Ewa Demarczyk
Fot. PIOTR HAWALEJ/REPORTER
O NIEJ JEST GŁOŚNO

Jak wygląda dziś życie „Czarnego Anioła polskiej piosenki”?

Ostatni koncert Ewy Demarczyk odbył się 20 lat temu

Beata Nowicka 4 lipca 2020 16:01
Ewa Demarczyk
Fot. PIOTR HAWALEJ/REPORTER

Ostatni koncert Ewy Demarczyk odbył się 20 lat temu. Od tamtej pory artystka milczy. Nie pokazuje się publicznie, nie udziela wywiadów, nie komentuje „informacji” na swój temat. Nawet nie ma pewności, gdzie jest. Może mieszka w Krakowie, ale nie wiadomo gdzie. Ma duży, biały dom w Wieliczce, ale od lat nikt jej tam nie widział. Podobno prowadziła warsztaty w Paryżu, ale jak ją odnaleźć wśród milionów mieszkańców? Uczyła też - ale tylko podobno, oczywiście - śpiewu w Tel Avivie.

Jej życie to tajemnica i dryfowanie po morzu domysłów

Miała dar, iskrę bożą, wyjątkowy magnetyzm, który działał na publiczność jak czarodziejska różdżka. „Czarny Anioł”, tak o niej mówiono, odkąd zaśpiewała tym swoim charakterystycznym, mrocznym głosem jeden z największych utworów „Czarne anioły” z tekstem Wiesława Dymnego. Mówiono też: druga Edith Piaf. Porównywano ją do Juliette Greco, a jej talent interpretatorski stawiano na równi z wirtuozostwem Jacques’a Brela.

Nikt nie miał wątpliwości, że z tak charyzmatycznym głosem podbije świat. I prawie podbiła. Paryż powaliła na kolana pierwszym koncertem. Słynny dyrektor paryskiej Olympii Bruno Coquatrix, zafascynowany jej głosem pełnym żaru i namiętności, po występie powiedział: „To będzie moja druga Edith Piaf”. Zaproponował Demarczyk dwuletni gwiazdorski kontrakt i… klęczał przed nią, żeby go podpisała. Odmówiła.

Były dwie Ewy: diva estrady i nadwrażliwa, skomplikowana kobieta

Śpiewała od dziecka, ale chciała zostać pianistką, tylko zabrakło jej cierpliwości do żmudnych ćwiczeń. Była studentką pierwszego roku architektury i Wyższej Szkoły Muzycznej w klasie fortepianu kiedy związała się z kabaretem „Cyrulik”, który założyli studenci krakowskiej Akademii Medycznej. Pierwszy raz zaśpiewała publicznie w lutym 1961 roku na krakowskim Balu Rymarza. Spodobała się bardzo, dlatego w czerwcu postanowiła zdawać do PWST. Dostała się za pierwszym razem, choć komisja dosyć nisko oceniła jej predyspozycje. Na karcie egzaminu wstępnego 19-letniej Ewy Demarczyk można przeczytać: warunki zewnętrzne- dostateczne; dykcja- minus dostatecznie; głos- dobry; wyrazistość- dostateczna.

O tym, że w „Cyruliku” występuje wyjątkowa dziewczyna zaczęło być w Krakowie coraz głośniej. Kompozytor Zygmunt Konieczny opowiadał w wywiadzie: „Środowisko naszej Piwnicy pod Baranami zdobywało sobie coraz większy rozgłos. Pewnego dnia przyszedł do nas saksofonista, Przemek Diakowski, mówiąc, że widział właśnie występ kabaretu studenckiego Cyrulik z pięknie śpiewającą dziewczyną. „Warto by ją sprawdzić” - powiedział. Poszliśmy więc z Piotrem Skrzyneckim, by się o tym przekonać. Na miejscu okazało się, że Przemek miał całkowitą rację. Ewa była zjawiskowa”. Poruszony Skrzynecki od razu zaprosił Demarczyk pod Barany.

To był wyjątkowy dzień – 24 czerwca 1962 r. Na scenę krakowskiej Piwnicy Pod Baranami niemal wbiegł podekscytowany Skrzynecki: „Proszę państwa. Miałem powiedzieć 'dobry wieczór', ale nie mogę. Nie mogę, bo już czekam na to, co się zaraz wydarzy. Przed Państwem wspaniała młoda śpiewaczka, która was zachwyci – Ewa Demarczyk”.

Po chwili, przed publicznością pojawiła się dziewczyna o czarnych włosach, ogromnych, podkreślonych kreską oczach, w czarnej, prostej sukience. Wzruszająco onieśmielona, nie wiedziała, co zrobić z rękoma, ale gdy zaczęła śpiewać, jej potężny, nasycony emocjami głos sprawił, że sala zamarła. Wszystko inne przestało istnieć. Ewa Demarczyk miała wtedy 21 lat. A przy pianinie siedział Zygmunt Konieczny.

