WSPOMNIENIE

Piotr Machalica: „Najbardziej cenię, to jest rzadkie, ale się zdarza, szczerość, uczciwość, autentyczność”

Przypominamy ostatni wywiad aktora dla VIVY!

Beata Nowicka 13 lutego 2021 08:31

W połowie grudnia 2020 roku dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci Piotra Machalicy. Ceniony polski aktor teatralny i filmowy miał 65 lat. O jego śmierci poinformowano w poniedziałek, 14 grudnia. Dzień wcześniej trafił do szpitala. ,,Po dzielnej walce Piotr Machalica zmarł dziś o 02.03 w szpitalu MSWIiA w Warszawie", napisano na profilu aktora. W październiku 2020 roku w magazynie VIVA! ukazała się rozmowa Beaty Nowickiej z Piotrem Machalicą. Niezwykły wywiad z niezwykłym człowiekiem i aktorem. Nie tylko o miłości. Do przemyślenia, zapamiętania… Przypominamy tę wyjątkową rozmowę w dniu jego urodzin.

Magazyn VIVA! Piotr Machalica wywiad

Nastały dziwne czasy: wciąż nęka nas pandemia, połowa narodu protestuje na ulicach, boimy się przyszłości… Jakie uczucia w Panu buzują?

Te uczucia dopadły mnie już dawno temu. Z każdym rokiem, miesiącem, tygodniem, kiedy to trwa, budzi się we mnie gniew, rozpacz i pewnego rodzaju bezsilność, której nie cierpię u siebie, bo całe moje życie walczyłem z bezradnością, walczyłem z tym, żeby nie wymiękać. Na to, co dzieje się teraz, nie ma mojej zgody. Nie mam słów. To jest żenujące i cyniczne. Nie spodziewałem się, że zmarnujemy wolność, którą z takim trudem sobie wywalczyliśmy. Bardzo lubię posługiwać się cytatami. Ten jest z piosenki Wojtka Młynarskiego: „Dano nam wolność – piękny pojazd / Nikt nie chce robić prawa jazdy / W szkole wolności tyle wolnych klas / Nieużywana brama się telepie / Lecz w żadnej klasie ciągle nie ma, nie ma nas – My nie musimy! My JUŻ wiemy lepiej!”.

 Teksty Młynarskiego celnie opisują polską rzeczywistość.

Szkoda, że prawie nikt się w jego słowa nie wsłuchuje. Choć muszę powiedzieć, że na koncertach promujących płytę „Mój ulubiony Młynarski”, szczęśliwie, miałem odwrotne wrażenie. Płytę zresztą nagraliśmy właściwie na prośbę publiczności. Wystąpiliśmy z repertuarem Wojtka Młynarskiego ponad sto razy i były to wspaniałe spotkania. W ogóle uważam, że warto wracać do poezji, bo niesie ona ze sobą dużo czułości, mądrości, dystansu. Chociaż, jak powiedziała Wisława Szymborska: „Poezja nie uratuje tego świata, bo ci, co czynią zło, nie czytają wierszy”. Przyznam się pani, że ja już gadam do telewizora, nietrudno się domyśleć, co mówię (śmiech). Dostaję piany na ten bełkot, na ten kompletny brak empatii i szacunku do ludzi. Na brak rozumu, przede wszystkim. Każdy z nas jest inny, nie jesteśmy tacy sami. Nie będziemy nigdy myśleć wszyscy tak samo. I niech mi nikt nie wciska, że istnieje tylko Martyniuk – mówię w przenośni – a nie ma Claptona, Morricone czy Johna Williamsa. Dajmy sobie szansę. Czuję się pyłkiem narodu, do którego należę, ale nie jestem w stanie pojąć tego, co się dzieje.

Protestował Pan ostro w swoim życiu? 

