WYWIADY VIVY!Y

Andrzej Grabowski:  „Czasem jesteśmy z siebie dumni, a czasem nie jesteśmy”

„Jesteśmy naprawdę wyjątkową rodziną”

Krystyna Pytlakowska 7 czerwca 2020 06:28

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pytlakowskiej z Mikołajem Grabowskim i Andrzejem Grabowskim. Wywiad ukazał się w lipcu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! bracia Grabowscy wywiad

Mikołaj, aktor i reżyser, to brat średni. Andrzej, także aktor – najmłodszy (jest jeszcze najstarszy Wiktor). Jako nastolatkowie układali o sobie złośliwe wierszyki, zazdrościli dziewczyn i ciuchów. Dziś spotykają się rzadko, ale ich braterska więź ma się dobrze.   Choć wiele ich różni, łączy jedno – Alwernia, maleńka mieścina na południu Polski. „Tam się nawet nie przeklinało”, mówią.  Andrzej i Mikołaj Grabowscy w sentymentalnej podróży do lat dzieciństwa i młodości.

Nie jest łatwo umówić się z nimi w jednym miejscu i w jednym czasie. Andrzej mieszka w Warszawie, Mikołaj w Krakowie. Rozmawiamy więc na odległość, to znaczy Andrzeja mam pod ręką – u siebie w domu, a Mikołaja na telefonie głośnomówiącym. Wywiadu rzeka „Jak brat z bratem” też udzielali na odległość. Rozumieją się w pół słowa, a kiedy słyszymy głos Mikołaja, Andrzej puszcza do mnie oczko, to znaczy, że będzie przemowa. Andrzej jest małomówny i ujmuje od razu sedno rzeczy. Mikołaj elegancki i błyskotliwy, z duszą wykładowcy. Niby bracia, niby obaj aktorzy, a każdy inny.

 Dobrze mieć młodszego brata?

Mikołaj: Czy ja wiem, młodszemu należy się więcej, a najmłodszemu najwięcej. A Andrzej był w rodzinie najmłodszy. Siłą rzeczy więc musieliśmy z najstarszym, Wiktorem, się nim opiekować. Tylko że Wiktor wyjechał na studia, a ja zostałem. Kiedy rodzice wychodzili na karty do naczelnika poczty, ojca Gwardiana albo doktorostwa, na mnie spadała cała odpowiedzialność. 

Andrzej: Ale jeżeli były między nami spięcia, to zwykle natury artystycznej, kiedy Mikołaj reżyserował, a ja grałem u niego. Poza tym był dyrektorem Teatru Starego w Krakowie, a ja „tylko aktorem”, i on wobec mnie, jako młodszego brata, pozwalał sobie na więcej w epitetach. A ja nie pozostawałem dłużny i też zwracałem się do niego nie jako do dyrektora, tylko starszego brata. Czyli tak, jak aktorzy do swojego dyrektora zwykle nie mówią.

Nie pytam o te epitety, bo i tak Panowie mi o nich nie powiecie, ale nie lubił Pan, Panie Andrzeju, jak się Panem rządziło?

Andrzej: Do dziś tego nie lubię i Mikołaj zresztą też. Ale pamiętam, jak to było na Bornholmie.

Mikołaj: Oj, pamiętam, pamiętam… 

Andrzej: Obraziłeś się, zerwałeś próbę i poszedłeś. Nie wiadomo było, czy nasz kwartet MW2, w którym razem występowaliśmy, zagra. Ale zagraliśmy, i potem już nie było mowy na ten temat.

Mikołaj: Bo ja nie przypominam sobie, żeby między nami były jakieś spięcia, ciche dni. Wręcz przeciwnie, szybko sobie wszystko wybaczaliśmy. 

Andrzej: Nie mniej pamiętam wierszyk, który powtarzaliście mi razem z Wiktorem. Zwłaszcza gdy do rodziców przychodzili znajomi na brydża, a wy wyskakiwaliście z tą rymowanką.

Mikołaj: Zaraz, zaraz jak ona brzmiała?

Andrzej: „Trzeci z braci był najmłodszy, ciągle mówił coś trzy po trzy, raz do Sasa, raz do lasa, więc uchodził za głuptasa”. 

Mikołaj: To był Brzechwa, ale odgryzałeś się dzielnie, bo przypominałeś pointę tego poematu, w której ten najmłodszy, głuptas, został królewiczem, a starsi służyli u niego. 

Mikołaj i Andrzej Grabowscy, VIVA! lipiec 2015
Fot. Radek Polak

Dobrze, że braciszkowie nie używali bardziej nieprzyzwoitej wersji tego wierszyka, bo chyba Pan nie zniósłby, gdyby do rymu zamiast głuptasa mówili k…a.

