VIVA! MODA

Modelka, aktorka, piosenkarka. Poznajcie Lou Doillon, nową ikonę mody!

Jej sławna rodzina to dar czy przekleństwo?

Marcin Brzeziński 11 marca 2019 18:29

Córka Jane Birkin i reżysera Jacques’a Doillona, przyrodnia siostra Charlotte Gainsbourg i Kate Barry. Modelka, aktorka, piosenkarka. Dziś Lou Doillon mówi własnym głosem. i jest… ikoną stylu. Przeczytajcie tekst Beaty Nowickiej z najnowszego wydania VIVY! MODY!

Piosenkarka Lou Doillon

Jej życie od narodzin śledziła cała Francja, była w końcu częścią „cudownej rodziny” Paryża. Przez lata istniała jako „córka Jane Birkin” i „siostra Charlotte Gainsbourg” bez względu na to, co robiła. Napędzało ją wieczne niezadowolenie, krytyczny głos, który nie odpuszczał: maluj więcej, pisz więcej, śpiewaj więcej, graj więcej, pozuj więcej. I zasuwała od 15. roku życia. Została paryską It Girl, ale to wciąż było mało. Za mało, żeby wyjść z przeklętego cienia.
W prezencie na 30. urodziny wydała debiutancką płytę Places. Sprzedała dwa miliony egzemplarzy i powaliła Francję na kolana. Przestała być „córką tej…” i „siostrą tamtej…”. Świat poznał piosenkarkę, która ma „tembr głosu o wyszczerbionej elegancji i jest zniewalająca”. Lou Doillon narodziła się na nowo.

Chciałam być córką piekarza

Dorastała w cieniu matki, która była ikoną stylu życia, miłości, i przyrodniej siostry, która u boku legendarnego ojca, Serge’a Gainsbourga, już jako mała dziewczynka stała się gwiazdą. Choć najgorzej wspomina momenty, kiedy ludzie zaczepiali ją na ulicy, żeby wyznać: „Uwielbiam twojego tatę Serge’a!”. Doprowadzało ją to do szaleństwa. Kiedy się skarżyła, jej prawdziwy ojciec, Jacques Doillon, reżyser, producent, scenarzysta i aktor, mówił z iście angielską flegmą: „Na twoim miejscu miałbym to w dupie”. Ona nie miała.
Niezwykła patchworkowa rodzina była dla Lou przekleństwem i błogosławieństwem. W chwilach desperacji sama siebie nazywała „bękartem królewskiej rodziny”, w której rządzi Jane, królowa matka. „Jedni mnie dotykali i prawie płakali ze wzruszenia, bo »przecież byłam córką Jane«, a inni potrafili zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, żebym nie myślała, że wszystko dostanę na tacy »tylko dlatego, że jestem córką Jane«. Schizofreniczny stan. Chciałam być córką piekarza zza rogu. Marzyłam tylko o tym, żeby było normalnie jak u innych”. Ale nic tam nie było normalne.

