Catherine Zeta-Jones
Fot. Miramax Films
VIVA! Tylko u nas

Kochamy to! Muzykę, taniec, emocje, cały ten zgiełk. Oto najgłośniejsze musicale

MA 6 stycznia 2016 20:09
Catherine Zeta-Jones
Fot. Miramax Films

Kochamy to. Muzykę, taniec, emocje. Musical to gatunek, który nigdy nie znudzi się publiczności. Wkrótce na ekrany wchodzi pierwszy polski musical filmowy, który ma szansę powtórzyć sukces światowych hitów jak „Mamma Mia!” czy „Chicago”. Dlaczego? Bo „#WszystkoGra” jest skrojone według najlepszych wzorców.

 

Edyta Górniak stoi na scenie w świetle laserów. Krótka grzywka, skupiony wzrok. Jest rok 1991, a ona śpiewa „Litanię” – hymn pokolenia. A przynajmniej tej jego części, której udało się dostać do Warszawy na „Metro”, najpopularniejszy do dziś polski musical. Gdyby przedstawienie Janusza Józefowicza miało szanse stać się filmem, jego siła rażenia byłaby o wiele większa. Bo w tej branży przepis na sukces wydaje się prosty – ludzie lubią te melodie, które już słyszeli. Przenoszone na ekran przeboje z Broadwayu i West Endu weszły na stałe do historii kina i podbiły serca widowni na wiele lat. Triumfy święciły musicale z kompilacjami szlagierów, jak „Mamma Mia!” czy „Moulin Rouge”.

 

Tą drogą idą też twórcy nowego polskiego musicalu „#WszystkoGra” – polskiego musicalu, jakiego jeszcze nie było. Rzecz dzieje się w Warszawie. Jest matka, córka, skomplikowana miłość, piękne zdjęcia, taniec i – przede wszystkim – mnóstwo znanych przebojów w nowych aranżacjach – od „Jej portret” Bogusława Meca po „Warszawę” T.Love. Znacie? Dlatego pokochacie!

 

Sebastian Fabijański i Kinga Preis
Fot. Vue Movie Distribution

Sebastian Fabijański i Kinga Preis w musicalu #WszystkoGra, 2016

 

All That Jazz

 

Było Boże Narodzenie, początek nowego stulecia. W willi na Bahamach należącej do Michaela Douglasa i Catherine Zeta-Jones właśnie trwało przyjęcie. Było wesoło, ktoś zaintonował kolędę. Catherine zaczęła śpiewać. Jej śpiew zainteresował szczególnie jedną osobę. Producent Martin Richards w jednej chwili pojął, że znalazł swoją Roxie Hart! Tak miała wyglądać sytuacja, dzięki której Zeta-Jones znalazła się w obsadzie musicalowego hitu ostatnich lat – filmu „Chicago”. W którym zresztą wcale nie zagrała Roxie, bo kiedy usłyszała propozycję, bez wahania ją… odrzuciła. Nie znając dobrze fabuły, sądziła, że finałową piosenkę, legendarne „All That Jazz”, śpiewa inna bohaterka – Velma Kelly i o tę rolę postanowiła zawalczyć. Piosenka była jedynym powodem, dla którego zdecydowała się zagrać w „Chicago”. W finale zaśpiewały ją obie – Velma i Roxie.

 

Dziś trudno wyobrazić sobie inną Velmę – cyniczną i piękną morderczynię, za rolę której Catherine dostała Oscara. Podobnie jak słodka i zdemoralizowana Roxie może być tylko jedna – Renée Zellweger.

 

Chicago” było w historii filmowych musicali dziełem wyjątkowym. Po latach szalonej popularności przez długi czas takich produkcji prawie nikt się nie podejmował. Sądzono, że musical umarł lub zszedł do podziemia wraz z końcem lat 80. Ale wielki sukces „Chicago” – nagrodzonego sześcioma Oscarami filmu na podstawie wystawianego przed laty musicalu – udowodnił, że gatunek żyje, ma się świetnie i ludzie go kochają.

 

Catherine Zeta-Jones i Renée Zellweger
Fot. Miramax Films

Catherine Zeta-Jones (jako Velma Kelly) i Renée Zellweger (Roxie Hart) w "Chicago", 2002

 

Bawmy się!

 

Musicale wystawiane od Londynu po Nowy Jork przed II wojną światową przyciągały tłumy. Nic dziwnego, że filmowcy szybko wpadli na to, żeby przenosić je na ekran. Nowy wynalazek – film dźwiękowy dawał przecież niesamowite możliwości. Dzieła, które wtedy powstały, miały bawić widza. I bawią nadal. Do dziś trudno wyobrazić sobie świąteczne poranki w telewizji bez „Czarnoksiężnika z krainy Oz” w fantastycznej wersji z 1939 roku. W roli Dorotki Judy Garland, która za kilka lat zostanie mamą jednej z największych gwiazd musicalu na świecie – Lizy Minnelli. Na razie ma 17 lat, sama jest gwiazdą i śpiewa balladę „Over the Rainbow”. Dzięki jej wykonaniu piosenka przejdzie do historii.