Za komuny oczywiście, ale to była inna rzeczywistość, uwarunkowania. Ja i moi koledzy byliśmy młodzi, po śmierci Popiełuszki robiliśmy teatr domowy, gdzie graliśmy sztuki, które były zakazane, co przypłaciliśmy odsiadką w więzieniu we Wrocławiu. Ktoś zakablował, że gramy w jakiejś willi, przyjechała milicja, zgarnęli wszystkich, aktorów i publiczność, do suk i zamknęli na 24 godziny. Zawsze był we mnie sprzeciw i niezgoda na zniewolenie. 

 Miał Pan chyba naturę rebelianta. Był Pan pomocnikiem bibliotekarza w Narodowym, gońcem w „Kurierze Polskim”, pracownikiem nocnej zmiany w izbie wytrzeźwień… Nawet nie miał Pan 20 lat. Surowa prawda o życiu pozbawiła Pana złudzeń? 

To działo się pół wieku temu. Przyszedł taki moment, że w wieku 15 lat wylądowałem w Warszawie u ojca, który pracował wtedy w Teatrze Narodowym u dyrektora Adama Hanuszkiewicza. Początki nie były proste, musiałem pójść do szkoły wieczorowej i do pracy. W wieku 17 lat zadecydowałem, że będę mieszkał sam. Poprosiłem ojca, żeby znalazł mi jakiś pokój. Obudziła się wtedy we mnie chęć poznawania życia od najgorszej strony. Ale moja praca w Teatrze Narodowym to było coś fantastycznego. Pracowałem w bibliotece, moim pryncypałem był poeta Witold Maj. Biblioteka Teatru Narodowego dzięki niemu stała się miejscem niezwykłym, do którego przychodzili wspaniali ludzie, nie tylko aktorzy, czy dyrektor Hanuszkiewicz, ale też poeci, Bohdan Zadura, mój ukochany Jonasz Kofta i reżyserzy, z którymi potem miałem szczęście pracować, Feliks Falk, Ryszard Bugajski czy Jacek Bromski. Mimowolnie słuchałem ich fantastycznych opowieści i anegdot, bo Witek nigdy nie zamykał drzwi. 

Piotr Machalica
Fot. Grażyna Gudejko

 Szczęściarz z Pana.

Potem było trochę gorzej, ale to był mój wybór. Byłem młodym człowiekiem, który nie miał bladego pojęcia o życiu. Tuż przed tym, zanim zdecydowałem się zdawać do szkoły teatralnej, pracowałem rok w izbie wytrzeźwień jako opiekun zmianowy, co drugą noc. Doświadczałem tam dość przykrych rzeczy, czasami była to rozpacz totalna, ale ponieważ jestem pogodnym człowiekiem, a wtedy byłem jeszcze bardziej pogodny niż teraz, czerpałem z tego wiedzę, że życie również tak może wyglądać. Czasami, gdy komuś o tym opowiadam, ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem: „Przecież ty jesteś z takiej dobrej rodziny…”. Owszem, jestem ze świetnej rodziny, ba, wspaniałej, natomiast moje dojrzewanie to był trudny czas. Dystans do świata i pogoda ducha pozwoliły mi to przetrwać.

 Szkoła życia, którą sam Pan sobie zafundował?

I nie żałuję. Tamte doświadczenia dały mi szerszą optykę, na siebie, innych ludzi i świat.

Henryk Machalica wychowywał Pana twardą ręką?

Moje dzieciństwo to była głównie mama, ponieważ kiedy ja się urodziłem, ojciec jeździł po Polsce za pracą. Nawet nie za pieniędzmi, tylko za reżyserami, dyrektorami teatrów. Tak wtedy wyglądał ten zawód. Ojciec zmieniał miasta i teatry, a myśmy za nim podążali. Kiedy Henryk pracował w Zielonej Górze, moi bracia poszli już do szkoły. Nie pojechaliśmy więc z nim dalej. Pamiętam, zawsze mi go brakowało. Tęskniliśmy, ale czuliśmy, że jest gdzieś blisko. Mama, w sytuacji braku ojca, podświadomie dawała nam dwa razy więcej miłości. Nigdy nie powiedziała na ojca złego słowa. Zawsze przedstawiała go jako superfaceta, bo bardzo go kochała. Kochała do końca. Kiedy Henryk wracał do domu – raz częściej, raz rzadziej, to zależało od jego zajętości czy raczej odległości między miastami – to był dla mnie…

 …moment szczególny?