Andrzej: Na pewno, ale myśmy się do siebie tak nigdy nie zwracali.

Mikołaj: W ogóle nie znaliśmy tego słowa. Byliśmy wychowywani przez rodziców w wielkim moralnym porządku, i to w nas pozostało.   

Andrzej: W Alwerni, gdzie mieszkaliśmy jako dzieci i nastolatkowie, panował surowy kodeks moralno-etyczny. Tam się nawet nie przeklinało.

 Ta malutka Alwernia została w Was do dziś.

Andrzej: Wszystkiego pięćset dusz, a tak wielki wywarła na nas wpływ. Ryneczek, wokół ze dwie ulice. Wszystkich znaliśmy i wszyscy nas znali. To alwernijskie piętno, jakie na nas wycisnęła, zostanie. Chociaż Mikołaj wyjechał stamtąd, mając lat 19, Wiktor 18, a ja 17. I nigdy już tam nie wróciliśmy.

 Ale tęsknicie do niej?

Andrzej: Tak, tęsknimy. Bardzo lubię tam przyjeżdżać, choć ta Alwernia dzisiejsza nie jest tą samą Alwernią. Nie ma tam już naszych rodziców, sąsiadów. Inaczej pachnie, inaczej wygląda. Nie tyle więc tęsknimy do Alwerni, co do naszej młodości i dzieciństwa.

Mikołaj: We mnie Alwernia tkwi nadzwyczaj mocno także dlatego, że świat poznawałem, uczyłem się go na tym, co się tam działo. I na ludziach, którzy tam mieszkali, a każdy był egzemplarzem jedynym w swoim rodzaju. Jeden dentysta, jeden szewc, jeden doktor… Żyliśmy w takim mikrokosmosie, choć do Alwerni przyjeżdżali też ludzie z zewnątrz – na odpusty, festyny. Ten inny świat przetaczał się przez Alwernię, ale nie wyrządził jej szkody. Czasem to był wielki świat, w latach 50. hrabianki z pałacu ubrane w kostiumy z poprzedniej epoki, palące papierosy w lufkach. Stworzyłem kilka spektakli opartych na alwernijskich opisach obyczajów.

 Jakie to były obyczaje?

Andrzej: Idealne, każdy był tu autorytetem. Pani Rychło najlepiej kisiła ogórki, pani Rybczewska gotowała najlepszy żur. Ułożony świat, od poniedziałku do niedzieli, w niedzielę prasowanie spodni, by móc w nich pójść do kościoła.

Sam Pan je sobie prasował?

Andrzej: A niby kto miał mi to robić? Mikołaj prasował swoje, Wiktor swoje. Przez mokrą ściereczkę. Obowiązkowe było też ciasto drożdżowe, które mama piekła w soboty, pachniało na cały dom.

Mikołaj: A do tego kawa zbożowa, do której ciocia Zosia dosypywała łyżeczkę prawdziwej.

Andrzej: Wolałem czystą zbożówkę, ale ta mieszana była tylko w niedzielę – należała do rytuału. Tak samo, jak do rytuału należało też odwiedzanie zmarłych, których w otwartej trumnie ludzie przed pogrzebem przychodzili oglądać. A potem trumnę ładowało się na wóz konny i szło się za nim do Poręby na cmentarz, śpiewając pieśni religijne. Pamiętam też, jak ksiądz Bonifacy krzyczał podczas mszy, a to dlatego, że tylko wtedy się nie jąkał. Wrzeszczał więc, stając na krześle. Miałem siedem lat i służyłem do mszy, byłem przerażony.    

 Wspominacie to sobie?

Andrzej: No pewnie, szczególnie często rozmawialiśmy o naszym wujku Koli, który był chodzącym dowcipem i bardzo wykształconym inżynierem chemikiem. Zresztą cała nasza rodzina była wykształcona. 

Mikołaj: Cała rodzina w nas istnieje, mama miała pięcioro rodzeństwa.

Andrzej: Wspominamy je sobie czasem przy wódeczce, chociaż daleki jestem od obrazu mojej roli w „Pod Mocnym Aniołem”. Nigdy nie popadłem w alkoholizm.

Mikołaj: Ani ja. Część alwernijskiej rodziny żyła poza naszym miasteczkiem, ale te osoby przyjeżdżały do nas, przywoziły jakieś wieści. Dzięki nim byliśmy ciągle edukowani. Oczywiście nie zawsze w Alwerni wszystko było takie cudne i pokryte lukrem. Dziwię się, Andrzej, że tego nie pamiętasz, jak pomiędzy Cikupkami a Rychłowskimi wynikł spór o pół metra granicy. Dochodziło prawie do rękoczynów. Myśmy ten świat odbierali jako idealny, ale potem odkrywał się nam coraz to gorszy… Ale i tak nie chcieliśmy go porzucić.