Tak zaczął się najlepszy okres w jej karierze

Artyści „Piwnicy pod Baranami” uważają, że Demarczyk i Konieczny byli sobie przeznaczeni, oczywiście artystycznie. Nadawali na tej samej twórczej fali, rozumieli się bez słów, a właściwie poprzez słowa ulubionych poetów. Choć na pierwszy rzut oka zupełnie inny: ona – poważna, niedostępna, on – ciepły, z poczuciem humory, szalenie towarzyski, lubiący towarzystwo i dobrą zabawę. Ale pod tą skorupą chłodu, była bardzo serdeczna, koleżeńska. Kiedy stróż pod godzinie 23 wyrzucał artystów z Piwnicy – a nie było było wtedy żadnych knajpek - całe towarzystwo szło na ulicę Wróblewskiego, gdzie Ewa mieszkała z ukochaną mamą i siostrą Lucyną. Żyły skromnie, ale zawsze chętnie częstowały winem i czymś do jedzenia. Zawsze coś miały dla młodych, wiecznie głodnych i spragnionych artystów. Mama Ewy, fenomenalna krawcowa, obszywała całą żeńską część kabaretu.

W 1962 roku Ewa Demarczyk wygrała krakowski Studencki Festiwal Piosenki, rok później, podczas pierwszej edycji Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, zaśpiewała „Karuzelę z madonnami”, „Czarne anioły” oraz „Taki pejzaż”. „Stanęła przed mikrofonem zupełnie niepozorna. Z ostrym makijażem, w czarnej, niezbyt efektownej sukience. I zaśpiewała. Ale jak zaśpiewała! Publiczność po prostu oniemiała. W ciągu jednego wieczora narodziła się gwiazda” - wspomina Marek Karewicz, słynny artysta fotografik i dziennikarz muzyczny. W nagrodę dostała skuter lambrettę. Kilka miesięcy później na festiwalu w Sopocie wzbudziła powszechny entuzjazm śpiewając „Grand valse brillante. Tym razem zgarnęła nagrodę specjalną. Właśnie tam Ewę Demarczyk zobaczył słynny dyrektor paryskiej Olympii Bruno Coquatrix i zaprosił ją na występy do Francji. W ciągu roku z nikomu nieznanej dziewczyny zamieniła się w gwiazdę.

„Byłam w Paryżu, gdy Ewa miała pierwsze występy. Mam wrażenie, ze zmarnowała ten Paryż przez swoje upory. A była naprawdę wspaniała. Miała szansę na wielką międzynarodowa karierę - wspomina Krystyna Zachwatowicz, która podsuwała Demarczyk francuskie piosenki do śpiewania. „Ale ona niczego nie chciała przyjąć. Myśmy ją błagali. Nie i już. Wiele lat później śpiewała w różnych językach. Ale to było już za późno” - dodaje Krystyna Zachwatowicz. Coquatrix proponował Demarczyk, że nowy repertuar będę dla niej pisać ci sami ludzi, którzy pracowali dla Piaf. Ale ona nie chciała śpiewać po francusku. Zgodziła się tylko na kilkutygodniowe występy.

Zygmunt Konieczny z okazji 70 -tych urodzin artystki, wspominał: „Praca z Ewą była ogromnym wyzwaniem. Miała wielką charyzmę, ale była też wymagająca, kapryśna, apodyktyczna. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że miała potrzebę władzy i rządzenia. Rozumiem to, bo tylko w ten sposób mogła mieć pewność, że zrealizuje to, co sobie zamierzyła. A jej celem była absolutna perfekcja”.

Kompozytor nie ukrywa, że bardzo często się kłócili, choć może były to raczej nieporozumienia artystyczne, które przybierały formę kłótni. W chwilach, gdy się zgadzali, Konieczny przymykał na to oko, ale gdy zaczynali się różnić co do kierunku, w którym miała iść ich współpraca, uwierało go to coraz bardziej. Z każdym rokiem różnice między nimi się pogłębiały, doprowadzając do wielu kryzysowych momentów. Były pretensje, nieporozumienia, a nawet trzaskanie drzwiami.

Dwuletni kontrakt Coquatrix’a odrzuciła, ale w Polsce była gwiazdą. Na jej koncertach pojawiały się rozentuzjazmowane tłumy, płyty rozchodziły się w rekordowych nakładach, wygrywała kolejne konkursy i festiwale. Była też doceniana za granicą.