Tak. Ojciec przyjechał i wreszcie możemy pobyć razem. Ten czas zielonogórski był dla mnie mimo nieobecności Henryka wspaniały. Dbała o to moja mama. W naszym domu nie było żadnego karania. Kiedyś, mogłem mieć z dziesięć lat, wracałem od kolegi i zatrzymałem się przy kinie letnim. Tak mnie wciągnął film, że bardzo późno wróciłem do domu. Mama odchodziła od zmysłów ze zmartwienia. To był jeden jedyny raz, kiedy wzięła pasek, podniosła na mnie rękę i… rozpłakała się. Nie dostałem lania, ale popłakałem się z emocji. 

 1 listopada minęło 17 lat od śmierci ojca. Jak go Pan zapamiętał?

Ojciec był przemądrym człowiekiem. Tę mądrość nabył przez swoje doświadczenia. Na przestrzeni lat na różne rzeczy zaczął patrzeć inaczej. Radziłem się go w rozmaitych sprawach. Kiedy wystartowałem w zawodzie, los sprawił, że parę razy spotkaliśmy się z Henrykiem w pracy, na scenie. Tych sytuacji nie zapomnę do końca życia… Nawet nie będę próbował tłumaczyć, bo nikt nie zrozumie, na czym to polegało. 

 Magia.

Może tak być. Po raz ostatni graliśmy razem w sztuce „Cena” Arthura Millera. Reżyserował Eugeniusz Korin, grał Olek, mój brat, ojciec, Halinka Skoczyńska i ja. Zagraliśmy w Teatrze Nowym w Poznaniu ponad sto spektakli, nie mówiąc o próbach. Jeździliśmy do tego Poznania przeważnie moim autem, mieliśmy uroczy hotel pod miastem, spędziliśmy na rozmowach więcej czasu niż przez całe życie. Gadaliśmy o wszystkim, o świecie, ludziach, zawodzie, kobietach. Ktoś, coś, los dał nam szansę, żebyśmy mogli tak blisko i mocno być ze sobą. Wypadek Henryka przerwał całą historię. Mam go w sercu i w pamięci jako supergościa, oczywiście z wadami, ale kto ich nie ma?

Piotr Machalica Viva! 2020
Fot. Grażyna Gudejko

 Swoje ojcostwo budował Pan na kontrze czy podobnym wzorcu?

U nas wyglądało to trochę inaczej, bo jednak byliśmy długo razem, zanim rozwiedliśmy się z Małgosią. Franek wtedy studiował, a Sonia pierwszy raz sama wyjechała do Stanów. Wie pani, nam się zawsze wydaje, że to, czego doświadczyliśmy sami, będziemy w stanie przekazać naszym dzieciom i że to się sprawdzi. Może tak być, ale nie musi. Moja mama i mój ojciec byli szalenie tolerancyjni. Nigdy nie czułem z ich strony żadnej presji, że muszę to czy tamto, raczej dostałem ogrom miłości i zrozumienie. Chciałem to samo zastosować wobec moich dzieci…

 …i?

Mam poczucie, że nie do końca mi się to udało. Ale dzieciaki żyją swoim życiem, dzielnie walczą, pracują, mają swoje dzieci. Jestem szczęśliwy, mam wspaniałe, cudne wnuki. Myślę sobie, że gdybym był bardziej konsekwentny, bardziej upierał się przy pewnych rzeczach, to może oszczędziłyby sobie kilku trudnych sytuacji w życiu? Nie wiem. Już tego nie odkręcę. Moi rodzice chcieli jednego, żebym był porządnym człowiekiem. 

 Jak mawiał profesor Bartoszewski: „Warto być przyzwoitym”.

No właśnie. Moje dzieci takie są, dobre i porządne. Jako ojciec po prostu pragnąłbym, żeby czasami miały w życiu łatwiej. 

