WYWIADY VIVY!

Bartek Królik: „Ze zbyt dużym impetem wpadłem w dorosłe życie, co szybko odbiło się na moim zdrowiu”

„Sam sobie zrobiłem krzywdę”

Beata Nowicka 2 września 2020 06:28

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Bartkiem Królikiem. Wywiad ukazał się w lipcu 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Bartek Królik wywiad

„Życie jest nieprzewidywalne i nie mamy nad nim kontroli. Mnie los w to wrzucił któregoś dnia”, mówi muzyk Bartek Królik. Udar, guz mózgu, narodziny córeczki z zespołem Downa… Jak sobie z tym wszystkim poradzić i odnaleźć szczęście? Niezwykła rozmowa z niezwykłym człowiekiem o niezwykłych meandrach losu i miłości, która daje siłę.

Czym jest dla Pana raj? Pytam, bo przejmująco śpiewa Pan o nim na najnowszej płycie „Pan od muzyki”. 

Moim rajem jest moja rodzina i więzi z najbliższymi. To jest coś, co trzyma mnie przy życiu w dzisiejszym świecie, który dla artysty jest trudny do zniesienia. Bardzo szybko łapię bodźce z zewnątrz i nie pozostaję obojętny na wszystkie patologie. Na to, co dzieje się między ludźmi czy w polityce. Dlatego szukam tego raju, tych miejsc, gdzie mogę się wzmocnić, być choć trochę stabilniejszy.

 Bezpiecznie się schować?

Wrócić do bazy. Z racji zawodu i trochę wbrew swojej powściągliwej naturze często przebywam w dużych skupiskach ludzi. Taki paradoks. Wychowałem się na Mazurach, w miasteczku, gdzie czas płynął powoli, a dysproporcje między ludźmi nie były aż tak odczuwalne. Stamtąd trafiłem w wir wielkiego miasta i pomimo tego, że mieszkam tu już wiele lat, nie mogę się odnaleźć. Zresztą między innymi o tym jest ta piosenka. O pragnieniu powrotu do normalności, do raju. 

 „Żyję w mieście, które (…) oddycha ciężko spalinami drogich aut. Ludzie płyną z prądem, oślepieni rytmem dnia…”.

Otóż to. Nie jest to środowisko przyjazne człowiekowi, bo swoim chaotycznym pędem i hałasem rezonuje na mój raj. Dlatego ten mój raj nie jest wcale taki słodziutki, ale jednak to w nim odnajduję uczucia z dzieciństwa, które sprawiały, że czułem się bezpiecznie i czułem się sobą. Myślę, że dzieje się tak za sprawą moich dzieci, które są tego ostoją. 

Bartek Królik, Viva! 13/2020
Fot. Szymon Szcześniak/LAF AM

 Jest w Panu jednocześnie i chłopięcość, i podszyta smutkiem dojrzałość.

Czuję się jednocześnie młodo i bardzo staro. To taki jednocześnie urodzaj i kryzys wieku średniego. Natomiast ostatnimi czasy tąpnęło mną parę spraw. Przez wiele lat zachowywałem tę chłopięcość, na co pozwalała mi szkoła i środowisko muzyczne, bo ono potrafi skutecznie izolować od świata, można się w nim dobrze zaszyć. Natomiast z czasem życie zaczęło mnie coraz bardziej dociskać i pokazywać, że czas zejść na ziemię. 

 A czym jest piekło, już Pan wie?

Piekłem może być stan umysłu i samotność. Mogę powiedzieć, że dotknąłem namiastki piekła, kiedy trafiłem do szpitala i zostałem na weekend z druzgocącą hipotezą, że mam guza w głowie. W miejscu, gdzie styka się życie ze śmiercią, zobaczyłem, jak cienka jest ta granica. Będąc sam ze sobą i swoimi myślami, najpierw przeszedłem namiastkę piekła, by potem poczuć kompletny spokój i siłę płynącą z życia. Bardzo chciałem zachować na dłużej ten stan wewnętrznej harmonii.

 Był Pan wtedy sam?