 

Jednym z pierwszych wielkich i do dziś uważanych za arcydzieło musicali była „Deszczowa piosenka” z 1952 roku z genialnym tancerzem i aktorem Gene’em Kellym i hitem „Singing in the Rain”.

Lata 50. to też czasy Marilyn Monroe. W „Mężczyźni wolą blondynki” była cudowna, śpiewając kobiecy manifest wszech czasów „Diamonds Are a Girls Best Friend”. Do dziś nikt nie zrobił tego lepiej. Za rolę dostała wtedy 18 tysięcy dolarów, podczas gdy gaża partnerującej jej Jane Russell wynosiła 200 tysięcy. Podobno wielka kłótnia między paniami wybuchła jednak nie o pieniądze, a o to, czyje nazwisko ma być wyżej na plakacie (w końcu umieszczono je obok siebie).

 

West Side Story” z 1961 roku bywa nazywane najlepszym musicalem w dziejach. Obsypana 10 Oscarami historia to nic innego jak szekspirowski dramat „Romeo i Julia” przeniesiony do współczesnego Nowego Jorku.

 

West Side Story
Fot. Metro-Goldwyn-Mayer Studios

Natalie Wood i Richard Beymer w "West Side Story", 1961

 

Życie jak kabaret

 

Wielką popularność zdobył „Jesus Christ Superstar” – przedstawienie, a później film na podstawie historii ostatnich dni Jezusa Chrystusa. Film z 1973 roku wywołał sporo kontrowersji. „Chwalony przez Radio Watykan za świeżość, przez część katolików został zbojkotowany za obrazoburstwo, brak sceny zmartwychwstania i erotyczny podtekst relacji Jezusa z Marią Magdaleną”, pisali krytycy.

Muzyka „Jesus Christ Superstar” wyszła spod ręki giganta musicali – Brytyjczyka Andrew Lloyda Webbera, który ma na koncie między innymi takie arcydzieła, jak „Koty”, „Upiór w operze” czy „Evita”. Za swoje dokonania został uhonorowany przez królową tytułem szlacheckim.

 

W tamtym czasie świat, a wkrótce potem Polska zachwyciła się też „Skrzypkiem na dachu” – rzewną historią żydowskich mieszkańców rosyjskiego miasteczka Anatewka. Musical od 1983 roku jest wystawiany także w różnych teatrach w Polsce.

 

Kabaret” był jedynym wielkim musicalem lat 70. wbrew wszystkim, którzy twierdzili, że „nikt nie będzie chciał oglądać musicalu z nazistami”, pisał Steven Jay Schneider w opracowaniu „1000 filmów, które musisz obejrzeć, zanim umrzesz”. Film Boba Fosse’a z 1972 roku oczywiście się wśród nich znalazł. Historia rozgrywa się w Berlinie, w dusznych latach 30., tuż przed dojściem do władzy Hitlera. Sally, artystka podrzędnego kabaretu, spotyka brytyjskiego pisarza Briana. Co dobrego może z tego wyniknąć? Choćby osiem Oscarów, w tym jeden dla Boba Fosse’a, który pokonał w wyścigu o statuetkę Francisa Forda Coppolę i jego „Ojca chrzestnego”. Nagrodzono też Joela Greya za niesamowitą rolę demonicznego Mistrza Ceremonii i Lizę Minnelli, artystkę, która urodziła się, aby zagrać Sally.

 

Liza Minelli
Fot. ABC Pictures

Liza Minelli w musicalu "Kabaret", 1972

 

 

Ona jak mało kto rozumie, co to znaczy, że „życie jest kabaretem”, jak śpiewa w filmie. Wychowała się w studiu filmowym, jej ojcem był znany reżyser Vincente Minnelli. „Poczucie humoru odziedziczyłam po matce”, mówiła Liza. Być może też po niej odziedziczyła skłonność do używek, która stanęła na przeszkodzie jej karierze. Jako Sally była doskonała. „Nie jestem bardzo dobrą wokalistką. Po prostu wiem, jak zaprezentować piosenkę, i robię to już wystarczająco długo, żeby robić to dobrze”, mówiła skromnie. Bob Fosse nakręcił jeszcze jeden wybitny musical – „All That Jazz”, w wersji polskiej „Cały ten zgiełk”, którego tytuł zaczerpnął z piosenki.

Spodnie Olivii

 

Lata 70. to hippisi, a jeśli hippisi, to „Hair”. Film Miloša Formana, antywojenny manifest tamtego pokolenia, opowiada o młodych ludziach uwikłanych w konflikt w Wietnamie. Przebojami zostały właściwie wszystkie piosenki z musicalu. I dziś nie zestarzały się ani o sekundę.