 „Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie?” – śpiewa przewrotnie Młynarski. Czy w życiu trudno jest naprawić to, co się spieprzyło? 

Myślę, że jak coś się spieprzyło, nie da się już tego naprawić, bo niby jakim cudem? Można próbować na bieżąco omijać przeszkody i nie pakować się w sytuacje, które mają fatalne konsekwencje. Ale wszyscy popełniamy błędy. Nikt nie jest nieomylny. Może są ludzie, którzy drugi raz nie popełniają tego samego błędu. Gratuluję. Ja do nich nie należę. Parę razy wywróciłem się w życiu. Oczywiście wyciągnąłem z tego jakieś wnioski, a przynajmniej starałem się pamiętać, że nikomu nie przyniosło to niczego dobrego, ale… 

– …domyślam się, że bywało trudno. Pana największa porażka?

Tak bym tego nie nazwał. Powiedzmy, że bywam nieostrożny. Trochę naiwny. Zawsze uważałem – wyniosłem to z domu, mam to po mamie – że świat jest piękny, a ludzie fantastyczni. Długi czas żyłem w przeświadczeniu, że wszyscy myślą podobnie jak ja.

 Tak, to niebezpieczna pułapka.

W końcu zrozumiałem, że tak nie jest. Ale to nie spowodowało, że nagle stałem się bardziej ostrożny. Kiedy poznaję nowych ludzi, zawsze mają u mnie ogromny kredyt zaufania, niestety wciąż tak mam. A wracając do pani pytania, nie mam poczucia, że kiedyś tak naprawdę dałem ciała, że spaprałem coś koncertowo. Starałem się i staram dalej, żeby to, co robię, miało ludzką twarz. 

 Czasami taka dziecięca naiwność sprawia, że czujemy się młodsi.

Mógłbym tak o sobie powiedzieć. Momentami mam poczucie, że jestem niedojrzały. Że zbyt frywolnie podchodzę do pewnych rzeczy. Nie wyobrażam sobie życia bez poczucia humoru i dystansu, przede wszystkim do siebie, ale też do świata. 

Co z wiekiem coraz bardziej Pan docenia w ludziach? W młodości jesteśmy często radykalni. 

Tak, ponieważ nic nie wiemy, mamy pusto w głowie. Dopiero doświadczenia nas kształtują. Kiedy jesteśmy młodzi, wydaje nam się, że zawsze mamy rację, a świat ma wyglądać tak, jak my chcemy. Dość szybko dowiadujemy się, że wcale tak nie jest. Najbardziej cenię – to jest rzadkie, ale się zdarza – szczerość, uczciwość, autentyczność. Nie cierpię zakłamania, które nosimy w sobie. Ludzie co innego mówią, myślą, a co innego robią. Bardzo to przykre. 

Ma Pan zgrabną definicję miłości?

Miłość odnosi się do tylu rzeczy, że musielibyśmy jakoś to sprecyzować.

 Miłości między kobietą a mężczyzną. 

(Śmiech). Nie mam żadnych definicji. Mogę tylko powiedzieć, że miłość, co zaobserwowałem u siebie, ewoluuje. Każdy z nas pamięta swoje pierwsze zauroczenia i fascynacje. Wtedy mówimy: zakochałem się. Zakochałem się w twoich włosach, w tobie, kocham twoje oczy, mnóstwo rzeczy się na to składa. Kiedy jesteśmy młodzi, wariujemy z miłości. Z czasem taka fascynacja przechodzi w stan, który można nazwać mądrym i dojrzałym. Może ja to idealizuję, ale dla mnie to jest niezwykle ważne: dojrzała miłość, dojrzały związek. Znam takie. 

Co było fundamentem Pana związku z żoną Aleksandrą?