Tak. W takich skrajnych momentach człowiek zostaje kompletnie sam ze sobą. Jest to dla niego chwila prawdy. I może albo wadzić się z Bogiem, czyli żyć w wyparciu, albo pojednać się z samym sobą i próbować zacząć od nowa. I mi się to przez chwilę udało. Zniknęły wszystkie moje lęki, problemy, naleciałości intelektualne bądź środowiskowe, stałem się totalnie spokojny. Wtedy czułem się najlepiej w całym swoim życiu. Jakbym dotknął jego istoty. Ale niestety człowiek zbyt wolno uczy się na swoich bliznach, o czym zresztą też śpiewam w piosence „Raj”. Cały teledysk jest na ten temat. Więc to doświadczenie nie spowodowało we mnie takiej radykalnej zmiany, jakiej bym chciał. Nie odmieniło definitywnie mojego życia. Nie stałem się nagle superdorosłym, twardym jak skała mężem, ojcem. Archetypicznym mężczyzną. Wciąż zdarza się, że popełniam te same błędy, targają mną te same wątpliwości, aczkolwiek mam świadomość, że jestem sporo do przodu. 

 Wyszedł Pan ze szpitala i…? 

Fizycznie? Jestem człowiekiem z bólami głowy, który częściej musi przystopować albo łyknąć tabletkę. Natomiast dzięki kilku bliznom pooperacyjnym stałem się bardziej asertywny i żyję tu i teraz bardziej niż przedtem. Dojrzałem. 

 Ale chyba nie przestał Pan mniej pracować?

Stwierdziłem, że muszę w końcu zrobić coś dla siebie, ponieważ wcześniej cały czas pomagałem innym spełniać marzenia. Postanowiłem, że zapoczątkuję formę własnego pamiętnika i zrobiłem to w swoim stylu, nagrywając solową płytę. 

 „Z ręką na sercu, jak długo bić będzie, ślubuję przed wami nareszcie, by wypełniać misję, tworzyć muzykę, by słyszeć ją w każdym mieście”, ładnie Pan śpiewa. 

Ta deklaracja to nowe rozdanie, nowy oddech. W kilkunastu piosenkach na płycie artysta może zawrzeć swój światopogląd, charakter, emocje, poczucie humoru. Pomyślałem o tym, że gdyby mnie dzisiaj zabrakło, to będzie to najlepsza forma pamiętnika przywołująca same dobre wspomnienia na mój temat. 

Bartek Królik, Viva! 13/2020
Fot. Szymon Szcześniak/LAF AM

Tak może myśleć człowiek, który naprawdę poczuł swoją śmiertelność.

Rzeczywiście to, czego doświadczyłem w szpitalu, „wyprostowało” mnie i przyspieszyło moje działanie. Nam się tylko wydaje, że jesteśmy nieśmiertelni. Kiedy patrzę, jaką krzywdę ludzie sobie robią swoimi zachowaniami, przypomina mi się pierwsze piętro szpitala onkologicznego. Tam wszyscy są jak dzieci. Odarci ze swoich masek i zmarszczonych czół. Ten świat równoległy istnieje, ale my o nim zupełnie nie myślimy na co dzień. Tak samo jak świat niepełnosprawności, który nas na co dzień nie dotyczy. Myślę sobie, że kontakt z tymi światami jest bardzo potrzebny, bo bez niego jesteśmy mniej ludzcy. Unikając tego świata, nie widzimy pełnego spektrum siebie, życia. Zamykamy się w swoich samochodach, za wielkimi płotami, w dużych domach, w pracy albo po prostu w swoich głowach. To jest prawdziwy obraz tego, jacy jesteśmy. A życie jest nieprzewidywalne i nie mamy nad nim kontroli. Mnie los w to wrzucił któregoś dnia.

 Bez uprzedzenia.

Tak jest. I myślę, że na każdego z nas przychodzi odpowiedni czas. Takie doświadczenia są bardzo cenne.

 Jagódka za chwilę będzie świętować trzecie urodziny. Jakim doświadczeniem było dla Pana pojawienie się córeczki z zespołem Downa?

Bardzo trudnym oczywiście, dlatego, że mój wyimaginowany świat, w którym mam nad wszystkim kontrolę, runął. Jednak to doświadczenie, pomimo swoich trudnych stron, realnie odmieniło moje życie na lepsze. 

Czy Pan jest innym tatą dla Jagody i innym dla sześcioletniej Kaliny?

Nie, aczkolwiek one są zupełnie inne. Kalinka to żywotna i ciekawa świata sześciolatka. Z kolei natura Jagódki, która jest obarczona genetyczną wadą, ma swój charakter, coś odrębnego, co automatycznie sprawia, że człowiek podświadomie inaczej do niej podchodzi. 

 Na przykład?