Jako 10-latka wypracowała swój styl

W rodzinnym klanie, pełnym silnych indywidualności, Lou też nie miała lekko. Matka śpiewała, pisała teksty piosenek, ćwiczyła role i… miała 100 innych pomysłów na minutę, Charlotte „grała”, przygotowując się do kolejnej roli, Kate rysowała i projektowała sukienki haute couture, a trzecia siostra, Lola, kręciła krótkie metraże. Ojciec Lou robił film za filmem, a Serge Gainsbourg zmarł, kiedy Lou miała dziewięć lat – był już za życia legendą.
W tym szalonym domu każdy był skażony jakąś pasją. Wszystko musiało być oryginalne, indywidualne, wyjątkowe. Przy kolacji mieli ulubioną zabawę polegającą na tym, że na kartce papieru rysowali osobę, która siedziała naprzeciwko, ale… nie patrząc na kartkę! Jako pięciolatka Lou zagrała filmową córkę swojej mamy w filmie Kung-Fu Master, który nakręciła przyjaciółka Jane, Agnès Varda. Wtedy wpadła w artystyczną matnię.
„W takim świecie nie myślisz o tym, że zostaniesz lekarzem, tylko że musisz być równie kreatywna jak oni”, mówiła Lou.
W wieku sześciu lat zaczęła ciąć swoje ubrania, bo nie chciała wyglądać jak inne dzieci, w ten sposób sama nauczyła się szyć. Jako 10-latka wypracowała swój styl: nosiła legginsy w indiańskie wzory pod kwiecistymi sukienkami albo do T-shirtów z podobizną Patti Smith, P.J. Harvey, które podziwiała.
Uwielbiała rysować, pisać i czytać. Pochłaniała wszystko, co jej wpadło w ręce, miała głód wiedzy. W domu Jane Birkin, kiedy dziecko mówiło głupoty, natychmiast pojawiało się pięć osób, żeby mu to wypomnieć, wyśmiać i poprawić. Nikt tam nikogo nie głaskał po główce i nie rozpieszczał komplementami.
Kiedy zadebiutowała u ojca, już pierwszego dnia na planie zdjęciowym wybuchła awantura, bo dwa razy się pomyliła. „To był mały epizod, miałam dziewięć lat, a on przy całej ekipie wrzeszczał: »Uważasz, że to by cię zabiło, gdybyś porządnie nauczyła się tekstu?! Zejdź mi z oczu«. Asystent ojca chciał mnie odwieźć do hotelu, gdzie mieszkała ekipa, ale ojciec zaprotestował: »Dziewczynka, która nie zna swojej roli, wraca na piechotę«”.

Śliczna brzydula

Po matce Lou odziedziczyła ogromne oczy, zmysłowe usta, burzę włosów z niesforną grzywką i niekończące się nogi. Kiedy dostała propozycję pracy jako modelka, myślała, że to Jane będzie jej kibicować, a namawiał ją ojciec, mówiąc, że to świetny pomysł, bo zwiedzi świat i zarobi spore pieniądze małym wysiłkiem. Akurat wtedy – miała 15 lat – Lou postanowiła rzucić szkołę i wyprowadzić się z domu. Nie mieściła się w schemacie francuskiej edukacji, a w domu coraz bardziej się dusiła. Nikt nie zaprotestował. Rodzice wynajęli jej studio w tej samej dzielnicy, żeby mieć córkę na oku.
Sama nie była do końca przekonana, czy nadaje się na modelkę, może dlatego, gdy zaczęła pojawiać się na castingach, początkowo każdy myślał, że Lou jedynie dostarcza portfolio koleżanki. W końcu została zaangażowana do pokazu dla domu mody Missoni. „To było szaleństwo. Zupełna katastrofa, bo byłam strasznie kiepska. Missoni wysłało mnie na wybieg za Gisele Bündchen. Pomyślałam, że żartują. Cała ta sytuacja z modelingiem była jednym wielkim nieporozumieniem, ale… Jedno nieporozumienie prowadziło do następnego i kolejnego i nagle robiłam kampanie dla Vivienne Westwood, Sonii Rykiel czy Christiana Lacroix”, opowiadała z ironią w głosie.
Miała 16 lat, kiedy fotograf, który robił jej pierwszą sesję dla Vogue’a, między zdjęciami powiedział: „Lou, she’s not beautiful, she’s interesting”. „Myślałam, że moje życie się skończyło”, śmiała się po latach. „Ja, która marzyłam wyłącznie o tym, żeby być piękna, nagle uświadomiłam sobie, że piękna nie jestem i nie będę. Odtąd należę do kategorii »interesująca«. Na dodatek to prawda”. Zakochane w niej media ochrzciły ją jako „jolie laide”– śliczną brzydulę.

Na 30. urodziny wydała płytę „Places” i powaliła Francję na kolana. Przestała być „córką tej...” i „siostrą tamtej...”