65-letniego mężczyznę wyciąga pani na intymne zwierzenia (śmiech). Jesteśmy z Olą razem bardzo długo. Każde z nas ma na koncie swoje doświadczenia, jakieś rany, które sprawiały, że oboje byliśmy bardzo ostrożni. Ale też i konsekwentni. Znamy się czternaście lat, teraz postanowiliśmy nasz związek zalegalizować, że tak brzydko powiem, co niczego nie zmienia. Poza tym, że mamy obrączki na palcu, kochamy się tak samo, jak kochaliśmy się dwa, cztery czy sześć lat temu. Ja nie zakochałem się w Oli, ja ją pokochałem. To jest zasadnicza różnica: zakochać się, a pokochać kogoś. Pokochać, czyli poznać kogoś. Zabrzmi to górnolotnie, znowu, ale co tam – pokochać, czyli być ze sobą w dobrych i złych chwilach. W życiu dopadają nas różne sytuacje, na które nie jesteśmy przygotowani. Nie przetrwamy ich, jeżeli z drugiej strony nie możemy liczyć na pomoc, akceptację i wsparcie.

 Człowiek w związku, który jest pełen bliskości, szuka samotności?

Zanim poznaliśmy się z Olą, w ogóle nie wyobrażałem sobie, że wejdę w nowy związek. Oglądałem kiedyś mądry film o amerykańskim astronomie polskiego pochodzenia. Pięknie w nim opowiadał o samotności. Kiedy zmarła jego ukochana żona i został sam, to nie walczył za wszelką cenę, żeby wypełnić lukę po niej, tylko próbował oswoić samotność. I to mu się udało. Wiem, że pani pyta mnie o coś innego. Czy zostawiamy sobie jakiś „kawałek podłogi”. Absolutnie tak. W pewnych sytuacjach ta chęć izolacji jest bardzo silna. Wtedy proszę Olę o zrozumienie, że chcę chwilę pobyć sam ze sobą. Poza tym każde z nas ma swoje tajemnice, którymi nigdy się nie podzieli. I dobrze. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie ma w tym nic destrukcyjnego, nic, co mogłoby negatywnie wpływać na związek. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. 

 Czuje się Pan panem swojego losu?

Tak. Choć wiele rzeczy zatruwa mi życie i nie mogę się z nimi pogodzić. Na przykład teraz, z tym, że nie pracujemy. Nie tylko ja, przecież tu chodzi o całe branże, o miliony ludzi. Ktoś zapytał mnie wiosną, co myślę o pandemii i co będzie po. Odpowiedziałem, że już nigdy nie będzie tak samo. Wszystko będzie inaczej. Jak? Nie wiem. Nie jesteśmy w stanie niczego przewidzieć. Minęło pół roku i wciąż nie ma takiego mądrego, który powie, ilu jeszcze ludzi umrze i kiedy to się skończy? Staram się nie popadać w szarą mendę, mówiąc słowami Jana Wołka, tylko próbuję pogodnie patrzeć w jutro, ale momentami bywa słabo. Patrzę na moje wnuki z nadzieją, z radością, ale też z niepokojem. Wiem, że nie doczekam ich dojrzałości, bo są malutkie. W jakiej rzeczywistości przyjdzie im żyć? Nie mam pojęcia. Pocieszam się, że poradzą sobie, podobnie jak my sobie radziliśmy. Tak ten świat został wymyślony. 

Wideo

Urszula Dudziak pojawi się w kolejnej edycji The Voice of Poland? Zapytaliśmy!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

AGNIESZKA CEGIELSKA: „»Stary świat nie wróci«, napisałam to dwa lata temu w mojej książce »Naturalnie«, mówi dziennikarka, specjalistka od zdrowego żywienia. PATRYCJA WOY-WOJCIECHOWSKA, fotografka, autorka książek dla dzieci, dziewczyna z wielkiego miasta, zaczęła drugie życie na Mazurach. Jak ono wygląda? PROFESOR KRZYSZTOF SIMON – słynie z ciętego języka i tego, że nie owija w bawełnę. Właśnie został odznaczony medalem 75-lecia misji Jana Karskiego za wkład w walkę z pandemią. A także: Dlaczego robimy z naszej planety wielkie wysypisko śmieci? Czy mogę wpłynąć na los Ziemi, będąc w domu? Czy luksusowe hotele mogą być eko?