Jagódka ma swoje tempo, do którego trzeba się dopasować, co powoduje, że życie codzienne wszystkich domowników się zmienia. Nie będę ukrywał. Mamy w domu księżniczkę o nieco wyższych wymaganiach, dlatego cały dwór musi chodzić przy niej na paluszkach (śmiech). To znaczy, że na przykład bardziej uważamy na skrajne zachowania, unikamy nerwowych sytuacji. Ale tak naprawdę to ona wprowadza do domu dobry humor i ma w sobie dużo naturalnego wdzięku. Rozładowuje atmosferę. Jest zabawna i bardzo uczuciowa. Ludzie z zespołem Downa nazywani są strażnikami miłości. Poza tym to ona sprawiła, że mniej martwię się o przyszłość. A było to moją sporą bolączką związaną z tym, że nasz zawód jest totalnie nieprzewidywalny. Ja nie mam nic stałego, nie wiem, co będzie za kilka dni czy za rok. Nie mam pewności co do emerytury. A w obecnej chaotycznej sytuacji z koronawirusem, kiedy nasza branża jest zamrożona najdłużej, jest jeszcze gorzej. 

 To cienie artystycznych zawodów, o których nie opowiada się głośno, żeby nie zburzyć mitu.

No właśnie… Naszym zawodem jest udawanie pięknych, bogatych, wypoczętych i zawsze uśmiechniętych oraz dostarczanie rozrywki. Tymczasem z każdym nowym projektem, poddani krytyce i będąc stale pod lupą, musimy udowadniać, że jesteśmy cokolwiek warci, co jest obarczone ogromnym stresem. Żaden sukces, który zdarza się niezmiernie rzadko, nie jest dany na dłużej jak w przypadku innych branż. U mnie tak zwana przetrwaniówka była na porządku dziennym i miażdżyła mi totalnie psychikę. Tymczasem nabyta w szpitalu świadomość kruchości życia i tego, że mogłoby być dużo gorzej, nie pozwala mi dramatyzować. 

Skąd w Panu te lęki? 

Może to dlatego, że dość wcześnie wyszedłem z domu. Jak miałem 14 lat, trafiłem do internatu przy szkole muzycznej i właściwie po pierwszym roku rzadko przyjeżdżałem do domu. A internat jest jak biwak, gdzie trwa walka o swoje, a decyduje oczywiście prawo dżungli. 

Bartek Królik, Viva! 13/2020
Fot. Szymon Szcześniak/LAF AM

Żałował Pan tego wyboru? Był Pan jeszcze dzieckiem, nie mógł tego wszystkiego przewidzieć.

Nie żałowałem. Ciekawość mnie ciągnęła w świat. Myślę natomiast, że ten survival internacki, który z jednej strony nauczył mnie sporo, spowodował, że ze zbyt dużym impetem wpadłem w dorosłe życie, co bardzo szybko odbiło się na moim zdrowiu. Po raz pierwszy trafiłem do szpitala w wieku lat 21 z podejrzeniem udaru, później dostałem diagnozę – stwardnienie rozsiane, która była niesłuszna i z którą żyłem przez kolejne 15 lat. Tymczasem, jak się później okazało, były to epizody związane z autoagresją organizmu. Innymi słowy, sam sobie zrobiłem krzywdę. 

 Co Pan chciał udowodnić? I komu właściwie – sobie, rodzicom? Czy to było warte takiej ceny? 

Chciałem udowodnić sobie i rodzicom, że jestem w stanie sam się utrzymać. Bardzo długo nie miałem pewności, czy moja decyzja – podjęta troszkę wbrew rodzicom, że chcę być banitą i uciec od wiolonczeli, muzyki klasycznej i grać jazz i muzykę rozrywkową – przyniesie mi utrzymanie, pieniądze. Kiedy zacząłem odnosić pierwsze sukcesy z moim zespołem Sistars…

 …od razu był to olbrzymi sukces.

Po raz pierwszy poczułem wiatr w żagle, ale okazało się, że nawet ogromny sukces szybko mija, relacje między ludźmi psują się i znowu zostałem na lodzie. Wtedy tak naprawdę zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że życie to sinusoida. Że nic nie jest na stałe, że o wszystko trzeba walczyć samemu, wciąż od nowa. Z czasem jednak można się do tego rollercoastera przyzwyczaić. 

 Robi Pan coś dla siebie, żeby nie zwariować?

Tak. Znalazłem sobie hobby na stare lata (śmiech). Trenuję sztuki walki. Polecam każdemu. Bardzo porządkują głowę. 

