Pamiętasz moment, w którym zdecydowałaś, że chcesz na poważnie zająć się muzyką?
WIDEO…
Muzyka była ze mną zawsze, ale bardzo długo nie wiązałam z nią przyszłości zawodowej. Wychowałam się w domu, w którym panowało przekonanie, że trzeba iść na studia i mieć przyszłościowy zawód. Dopiero na studiach podjęłam decyzję, która była wbrew temu, czego chcieli dla mnie rodzice: rzuciłam psychologię, poszłam do szkoły muzycznej, a później na Akademię. Obecność na scenie, bycie twórczą i kreatywną towarzyszyło mi od zawsze. Ten zwrot w stronę muzyki był tak naprawdę zwrotem w stronę najbardziej naturalnej części mnie.
To był impuls czy coś, co dojrzewało latami?
Jedno i drugie. Decyzje, które przestawiają życie na zupełnie inne tory, zawsze potrzebują impulsu, bo taka odwaga, zwłaszcza w młodym wieku, nie przychodzi sama z siebie. Jednak to był też impuls, który pozwolił mi zrealizować coś, co dojrzewało we mnie od dawna. Podskórnie wiedziałam, że to jest moje marzenie. Impuls dał mi tylko odwagę, żeby za nim pójść.
Jak z perspektywy czasu oceniasz tę decyzję?
Fenomenalna. W ciągu 2-3 lat z szarej myszki przeistoczyłam się w kobietę, która wie, czego chce. Miałam w sobie potężną, jak na ten wiek, siłę wewnętrzną. Szłam za ciosem. Stałam się pogodnym człowiekiem, zbudowałam poczucie własnej wartości. Po latach, mama, która najbardziej się martwiła, że rzuciłam studia, powiedziała, że teraz, kiedy patrzy na mnie, rozumie, czemu to zrobiłam. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo musiałam się zmienić.
Często mówisz o poszukiwaniu własnego muzycznego języka. Jak wyglądała ta droga?
Cały czas go szukam. Czasem mam wrażenie, że noszę w sobie klęskę urodzaju. Robiłam muzycznie wiele rzeczy i odkryłam w sobie mnóstwo zasobów: śpiewam i nawijam, zajmowałam się jazzem, wcześniej hip-hopem i soulem. W pewnym momencie okazało się, że wiele rzeczy czuję bardzo mocno i w wielu mam potencjał.
To chyba dobrze?
I tak, i nie. Uważam, że mamy w sobie określoną ilość energii. Powiedzmy, że to sto żetonów. Jeśli wrzucisz je w jedną rzecz, ta rzecz ma ich sto. Jeśli rozłożysz je na dziesięć, każda dostanie maksymalnie dziesięć. Trudno być wtedy we wszystkim mistrzem. Żeby ustalić, co naprawdę chcę robić, musiałam poeksperymentować. To wspaniałe, bo koncentrując się na jednej rzeczy, mogę czerpać ze wszystkich pozostałych. Kiedy nawijam, korzystam z rytmicznej lekkości, której nauczyłam się w klasie jazzu na Akademii Muzycznej.
Więc w co chcesz zainwestować swoje żetony?
Chyba coś znalazłam. Pogodziłam się z tym, że na pewno chcę nawijać i bawić się rytmem, bo w nawijce mogę pokazać swoją różnorodność. Ale chcę też śpiewać. Badam teraz kierunek, w którym w Polsce porusza się niewiele osób: jednoczesne śpiewanie i nawijanie. Chciałabym się w tym miejscu osadzić. Trochę więc znalazłam, ale wciąż jestem otwarta na dalsze poszukiwania.
W każdej karierze są trudniejsze momenty, czy Ty pamiętasz taki czas czy wydarzenia, które oceniasz jako szczególnie wymagające?
Tak, kiedy orientowałam się, że przez ostatnie dwa lata pracowałam nad czymś, czego już nie chcę robić. Dziś wiem, że i z tego czerpię. Pierwsza reakcja to rodzaj żałoby: po czasie, w którym mogłam robić coś innego, po pieniądzach, po wysiłku ludzi. Miałam wtedy poczucie straconej szansy.