 Ale porzuciliście.

Mikołaj: Wyjechaliśmy na studia, to normalne. Ale kiedy tylko jestem w Krakowie, u siebie, to bywam w Alwerni co dwa, trzy dni. A sentyment nasz jest jeszcze silniejszy, bo tam, na cmentarzu leżą nasi bliscy.

Andrzej: A ja ostatnio byłem tam i zajrzałem oczywiście na cmentarz.

Mikołaj i Andrzej Grabowscy, VIVA! lipiec 2015
Fot. Radek Polak

 Ludzie w Alwerni Pana rozpoznają?

Andrzej: Rodzice zawsze mnie rozpoznają na tym cmentarzu.

Machają?

Andrzej: Machają. Macha też Jasio Krawczyk, który leży obok. Bardzo dowcipny malarz pokojowy. Sam się dziwię, dlaczego ja mówię o takich rzeczach, pogrzebach, cmentarzach i nieboszczykach w trumnie, ale życie to przecież narodziny i śmierć. Tam też spoczywają bliscy, rodzice Iwony Bielskiej, żony Mikołaja. 

Mikołaj: My też chcielibyśmy być tam pochowani.

Andrzej: Ja odrzucam takie eschatologiczne myśli, bo póki co, żyjemy.

 A jakie zasady wpoili w Was rodzice?

Mikołaj: Wszystkie dziesięcioro przykazań dekalogu. Nie mieliśmy tablicy z wypisanymi punktami. Dla nas matka i ojciec byli wzorem. Matka na przykład nigdy nie brała łapówek jako kierowniczka kasy spółdzielczej. Udzielała pożyczek rolnikom, których oni czasem nie mogli spłacić. Przychodzili więc, żeby mama prolongowała ratę, i przynosili kurę albo kaczkę. Mama się denerwowała: „Nie, nie, proszę odejść”. A za kwadrans rolnik kurę podrzucał do naszego domu i uciekał, a mama nie wiedziała, co z nią zrobić. Myśmy to obserwowali i czerpaliśmy moralne wzorce. Ojciec i matka byli bardzo sprawiedliwi i wszystkich traktowali równo. I myśmy się też tego nauczyli.

Andrzej: Wtedy jeszcze nie znaliśmy Emanuela Kanta, ale mieliśmy prawo moralne w nas, a niebo gwiaździste nad nami. Ale zejdźmy już z tego górnego C. Na pewno należeliśmy w Alwerni do elit, jako jedyni mieliśmy łazienkę i parkiety, i stare meble po dziadku, a nawet telefon. W tej łazience schowałem się, kiedy z kuzynem obrywaliśmy czereśnie, a sąsiadka nas przyłapała. Krzyczała: „Inteligencja szpagatowa, cholera”. Dopiero potem zrozumiałem, o co jej chodziło, że niby tacy uczciwi, a czereśnie kradną.

Byliście o siebie zazdrośni?

Mikołaj: Nie, bo z powodu różnicy wieku każdy z nas był jak gdyby trochę jedynakiem.

Andrzej: Oczywiście, że byłem zazdrosny, że Mikołaj ma już 18 lat, a ja dopiero 12, i że jest bardziej opalony, lepiej uczesany i ma lepsze ubranie. Ubrania u nas przechodziły z jednego na drugiego, chodziłem w przenicowanym płaszczu po ojcu, spodniach po Mikołaju, butach po Wiktorze. I to było normalne. A dzisiaj wspominam to z sentymentem.

 A chodził Pan za bratem i donosił mamie o jego randkach z dziewczynami?

Andrzej: Zazdrościłem Mikołajowi tych kontaktów, kiedy zacząłem myśleć o sprawach damsko-męskich i odczuwać potrzebę zobaczenia kobiety czy pocałowania jej. Ale nie szpiegowałem i nie kablowałem.   

Mikołaj: Pamiętam natomiast, jak zaczęliśmy palić papierosy.

Andrzej: Ja miałem wtedy sześć lat. Ciocia Zosia, która u nas mieszkała i nam gotowała, mocno starsza pani, uważała, że papierosy nie szkodzą, więc mnie nimi częstowała. Teraz nie palę, Bogu dzięki.

Mikołaj: A pamiętasz, jak kupowaliśmy jedzenie na sylwestra?