Ta śliczna brzydula indywidualność miała zapisaną w genach. Bardzo szybko została twarzą, ciałem i inspiracją dla tysięcy młodych dziewczyn. Była ich maskotką, kolorowym ptakiem, kwintesencją Paryża, ich It Girl! Podobnie jak kiedyś jej mama. Jane Birkin zawsze była ikoną mody, trendy przez nią wylansowane kilka dekad temu powracają co kilka sezonów. Lou już jako mała dziewczynka wypracowała swój unikalny styl, który łączy szyk w stylu retro, dyskretną elegancję i nonszalancję zbuntowanej dziewczyny. Lou uwielbia kupować ubrania w second-handach i własnoręcznie je przerabiać. Zgrabnie łączy kobiecą estetykę vintage z lat 70. i elegancję w rockowym wydaniu. Ona sama komentuje: „Często mówi się o moim stylu, ale mi to nic nie mówi. Jedyne, co mam do powiedzenia na ten temat, to to, że nigdy nie zastanawiałam się, czy wypada coś założyć, czy nie, czy coś do siebie pasuje, czy nie”.
Po babci, aktorce Judy Campbell, Lou ma obsesję na punkcie marnowania czasu, więc wyznaczyła sobie surowe standardy i pracowała non stop. Grała w filmach, zadebiutowała dużą rolą u ojca w Zbyt (mało) miłości, tym razem tekst swojej roli miała wykuty na blachę, ale, jak powtarzała z sarkazmem: „Tato dał mi tę rolę wyłącznie dlatego, że jego aktorka nagle zrezygnowała”. Grała w serialach Gossip Girl, Les Invincibles, a pomiędzy zdjęciami leciała na pokazy albo sesje do kolejnych kampanii modowych. Była twarzą Chanel, Givenchy, Miu Miu, Mango, Vanessy Bruno, H&M, Eres, JBrand, Gap, Chloé, Maje czy Hogan by Karl Lagerfeld.
Grała, rysowała, pozowała, komponowała, pisała, robiła na drutach, piekła ciastka – piecze fenomenalnie – cokolwiek nie robiła, wszyscy widzieli w niej „córkę Jane” i „siostrę Charlotte”, która próbuje iść w ślady siostry i mamy.

Dojrzały ser i… Patti Smith

„Do 19. roku życia miałam tylko jedno pragnienie: żeby się podobać, żeby sprawiać przyjemność, żeby być kochaną. Słowo »dojrzałość« kojarzyło mi się ze… stadium dojrzewania sera, a nie z odpowiedzialnością”, śmiała się w wywiadzie dla francuskiej prasy.
Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, pierwszą osobą, do której zadzwoniła, był jej tato. Powiedział: „No wreszcie, byliśmy z mamą przekonani, że urodzisz dziecko jako 15-latka, miałaś tak silny instynkt macierzyński”. Na swoje 20. urodziny Lou urodziła synka, Marlowa, ze związku z amerykańskim muzykiem Thomasem-Johnem Mitchellem. Para rozstała się rok później, ale narodziny syna zmieniły jej życie. Wreszcie miała kogoś, dla kogo była jedyna, niepowtarzalna i najważniejsza. Patrząc na swojego syna, na nowo „oglądała” swoje dzieciństwo. „Marlow przeżywa podobne rzeczy jak ja, kiedy byłam mała. Idziemy razem do kawiarni i wszyscy się na nas gapią, zanim jeszcze zdążymy usiąść. Więc gramy w taką trochę dziwną grę: udajemy, że nie widzimy, że wszyscy patrzą tylko na nas. Jemy, a ludzie robią nam zdjęcia. Wiem, że mój syn ma ochotę wstać i dać im w twarz, ale jednak tego nie robi. Ja – choć wiem, co on czuje – też tego nie komentuję. A przecież mojej popularności nie da się w ogóle porównać ze sławą mamy. Nawet do parku nie mogłyśmy razem iść, żeby nikt się na nas nie gapił. Nie mogłyśmy robić normalnych, zwykłych rzeczy, które robi się z rodzicami. A dziecko przede wszystkim chce być jak inne dzieci”. Żeby uciec spod cienia mamy i siostry, Lou szukała wzorca kobiecości na zewnątrz. Najłatwiej było znaleźć je w literaturze. Pierwsza miłość to twórczość Dorothy Parker, Sylvii Plath, Emily Dickinson. Potem odkryła „poetki mikrofonu”: Ninę Simone, Patti Smith, P.J. Harvey. Lou uważa, że one nauczyły ją żyć dla siebie. Kiedy jeden z dziennikarzy muzycznych nazwał Lou „córką Patti Smith”, czuła się wniebowzięta: „To była chyba pierwsza silna kobieta, na którą mogłam ustawić kurs swojego wewnętrznego GPS-a. Widziałam ją z 15 razy na koncertach. Kiedyś byłam z chłopakiem w japońskiej restauracji w Nowym Jorku, przy stoliku naprzeciwko siedziała tyłem starsza kobieta, a przodem młoda dziewczyna, która cały czas wychylała się i spoglądała na mnie. Pod koniec kolacji starsza kobieta odwróciła się i okazało się, że to Patti. Powiedziała: »Przepraszam, ale moja córka powiedziała, że siedzi za mną dziewczyna, która wygląda identycznie jak ja«. Wyznałam jej, że ją uwielbiam i że jest dla mnie symboliczną matką. Odpowiedziała swoim zachrypniętym głosem, że mogę ją nazywać mamą, kiedy zechcę”.