Choć Demarczyk i Konieczny byli uważani za najbardziej twórczy tandem polskiej piosenki, ich drogi się rozeszły. Większość ich najważniejszych utworów powstała do 1968 roku, ale już na początku lat 70 w ogóle przestali wspólnie tworzyć. W 1973 roku Demarczyk zerwała z Piwnicą pod Baranami, postawiła na budowanie samodzielnej kariery, profesjonalnego zespołu. Głównym kompozytorem artystki został Andrzej Zarycki.

Zygmunt Konieczny uważa, że było to było zupełnie naturalne i zrozumiałe. „W pewnym momencie oboje chcieliśmy zacząć robić inne rzeczy, nie było więc sensu tego ciągnąć. Z Piwnicą Ewa również się rozstała, mniej więcej w tym samym czasie. Mieliśmy akurat jakieś przyjęcie, a ona jak gdyby nigdy nic wystrzeliła, że to koniec. Może i było to towarzysko brutalne, ale tu również ją rozumiem. Na każdym koncercie chciała mieć swój własny siedmioosobowy zespół, a w Piwnicy nie było na to warunków”.

Pracując z Andrzejem Zaryckim zaczęła śpiewać poezję Osipa Mandelsztama, Mariny Cwietajewej czy Goethego. Kompozytor po latach wspominał: „Ewa prowadziła bardzo udramatyzowane życie, bo była w nim taka sama, jak i na scenie. Wszystkie odmiany ludzi miała w sobie – przy każdym utworze korzystała z innego wizerunku. Próby z nią trwały bardzo długo, praca nad jednym utworem przez pół roku nikogo nie dziwiła. Była precyzyjna i wymagająca, zespół zmieniała, gdy tylko coś się jej nie spodobało, czyli właściwie co chwile. Muzycy musieli nie tylko świetnie grać, ale też znać wszystkie melodie na pamięć, bo na scenie oświetlona była zawsze tylko Ewa”

Jej życie prywatne jest owiane tajemnicą, oczywiście krąży o nim mnóstwo plotek, ale większość osób, które kiedyś doskonale znało Ewę nie chce ich upubliczniać nie tylko pod nazwiskiem, ale nawet anonimowo. Powszechnie wiadomo jedynie, że raczej nie miała szczęścia w miłości. Dwa razy wyszła za mąż, pierwszy mąż był skrzypkiem z zespołu Mazowsze, ale małżeństwo przetrwało kilka miesięcy. Podobno pierwsze zgrzyty pojawiły się w czasie podróży poślubnej, na którą Ewa zabrała… swoją mamę. Drugim mężem był R., mistrz sztuki złotniczej, studiował na ASP. To małżeństwo skończyło się skandalem, mąż wylądował w słynnym krakowskim więzieniu na Montelupich. Okazało się, że jest złodziejem. Okradał nie tylko znajomych Ewy, ale nawet… własną żonę. Demarczyk bardzo długo nie potrafiła uwierzyć w winę męża. Uwierzyła dopiero kiedy u właścicielki kawiarni na krakowskim Rynku zobaczyła własną broszkę. Kiedy usłyszała, że kobieta kupiła ją od jej męża, poddała się. Z siedzącym za kratkami mężem rozwiodła się korespondencyjnie i trafiła do szpitala.

Ewa Demarczyk inspirowała młodych twórców. U jej boku muzyczny talent szlifował Zbigniew Wodecki. Tak o tym opowiadał w wywiadzie: „Granie z kimś takim było wówczas nie tylko nobilitacją, ale też komfortem, bo każdy, absolutnie każdy koncert kończyła co najmniej dziesięciominutową owacją na stojąco. I to we wszystkich krajach: Szwajcarii, Belgii czy Francji. Te występy z Ewa dały mi więcej niż lata ćwiczeń w domu, bo stojąc koło takiej wokalistki w pięknych salach całego świata, musiałem dawać z siebie wszystko. Nic tak nie mobilizuje”.

A wszędzie gdzie występowała była witana i żegnana owacjami na stojąco, na przykład w Genewie z okazji dwudziestolecia Organizacji Narodów Zjednoczonych, na Noordseefestival w Belgii, Musique aux Champs-Elysées w Sztokholmie, Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Arezzo, Światowym Festiwalu w Varadero na Kubie, na austriackim Wiener Festwoche, Mondial du Theatre w Nancy, Orfeo de Oro w Bułgarii, festiwalu w Rio de Janeiro.

Miała kilka wymagań. Szymon Szurmiej, legendarny dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie nazywał je fanaberiami, ale uważał, że miała prawo je mieć: na scenie musiały stać dwa fortepiany, czarne, zestrojone. Kiedy w Kijowie pojawił się fortepian dobrej jakości, ale bordowy, diva powiedziała: „Ten fortepian ma zły kolor”. I wyszła. Koncert odbył się po sprowadzeniu czarnego instrumentu. Drugim wymogiem Demarczyk były światła na scenie, trzecim- czarna podłoga. Na koncerty po świecie jeździła z belą czarnego materiału, który w razie konieczności rozściełano na podłodze.