 Czternaście lat jest Pan z żoną Karoliną. Poukładany, wierny, odpowiedzialny – to dość rzadkie przymioty w Pana środowisku. Co Panu dała ta miłość?

Związek mnie rozwinął. Miłość i związek uczą mnie, jak być mężczyzną i przede wszystkim lepszym człowiekiem. Tej wiedzy nie znajdziemy w szkołach. Swoją drogą w szkolnych programach nauczania powinny być zdecydowanie inne przedmioty. Mam na myśli na przykład psychologię, socjologię czy filozofię. A zamiast matematyki – rachunkowość. Wiele lat temu mój ojciec znalazł na strychu książkę przedwojennego profesora. Oniemieliśmy, kiedy zobaczyliśmy, co tam jest. Zadania opierały się na stricte życiowych sytuacjach. Obliczanie rat kredytu, geometria pomocna przy budowaniu domu i wiele innych praktycznych zadań. Tymczasem my i nasze dzieci uczymy się w szkołach zaawansowanej matematyki, ale nie potrafimy tej wiedzy potem wykorzystać w życiu codziennym.

 Większość z nas tego doświadczyła… Co jest dla Pana najtrudniejsze w budowaniu związku?

Wytrzymać przeciąganie liny. Związek jest przeciąganiem liny. A „kontrakt małżeński” jest umową, którą zawiera się w pewnym sensie z obcą osobą, która z jakichś przyczyn w konkretnym momencie naszego życia przypasowała nam emocjonalnie, psychologicznie i intelektualnie. Ale ten kontrakt nie polega na tym, że od tego momentu wszystko będzie super, że ja będę taki, jaki jestem, i ona będzie taka, jaka jest. Ten proces postępuje cały czas, zmieniamy się w trakcie, ale niestety, nie synchronicznie. I tutaj przede wszystkim chodzi o złapanie tego synchronu i o to, żeby przeciągać tę linę, ale jej nie puszczać. Naszym sukcesem jest to, że rozstawaliśmy się już miliard razy, były wielkie kryzysy, ale nie puściliśmy liny, bo za każdym razem przyświeca nam jakiś wyższy cel. Chociażby taki, że nasi rodzice nie byli rozwiedzeni, więc my też nie chcemy. Poza tym chcielibyśmy, żeby nasze dzieci miały oboje rodziców. Obserwujemy znajomych, którzy są rozwiedzeni, i często widzimy, jak negatywnie rzutuje to na ich dzieci. Dzisiaj serwuje się różne filozofie życiowe, ale my zauważyliśmy, że o ten archetypiczny model rodziny warto walczyć. 

Narodziny dziewczyn były dla Was największym wyzwaniem?

Na pewno przełomowym. Głównie z tego powodu, że do momentu narodzin naszych córek wiedliśmy życie singli. Kiedy jest się tylko we dwoje, to można tym czasem dowolnie dilować między sobą. Kiedy pojawia się ktoś bezwzględnie od ciebie uzależniony, połowa czasu natychmiast znika. A jeśli pojawia się kolejna osoba, to czasu zostaje tak mało, że trzeba o niego walczyć i zaczynają się schody. Bo wchodzi do gry ambicja, niespełnienie, zazdrość, frustracja. A oprócz tego aspekty fizyczne: niewyspanie, zarwane noce, zmęczenie, irytacja i wiele innych. 

 Ma Pan z dziewczynami ulubione rytuały?

Lubię każdą formę spędzania czasu z córkami. Na zmianę aktywność i leniuchowanie. Jako młokos biegałem po lesie albo za piłką. Wychodziłem z domu o ósmej wracałem o 22. Do rzeczki miałem 500 metrów, na plażę kilometr. Siedziałem tam non stop, bez jedzenia, bez picia, jadłem to, co było na drzewach, krzewach, co rosło w ziemi. Bardzo mi tego brakowało w dużym mieście, dlatego przeprowadziliśmy się pod Warszawę, skąd mamy blisko do Kampinosu, blisko nad Wisłę, uwielbiam z córkami jeździć na rowerze, spacerować. 

Jest Pan innym muzykiem, odkąd został Pan ojcem?

Z pewnością. Moje grono cenzorów się powiększyło, więc muszę się bardziej starać (śmiech). 

Który kawałek jest Panu najbliższy?

„Sobą być”, „Niski ton” i „Nad rzekę” to moje ulubione utwory. W nich można usłyszeć, kim jestem.  

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.