Andrzej: Pamiętam, że były to konserwy rybne i oranżada. 

 A do tego wino czy wódeczka? 

Andrzej: Nie, to jeszcze nie te czasy. Pierwszy alkohol to były zlewki po imieninach. W tym temacie dopiero na studiach się rozwinąłem.

Popijając zlewki, też można wpaść w nałóg.

Andrzej: Mnie nałóg oszczędził. Za kołnierz nie wylewam, ale tylko od czasu do czasu.

Ale obaj wpadliście w nałóg teatru.

Andrzej: Tu Mikołaj miał wielkie zasługi, bo to dzięki niemu w ogóle zdecydowałem się iść do szkoły teatralnej. On pierwszy zaczął. I chodziło mi głównie o szkołę, a nie o zawód. Ta szkoła mi się gównie podobała i akademik pełen pięknych koleżanek. Mikołaj nadał mojemu aktorstwu kierunek, mimo że robimy teraz różne rzeczy… Mikołaj wracaj już, gdzie ty się podziałeś, sam mam gadać?

Mikołaj: No dobra, już jestem… Mam tu zasługi, bo ja przecierałem drogę. Najpierw w amatorskim teatrze we Wrocławiu, bo do szkoły teatralnej się nie dostałem. A kiedy dostałem się za drugim razem, zaprosiłem Andrzeja na obóz studencki do Giżycka i tak wchłonął tę atmosferę, że oczywiście chciał pójść moim szlakiem. 

Andrzej:  Co ciekawe, mieliśmy jeden egzaminacyjny garnitur.

Mikołaj: Zdawałem rano egzamin magisterski, nie miałem garnituru, a Andrzej tak, bo mu rodzice kupili na maturę. Wbiłem się w niego i poszedłem bronić magisterium, a Andrzej czekał w akademiku, żeby się w niego przebrać, bo szedł zdawać na pierwszy rok studiów aktorskich. A gdy wrócił, ponownie go włożyłem i poszedłem grać audiencję na koncercie zespołu MW2.

 Mieliście z Mikołajem podobne figury.

Andrzej: Wtedy tak, teraz trudno nasze figury porównywać. Mikołaj jest chudy i trochę niższy ode mnie. A wtedy ja byłem najniższy. Garnitury w ogóle nas łączą. Niedawno podarowałem Mikołajowi piękny lniany, z którego trochę wyrosłem (śmiech), to znaczy garnitur się skurczył.

A kiedy się teraz zobaczycie?

Mikołaj: W rocznicę śmierci mamy.

Andrzej: Czyli 11 sierpnia.

Mikołaj: To już taka tradycja, że zapraszam do siebie wszystkich braci, bo mamy bardzo silny powód naszej wspólnej obecności. 

Andrzej: Ale to nie są spotkania bardzo tragiczne i płaczące, raczej wesołe i pełne pytań: „A pamiętasz?”.

 W książce mało powiedzieliście o bracie Wiktorze. Dlaczego?

Andrzej: Jest jedenaście lat ode mnie starszy i poznałem go właściwie dopiero, gdy był już dorosły. Studiował i przyjeżdżał wtedy do Alwerni z narzeczoną. Teraz jesteśmy bardzo blisko, Wiktor mieszka na Śląsku, w Pszczynie, gdzie prowadzi agencję aktorską. Czasem sprzeda też nasze spektakle i moje wybryki kabaretowe. Ma duszę artystyczną, mimo że jest geologiem i górnikiem z wykształcenia… Wiktor, pozdrawiamy cię z Mikołajem.    

Mikołaj: Sie ma Wiktor, najstarszy braciszku. Pewnie czasem oglądasz produkcje Andrzeja.

Panie Andrzeju, tak naprawdę sławę przyniósł Panu Ferdek Kiepski.

Andrzej: Może popularność, a nie sławę, bo ja nie wiem, co sława tak naprawdę znaczy. Na początku buntowałem się przeciw tej roli, nie znosiłem jej.

 Radził się Pan Mikołaja, czy ma ją grać?

Andrzej: To był 1990 rok i ja już decydowałem sam o swoim życiu, a wspólnie nie robiliśmy nic od 1991 roku. Poza tym byłem zażenowany, że gram w Kiepskich. Pamiętam, jak sam siebie przekonywałem do nich, wyobraziłem sobie, że mam już lat 74 i rozmawiam ze swoim wnuczkiem. Mówię mu: „Wiesz co, Stasiu, dziadek kiedyś miał propozycję zagrania czegoś w takim sitcomie i odmówił”. Na to wnuczek: „A czemu, dziadku? Miałeś wtedy dużo pracy, nie mogłeś tego zagrać?”. A ja na to, że nie, odmówiłem, bo to było mało ambitne. A wnuczek na to: „Dziadku, jakim ty byłeś wtedy głupcem, przecież za tę rolę kupiłbyś mi mieszkanie”. I zacząłem myśleć, czy ten futurystyczny Stasio czasem nie ma racji. Odmówiłem, chociaż nie jestem bardzo zajęty, zostałem wyrzucony z Teatru Starego. Gdybym tam został, nie wypadałoby mi przyjąć takiej roli.