 

Nie zestarzał się również kultowy „Grease” z 1978 roku, który przypomniał, że musical to jednak przede wszystkim zabawa. Gdzieś w latach 50. dwoje młodych ludzi, Amerykanin i Australijka, spotykają się na wakacjach i zakochują się w sobie. Niestety, okazuje się, że po wakacjach znaleźli się w tej samej szkole. Mało skomplikowana intryga nie ma znaczenia. Liczy się wypomadowana fryzura Johna Travolty (grease znaczy wypomadowany) i obcisłe czarne spodnie, z powodu awarii suwaka zaszyte na amen na zgrabnej pupie Olivii Newton-John. I hity: „Summer Night”, „You’re The One That I Want”, „We Go Together”. „Travolta był uroczy, podobał mi się. Była między nami chemia”, wyznała po latach Olivia. Zastrzegała jednak, że nigdy nie wylądowali razem w łóżku. Rola w „Grease” zapewniła Travolcie miejsce w historii kina, nawet gdyby miał już nic nie zagrać. Na szczęście zagrał – także w musicalu. W 2007 roku wystąpił jako kobieta w przezabawnym filmie „Lakier do włosów”.

 

Olivia Newton-John i John Travolta
Fot. Paramount Pictures

Olivia Newton-John i John Travolta w "Grease", 1978

 

 

Sukces „Grease” powtórzy w latach 80. inna seksowna para. Patrick Swayze i Jennifer Grey podbiją serca i uszy widowni w „Dirty Dancing”. Hitów „Time of My Life” czy „She’s Like the Wind” słuchamy do dziś.

 

Choć w teatrach muzycznych Londynu, Nowego Jorku, a nawet Gdyni czy Warszawy wciąż działo się wiele, film na pewien czas stracił zainteresowanie musicalem. W 1997 roku Alan Parker zekranizował „Evitę” – o żonie byłego dyktatora Chile, Evicie Peron. Rolę główną powierzył Madonnie. Musical podobał się widzom i nawet go nagrodzono za piosenkę w wykonaniu Madonny, choć nie za słynne „Don’t Cry For Me Argentina”.

W greckim słońcu

 

Przebudzenie przyszło w 2001 roku za sprawą „Moulin Rouge”. Od lat żaden musical nie wywołał takich emocji, jak przepięknie sfilmowana przez Baza Luhrmanna historia paryskiej kurtyzany Satine granej przez Nicole Kidman. Do historii przejdzie z pewnością „Roxanne” wykrzyczane ochrypłym głosem przez Jacka Komana, który w filmie zagrał argentyńskiego tancerza tanga. Rok 2006 to wielki sukces filmu „Dreamgirls” opartego na prawdziwej historii trzech ciemnoskórych dziewczyn z zespołu The Supremes. Jedną z dziewczyn gra Beyoncé, która wcześniej bezskutecznie starała się o rolę Mamy w „Chicago”.

 

Po „Chicago” poszło jak z płatka. Oglądaliśmy „Upiora w operze”, „Burleskę”, „Nędzników” z oscarową rolą zabiedzonej i ostrzyżonej na potrzeby filmu Anne Hathaway.

 

Meryl Streep
Fot. Universal Pictures

Meryl Streep w "Mamma Mia!", 2008

 

 

Ale najważniejsza, najpiękniejsza i najpopularniejsza była „Mamma Mia!” z rewelacyjną Meryl Streep, która jest największą niespodzianką i największym atutem filmu. Jak to się stało, że zagrała w musicalu?

W październiku 2001, miesiąc po zamachach na World Trade Center, Nowy Jork był miastem w żałobie. Meryl Streep wraz z rodziną właśnie tu zamieszkała. Udzieliła jej się atmosfera przygnębienia. Wtedy odkryła, że na Broadwayu zaczęli grać musical na podstawie piosenek ABBY. Czy może być coś bardziej optymistycznego? Znane piosenki, lekka fabuła i beztroska atmosfera greckich wysp. Meryl zabrała do teatru 10-letnią córkę Louisę i jej koleżanki. Wyszły oczarowane. „To było tak, jakbyśmy się unosili w powietrzu”, zachwycała się Streep. Po przedstawieniu napisała list z podziękowaniami, który trafił do reżyserki Phyllidy Lloyd. A ta, kiedy siedem lat później kompletowała obsadę filmu, zadzwoniła właśnie do Meryl. „Mało nie umarłam”, mówiła później aktorka. „Byłam przerażona, bo kocham muzykę i ona dużo dla mnie znaczy”.

 

Streep, która jako dziecko pobierała lekcje śpiewu, bardziej obawiała się sekwencji tanecznych. Poradziła sobie świetnie. Film przebił sukces musicalu, który od 1999 roku nieprzerwanie grany jest na West Endzie. To, co kiedyś zobaczyła w nim Meryl Streep – czystą rozrywkę i optymizm – nadal „zaraża” widzów i wywołuje radosny uśmiech. Bo najlepiej jest, gdy wszystko gra!

 

Katarzyna Sielicka

 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.