Drugi rodzaj trudnej chwili zna chyba każdy twórca. Przyjeżdżasz zagrać koncert, a na sali prawie nikogo nie ma. Nagrałaś płytę, wydałaś ją, robiłaś próby, zaangażowałaś ludzi, mówiłaś wszystkim, że będzie super. I stajesz na scenie przed garstką osób. O takich rzeczach trudno się mówi, bo to trochę jak przyznanie się do porażki.
Co powiedziałabyś młodemu artyście, który przeżywa to po raz pierwszy?
Że tak będzie i to na każdym etapie. To w ogóle nie świadczy o tym, czy jest dobrym artystą ani czy napisał kiepską, czy dobrą piosenkę. Wiem, że ludzie potrafią się po czymś takim załamać, ale nie należy się tym przejmować. Jeśli dzieje się to cały czas, warto wyciągnąć lekcję – może kuleje promocja, może social media. Tylko że to wciąż nie mówi nic o jakości kreacji artystycznej.
Czego najbardziej brakuje dziś młodym artystom?
Pieniędzy. Młodej sztuce zawsze ich brakowało i zawsze będzie brakować. Ale jest też druga strona medalu, związana z social mediami: często brakuje im poczucia, że są wyjątkowi. Jak masz się czuć wyjątkowa, kiedy wpisujesz na Instagramie hasztag „rapująca dziewczyna” albo „soul” i widzisz dziesięć tysięcy osób, które na pierwszy rzut oka robią to lepiej od ciebie? Mam dość silny charakter i wiem, że to, co robię, jest dobre. A mimo to, kiedy oglądam młodsze dziewczyny, które w obiektywie wydają się idealne, myślę sobie: po co ja to w ogóle robię? Jeśli ja tak mam, to jak muszą się czuć ci, którzy dopiero zaczynają?
Dlaczego to poczucie wyjątkowości jest tak ważne?
Bo nie robimy tego tylko dla siebie. Gdybyśmy tworzyli do szuflady, moglibyśmy być twórcami, ale nie wykonawcami. Moglibyśmy robić to hobbystycznie i nie stresować się, czy ktoś przyjdzie na koncert. Musimy czuć, że to do kogoś trafia, że ktoś na to czeka i pomyśli: w tej muzyce słyszę siebie.
Dużo się u Ciebie dzieje, nad czym teraz pracujesz?
Razem z Bartkiem, moim producentem, a prywatnie partnerem, właśnie wypuściliśmy kolejny singiel, a 13 października ukaże się następny. Zapowiadamy jednocześnie EP-kę i longplay, które wyjdą na początku przyszłego roku. Album będzie w całości po polsku, tak jak nowe single. To duża zmiana i odpowiedź na pytanie, które zadawali mi chyba wszyscy dziennikarze: kiedy po polsku? Teraz nadszedł ten moment.
Kto pojawi się na płycie?
Będą goście, ale jeszcze nie zdradzę kto. Powiem tylko, że to goście, z których będę mogła być dumna.
A EP-ka?
Ukaże się w ciągu najbliższych tygodni i to na winylu. To będzie reedycja mojej pierwszej płyty: po jednej stronie debiut, po drugiej nowa epka w całości po angielsku. Takie zamknięcie etapu, w którym pisałam po angielsku. A w przyszłym roku: witamy nawijkę i śpiewanie po polsku.
Myślisz o karierze poza Polską?
W styczniu prawdopodobnie zagram swój pierwszy koncert w Stanach. Ale zmieniłam strategię. Kiedyś cały czas planowałam do przodu i dużo koncertowałam. Dziś chcę grać mniej, a więcej wydawać: pisać i dostarczać słuchaczom nowe kawałki. Wcześniej muzyka była dla mnie trochę narzędziem, a sztuką była logistyką. Teraz odwracam kota ogonem, czyli tak, jak powinno być: zajmuję się muzyką, którą przy okazji promuję. To ogromnie odświeżające. Może jak z moim muzycznym językiem – kiedy poznam oba bieguny, znajdę między nimi złoty środek. O to walczę.
Materiał promocyjny VeloBank