W 1986 spełniła swoje największe marzenie o prowadzeniu własnego teatru. Władze Krakowa powołały Państwowy Teatr Muzyki i Poezji pod nazwą Teatr Ewy Demarczyk na słynnej ulicy Floriańskiej. Niestety, sześć lat później kamienica została zwrócona Kościołowi, a teatr zakwaterowano w Muzeum Lenina, na czas remontu docelowej siedziby w byłym kinie Wisła. Okazało się też, że artystyczna ambicja Ewy Demarczyk boleśnie zderzyła się z twardą rzeczywistością. Jej teatr miał coraz większe problemy z funduszami, z szukaniem sponsorów, z narzucaniem jej gdzie i dla kogo ma występować. N Nie chciała zarabiać na życie, występując w telewizji,Po kolejnych pięciu latach, gdy remont dobiegał końca, zgłosili się spadkobiercy przedwojennych właścicieli budynku. Demarczyk nie zgodziła się płacić im czynszu, w 1997 roku teatr dostał nakaz eksmisji. Wynajęta przez właścicieli firma ochroniarska wyrzuciła teatr z budynku. Zespół na pewien czas znalazł schronienie w Bochni, ale dawał coraz mniej koncertów. Władze miasta, nie chcąc finansować instytucji, która mało działa – Ewa była perfekcjonistką- zaproponowały Demarczyk współpracę z Teatrem Ludowym, co artystka kategorycznie odrzuciła. Nie chciała tam występować, czuła się zdradzona i skrzywdzona. Mówiła: „Zostawiłam Kraków, ale nie publiczność. Ja wiem, że publiczność krakowska mnie kocha, bo i ja ją darzę takim samym uczuciem”.

Ostatni koncert Demarczyk z zespołem odbył się 8 listopada 1999 roku w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Niektórzy ludzie płakali ze wzruszenia, wszyscy pożegnali ją owacją na stojąco. W lutym 2000 roku artystka rozwiązała zespół. Coraz rzadziej spotykała się z przyjaciółmi i stopniowo wycofywała się z życia.

Dziewięć lat temu, z okazji 70-tych urodzin Ewy Demarczyk, Konrad Imiela, dyrektor Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, chciał zaprosić artystkę na koncert galowy, poświęcony piosenkom z jej repertuaru. Próbował wielokrotnie skontaktować się z artystką, chciał ją osobiście zaprosić, omówić szczegóły, bez skutku. Najpierw poprosił o pomoc jej dawnych znajomych. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce. Ostatecznie za każdym razem trafiał do Pawła Rynkiewicza. Na początku był członkiem ekipy technicznej, robił jej manicure i pedicure, sprzątał i prasował, dziś jest rzecznikiem Demarczyk. Tylko przez niego można skontaktować się z gwiazdą. I… tego kontaktu nie ma od lat. „Zapewniam, że Ewa Demarczyk nie zaginęła. Tylko to, gdzie przebywa i co robi, jest jej prywatną sprawą – ucina wszelkie spekulacje Paweł Rynkiewicz.

Dlaczego tak naprawdę przestała śpiewać? O to trzeba zapytać Ewę Demarczyk. A ona milczy. Kilka osób twierdzi, że miała problemy z wyemitowaniem górnych dźwięków. Ale większość uważa, że to nie był problem, bo miała to „coś”: charyzmę i niezwykły dar nawiązywania kontaktu z publicznością. Jej głos ciągle poraża.

Pod nagraniami z 1962 roku „Karuzeli z madonnami” czy „Czarnych aniołów” dzisiejsza młodzież pisze: „Szybsza niż MC Silk”, „Eminem się chowa. Genialna!”, „Artystka idealna!”, „Fenomenalne wykonanie. Himalaje trudności wokalnej”, „Królowa”, „Pani Ewo mam żal do pani, że miliony wielbicieli pani talentu pozbawiła pani możliwości słuchania na żywo tej wyjątkowej twórczości”.

Teraz jej asystent Paweł Rynkiewicz, powiedział serwisowi pomponik.pl: „Zapewniam, że Ewa Demarczyk nie zaginęła. Tylko to, gdzie przebywa i co robi, jest jej prywatną sprawą”.

Korzystałam z książki „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk” Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze, wydawnictwo Znak  

Ewa Demarczyk, 1967

Ewa Demarczyk
Fot. Harry Weinberg/FOTONOVA/East News

Ewa Demarczyk, 08.1999 Warszawa. Nagrody Polityki

Ewa Demarczyk
Fot. Jacek Dominski/East News

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.