Wszystko w życiu ma więc sens.

Andrzej: Ma, jak się okazuje. Teraz zmieniłem zdanie, uważam, że to świetny serial, a ludzie, którzy mi mówili: „Andrzej, w jakim ty gównie grasz?”, Iza Cywińska na przykład, teraz twierdzą, że to najlepszy polski serial.   

Mikołaj: Wiedziałem, że Andrzej wkracza na nieco mętne wody, ale już początkowe odcinki zapowiadały oprócz rozrywki bardzo dosadną analizę pewnego środowiska Polaków. Nie miałem Andrzejowi za złe, że został Ferdynandem. Wspierałem go: „Andrzej, broń się, broń tej roli”. Ten Kiepski Andrzeja jest bardzo silną postacią i „właźliwą”. Wlazł w wielu ludzi, którzy będą go kojarzyć wyłącznie z Kiepskich, ale będą też i tacy, którzy go skojarzą z naszym ukochanym Bogusławem Schaefferem i „Opisem obyczajów”.

A Pan przyjąłby taką rolę?

Mikołaj: Ja nie muszę dokonywać takich wyborów, bo czuję się bardziej reżyserem niż aktorem. Powiedziałem sobie, że nie dam rady uprawiać dwóch zawodów. Skończyłem reżyserię, ale potem aktorstwo oczywiście do mnie wróciło. Chociażby dlatego, że Andrzej wpadł na pomysł scenariusza dla trzech aktorów, i tak zostałem ponownie w nie wplątany. Ale w filmach grałem bardzo mało, a w serialach w ogóle. Bałbym się udziału w serialu z powodu zaszufladkowania, ale i dlatego, że aktorzy często dostają odcinek z dnia na dzień i muszą się go nauczyć. Ja jako reżyser jestem panem siebie, co bardzo mi odpowiada.         

Nie rywalizujecie ze sobą?

Andrzej: Już nie, kiedyś mówiono o mnie „Andrzej, ten brat Mikołaja”, a teraz, no nie chcę powiedzieć: „Mikołaj, brat Andrzeja”. Ale niektórzy tak myślą.

Wiele osób dopiero z Waszej książki dowiedziało się, że w ogóle jesteście braćmi.

Andrzej: Bardzo możliwe, chociaż jeszcze żyją ci, którzy pamiętają czasy naszej działalności w Teatrze STU w Krakowie.

Jesteście z siebie nawzajem dumni?

Andrzej: Nie używałbym takich górnolotnych słów.

Mikołaj: To zbytnie uproszczenie, na zasadzie, czy lubi pan kawę czy herbatę.

Andrzej: Czasem jesteśmy z siebie dumni, a czasem nie jesteśmy. Czasem mnie denerwuje to, co Mikołaj robi albo myśli o jakiejś sprawie artystycznej, a nie politycznej. Bo światopogląd mamy ten sam.

Miłosny też?

Andrzej: Na takie pytania nie zwykłem odpowiadać. Nasze żony chyba się lubią.

Mikołaj: Ja w każdym razie cieszę się, że Andrzej jest moim bratem i że jest tak dobrym aktorem.

Andrzej: A mnie sprawia radość każde osiągnięcie Mikołaja, jego reżyserski sukces. No dobra, już dosyć tego kadzenia. Jesteśmy naprawdę wyjątkową rodziną, bo nie dość, że się kochamy, to jeszcze zajmujemy się prawie tym samym. I każdemu taki patent polecamy.   

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANJA RUBIK przed czterdziestką robi podsumowanie. Jakie ma marzenia, co jeszcze pragnie osiągnąć? Czy chce założyć rodzinę? Muzyk BARTEK KRÓLIK zdradza, jak przetrwał trudne momenty i odnalazł szczęście. MANUELA GRETKOWSKA w wyjątkowej rozmowie o AGNIESZCE OSIECKIEJ. Specjalnie na lato: sztuka gotowania blogerki DARII ŁADOCHY, w czym tkwi magia ZAKOPANEGO oraz aktorka KATARZYNA ZAWADZKA w kreacjach od ZIENIA w sesji nad polskim morzem.