w moim życiu, pociągnęły za sobą wiele dobrych rzeczy. Bez cierpienia tak by się nie stało. Gdyby nie było cierpienia w moim życiu, to albo nic bym nie miał, albo miałbym mnóstwo kasy, siedział teraz, narzekał i obgadywał wszystkich dookoła.

Twoje motto na każdy dzień?

Nikt za nas życia nie przeżyje. Sami musimy sobie wyznaczać cele i do nich dążyć, żeby każdego dnia poczuć się zwycięzcą. Bo jest tak, że albo pracujesz w firmie, która do końca cię nie satysfakcjonuje, albo żyjesz w kraju, który cię wkurza. Chrzanić to wszystko! Znajdź sobie coś swojego i to rób. I to wszystko. 

Jasiek Mela w sesji dla magazynu VIVA!, 2014 rok

Jan Mela
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Aktorka żyje eko, chce zmieniać i chronić świat! „Nabrudziliśmy, musimy posprzątać, to nasz obowiązek. Albo zginiemy”, mówi MAJA OSTASZEWSKA. Antropolożka, wykładowczyni. Jak być matką, uczyła się od… szympansów - JANE GOODALL. TOMASZ MICHNIEWICZ: „W masowym wydaniu turystyka jest niszczycielską siłą, za co biorę częściową odpowiedzialność”, mówi. A także: słoni jest coraz mniej, coraz częściej rodzą się bez słoniowych ciosów. Czy można im skutecznie pomóc? W świecie zwierząt: Ferenstein-Kraśko, Sarapata, Zgrabczyńska, Olbrychscy, Tuszyńska, Urbańska, Jemioł, Dowbor… Zwierzęta są dla nich jak rodzina.