Wyzwolenie

To właśnie muzyka przyniosła jej wyzwolenie. Na gitarze gra, odkąd pamięta. Zawsze ma przy sobie notes Moleskine, w nim rysuje, prowadzi dziennik, notuje kawałki piosenek. Ma całe stosy tych moleskine’ów, bo pisze codziennie, żeby różne rzeczy przetrawić, odreagować. Jest dwujęzyczna, ale śpiewa i pisze wyłącznie po angielsku. Angielski – jak mówi – jest jej językiem intymnym. Zresztą większość mężczyzn, których kochała, to Anglosasi.
„Od 26. do 30. roku życia nie było w moim życiu żadnego mężczyzny. Siedziałam w domu, piekłam ciastka, robiłam na drutach, czytałam i… pisałam piosenki, ale robiłam to wyłącznie dla siebie. Do głowy mi nie przyszło, że kiedykolwiek je nagram i wydam płytę. Places powstała, kiedy byłam w kompletnej dupie, nic mi nie wychodziło”.
Étienne Daho, słynny francuski producent muzyczny, znajomy Jane, od niej dowiedział się, że Lou pisze piosenki. Zaintrygowało go to. Zaczepił Lou na jakiejś imprezie urodzinowej: „Słyszałem, że od dawna komponujesz do własnych tekstów?”. Nie narzucał się, po prostu przychodził do Lou posłuchać „kuchennych piosenek” – jak je nazywała – które śpiewała mu, grając na gitarze. Delikatnie podsuwał jakieś pomysły, sugerował poprawki. Po trzech latach wylądowali w studiu i nagrali Places, które z dnia na dzień stało się muzycznym wydarzeniem. Pierwsza piosenka, I.C.U., otworzyła Lou drogę do sławy.
Grając przez lata w filmach czy pozując do zdjęć, Lou musiała dostosowywać się do wizji innych, muzyka dała jej wolność. Po raz pierwszy jest panią samej siebie i wszystko robi tak, jak chce. Właśnie wydaje swoją trzecią płytę, Soliloquy.
„Teraz, kiedy ktoś zatrzymuje mnie na ulicy i zaczyna mówić: »Uwielbiam…«, myślę sobie: Mamę? Siostrę?… A słyszę: »Twoją muzykę« (śmiech). Boże, co za uczucie! Wreszcie przekroczyłam magiczną granicę. Czuję się jak Feniks!”.

Więcej tekstów ze świata mody i sztuki w najnowszym wydaniu magazynu VIVA! MODA! Już w kioskach!

Wideo

Gorące trendy sezonu w interpretacji młodych polskich projektantów!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Odkrywamy zaskakującą szafę Małgosi Kożuchowskiej
Supermodelka Anna Jagodzińska i jej szaleństwa